Nieobliczalne skutki kawy popołudniowej

Tak się dziś zajęłam …

Tak się dziś zajęłam jednym kontem , że o drugiej kawie przypomniało mi się około piętnastej. Kawę wychłeptałam jak P-Sunia wodę ze strumienia w upalny dzień, i w samą porę bo głowa już zaczynała dawać o sobie znać znajomym uciskiem w skroniach.
Z pracy do centrum przeleciałam w try miga. W autobusie mnie nosiło, bo wlókł się jak za pogrzebem. W progu klatki spotkałam sąsiadkę.
– Chodź na chwilę – zaszeptała konspiracyjnie. Wróciłam z nią na zaciemnione podwórko bo akurat , jakby  na specjalnie życzenie Młodego, szlag trafił latarnię , która zwykle świeci nam prosto w okna. Nawet przez myśl mi przeszło by zapytac Młodego z czego trafił w żarówkę, ale się powstrzymałam, żeby smarkaczowi pomysłów nie podsuwać.
– No co tam ? – zapytałam sąsiadkę.
– Ty masz ciepłe kaloryfery ? –
– Nawet brdzo – zeznałam zgodnie z prawdą. Patrzyła na mnie z namysłem.
– A w łikend ?
– U mnie zawsze są ciepłe, a co ? U pani zimno ?
– Wiesz co ? Bo mi ta [piiip] zakręca ciepło- poskarżyła się sąsiadka na Panią Prezes Wspólnoty.
– Może zapowietrzone ? – wyraziłam wątpliwość. – Przecież ogrzewanie jest w pionach, jakby zakręcić pani toby i ci na górze mieli zimno…
– A, tam…Ja pytałam kierownika ZECU on powiedział, że można tak zakręcić, że tylko u mnie, że ona tak może…- sąsiadka wiedziała lepiej.
– Wie pani, u mnie jest ciepło i zawsze jest, nigdy nie miałam z tym problemu- przyznłam się
– Ja to pójdę na skargę- zdecydowała się
– No to może niech pani idzie, niech faktycznie ZBK sprawdzi- poradziłam , pożegnałam się i poszłam do domu.
Ledwie się przebrałam z roboczego waciaka w mój domowo-odświetny strój czyli dresik – pukanie. Za drzwiami stał kolega J. Radny, aktywista, człowiek niespożytej energii, wariat nieziemski, niestety również zwolennik PiSiorków.
– Ty, bo problem znów jest. Pogadamy ? – zapytał bez długich wstępów. Podejrzliwie zmierzyłam wzrokiem Potwory, bo kolega dodatkowo jest nauczycielem, prawdzie nie w szkole moich dzieci, ale kto ich tam wie …? Potwory miały miny normalne, więc na wszelki wypadek umarłam ze strachu. jak zmartwychwstałam to usłyszałam jak kolega pyta mnie o…ciepło.
– Co ? – zapytałam inteligentnie
– Była u mnie twoja sąsiadka, ta…Nie pamiętam nazwiska
Ja pamiętałam, podpowiedziałam.
– O właśnie!- ucieszył się, tarmosząc P-Sunię. – O, ona chyba za panem tęskni?
– Tak, tak- przyznałam mu rację. Co go będę uświadamiała, że P-Sunia to tak zawsze do obych, najpierw sie łasi, potem przynosi oślizgły węzełek, albo piłeczkę i funduje nieświadomemu delikwentowi. Gość bierze zabawkę- prezent w rękę i się naiwnie cieszy, że piesek go polubił… A chała! P-Sunia jest cwana, tylko na to czeka.  Gość z jednej strony, P-Sunia z drugiej i zabawa  w  szarpankę zaczęta. Jeszcze się taki nie trafił co by się na to nie nabrał. To znaczy- żaden facet, bo dziewczyny to raczej nie usiłują wygrać z psem- szarpie to mu oddają i tyle. Faceci usiłują wyrwać z p-suniowego pyska strzęp, ale nie wiedzą, że P-Sunia wbrew pozorom jest twardym zawodnikiem.
Kolega miał szczęście, bo P-Sunia ostatni węzełek zdewastowała i "nie zdążyłam" jej nabyć innego od kilku miesięcy.
– Wiesz co ? Ona przyszła zapłakana, że ona jest biedna, nie stać jej na dogrzewanie ,a ta wasza prezes jej kaloryfery zakręca. To przyszedłem zobaczyć czy u ciebie ciepło.Bo wy tez jakis konflikt mieliście…
– No to zobacz
– No czuję , że bardzo ciepło. A jak w mrozy ?
– Prawie tak samo. Słuchaj…Powiem ci co o tym myślę: Pani Prezes jest upierdliwa do bólu, ale nie jest mściwa. To po pierwsze. Po drugie: ona jest upierdliwa bo praworządna do obrzydliwości. One tego nie robi – jestem pewna. Po za tym- mieszka w tym samym pionie- to co:  sobie by zakręcała ?
– No, tej kobiecie ktoś powiedział, że tak można.
– No to niech ten ktoś przyjdzie i sprawdzi, czy tam ktoś coś majstrował. A przy okazji niech jej dobrze kaloryfery sprawdzą – poradziłam.
Kolega pożegnał sie i pomknął. A szkoda – Kocio zza węgła już się do niego przymmierza. Może by się następny jego syczenia przestrszył ? A ja z rozpędu odkurzyłam, wytarłam podłogi, rozwiesiłam pranie, za chwilę się za słówka szwedzkie wezmę.
Ciekawe kiedy zasnę …

zaraz idę

do domu, choć nie wiem …

do domu, choć nie wiem czy mi się chce…
Bo  w domu…
  W domu same atrakcje:
– walczące ze sobą i ze mną dzieci
– garnki brudne w zlewie zamiast w zmywarce
– ksiądz po kolędzie w związku z czym dylemat : otwierać i grzecznie powiedzieć , że za kolędę to ja dziekuję, a może nie otwierać i udawać, że mnie nie ma ? Jest jeszcze opcja zaproszenia i wdania się w dyskusję, z której każdy wyjdzie wściekły i nieprzekonany…E, czasu szkoda i nerwów
– krzesło przy komputerze niezachęcajace do siadania ( trzeba kupic nowe)
– uwierająca w każdy kawałek pleców kanapa.
"Za" mam tylko wczorajszą babkę ziemniaczaną oraz przeczytaną w połowie powieść Jonatana Carrola "Zakochany duch". Książka-dziwoląg jak dla mnie, pierwszy raz czytam tego autora i prawdę mówiąc nie wiem czy mi się podoba. No bo dziwna jest. Chyba filozoficzna, a ja się nastawiałam na horror z romansem w tle.
Chyba jednak wolę przyziemniejsze klimaty. Tak jak ostatnio- Buddenbrookowie Tomasz Manna, które jakoś tak spowolniły mój świat, dodały mu dawnego błysku …
To się oddalam. Drukarka wypluła wydruk- bedę miała czym się zająć jutro z rana.

Jak to dobrze, że jutro piątek!

Pytałam gdzie ci …

Pytałam gdzie ci meżczyźni…
Tylko Jura zapukał.
No właśnie. Wyginęli jak dinozaury.
Wieczór  się późny zrobił nie wiedzieć kiedy. Z pracy wyszłam o 16. Zaleciałam tylko do Rossmana po żarcie dla zwierzaków bo tam najtańsze i wróciłam do domu.
Już w busie – odjazd. Do domu na szczęście mam blisko to się doczołgałam, zjadłam szybką zupkę i padłam na godzinę. Ciekawe kiedy teraz zasnę ?
Obudziłam się z dziwnym apetytem na coś. Na co ?
Spróbowałam śledzia z cebulą…błeeee
Młody był w sklepie przyniósł delicje… błeee
Pianki ? Błeee
Herbata malinowo-żurawinowa…Noooo może być ostatecznie. Może mi się pić, a nie jeść chciało.
Hrabina mi rano znów ciśnienie podniosła, bom się jak głupia zapomniała, że to nie jest normalny człowiek.
Od wczoraj wiedziałam, że Capo di tutti capi rano wyjeżdża i nie będzie go cały dzień.
– Jest jeszcze ? – zapytałam sekretarkę przez telefon.
– Jest, ale już siedzi na walizkach – odpowiedziała mi. Na to weszła Hrabina.
– Dziewczynki, a nie wiecie za ile czasu szef wyjeżdża ?
Rano było, jeszcze przed kawą, miałam dobry nastrój, zachciało mi się dobrą wolą błysnąć :
– Już siedzi na walizkach – powtórzyłam.
– Ja nie pytam na czym siedzi…- usłyszałam w ramach "dziekuję". Wyszła. W ślad za nią poleciały moje głośne słowa :
– Zapomniałam, że do niektórych to nie warto się odzywać – na co Czarna, która akurat wpadła gościnnie, troskliwie przymknęła drzwi.
– Nie przymykaj. Powiedziałam specjalnie głośno, może dotrze…- powiedziałam. Hrabina ma męża prawnika, obraca się w wyższych sferach, chyba jej na mózg padł cały ten high life. Tak się w  każdym razie pocieszajmy. Bo jakoś mi trudno uwierzyć, że Stwórca tak się  mógł minąć z celem. Chciał człowieka a wyszła mu Hrabina.
Ja naprawdę rzadko kiedy odczuwam taką żywiołowa niechęć do kogokolwiek. Równie jak Hrabiny nie cierpię  tylko GłupiejRenatki i jej siostry Mieci. Głupia Renatka to psiapsiólka Hrabiny co może wiele tłumaczyć…
Głupia Renatka naraziła mi się tym, że płaciła mi 800 złotych, wymagała dyspozycyjności po godzinach, ale wypłatę dostawałam jak się upomniałam i to w ratach po 200 złotych, bo to klienci nie płacą. Aż raz po tym jak wyżebrałam owe  200 złotych Renatka weszła do biura ze słowami skierowanymi do swojej siostry:
– Zobacz Miecia jak ładny płaszczyk sobie kupiłam. I wiesz, wcale niedrogi- tylko tysiąc złotych…
Mieci nie cierpię, bo zwyczajnie głupia była, a siliła się na klasę i inteligencję. Jadła ‚bułeczkie", nosiła "bluzeczkie" miała "rączki i nóżki".  Gdy napotkałam jakiś problem księgowy i zadałam jej pytanie, bo miała u siebie coś podobnego nadęła się własną ważnością i odmówiła odpowiedzi. Poszukłam sobie odpowiedzi, znalazłam, głupia naiwniaczka podzieliłam się wiedzą. Wtedy Miecia zaczęła mi udowadniać, że nie mam racji…
Biuro Renatki, nawiasem mówiąc wysoko kwalifikowanej (podobno)księgowej, było 4 i najgorszym biurem w jakim pracowałam. Pod każdym względem.  Sprzęt komputerowy i biurka typu "skanesen", dziurkacz i zszywacz także,że lepiej było nie używać, żeby sobie dokumentu nie zniszczyć. Długopis przynosiłam z domu albo zostawiali klienci jakieś reklamówki.[Jak poprosiłam o zakup żelu do paluszków  (taki sprytny, łatwiej kartkować  plik papierów  i nie ślini się palców) to usłyszałam, że to drogo. Kupiłam za własne pieniądze. W dwa dni później, żel znalazł się na biurki Renatki, skąd go bezczelnie sobie zabrałam…] Bałagan w papierach i głupie księgowania, które doprowadzały nawet mnie do opadu szczęki. Do kompletu wciąż wrzszcząca Renatka oraz cyklicznie fundowane nam rozrywki w postaci awantur pomiędzy siostrami. Praca tam była ostatnią kropla w dzbanie pod tytułem : nigdy w życiu biuro rachunkowe.
Uff…
Chciałam popeplać, a wylałam złość. Od pracy tam minęły 4 lata, a mnie złośc do dziś trzęsła na samą myśl. A pracowałam tam najkrócej bo tylko 4 miesiące.

Boskość nie zawsze wystarcza

Pod koniec roku miałam …

Pod koniec roku miałam miałam mieszane uczucia do bloga. Bo z jednej strony spotykam tu znajomych i przyjaciół, poznaję nowych ludzi i inne spojrzenia na świat. Taka swoista proteza życia towarzyskiego , które w realu, po wyjeździe Marzenki, niemal całkowicie zamarło. Z drugiej- brak czasu, może siły, a przedewszystkim chęci by nadal to ciagnąć. Wiele razy było tak , że miałam już niemal całą notkę, gdy dopadała mnie myśl "a kogo to obchodzi". Notka lądowała w koszu albo jak kto woli- szybowała w netowy niebyt. Próbowałam zgłębiac powody, przez chwilę sądziłam, że niechęć do bloga to znudzenie, innym razem, że może poczytująca szefowa mi szkodzi, a jeszcze innym, że to po prostu nowe zajęcia, ich nadmiar, powodują niemoc blogową.
A potem znalazłam II część "Czekolady" Joanne Harris – "Rubinowe czółenka". Anouk już podrosła, ma problemy z odnalezieniem się w zwykłym świecie, wśród rówieśników i pewna kobieta udziela jej rad. Może nie ze wszystkimi sugestiami się zgadzam, niemniej jedna jest świetna.
Gdy moje drugie ja zaczyna mi sączyć do głowy podejrzenia, że nikt moich wypocin nie czyta, przywołuję tamto zdanie. I ochota na kasowanie bloga mija jak ręką odjął.
Dziś, idąc do pracy, przypomniałam sobie  te słowa , przywołałam w duchu widok purpurowej ze złości Hrbiny i mruknęłam pod nosem cytatem :
" Spierdaj, jestem boska", wyprostowałam plecy i podniosłam głowę.
Mam gdzieś czy Hrabina poszła czy nie poszła do Capo. Mam gdzieś czy ona sądzi, że wygrała. Wykonałam jeden telefon i bez wielkich ceregieli złatwiłam to, o co wczoraj zrobiła się taka burza. Mam gdzieś, jaki wniosek wysnuje sobie z tego Hrabina. Może sobie myśleć, że wygrała. "Spierdalaj, jestem boska" dołączam do "Bo mi wolno", które jak dotąd było moim ulubionym powiedzonkiem.
– Czemu nie zrobiłaś zakupów ?
– Bo mi wolno
– Czemu leżysz zamiast robić coś innego?
– Bo mi wolno
– Jesteś leniwa!
– Spierdalaj, jestem boska!
Zatem dlaczego nie zamknęłam jeszcze bloga ? Bo mi wolno. A dlaczego zgłosiłam się do konkursu ? Booooo… ;);)

Jeśli ktoś chce zobaczyć mój login w kolejnym etapie konkursu niech wyśle sms o treści A02228 na numerr 71222.
Niestety w tej części konkursu nie decyduje poziom, lecz ilość zdeterminowanych znajomych. Zatem zapraszam do smsowania.

Znad śniadania

Niedawno usłyszałam, że …

Niedawno usłyszałam, że za małe spożywanie płynów może skutkować bólem głowy.
Któregoś wieczoru …
Szczypior :
– Głowa mnie boli…
– Pewnie za mało dziś wypiłeś – Matka
Szczypior:
– Nooo…nie wiem…Łyk wody po powrocie ze szkoły i przed chwilą dwa

– Aaaa, widzisz – triumfuje Matka -Zrobię ci herbatę.
Po dłuższej chwili.
– I co jak twoja głowa? Wypiłeś herbatę? – Matka do Szczypiora
Szczypior :
– Nie boli. Herbatę wypiłem…
Matka triumfalnie wpadając mu w słowo:
-Wiedziałam!
– …wypiłem bo popijałem tabletkę – kontynuuje Szczypior.

Wigilia

P-Sunia wczoraj na …

P-Sunia wczoraj na wieczornym spacerze wlazła w rozbity słoik z jakimiś przetworami.
Efekt- skaleczona, mocno krwawiąca łapa ( prawa przednia) oraz smród starego octu z czymś tam unoszący się z jej sierści. No jak prać psa, który już ma dość stresu z boląca łapką ?
Choinka owocowo-piernikowo-słomiana jest śliczna.
Marcepanka pogoniłam po chleb a sama ganiam po blogach.
Ale zaraz idę. Pierogi mnie wołają. I sernik.

To pa!

Anioły Zimowe

Dziś dzień pitraszenia. …

Dziś dzień pitraszenia. A ja zaczynam go od Zimowego Anioła. Piękne Stare Dobre Małżeństwo.

Na Aniele czapka
z ciepłej wełny gore
Anioł z gór się urwał
jeszcze przed wieczorem…

Aniele grudniowy
zimny od połowy
zostań trochę z nami
zagrzej sobie nogi…

Zawsze to z Aniołem
raźniej chyba bywa
nawet gdy za oknem
trzyma tęga zima…

Wróbelki i sikorki znów się uwijają w karmniku. Co chwila przylatują kawki, łakome na słoninkę, odganiam je trącając firankę. Kocia już znudziły te ptasie harce- zasnął na poduszce, łapkę białą zapomniał schować pod siebie.
Nie ma śniegu, nie będzie białych świąt zapewne.
Zaraz zmykam do pierogów, do sałatki i takich różnych…
Mieszkanie wysprzątane, Misia ranek zacznie chyba od ubrania choinki.
Jak mi się uda to jutro się w Wami podzielę opłatkiem, ale jakby co to polecam Was opiece Zimowych Aniołów.
Pamiętajcie :

Zawsze ilekroć pozwolisz, by Bóg pokochał innych przez Ciebie
– ZAWSZE WTEDY JEST BOŻE NARODZENIE.

Z pracy- chwilę przed wyjściem.

I po pracowej Wigilii. …

I po pracowej Wigilii. Najpierw się spóźniłam ( nie sama- prawie cały nasz dział) więc jak przyszłyśmy towarzystwo juz sie połamało opłatkiem, Capo di tutti capi podleciał do nas w czapeczce mikołajkowej , wręczył podarki (wino, kalendarz, ptasie mleczko). Uściskał nas serdecznie z ciepłymi słowami. Nic mi nie zrobił, nawet go lubię, też mu ciepło pozyczyłam. Posterowałam w strone kata bardziej od drzwi oddzielonego, po drodze zahaczyłam opłatka, którym podzieliłam ze Stazystka, Rudą oraz Czarną. Czarną i tak bym uściskała bo od pierwszego dnia wzbudza moją sympatię. Omijając łukiem i wzrokiem Hrabinę, następnie ważną panią K. posterowałam do stolika z jedzonkiem, złapałam krokieta, potem jabłecznik i wyczekiwałam momentu kiedy będzie można się oddalić niepostrzeżenie. Wypiłam lampkę szampana…
I fruuuu…poleciałam.
Nie uściskałam Muchomora, choć miałam wrażenie, że spoglądał na mnie wyczekująco. Ani ślicznego Bartusia, bo postanowiłam byc dla niego chłodno uprzejma, żeby se nie myślał. Do Grzesia przepychać się nie chciałam.Żaba przyszła najpóźniej ze wszystkich…
Teraz towarzystwo się rozchodzi do domów, ja jeszcze czekam na Marcepanka.
Jakiś smuteczek się rozgościł i siedzi. Niby taki malusi, a dokucza jak zadra koło paznokcia. I o co ? O to, że znów się czuję nie na swoim miejscu ? Czy może przez ten smuteczek się czuję wyobcowana z radosnego tłumu ?
Święta czas zacząć…

Idą święta

Wymyśliłyśmy z Miśką, że…

Wymyśliłyśmy z Miśką, że w tym roku ubieramy choinkę kulinarnie i ludowo. Czyli: zamiast bombek – słomiane zabawki, zamiast cukierków – suszone owoce i pierniki. Zamiast lamety – rafia. Oraz jednobarwne lampki. Ciekawe jak nam wyjdzie. Spotkana wczoraj w kwiaciarni gdzie kupowałam rafię,
żona kuzyna skrytykowała mój pomysł
– Choinka ma być pstrokata, tandetna i kiczowata bo inaczej traci znaczenie powiedzonko, że ktoś się ubrał jak choinka – oświadczyła jak to zwykle ona autorytatywnie.
– Moja choinka, moje prawo – wykazałam się asertywnością.
 Na kaloryferze suszą się pomarańcze, cytryny i grejfruty, w  pudełku dojrzewają pierniki ( jeszcze trzeba je polukrować, ale skąd wziąć lukier kolorowy ?) w garnku pyrkoce bigos, a Marcepanek jest w drodze na prom.
Znaczy, że :
"Krok po kroku
krok po kroczku
najpiękniejsze w całym roczku
idą święta"
Prezenty dla dzieci też załatwione – u nas nie ma niespodzianek. Miśka tradycyjnie chce ciuchy, a to trzeba mierzyć. Młody zbiera na PSP ( cokolwiek to znaczy) więc zasiliłam mu konto. Tylko Marcepankowi pewnie wpadnie niespodzianka bo zamówiłam w Empiku film, który chce mieć. Niestety drugiej prośby męża nie spełnię – od dawna oboje szukamy "Mszy wędrującego"  wg  Edwarda Stachury  w wykonaniu Anny Chodakowskiej, ale to jest pozycja raczej nie do zdobycia.  Kiedyś mi tylko mignęło na allegro. A ja nie wiem co chcę. Może płytę Jacka Kaczmarskiego albo Czerwonego Tulipana.
Chociaż tak naprawdę swój prezent dostałam. W roli Mikołaja wystapił Andrzejek z pracy, który jednego dnia wszedłszy do naszego pokoju zastal mnie z uchem  niemal przy radiu.
– Co słuchasz ?
– Chyba Stare Dobre Małżeństwo gra…Nie znam tego
Adndrzejek stanął koło mnie. 
– Janse, że to oni…A ty ich lubisz ?- zainteresował się
– Pasjami!
– Mam jakieś 120 piosenek, chcesz ?
Chciałam i dostałam.
Jeszcze nie miałam kiedy przesłuchać całości. Dni płyną tak szybko, że piątek choć witany westchnieniem ulgi zawsze przychodzi za szybko.
Nie wiem jak będzie wyglądał mój tydzień po-świąteczny, bo nie wiem czy będę pracowała przed Nowym Rokiem. Mam na ten temat mieszane uczucia. Bo z jednej strony błogie lenistwo, brak rannego wstawania ,gdy cała rodzina smacznie śpi. Z drugiej – towarzystwo rodziny przez cały dzień, przez 10 dni … Brrrr. I świadomość, że po nowym roku trzeba rozliczyć stary rok w Fabryce ( a to bedzie bolało, już czuję, nie tylko Żabę).
Lepiej mi na duszy. Zdecydowaniej lepiej.  Tak się chyba czuł Kaj gdy ktoś mu wyjął okruch lodu z serca.
Wczoraj dostałam jeszcze jeden prezent od losu. Spotkanie z koleżanką, kiedyś bardzo bliską, z którą onegdaj rozdzieliły nas okoliczności. Zawarłam znajomość z jej cztero i półmiesięcznym synkiem. 
– Wiesz, że mam u ciebie godziny do odpracownia ? – zpytałam. Kiedyś, przed ponad 10 laty, to ona w awaryjnych sytuacjach opiekowała się moimi dziećmi. Teraz się uśmiechała jakby nie było tamtych nieporozumień.
– Odwiedźcie nas, zapisz sobie mój telefon – powiedziała. A ja poczułam ulgę.I radość. I uśmiechałam się całe popołudnie do siebie.
Może jednak te święta nie będą takie złe ?
Marcepanek właśnie dojechał do Karlskrony.