Źle się ten tydzień zaczyna. Nie-chce-mi-się. Nie-chce-mi-się.
Drugie miejsce jogi , któe chciałam sprawdzić okazało się zamknięte, mimo szumnych ogłoszeń w prasie…Dziwni jacyś. Ogłaszają, że ruszają po czym chętni całują klamkę. Jeśli dodać do tego kompletny brak jakiegokolwiek oznaczenia to nie wróżę temu punktowi przyszłości. Ja tam trafiłam tylko dlatego, że kiedyś w tym miejscu był szmateks z ciuchami marki versace itp. I tknęło mnie żeby sprawdzić czy to aby nie to. No, to. Tylko co z tego jak nikogo nie było ?
Włóczyłam się potem bez celu po Olsztynie, bo z pracy wyszłam przed 17, żeby tę jogę sprawdzić przed szwedzkim. Tym sposobem zawędrowałam w okolice dworca, obejrzałam odkurzacze w trzech sklepach, wysłuchałm opinii na temat tych bezworkowych ( Jak nie chce pani psioczyć to albo weźmie pani ten za 960 albo niech pani bierze tradycyjny, z workiem). W sklepie Cztery Łapy rozgadałam się do miłego pana na temat Kocia. A Pan o mnie na temat swojej koteczki. Heh…A zaszłam tylko zapytać o jakieś witaminki kocie, żeby się z Kocia tak nie sypały nie tylko kłaki, ale i łupież.
Wyszłam stamtąd o 18, po drodze zahaczywszy o sklep z torbami i walizkami na kółkach, gdzie stwierdziłam, że 200 plnów za walizkę to przesada i poszłam w noc ciemniejącą w kierunku przeciwnym do szkoły językowej czyli na dworzec. Dobra, mogłabym powiedzieć, że to roztargnienie, ale…
(Dygresja-Ja to jakaś kaleka jestem, bo prawdę mówię odruchowo, a jak już muszę skłamac to mam wrażenie, że mi się na czole neon zapala : KŁAMCZUCHA! i chocbym nie wiem jak chciała to mówię prawdę. Kaleka ostatnia). Wcale nie roztargnienie, tylko tak mi się nie chciało myśleć, wysilać szarych komórek, siedzieć na twardym krzesełku i wracać do domu o 21.30.
Młody przywitał mnie nowiną, że pani od chemii stwierdziła, że bardzo chce mnie zobaczyć na wywiadówce, bowiem syn mój jedyny ponoć zdolność w tej dziedzinie posiada odwrotnie proporcjonalną do chęci.
Zapytałam dziecię inteligentnie, czy pani od chemii sądzi , że wraz z mą obecnością w szkole jemu przybędzie zapału. Dziecię wyraziło wątpliwość czy przybędzie i przekonanie , że pani od chemii tak właśnie sądzi. Po czym powiedziało, że i tak muszę tam być, bowiem na najbliższej wywiadówce będą jakieś ważne obrady w sprawie testu.
O matko bosko po trzykroć, z któregokolwiek kościoła ratuj!
Wywiadówka jest we środę na 16.30. Ja mam we środę klasówkę na szwedzkim! I będę musiała się zwolnić z pracy! Tylko po to żeby ze stadem przygłupich mamusiek posiedzieć w klasie i posłuchać jak znów mają problem dokąd jechać na końcową wycieczkę oraz czy kanpki na teście mają być z szynką czy kiełbasą, a jabłka w całości czy połówki, i że koniecznie trzeba biedactwom dać herbatkę i soczki bo się niechybnie odwodnią przez te trzy godziny tak ciężkiego wysiłku….Wrrrr.
Wiem, wiem. Jak nie pójdę znów wyjdzie, że się dzieckiem nie interesuję. Ale na litość boską! Dziecię mam przeciętne. Ani specjalnie mądre ani też nadzwyczajnie tępe. Za złe oceny ścigam go w domu i bez wywiadówek, chuliganić nie chuligani, bo już by mi szkoła o tym doniosła, o wagarach doniósłby mi zapewne kurator. No po co ja mam do tej szkoły ganiać, wychowawczyni głowę zawracać? Czy tłumaczyć, że synuś pracowity tylko się pani od matmy zawzięła ? Mają mój telefon – jak się dzieje coś złego to z niego korzystają. A ja syna lepiej wychowam gadając z nim w domu niż słuchając przez kilkadziesiąt minut pieprzenia mamusiek, które gdyby im pozwolić do dziś by za synkami tornistry nosiły, z braku ciekawszego zajęcia.
Dobra, ok. No to jestem aspołeczna. I nietowarzyska. I nie trawię szkoły, wywiadówek, nauczycieli, a najbardziej głupiej straty czasu. Naprawdę ktoś sądzi, że jestem w stanie zmusić mojego szesnastoletniego (ponad 180 cm wzrostu) syna do nauki jeśli jemu na tym nie zależy?
Frustracja moja sięga zenitu.
I nie wiem co mnie bardziej wkurza. Wywierany na mnie przymus czy antypatia do mam kolegów mojego syna ?
Nie pójdę na tę klasówkę, będzie, że się wymigałm. Gorzej, że stracę kolejne dwie godziny. Jakby o tym wiedziała to bym dziś nie zawagarowała.
E! Zła jestem i tyle.
Niech mija te 17 dni jakoś szybciej. Bo z tego czekania to mi na myśl przyszedł …no, ktoś o kim myśleć nie chcę. I to to mnie rozzłościło najbardziej, ale nie przyznam się do tego nawet za utratę tych siedmu kilogramów.
…a props kilogramów. Ważę sobie już 17 kilo więcej niż wskazują tabelki ( wzrost – 110) a BMI mi pokazuje, że mieszczę się w skali prawidłowej wagi. Głupota jakaś. Może powinnam sobie częściej powtarzac "Spierdalać! Jestem boska!" i olać wszelkie wagi, tabelki, a przede wszystkim lustro ?
Zła jestem. I tyle.