a ja mam urlop!

A zatem urlop.
Dziś…

A zatem urlop.
Dziś spałam do 10.30.Za oknem hulał wiatr na przemian z deszczem, podnosiłam głowę, notowałam godzinę, szarość za oknem i zapadałam na powrót w sen.
Miśka na podwójnym łóżku ( dołączyła sobie łóżko brata) odsypiała nocne imprezowanie z okazji Dni Młodzieży panujących w Miasteczku.
Pogoda zrobiła mi psikusa. Wybrawszy się wreszcie po zakupy w kurtce na polarku stwierdziłam, że jest  dużo cieplej niż się wydawało. Do domu z ryneczku wróciłam prawie ugotowana, w dodatku taszcząc wypakowany kosz.
" Chaziajka odnażdy z bazara priszła.
Chaziajka z bazara damoj priniesła :
karkoszku, kapustu, markowu, garoch
pietruszku il świokłu. Och! "
Ja przyniosłam : jabłuszka, śliweczki, gruszeczki, winogrona, papryczkę, pomidorki i jajeczka od kurek wiejskich. 
Oczywiście kupiłam tego dużo za dużo, ale nie mogłam się oprzeć. Bo teraz owoce są prawie za darmo i nareszcie mogę się ich najeść do syta. Czasem żałuję, że nie mogę sobie doczepiać drugiego żołądka w razie potrzeby. Inna rzecz, że cały dzień, w obawie by się nie zmarnowało tyle cennego dobra, wciąż pojadam owocki zamiast czego innego. Ciekawe czy dwa tygodnie diety owocowej dałoby realny efekt na wadze ? Bo w sklepie mięsnym , gdzie kupowałam kiełbaskę ulubioną dla Miśki, pani powiedziała radośnie :
– No, ale się pani nareszcie poprawiła, bo całe życie taka szczupła, że aż do przesady-
Nie wiem czy ludzie to robią, bo im się wydaje, że są mili ??? Choć z drugiej strony mnie też się zdarzyło napaść znajomą :
– O matko, jak pani schudła, jak ładnie pani wygląda –
W każdym razie zaczynam z lubością powtarzać tę samą odpowiedź :
–  To wszystko z tego dobrobytu…
Ludziom robi się wtedy, nie wiedzieć czemu, jakoś wstyd. A mnie dopiero wtedy śmiesznie.
Posprzątałam, zrobiłam obiad na który Miśka nawet nie spojrzała, bo zaganiana.
A ja spokojnie poszłam do kuzynki Ani, na dawno obiecywaną kawę.
Zdaje się, że znów prawie cały czas to ja gadałam. Ale przerobiłam rodzinne plotki z ostatnich dziesięciu lat. Na szczęście kuzynka z gatunku tych, co relacjonują wydarzenia bez oceniania kogokolwiek.
Ciocia nazbierała mi malinek, wujek na chwilę się oderwał od dziennika.
Jutro jadę na wieś. I zostanę tam co najmniej do poniedziałku.
Niech mi Vincent zazdraszcza. O!

Duży mały chłopiec

<p …

Przyszedł i przyprowadził ze sobą Uczonego.
– Taki druk potrzebujemy – powiedział stanąwszy pod oknem. Uzgadnialiśmy
szczegóły, gdy  rzucił od niechcenia.
– Jak ten cesarz co był krwiopijca i sukinsyn od tego tam …Olka czy jakoś tak –
jakoś to w kontekst wpasował, ale mnie się perfekcjonizm włączył.
  Chodzi o Cysorza ? Tego co miał klawe
życie oraz wyżywienie klawe ? – sprecyzowałam. (Że też mi mowy nie odebrało!)
– To Chyła był – podpowiedziałam cała radosna, że przysługę koledze robię,
dziurę w pamięci mu łatając. – A cysorz był świnia i krwiopijca. – jeszcze
tylko ogonkiem nie pomerdałam w oczekiwaniu na nagrodę.
– Ale u Grotowskiego – nadął się, zupełnie dla mnie niezrozumiale i burknąwszy
coś jeszcze wyszedł, zostawiając mi Uczonego.
Za godzinę przyszedł ponownie. Oficjalny. Wyniosły.
Zapytał o Żabę. Ruda zasugerowała, że jak ma coś ważnego to może niech
zadzwoni.
– Nie będę dzwonił – obraził się
– Oddaj jej to – położył na biurku jakieś pismo.


Zapamiętać : wyprowadzając kogoś z błędu  nie licz na nagrodę.
Mea culpa Mea culpa Mea culpa

Z P. i Vincentem w Lidzbarku

Lało. Grzmiało.Wiało.<br…

Lało. Grzmiało.Wiało.
Tak minął cały weekend.Mimo to byliśmy nieprzemakalni.
W sobotę, gdym kończyła robić zakupy, Vincent przysłał sms z pytaniem czy mocno ich obsmaruje na blogu jak zjawią się wcześniej niż planowali. "Wcześniej" okazało się przed południem zamiast po południu.
"Obsmaruję strasznie. Przybywajcie!" -odpisałam.
Przybyli, zrzucili bambetle, poszli ze mną po żwir dla kota, po czym wsiedliśmy w busa i pojechaliśmy do Lidzbarka Warmińskiego. Lidzbark, miasto piękne jest (nie całe, nie całe), ale lidzbarżan jakoś nie darzę sympatią. Pewnie dlatego, że każdy poznany przeze mnie mieszkaniec tego grodu na wieść, że pochodzę z Miasteczka, w żaden sposób nie prowokowany, natychmiast zaczyna mi udowadniać wyższość Lidzbarka nad moim miastem. Zwyczaj tyleż śmieszny co denerwujący.
Obejrzeliśmy cerkiew, wysoką bramę, kawałki murów średniowiecznych by w końcu trafić na zamek. W fosie, pod zamkiem trwały próby, bo zdaje się, że akurat odbywały się tam Biesiady Humoru i Satyry. Przed zamkiem kilka samochodów z zagranicznymi rejestracjami. Przeszliśmy bramę, weszliśmy na podzamcze i…
Szczęka mi opadła.
Bywałam tam dwadzieścia lat temu- w restauracji Basztowej spędzałam prawie każdy sobotni wieczór. Wtedy podzamcze wyglądała mało ciekawie – budynki dawno nieodnawiane, szare okna, przegniłe drzwi , kruszące się schody.
Teraz. Budynki opustoszałe, Baszta zamknięta, drzwi prowadzące do niej wyłamane, ze stropu wystają belki i słoma…Na całym podzamczu, we wrotach jakiejś stodoły skromniutkie stanowisko Poczty Polskiej z widokówkami i jakimiś pamiątkami. Jedno jedyne.
Ruina. Obraz nędzy i rozpaczy. Takie wrażenie odniosłam.
Weszliśmy na zamek.
Piękne krużganki, nieduży dziedziniec. W rogu, na galerii Andrzej Poniedzielski ze smutną miną i mikrofonem.  Piękny klimat.Choć ściany w wielu miejscach odrapane. Jakieś dzieci, przebrane w stylowe stroje, wyłoniły spod podcieni. Słońce akurat wyjrzało i i wino porastajace kolummny nabrało soczystości.Tylko obsługa jakaś pogubiona i niezorganizowana. Jedna pani biegała
przed zwiedzającymi i otwierała sale, druga z tyłu za nią te sale
zamykała.
Ekspozycja w środku- uboga, ale ja nie jestem wielbicielką ekspozycji muzealnych i niewiele uwagi jej poświęciłam. Więcej interesowały mnie okna- wysokie, gotyckie, z  matowymi szybkami pełnymi bąbli. Chciałam  zrobić zdjęcie – pani na mnie warknęła:
– Nie wolno! Proszę najlepiej założyć nasadkę na aparat – wzruszyłam ramionami. Dobra, nie wolno, to nie, choć to nie eksponaty chciałam fotografowac, choć nigdy w życiu nie użyłabym lampy błyskowej. Dobra, nie miałam tego na czole wypisanego.
Może dlatego, że prawie pusty, błękitny refektarz powalił mnie swoim surowym pięknem. Tak majestatycznego wnętrza już dawno nie widziałam, tu poczułam oddech wieków, tchnienie tych, którzy już dawno w proch się rozsypali, a którzy przed setkami lat deptali tę posadzkę.
Wyszliśmy znów na galerię.
Para niemiecka, dwoje starszych ludzi zaczęło rozmawiać z tą kobieta od kluczy. Kobieta ni w ząb.Zrozumiałam, że nie chcą iść dalej. Kobieta powiedziała głośno i wyraźnie patrząc im w oczy :
– ZA-RAZ PÓJ-DZIE-MY DO KAP-LI-CY. NIE CHE PAN ?
Pan zapytał bezradnie:
– SPIK INGLISZ ?
Pani miała panikę w oczach
– Vincent – szepnęłam prosząco. I Vincent uratował honor Polaków, że nie gęsi, i nie tylko swój język mają.
Kaplica barokowa ( renesansowa?) wywołała zbiorowe westchnienie zachwytu.
Z najwyżego piętra, z galerii malarstwa, z okien zrobiłam kilka zdjęć Lidzbarkowi.
Pizzę jedliśmy koło Bramy w towarzystkie Kabaretu Moralnego Niepokoju.
Na autobus do domu czekalismy godzinę w towarzystwie os i deszczu.

A zatem

 jest nas już tu tylko …

 jest nas już tu tylko pół.
Tatuś wczoraj zabrał synka do wesołego miasteczka w Goeteborgu. Dziś rano wysłuchałam oszczędnej relacji przez telefon i…
Misia weszła do kuchni niespodziewanie.
– Ej, to tylko dwa miesiące – przytuliła mnie na pocieszenie.
– Ale potem to ty będziesz za morzem – chlipnęłam.
– Ale przyjadę.
Tymczasem mieszkania nadal nie ma i sen spędza to z powiek nie tylko mnie, ale i Marcepankowi. No bo wiecznie na tej wsi mieszkać nie można, w towarzystwie innych ludzi, ze wspólną z nimi kuchnią i łazienką.
A jest jakiś problem, bo mieszkania podobno są, ale jakoś nie dla nas. Coraz trudniej zachować wiarę w to, że będzie dobrze.
Teraz na odmianę, doszła wieść, że Młody musi mieć personnumer, żeby iść do szkoły. No żesz! Tu już się wkurzyłam się nie na żarty, bo cholera- dlaczego ja się o tym dowiaduję teraz ? Bo do tego personumeru chyba paszport jest konieczny, a paszport wymaga obecności nas trojga w Polsce. Na okrasę słyszę, że we wtorek pójdą do Urzędu Skarbowego. No zabić to za mało.
– Nie do żadnego urzędu, tylko do szkoły – mówię, z trudem hamując złość. Dlaczego im nie przychodzi do głowy, żeby najpierw pytać u źródła ?
Potem następny telefon i słysze rewelacje , że no przecież na pewno go przyjmą, bo on musi się uczyć, bo na pewno wezmą pod uwagę. Dekiel mi skacze. Znów się bawimy w pobożne życzenia.A nie mozna było zapytać o to dwa miesiące temu ?  Szlag! Zaczynam myśleć, że wszystko będzie leżeć i czekać na mój przyjazd. Bo jak jestem zła i zdesperowana to nie ma dla mnie przeszkód…
Dobra, wiem, że jestem trochę niesprawiedliwa. Mnie tez nie przyszło do głowy żeby go wysłac do tej szkoły zapytać o to jakie dokumenty i formalności mają być dopełnione. A teraz sie złoszczę bo się denerwuję. Co będzie jak Młodego do tej szkoły nie przyjmą ?

Niedzielę spędziłam w domu, pracowicie wygniatając kanapę na przemian z fotelem, walcząc z bólem stawów i rycząc nad "Osobowością ćmy" Grocholi.
Za tydzień będę miała gości. A ponieważ dopominali się o długasny spacer po polach, łąkach i bezdrożach opracowałam szatański plan. Spacerek po lesie. Tak ok. 7 km. w jedną stronę. Ciekawe czy dam radę…

Szarlotka ? A skąd?!

<link rel="File-List" …

Normal
0
21

<!–
/* Style Definitions */
p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal
{mso-style-parent:"";
margin:0cm;
margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:"Times New Roman";
mso-fareast-font-family:"Times New Roman";}
@page Section1
{size:612.0pt 792.0pt;
margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt;
mso-header-margin:35.4pt;
mso-footer-margin:35.4pt;
mso-paper-source:0;}
div.Section1
{page:Section1;}
–>
Jaki Baśka miała wzrok, gdy Szymek pokazał jej , że
kupiłam mu loda, lepiej nie mówić. Basia do syna ma zdrowe podejście, lodów też
nie demonizuje, ale nie podoba się jej, że kapią, zwłaszcza w jeśli kapią w
samochodzie. Ale co miałam zrobić, że w sklepie nie było jego ulubionych
soczków ? Mojej mrożonej szarlotki też nie było, a miałam chęć sprawić sobie
przyjemność. Nie, no wiem, wiem, oczywiście, że tę szarlotkę to mogłabym sobie
sama upiec, ale przecież nie o tej porze! Zwłaszcza jeśli prawie cały dzień spędziłam
w samochodzie w charakterze pilota, nawigatora czy jak to tam zwą. Bo Basia
rzadko jeździ, a jeszcze rzadziej na takich trasach, a ja się modliłam, żeby
jej mąż  zmienił zdanie. Bo mnie sama
jazda A-7 dostarcza dużo adrenaliny, a z nim byłoby tego za wiele.
A z Basią się jedzie spokojnie. To co, że pomyliłyśmy drogę i zamiast na
Miłakowo pojechałyśmy na Młynary ? Oznaczenie było takie, że tylko dzięki
zawróceniu zobaczyłyśmy drogowskaz, bo stał właśnie dla tych jadących z Młynar.
No i co się wielkiego stało ? Już się nie śpieszyłyśmy, więc zero stresu.
Zawróciłyśmy i tyle.
W ogóle miałyśmy uczucie jazdy jakby pod prąd. Bo wszyscy gnali nad morze, a my
w odwrotnym kierunku. Taaa, za fotelami spoczywały nieużyte stroje kąpielowe, a
o szyby kropił deszcz. Jak przestawał kropić wyglądało słońce i w aucie robiło
się parno tak, że włączyłam klimatyzację. Dobrze, że tym razem w Pruszczu nie
było żadnej giełdy czy innego targu, to minęłyśmy go bez korków. Zresztą w
ogóle trasa od Wrzeszcza zleciała nam jak z bicza trzasł. Gorzej było w tamtą
stronę, bo to czas jakby lekko ponaglał, bo presja większa, bo i droga
nieznana.
A mnie na dodatek łzawiły oczy. Pewnie z niewyspania oraz włączonego nawiewu.
Ręce mnie też bolały, pewnie od dźwigania ciężkiego tobołka. I w ogóle nie w
sosie byłam. No, ale wstałam o 5:30 to jak miałam być radosna ? Choć przyznam,
że jak zadzwonił budzik to byłam zdziwiona, że przespałam całą noc. Bo
sądziłam, że nie zmrużę oka. A spałam jak zabita. Tylko krótko , bo padłam o
północy,  jak już zapięłam wszystkie
zamki w torbie,  po  wpakowaniu doń wszystkiego co wg mnie było
konieczne, oraz wszystkiego tego co Młody uznał, za niezbędne do życia na
obczyźnie.
No to sami rozumiecie, że musiałam, koniecznie musiałam czymś się pocieszyć. A
tu skucha: nie ma szarlotki. To choć uśmiech Szymona i jego umorusana buzia
musiały mnie rozśmieszyć.
Bo mój synek to za Wielką Wodą już.

Mydło i powidło

Sobota coraz bliżej. …

Sobota coraz bliżej. Liczę dni. Ze strachem, ze smutkiem na przemian z wiarą i nadzieją. I tak się huśtam…Marcepanek w tym tygodniu w Sztokholmie. Fajną przygodę miał.
Podszedł do niego jakiś robotnik. Kombinował po szwedzku, ale coś mu nie wyszło, przerzucił się na angielski, to Marcepanek nie załapał (a może było odwrotnie) w związku z czym wyjaśnił:
– Jag inte swensk. Jag ar polska.
– Masz jakiś śrubokręt ? – natychmiast zareagował tamten po polsku . Potem było jeszcze śmieszniej, bo się panowie dogadali, że posiadają wspólnych znajomych…
Mały ten świat stwierdzam rzecz oczywistą.
Młody podekscytowany. Zaciekawiony. Zwłaszcza odkąd się nasłuchał opowieści siostry.
A mnie martwi, bo wciąż nic nie wiadomo co z mieszkaniem. A to rodzi problem ze szkołą najbliższą Młodemu. Podobno mieszkania są ale Szwedzi mają urlopu i powyjeżdżali, albo na wieść , że to dla obcokrajowca wycofują się – tak mówi Roland kierownik Marcepnka. Nie to, że nie lubią Polaków Szwedzi tłumaczy Robert-Szwed, oni nas nie znają i są nieco nieufni. Chciałam się pozżymać na rasistowskie uprzedzenia, ale…A gdym ja miała wynająć mieszkanie Rosjaninowi ? A gdyby to był Arab ?
Zatem nie mam innego wyjścia tylko wierzyć mocno w to, że nasze mieszkanie jeszcze jest zajęte i musimy poczekać bo mamy dostać coś fajnego za rozsądne pieniądze.
A tymczasem korona znów spadła.
Nie rozumiem tych mechanizmów. Czemu w Szwecji ceny są stabilne a korona traci na wartości ? Za to w Polsce wszystko idzie w górę, a słysze o solidnej złotówce..?Jaka solidna jak coraz mniej warta ? Dziwna logika.Albo to ja mam dziwną logikę. Bo np. spoty reklamowe PZU z tekstem "Jak wrócimy opowiemy resztę" wydaja mi się głupie. Bo w domyśle tego spotu jest treść : kup polisę to nie stanie Ci się nic złego. A już najbardziej niesmaczny jest spot w telewizji – zapłakani ludzie w żałobie i sugestia, że ubezpieczenie mogło ochronić ich bliskich. W następnej kolejności proponuję spot, gdzie jeden pan odprawia agenta PZU, po czym natychmiast ginie pod kołami TIRa. A zaraz potem inny pan trzymając polisę w dłoni jak sztandar triumfalnie przekracza A7 przed nosami TIRów.
Fajnie musi się czuć w takiej chwili W, który rok temu stracił żone i teścia w koszmarnym wypadku. Może właśnie nie miał polisy PZU ?
…a swoją droga po roku niby jest przytomniejszy, ale widać jak wszystko w nim wygasło. Machnął ręką w stronę swojej  firmy dziś:
– A to…- wzruszenie ramion – No jest, choć nie wiem po co.
Szyld jego żony nadal wisi na budynku.
Umknęłam. Teraz nie mam w sobie tyle werwy, żeby podtrzymywać go na duchu.
Pogoda się ustabilizowała. Pada co dzień. Może zbyt gorliwie prosiłam o trochę deszczu i chłodu ?
A lipy już żółte- gubią liście. Dziś widziałam przepiękne drzewo- zieleń równomiernie przetykana żółcią.
Lato, zaczekaj chwilę.

PS. Wczoraj miałam sen. U babci Józi w domku byłam. Z jakimś facetem co niby moim mężem albo ojcem był. I zobaczyłam przez okno jak dwa ogórki gruntowe naciągają sobie na głowę skarpety maskujące. Uciekliśmy przez okno.
Obudziłam się trzęsąc ze strachu, z łomoczącym sercem. Dopiero w południe uświadomiłam sobie absurd…

Z Kosmitą życie

Dziś rano Kosmita …

Dziś rano Kosmita wieszał chyba obrazki w swoim nowym mieszkanku. Tylko dlaczego uznał, że wszystkie powiesi na jednej ścianie ? Mógł sobie nie żałować i napieprzać z każdej strony tymi gwoździami. Nie, wybrał znów tę prawą ćwiartkę. A może on tam ma siłownię i jego worek treningowy się w tym miejscu obija? Choć nie, od worka jest takie miękkie pac, pac, pac. A tu wyraźnie łupało kłująco.
Zgłuszyłam go ibupromem. Chyba mu się spodobało, bo ucichł wreszcie.
Siedziałam przyczajona w kącie, z następnymi prochami w pogotowiu…i nic. No nic. Jak padł około południa tak nie wstał dotąd.
Mimo to, postanowiłam, że zapoznam mojego kosmitę z panem N. Z listy siedmiu znalezionych w Olsztynie specjalistów wybrałam dwóch, polecanych mi przez znajomych.
Pierwszy to ponoć sława, która wykracza nawet poza województwo.Fachowiec.
Drugi- też niby znany, do tego ludzki. Podobno rozmawia z pacjentem.
Wybrałam drugiego. Mimo kilku prób nie odebrał ani stacjonarnego ani komórki.
Zatem zadzwoniłam do pierwszego. Zraził mnie na wstępie, bo się wyraźnie przejęzyczył, a gdy dopytywałam okazał zniecierpliwienie. Błąd Panie Doktorze. Ja jestem chory człowiek co ma Kosmitę w głowie i potrzebuję cierpliwości. Zwłaszcza jeśli mam zapłacić za wizytę osobistą stówę. Bo oczywiście nie ma mowy o wizycie na koszt państwa. Mimo to – wybrałam się do niego po pracy.
Łaska boska, że nie zwiódł mnie pozorny chłód i nie poszłam piechotą tylko podjechałam jedynką.
Gabinet mieścił się na II pietrze od południowej strony. Schody wiodły przeszkloną klatką. Ludzie czekali nawet na schodach – dosłownie siedząc na nich, bo w poczekalni miejsca już nie było. Z gorąca zakręciło mi się w głowie, Kosmita zaczął się wiercić.
Uciekłam. Do dworca szłam wężykiem. Na szczęście Kosmita dalej spał. Nie zużył moich zasobów energii na sobie wiadome cele. Dzięki temu – nie spałam po powrocie, a nawet zrobiłam tort, który podejrzałam jak robił Jurek na wsi. Zobaczyłam, że prosto. Pomyślałam, że córuni, która dziś przeleciała Bałtyk i wylądowała u koleżanki, będzie jutro miło jak przyjedzie do domku.
Nie będzie miło, bo córunia zjawić się ma zamiar we czwartek.
A ja na czwartek mam plany.
Tylko nie wiem co na to Kosmita.
Nie mam siły szukać innego specjalisty. Może dlatego, że nie specjalnie wierzę w pomoc tego pana ?

Lato, lato wszędzie…

Nie wiem ile jest …

Nie wiem ile jest stopni. Termometr się poci i dostaje zadyszki. A wisi w cieniu przez większość dnia.

Upał w mieście jest niewiarygodnie trudny do przetrwania. W piątek, gdym prosto po pracy pobiegła dokonać bieliźniano-spożywczych zakupów w Alfie, miałam uczucie jakbym się poruszała w saunie. W jednej chwili zrobiłam się mokra. Było to tym bardziej niemiłe uczucie, że rano uświadomiłam sobie, że dezodorant wyszedł. Rozpacz. Jak się poruszać w taki upał żeby nie śmierdzieć ? Miśka swój zabrała do Szwecji, został jakiś wstrętny sztyft męski. Użyłam, bo z dwojga złego wolę pachnieć jak facet niż inaczej…
Tymczasem w Alfie skończył się prąd i to w chwili, gdym trzymając w dłoni czerwony koszyk, mknęła po kawałek ochłapa. Bo w lodówce domowej już zostało tylko światło, a wyrośnięty szesnastolatek, który kiedyś był moim malutkim syneczkiem, wyraźnie popatrywał na mnie wyczekująco. Stanęłam jak wryta na środku sklepu, pomiędzy półkami. Ciemność jaka zapanowała została powitana zbiorowym :
– Ooooooo!
Po czym ktoś rozbawionym głosem zauważył :
– Bramki nie działają – bierz wystko co chcesz i idziemy.
Postałam chwilę i pomedytowałam. Zawróciłam. Wbrew obawom, ciemość nie panowała powszechnie, tylko w niektórych sklepach. Poszłam na piętro ( schody ruchome nie działały) licząc na łut szczęścia, że w sklepie z bielizną prąd będzie. Nie było, niestety, co wywołało moje zdegustowanie, wyrażone jednym treściwym słowem, którego tutaj cytować nie będę. Bo tam był mój mroczny ( dosłownie – czarny) przedmiot pożądania. Pal go sześć, mogłabym kupić i bez światła, bo wcześniej zdążyłam go przymierzyć i stwierdzić, że HURAA! w końcu znalazłam stanik, który jest dobry nie "w miarę", tylko naprawdę. Ale niestety – jako księgowa wiem, że w razie braku prądu- kasa nie działa, a to wyklucza sprzedaż. I to nie dlatego, że niedouczona ekspedientka nie potrafi policzyć, tylko dlatego, że przepisy każą każdą operację dokumentować na kasie fiskalnej.
Zatem światła nie było. Westchnęłam. Rzuciłam słówkiem, którego nie cytuję, jak rzekłam. I zobaczyłam przed sobą Baśkę K. czyli Szeficę Kultową. Znów mnie zaskoczyło, że ona jest taka mała. Ją zaskoczyło, że dzieci mam takie duże.Za to wcale jej nie zaskoczyło, że mam się czym chwalić.
– No przecież zawsze mówiłam, że ty jesteś wielka baba i daleko dojdziesz – powiedziała spokojnie. No prawda. Mówiła. Kładła mi to do głowy dzień po dniu. Wtedy jak mnie opierdzielała za błędy i wtedy jak chwaliła za sukcesy. Jak to dobrze, że w końcu zaczęłam podejrzewać, że może miec rację…
Pobiegła do swoich spraw, a w sklepie jak na zamówienie – zapaliło się światło. Złapałam moje szczęście szukane od lat , po drodze zahaczyłam o spożywczak i do domu.
Bus był klimatyzowany! Cuda się dzieją, może cywilizacja dotrze na moją prowincję ?
W domu znów pędem, bo chciałam Młodemu bilet do Goeteborga kupić jak najszybciej. Kupiłam. W jedną stronę, ze jedyne 318 pln (Miski w obie strony kosztował 326) . Z szoku wywołanego ceną i z pośpiechu nie zrobiło to na mnie wrażenia, że w jedną tronę.
Kończyłam wklepywać przelew, gdy przyszedł Jurek. Załadowałam się do jego samochodu i pojechałam na wieś.
A potem…
W mieście koniec lipca pachnie nadchodzącą jesienią. Żółkną trawniki, kasztany znów mają rdzawe plamy, lipy sypią liściem,a kwiaty w miejskich klombach smętnie zwieszają główki przytłoczone spalinami i kurzem.
Na wsi jeszcze pełnia lata. Wiatr hula po otwartych polach, zielenią się ogrody, wieczorem i rano powietrze jest pełne lekkiego chłodu, w chrzanie przy stercie cegieł grają koniki polne, a ćmy śpią spokojnie schowane w cieniu dachu.
Wczoraj , tuż przed moim odjazdem ogarnęła nas zbiorowa głupawka, której opisać się nie da, ale której efektem była konsternacja Jurka :
– Zaraz…Którą z was uszczypnąłem ?
Obie przybrałyśmy godne miny.
A puszczyk, choć zwykle brzmi ponuro, tym razem po prostu się wpisał w program dźwięków. W świetle dnia stwierdzam, że tego mi właśnie na wsi brakowało.
Do za tydzień "wsi spokojna, wsi wesoła"

Wiejski klimat

 

Piątek …

 

Piątek po południu i całą sobotę spędziłam na wsi.  Co mam powiedzieć ? Tyle razy mówiłam, o tym jak mi tam jest.
Dziś mogę  pokazać ten klimat.
Zdjęcia robione nie moim aparatem, ale przeze mnie są TU .

Mogę tylko do tego wszystkiego dodać, że gdy około północy wyszłam na dwór z nieodległego lasu niosło się pohukiwanie sowy. Chyba puszczyka, bo brzmiało nieco ponuro. Ale za to gwiazdy były na wyciągnięcie ręki. 
Ale niedzielę spędzam w domu. Z synem.

Jedno w nas ciało i jedna w nas krew

<p …

Znam ją tyle lat, a nigdy nie sądziłam, że taka fajna z 
niej babeczka. Z poczuciem humoru. Pogodna. Niedrobiazgowa. Lojalna wobec bliskich
aż do granic naiwności. Uczciwa do granic głupoty. Niepraktyczna. Chętnie
wybaczająca innym . Niechętnie wybaczająca sobie. Bujająca w obłokach. Ze
słomianym zapałem. Z wiernym sercem. Inteligentna. Czepialska. Czasem marudna.
Gadatliwa. Ze skłonnością do sknerstwa i rozrzutności. Z tchórzem za skórą.
Zawzięta. Wielkoduszna.
Lubię ją podglądać, ale nie tak wprost. Kiedy idzie ulicą łowię jej odbicie w
wystawowych szybach, lub w lustrze w
domu, kiedy krząta się pomiędzy parzeniem kawy, a obieraniem kartofli. Niedawno
zauważyłam, że prostuje plecy i głowę nosi nieco wyżej. Widzę też, że uśmiecha
się coraz częściej. Ten uśmiech ma w duszy i pomimo pozornej powagi widać go w
jej piwnych oczach z lekko opadającymi powiekami. Lubię też jej tu i ówdzie
zaokrągloną sylwetkę.
Ona mnie też lubi. Też od niedawna. Nie karze za błędy. Nie obraża. Czasem
wykpiwa, ale tak, że czuję w tym ciepło i troskę. Często chwali. Jeszcze nie
zawsze potrafi wesprzeć, ale pracujemy nad tym. Jest świetną towarzyszką na
wyprawy długie i krótkie. Z nią nigdy się nie nudzę. I coraz rzadziej czuję
samotna.
Opiekuje się mną. Nie pozwala na to bym działała przeciwko samej sobie. Chroni
przed destrukcją, do której jeszcze mnie czasem ciągnie. Pilnuje bym w pogoni
za codziennością nie zgubiła tego co najważniejsze. Siebie. I naszej przyjaźni.
Codziennie rano mówię jej serdecznie : Cześć, jak ci minęła noc ? Nie musi
odpowiadać, bo i tak wiem. Przecież ona to ja. Patrzę w lustro i ślę jej
uśmiechy.

A Ty ? Potrafisz być przyjacielem samego siebie ?
Chciałbyś mieć za przyjaciela takiego człowieka jakim sam jesteś ?