Dzieci przyniosły cenzurki i …No coż, mam bardzo zdolne dzieci, skoro kompletnie się nie ucząc, nie dość , że awansowały do następnego poziomu to jeszcze ze średnią powyżej trzy.
Nie powiem, żebym zachwycona była. Nie wiem jak Miśka z takim zaangażowaniem chce się dostać na prawo za rok. Nie wiem czy szwedzkie gimnazjum tak chętnie przyjmie Młodego, czy nie orzekną, że z takimi ocenami to tylko do nauki zawodu.
Taka perspektywa też mnie nie zachwyca, ale jakiś czas temu ustaliłam sama ze sobą, że dzieci mam na tyle duże, że czas by zrozumiały, iż uczą się dla siebie i że jak się wykształcą tak potem będą żyć i pracować. Że dla mnie mogą pokończyć zawodówki- nie muszą mieć matur i mgr przed nazwiskami. Zwłaszcza w czasach gdy łatwiej o magistra niż o dobrego szewca czy kafelkarza.
Tak im mówię. Podobnie odpowiedziałam w pracy, gdy Madzia ze zgorszoną miną słuchała , że potrafię mieć cały zlew nie umytych garów.
– Przecież masz zmywarkę – powiedziała z wyrzutem.
– Ale była pełna, a mnie się nie chciało jej wyładowywać.
– A dzieci ? – drążyła.
Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że dzieci w domu sprzątaja tylko na moje wyraźne polecenie, na dodatek powtórzone ze trzy razy. Teraz to obie przybrały potępiające miny – Madzia z Anią. Nie przyznałam się więc, że Miśka moje polecenia wykonuje dosłownie. Jak powiedziałam żeby wrzuciła brudne naczynia do zmywarki to nie starła stołu, nie zrobiła porządku w kuchni, nie spłukała zlewu, nie umyła kuchenki…
Ania w którymś momencie wysnuła konkluzję, że Miśka albo się nauczy albo ją każdy facet rzuci.Powiedziałam spokojnie :
– To jej wybór. Jest duża.
Usłyszałam , że nie nauczyłam. Przyznałam rację, tłumacząc przy tym, że czasem są rzeczy ważniejsze od sprzątania. Nie uwierzyły, widziałam. Ale żadna z nich nigdy nie pracowała po 10-12 godzin dzień w dzień łącznie z sobotami, nigdy nie spędzały rodzinnych niedziel nad dokumentami. W to też raczej nie uwierzyły, pewnie uznały, że przesadzam. Wyszłam od nich z mętnym poczuciem, że znów mówimy różnymi językami. Oraz mocniej ugruntowanym przekonaniem, że daleko mi do matki idealnej. No bo nie nauczyłam moich dzieci podejścia do spraw praktycznych. Nie potrafią sprzątać, prać, gotować. Nie potrafią oszczędzać ani racjonalnie planować wydatków. W szafkach mają zawsze bałagan, a moje prośby o posprzatąnie traktują jako karę.
Czy ważne jest to, że potrafią się posługiwać kartą do bankomatu ? I zachować się w towarzystwie lub w restauracji ? Albo wyszukać informacje w encyklopedii lub słowniku ( Młody)? Że potrafią wezwać pogotowie, gdy coś się dzieje ? Że potrafią współczuć, okazywać empatię, pochylić się nad bezdomnym psem i człowiekiem ? Że są świetnymi kompanami na wyprawach, bo nie marudzą, nie narzekają i mają dobre humory ? Że Młody świetnie pisze, a jeszcze lepiej filozofuje, za co dostał dyplom od swojej wychowawczyni? Że są lubiani przez moich i swoich znajomych?
Że generalnie są mądrymi, fajnymi ludźmi i nie jest to tylko moja opinia?
Czy to ważne ?
Tak. Dla mnie ważniejsze. Nie miałam okazji sprawdzić jeszcze ich uczciwości, ale wierzę, że są uczciwe. Mają po mnie i po Marcepanku tak idealistyczne i mało praktyczne podejście do świata, że wierzę, że dostały po nas także tę cechę.
Tak, ja wiem, że jedno nie wyklucza drugiego. Ale musiałam sobie to wszystko powtótrzyć by móc wierzyć, że nie jestem matką beznadziejną. ( Tu mi się nasuwa pytanie przewrotne: dlaczego o to, że dzieci nie potrafią prać, sprzątać i gotować oskarża się tylko matki ? A ojcowie to co ? W Ciechocinku byli ?)
Ania na koniec powiedziała
– Córka będzie miała do ciebie o to pretensję –
Właściwie wzruszyłam ramionami. Będzie albo nie będzie. Moja matka mnie tego wszystkiego też nie nauczyła, ale nigdy mi nie przyszło do głowy by ją o to oskarżać. Może miałam ważniejsze powody, a może wiem, że z pustego to i Salomon nie naleje. Nie mogłam nauczyć dzieci czegoś, czego sama nie potrafię. Ot, taki "krąg życia".