Niedzielę czas zacząć

Poranna kawa przy …

Poranna kawa przy akompaniamencie Trójki, powolny rozruch, przed czekającym dniem, to to lubię najbardziej. I do tego blox. Czy to już nałóg ?

Za oknami deszcz, zatem wiejska impreza plenerowo-tarasowa będzie musiała się odbyć pod dachem. Szkoda. Choć, jak znam życie  i "moich" wieśniaków to i tak zaraz powloką gości w ostatnio posadzone świerki i dąbki, w ogród którego koncepcja wciąż nie jest wersją ostateczną.
Wczoraj spotkałam tam dwoje ludzi, którzy przyjechali "bo tak im się chce coś porobić" i w związku z tym Andrzej skopał kawał ziemi, a Danka wyrywała Ali i mnie robotę oraz Antka z rąk. Wieśniacy zastanawiają się nad wprowadzeniem opłat, za przywilej pracy na ich terenie.
Antek wyjący samochód podarowany w ramach prezentu na pierwsze urodziny przyjął z filozoficznym spokojem, potem go jednak zaciekawiły kolejne guziczki skrywające coraz to inne dźwięki.Ala chyba ogłuchła, bo w ogóle jej te dźwięki nie przeszkadzały, a ja samą siebie kopałam w mentalny tyłek, za głupie pomysły.A mówiłam kupić książeczkę.
Pogoda była parna , nad horyzonetem kłębiły sie burzowe chmury, a sama burza mruczała z każdej możliwej strony. Skończyło się na pogróżkach i małym deszczu.Potem znów wyszło słońce. Deszcz parował z rozgrzanych pół i mgłą zasnuwał pofalowany hotyzont, zieleń znów nabrała blasku, a powietrze zapachu. Na domem, od północnej do południowej ściany, rozpiął się łuk tęczy. Jego doskonałego półokręgo nie zakłóciły żadne budowle.  Kopałam kartofle na dzisiejszy obiad i zagapiałam jak sroka w gnat. I użądliła mnie pszczoła, która się biedulka zaplątała w nogawkę moich spodni.
A wieczorem, już koło północy, kiedy Jurek odwoził mnie do domu, gwiazdy były na wyciągnięcie ręki. Liście w przydrożnych krzakach połyskiwały biało w świetle lam samochodowych.
…kawa wypita. Trzeba się zbierać. O dziesiątej umówiłam się z Jurkiem, bo znów tam jadę. Ale najpierw umyć głowę, wyprowadzić psa i może coś w domu sprzątnąć.
To zadziwiające, że w domu, w którym właściwie mieszka tylko pies z kotem jest taki bałagan.

„mam pół litra oczekuję propozycji”

Chciałabym kiedyś …

Chciałabym kiedyś spotkać z autobusie MPK tego mądrego co wymyślił, że w czasie wakacji obowiązuje rozkład jazdy wkacyjny, który oznacza, że autobus zamiast jeździć co 7 minut jeździ co 20.
Ja rozumiem , że ekonomia itd, ale cholera!
Dziś o 7 rano Grześ mi przysłał sms "sorki, ale jadę później". Półgodzinny zapas, przeznaczony na małą kanapkę ( bo staram się przyzwyczaić do śniadanek), na wrzucenie garów do zmywarki i powtórkę szwedzkich zwrotów – szlag trafił. Zamiast tego sprint do busa, potem od busa, który oczywiście jak zawsze w takich chwilach stanął w zatoczce najbardziej oddalonej od przystanku, do przystanku MPK by stwierdzić, że jedynka właśnie odjechała, a następna jest za 15 minut. A zatem spóźnienie.
Weszłam do pracy zasapana i spóźniona i co na dzien dobry uszłyaszłama ? Capo di tutti Capi oraz Żaba w moim akwarium, przy moim biurku. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to to, że Hrabinia pewnie będzie miała doskonały humor przez cały dzień.
Potem Żaba mi zaraportowała, że Capi się wściekł, że mnie jeszcze nie ma …Noż…Mogłam skręcić nogę, mogłam pójść od razu do innego budynku, mogłam utknąć w wychodku, mogłam zwyczajnie zaspać. Jak chcemy pilnować regulaminu to pilnujmy dla wszystkich i nie tylko o ósmej, ale i o szesnastej.
Moje podłe drugie ja już się szykowało do skopania mi tyłka, ale je usadziłam krótkim "ani mi się waż!". Nie będę się karać za to żem niedoskonała, ni cholery.
Młody o 9 rano pojechał do babci i postanowiłam, że nie dam sobie popsuć przyjemności bycia sam na sam tylko ze sobą za żadne skarby świata. 
W drodze do domu kupiłam pizzę, żeby siebie porozpieszczać, posprzątałam zadzwiająco szybko, ale to pewnie dlatego, że dzieciaki wyjeżdżając pozabierały swoje klamoty.
A teraz siedzę sobie, słucham muzyki ze starych kaset, popijam herbatę i zastanwiam się jak sobie jeszcze uprzyjemnić wieczór.

I fruuuuu! Za morze poleciała

Pojechało dziecko za …

Pojechało dziecko za morze do tatusia.
Mamusia , która nie została dopuszczona do ceremonii pakowania, już to z racji późnego powrotu dziecięcia do domu z pożegnania organizowanego przez kolegów, już to z powodu konieczności udania się do pracy, przeżywała katusze.
Gryząc się niemal w rękę wciąż siegającą telefonu mozolnie usiłowała się skupić na pracy. A diabeł w głowie siedział i szeptał  :
– Na pewno zapomni dowodu.
– A ta butelka to się jej na pewno rozbije.
– W samolocie się porzyga.
W końcu zbudowało się matczysko, nogą mentalną tupnęło.
– A pódziesz mi! – zagrzmiało siłą ducha.
– Dziecko mam inteligentne, w świecie bywałe, całkiem rozgarnięte. Pojechało do Gliwic w ubiegłym roku na Wielki Koncert i nie zginęło- teraz też nie zgnie.- perorowała mamunia.
A tymczasem ręka-zdrajczyni, świadoma mózgu zajętego czym innym, sama wydzwoniła numer córuni.
– No, to pytaj czy wzięłam, bo właśnie skończyłam pakowanie- zgodziło się dziecię łaskawie bez wstępów. Wstyd się matce zrobiło, że tak w dziecko nie wierzy.
– Eee, to pewnie o wszystkim pamiętałaś…- zacukała się.
– Dobra, pytaj , pytaj- ponagliła córunia.
– Masz dowód ? –
– Poczekaj…- namysł w głosie dziecka natychmiast spowodował wzrost tętna u rodzicielki – Mam.
– A legitymację ?
– Też.
– Pieniądze ? I kod rezerwacji ?
– Mam jedno i drugie.
– Aparat i rzeczy dla taty ?
– Mam.
– No to możesz lecieć.- westchnienie ulgi wyrwało się z matczynych trzewi.
Ale potem to już nijak wysiedzieć się nie dało w pracy, w akwarium, z Hrabiną za szybką. Jak tu siedzieć kiedy córunia po raz pierwszy samolotem poleci, a mamusi przy niej nie będzie, żeby jej rekę uścisnąć, żeby się dziecko nie bało? No jak? To choć na stację, co po drugiej stronie ulicy ( i torów) się znajduje poleciała matka, choć ręką córuni pokiwać.
Wróciwszy , matka mściwego smsa do męża napisała : " Od teraz to twoje dziecko"
" I bardzo dobrze" – nadeszla odpowiedź.
" Tak ci dobrze, że dobrze ci tak" matusia to dlużna nie lubi być.
…ale lot to dopiero jutro.  Dziś "międzylądowanie" u towarzyszki podróży w Gdyni. O 11:50 start z Gdańska. O 13:05 lądowanie w Goeteborgu prosto w ramiona stęsknionego tatusia.
Do tego czasu zanośmy wspólne prośby o dobrą pogodę. Żeby się dziecko nie bało. I żeby matka się nie denerwowała, że dziecko się boi.

Mały sukces

jednak wybitnie poprawia…

jednak wybitnie poprawia nastrój.
Po pierwsze: Hasło do interentu wczoraj odebrałam, nawet rzeczony internet sobie sama zainstalowałam i działą. Jak na razie ( ciiiii) nie zrywa się.
Po drugie : Zirytowana wczoraj panią, co nie chciała przyjąć mojego zgłoszenia o hałdzie śmieci w śmietniku leżącej wszędzie, ale nie w kontenerach, od około dwóch tygodni, zadzwoniłam do dyżurnego powiatu, którego nr znalazłam na stronie g.olsztyńskiej. Pan dyżurny nie bawił się  wykręcanki, zapisał adres śmietnika, zapisał telefon do zakładu,  nazwisko pana .
Co się działo dalej – nie wiem. Ale rano śmietnik okazał się być wysprzatąnym.
Przez chwilę miałam złośliwą chęć zadzwonić w poniedziałek do pani z pytaniem czy miło się jej rozmawiała z kim innym, ale porzuciłam tę myśl, jako niestosowną.
Potwory znów się poniosły w świat. Wróciłam ze spaceru z Basią i Szymonem i mam dom dla siebie. Gra mi Trójka, za oknem ciemność- chyba idzie na burzę, bo gorąc był dziś piekielny. Pożarłam najpierw pieczoną kiełbasę ( z mikrofalówki), a na deser dwa naleśniki z serem zrobione tymi ręcyma.
…ale ale. Odwodnik miga na gadu. Lecę posłuchać wrażeń  i plotek , zwłaszcza tych ze spotkania z Vincentem.

We wtorek

 Miśka leci do ojca. A …

 Miśka leci do ojca. A ja znów odbieram smsy : kup uszczelkę do szyby. Nie, uszczelki nie trzeba. Kup bendyks ( cokolwiek to jest). Kup herbatniki. I jeszcze ibuprom.
Do wtorku dużo dni- lista się zapewne wydłuży.
Gorzej, bo Miska bierze aparat. Bierze! Akurat. Sama jej to zaproponowałam, zupełnie nie wiem dlaczego. Nie lubię się z nim rozstawać. Jego obecność działa na zasadzie "Stoi? Niech stoi. Może ja gdzieś pójdę, może ktoś do mnie przyjdzie". Mogę nie używać, ale dobrze się czuję jak jest pod ręką.
Miśka leci na dwa tygodnie, a zaraz po jej powrocie muszę wyekspediować Młodego. Tyle, że jemu bilet kupię w jedną stronę. Olśniło mnie to któregoś wieczoru i serce mi się ścisnęło, że dzieciaka na tułaczkę wysyłam, że odrywam od ziemi ojczystej, od przyjaciół, od wszystkiego w czym wzrastał i co mu tak znajome. W końcu zapytałam samą siebie "Czy ty przypadkiem nie ubierasz syna we własne strachy?" I wyszło, że tak.
Im bliżej tym bardziej.
Żaba w pracy już mnie traktuje tak, jakby mnie prawie nie było, choć do końca umowy zostało jeszcze dobrze ponad dwa miesiące. Łyso mi się robi gdy co chwila potykam się o zdanie " ale ciebie to się już nie opłaca w to wciągać". Czy to z tego powodu czuję się nie w porządku z tym, że dostanę forsę na urlop z funduszu socjalnego ? To, że kończy mi się umowa nie znaczy, że nie mogę skorzystać z tego co inni pracownicy.Choc pewnie problem tkwi w kwocie. Dostać tyle ksay za nic. Ktoś może,nawet nie zazdroszczę,  ale ja ? Nie zasługuję? Jak to nie zasługujesz- strofuję samą siebie. Tu nie ma co zasługiwać. To nie premia, nie trzynastka. Nic z tych rzeczy.To się należy. Należy jak Kotu pełna micha.
Kasę chciałam wydać egoistycznie, ale wtedy sumienie by mnie zagryzło, więc będzie krakowskim targiem. Nie powiem na co- bo jeszcze nie wyjdzie.
Na Warmii ostatnio leje prawie co dzien, ale może to i dobrze- jest w miarę ciepło, ale nie upalnie. Można chodzić w bluzie narzuconej na koszulkę z krótkim rękawem i z bosymi stopami w sandałach. Upał nie odbiera oddechu i chęci do życia.
Tylko mnie ciągle się chce spać.

Klęski żywiołowe

Serwer szlag trafił. Mam…

Serwer szlag trafił. Mam usprawiedliwione lenistwo: blipanie, klikanie, gaganie, bloxowanie. Przyzwoicie z jego strony, że padł ten od pracy, a nie ten od rozrywki. Brak pracy w pracy da się przeżyć. Brak internetu to klęska żywiołowa.
Choć prawdę mówiąc najchętniej poszłabym sobie na spacer. Na Starówkę, albo pojechała do domu, wzięła psa i bryknęła do lasu. Albo do Ali, na wieś.
Młody rano oglądał wschód słońca. Nie wiem co zobaczył, bo Miasteczko leży w niecce.Od wschodu, na w wzgórzu są lasy i słońce zza nich wystaje dopiero koło piątej. Ale własnie sobie uświadomiłam, że gdyby tak usadowac się na zachodnim wzgórzu niecki, to może byłoby widać wcześniej. Tylko kto mnie zerwie o drugiej-trzeciej bez wyraźnego rozkazu ?
Po maratonie  jeszcze do siebie nie doszłam. Ale wcale nie jestem za stara na takie imprezy. Ja się tylko wolniej regeneruję.

Wczorajsze atrakcje

spowodowały, że po …

spowodowały, że po powrocie z pracy włączyła się huśtawka. W górę-w dół. W głowie, w oczach, w sercu. Normalnie jak w piosence : "złamane serce me z rozpaczy dynda". Wyczołgałam się spod koca i z ubrań i wczołgałam ( o wstydzie! o srmoto!) bez zabiegów higienicznych do łóżka już o godzinie 21:30.
Dzień dzisiejszy był z gatunku tych "do dupy".
Po przeprowadzce i rozdzieleniu administracji na tych lepszych co idą na nowe pokoje i tych gorszych co zostają w starych w pracy wre.
"Oj opisać nie opiszę, chyba że kto dopomoże co się po tych przeprowadzkach na fabrycznym dzieje dworze" Parafrazuję mojego kochanego Kopciuszka.
"Capo ciągle chodzi łaje, a złorzeczy, zły jak osa"
Che che che… Tyle mojego co się z nich pośmieję. Bo Bogusia chce lodówkę. I szafke z kawa herbatą, co to zawsze były w kuchni gdzie zarząd. Ale teraz mieści się tam inny dział i jego szefowa nie chce spędów w kuchni- papierosków, ploteczek, życia towarzyskiego. Bogusia napisała pismo ze skargą. "Dziewczęta" czyli dwie wazne osbostości fabryczne dostały wspólny pokój i też są oburzone. Bo jakże to tak ? Czemu one nie mają oddzielnych gabinetów ? Ewa, która z Capo w piatek rozmawiała o przeprowadzce podległego jej działu usłyszała : Nie zaprzataj tym sobie swojej slicznej główki. No jakże uroczo, prawda ? Przeprosiłam natychmiast Grzesia, za to, że go nazywałam szowinistą.
Muchomor, który schodzi z 3 piętra na 1, z tej okazję już na wszelki wypadek przestał opisywac faktury już około trzech tygodni temu, bo zajęty wszak przeprowadzką. Najbardziej zajęło go przeprowadzanie rzeczy osobistych ze starego auta do nowego.
Każdy z każdym sie kłóci, każdy się na każdego obraża. Patrze na to co się dzieje i się zastanawiam, że może tej administracji jest faktycznie za dużo ? Jakby tak połowę zwolnić to może reszta miałaby zajęcie przez 8 godzin dziennie i nie miałaby czasu na dąsy i fochy ?
A z drugiej strony : mamy teraz dwa ogromne budynki.Czy naprawdę nie dałoby się znaleźć choćby jednego , choćby najmniejszego pomieszczenia żeby w nim urządzić pokój socjalny ? Taki z lodówką żeby było gdzie trzymac mleko do kawy, i stołem żeby kanapke zjeść bez kruszenia chlebem w klawiaturę i dokumenty, zlew z kranem by mieć gdzie umyć kubek i ręce po jedzeniu ?
Taa…napatrzyła się Kasia na szwedzkie klimaty i teraz się jej marzy…
Jak to dobrze, że jutro ostatni dzien – a potem jade na Camp ! Hurra!
" Na dwór króla jegomości a ty pani uschnij z złości!"
A  Miśce zarezerwowałam samolot na 15 lipca do Goeteborga.
A poczta przyniosła dziś Młodemu dowód osobisty…

A zatem wakacje

Dzieci przyniosły …

Dzieci przyniosły cenzurki i …No coż, mam bardzo zdolne dzieci, skoro kompletnie się nie ucząc, nie dość , że awansowały do następnego poziomu to jeszcze ze średnią powyżej trzy.
Nie powiem, żebym zachwycona była. Nie wiem jak Miśka z takim zaangażowaniem chce się dostać na prawo za rok. Nie wiem czy szwedzkie gimnazjum tak chętnie przyjmie Młodego, czy nie orzekną, że z takimi ocenami to tylko do nauki zawodu.
Taka perspektywa też mnie nie zachwyca, ale jakiś czas temu ustaliłam sama ze sobą, że dzieci mam na tyle duże, że czas by zrozumiały, iż uczą się dla siebie i że jak się wykształcą tak potem będą żyć i pracować. Że dla mnie mogą pokończyć zawodówki- nie muszą mieć matur i mgr przed nazwiskami. Zwłaszcza w czasach gdy łatwiej o magistra niż o dobrego szewca czy kafelkarza.
Tak im mówię. Podobnie odpowiedziałam w pracy, gdy Madzia ze zgorszoną miną słuchała , że potrafię mieć cały zlew nie umytych garów.
– Przecież masz zmywarkę – powiedziała z wyrzutem.
– Ale była pełna, a mnie się nie chciało jej wyładowywać.
– A dzieci ? – drążyła.
Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że dzieci w domu sprzątaja tylko na moje wyraźne polecenie, na dodatek powtórzone ze trzy razy. Teraz to obie przybrały potępiające miny – Madzia z Anią. Nie przyznałam się więc, że Miśka moje polecenia wykonuje dosłownie. Jak powiedziałam żeby wrzuciła brudne naczynia do zmywarki to nie starła stołu, nie zrobiła porządku w kuchni, nie spłukała zlewu, nie umyła kuchenki…
Ania w którymś momencie wysnuła konkluzję, że Miśka albo się nauczy albo ją każdy facet rzuci.Powiedziałam spokojnie :
– To jej wybór. Jest duża.
Usłyszałam , że nie nauczyłam. Przyznałam rację, tłumacząc przy tym, że czasem są rzeczy ważniejsze od sprzątania. Nie uwierzyły, widziałam. Ale żadna z nich nigdy nie pracowała po 10-12 godzin dzień w dzień łącznie z sobotami, nigdy nie spędzały rodzinnych niedziel nad dokumentami. W to też raczej nie uwierzyły, pewnie uznały, że przesadzam. Wyszłam od nich z mętnym poczuciem, że znów mówimy różnymi językami. Oraz mocniej ugruntowanym przekonaniem, że daleko mi do matki idealnej. No bo nie nauczyłam moich dzieci podejścia do spraw praktycznych. Nie potrafią sprzątać, prać, gotować. Nie potrafią oszczędzać ani racjonalnie planować wydatków. W szafkach mają zawsze bałagan, a moje prośby o posprzatąnie traktują jako karę.
Czy ważne jest to, że potrafią się posługiwać kartą do bankomatu ? I zachować się w towarzystwie lub w restauracji ? Albo wyszukać informacje w encyklopedii lub słowniku ( Młody)? Że potrafią wezwać pogotowie, gdy coś się dzieje ? Że potrafią współczuć, okazywać empatię, pochylić się nad bezdomnym psem i człowiekiem ? Że są świetnymi kompanami na wyprawach, bo nie marudzą, nie narzekają i mają dobre humory ? Że Młody świetnie pisze, a jeszcze lepiej filozofuje, za co dostał dyplom od swojej wychowawczyni? Że są lubiani przez moich i swoich znajomych?
Że generalnie są mądrymi, fajnymi ludźmi i nie jest to tylko moja opinia?
Czy to ważne ?
Tak.  Dla mnie ważniejsze. Nie miałam okazji sprawdzić jeszcze ich uczciwości, ale wierzę, że są uczciwe. Mają po mnie i po Marcepanku tak idealistyczne i mało praktyczne podejście do świata, że wierzę, że dostały po nas także tę cechę.
Tak, ja wiem, że jedno nie wyklucza drugiego. Ale musiałam sobie to wszystko powtótrzyć by móc wierzyć, że nie jestem matką beznadziejną. ( Tu mi się nasuwa pytanie przewrotne: dlaczego o to, że dzieci nie potrafią prać, sprzątać i gotować oskarża się tylko matki ? A ojcowie to co ? W Ciechocinku byli ?)
Ania na koniec powiedziała
– Córka będzie miała do ciebie o to pretensję –
Właściwie wzruszyłam ramionami. Będzie albo nie będzie. Moja matka mnie tego wszystkiego też nie nauczyła, ale nigdy mi nie przyszło do głowy by ją o to oskarżać. Może miałam ważniejsze powody, a może wiem, że z pustego to i Salomon nie naleje. Nie mogłam nauczyć dzieci czegoś, czego sama nie potrafię. Ot, taki "krąg życia".

Sielanka poranna

Zza uchylonych drzwi …

Zza uchylonych drzwi balkonu pachnie mi skoszona trawa, kawki ze swoim "czfa czfa" gniają się pomiędzy klonem, brzozą a bzem. Kot śpi na poduszkach z kanapy, zmęczony poranną ( bardzo poranną) pobudką jaką zafundował pańci. P-Sunia w plamie słońca, zwinięta w kłębek z łbem na mojej poduszce wzdycha przez sen. Miśka, która wróciła około drugiej w nocy i wybudziła mnie z pierwszego snu telefonem "bo kluczy nie wzięłam" pochrapuje śpiąc na wznak, a Młody już się nerwowo kręci na swoim łóżku i zaraz usłyszę jego stałe "kiedy mnie puścisz?".
Z rzadka przejedzie samochód napełniając smrodem i hałasem pustą jeszcze ulicę. Sąsiadki o dziwo – nie tłuką dziś kotletów, nie słychają radia z ryjem, nie omawiają kazania na schodach.
Książka , stara, w szarej okładce, położyła się grzbietem do góry i tak sobie czeka na moje uważne oko.
Dzień zapowiada się upalny, słońce już jest wysoko na jednolicie błękitnym niebie.
Wszystkie znaki na niebie mówią, że dzien będzie pełen słońca i spokoju.Że doczekaja się wreszcie swojej kolejki rzeczy ważne , ważniejsze i te całkiem niepoważne.
A tymczasem …

KTO DO CHOLERY WYPIŁ MI MOJĄ KAWĘ ??!

Zmora gotowania

<a …

Misiek mnie przeraził.
Nieuchronnie zbliża sie czas, gdy Marcepanek i ja znów zamieszkamy pod jednym dachem. I obudziła się moja zmora. Przyszło mi do głowy, że jak już zamieszkamy razem to on znów zazcznie ode mnie wymagać żebym gotowała. I to gotowała naprawdę : gulasze, kotlety, sosy, zupy i pieczenie. A ja przez ostatni rok odkryłam, że wolę garaż sprzątać, ściany pomalować, kran do łazienki składac byle tylko w garach nie mieszać. Popisowe danie w moim wykonaniu to naleśniki bo choć co prawda czasu wymagają, ale nie ma w nich co popsuć, a i na upartego można przy tym szwedzkiech słówek się pouczyć albo książkę poczytać. Albo np. pizza . W 5 minut maszyna zagniata ciasto, które cwanie robię z ciepłą wodę to się potem daje ręką rozplaskać na blaszce…
Dotarło do mnie właśnie przy nauce szwedzkiego, że perfekcjonistka jestem i jak nie jestem pewna, że potrafie coś zrobić dobrze to wolę wcale się do tego nie zabierać. Dlatego pierwsze sprawdziany oddawałam prawie puste. Ile mnie kosztowało przełamanie własnego charakteru by pisać nawet wtedy, jak nie jestem pewna czy dobrze, to wiem tylko ja i Małgosia – nauczycielka.
Z gotowaniem mam podobnnie. Ponieważ jako dziecko byłam niejadek rodzice machnęli ręką na naukę jedzenia wszystkiego. Pozwalali mi jeść tylko to co lubiłam, byleby im bachor z głodu nie zszedł. Biedaki nie mieli świadomości, że zdrowe dziecko jeszcze nigdy się samo nie zagłodziło na śmierć. Efekt tego jest taki, że jak przychodzi do wymieniania czego nie jem, to łatwiej mi wymienić co jem, bo krócej. W związku z tym moje gotowanie jest monotonne nawet dla mnie oraz pozbawione fantazji i polotu. Ile razy w miesiącu można robić kotlety albo gulasz ? Już nie mówię, że jedzenie tego może zanudzić, ale jeszcze to robić ?
Wyjdzie na to, że wszystko pokonam w tej Szwecji- języka się naucze, zawodu nowego też, a gotowanie nadal będzie moją zmorą.
Chyba, że zaraz na początku przygotuję parę popisowych paskudztw, spalę kilka garnków i Marcepanek zrozumie, że jak chce jeść dobrze to musi robić to sam. Tak jak nauczył się tego z ciastem.
Tylko Misiek straszy, że sobie wtedy chłop może pójść.
To nie wiem co robić…