Rozmówki z synkiem -W sprawie szczytu kopenahaskiego

– Oni obradowali nad …

– Oni obradowali nad zatrzymaniem globalnego ocieplenia ? – upewnił się Młody, szykujący się do wyjścia do szkoły
– Yhy – przytaknęła Matka nieuważnie, bo dopiero co wstała i z nieco błędnym wzrokiem szukała swego kawowego kubeczka

– To nie uważasz, że lekko przesadzili ? Jest -15 ! Może niech już nie pracują tak wydajnie ?

Święta a sprawa karpia

Bardzo dawno temu, gdy …

Bardzo dawno temu, gdy Misia była dziewczynką z kucykami, a Młody nie był wcale młodym i gniewnym tylko kochanym Kajtusiem, moja Rodzicielka przytaszczyła do domu karpia. Co ją natchnęło Bóg jeden wie, bowiem  nasza rodzina specjalnie za karpiem nie przepada. Możliwe, że Rodzicielkę skusiła perspektywa posiadania łusek do portfela, bo finanse nam szwankowały jak zawsze. Tak siak – zakup został dokonany. Karp zamieszkał w wannie i z miejsca zaprzyjaźnił się dziećmi, które wraz z nim zamieszkały w łazience. Zrozumiałe jest, że dzieci entuzjastycznie przyjęły zwierzątko domowe, bo P-Suni i Kocia to wtedy jeszcze na świecie nie było.
Aż nadszedł TEN dzień. Wysławszy córkę z wnukami na spacer, na zakupy, gdziekolwiek byle daleko od domu, Rodzicielka wręczyła swojemu zięciowi młotek i zleciła egzekucję.
Zięć, który normalnie uczynny jest i jak dotąd skwapliwie wykonywał rozmaite prośby teściowej, tym razem zdecydowanie odmówił. Może on i jest dupa nie facet, ale zwierzątek domowych to on ubijał nie będzie.  Nie i już.Na retoryczne pytanie czy w wojsku był, Zięć odparł, że owszem, był, ale jego tam uczyli z czołgu strzelać i nie do karpi. Co innego jakby tego karpia na własną wędką złapał – łeb by mu urżnął na miejscu nim zdążyłby wystąpić związek emocjonalny, ale tak to nie.
Rodzicielka zacisnąwszy szczęki pomaszerowała do łazienki sama. Z łazienki doszedł łomot. Potem następny. I jeszcze jeden. Po czym rodzicielka stanęła w drzwiach pokoju i ze łzami w oczach oświadczyła, że ona już nie może, bo on ciągle żyje. Nolens volens Zięć musiał dokonać już nie tyle aktu egzekucji co miłosierdzia i dobił karpia. Wręczając teściowej zwłoki oświadczył twardo:
– Pierwszy i ostatni raz.
Tradycja została uratowana – karp wylądował na stole Wigilijnym, tyle, że jakoś nikt , poza Rodzicielką nie miał nań ochoty. Dzieci patrzyły ze zgrozą, jak ich kochana babunia pożera zwierzątko domowe. Zięć był milczący. Leżąca na talerzu ryba nie była dlań jedzeniem tylko wizualizacją wyrzutów sumienia. Córka, która normalnie nie przepada za jedzeniem które ma oczy, teraz dodatkowo miała Rodzicielce ze złe konieczność tłumaczenia dzieciom, dlaczego ich pupil nie może na zawsze zamieszkać w wannie, a potem uspokajanie rozszlochanej Misi.
Cały rok zajęło Rodzicielce dojrzewanie do przyznania się błędu. Dopiero gdy tuż przed następną Wigilią Zięć rzucił ostrzegawcze :
– W sprawie karpia proszę na mnie nie liczyć
Rodzicielka się złamała i przyznała, że był to najgłupszy z jej pomysłów.
Odtąd na prowincjonalnym, wigilijnym stole znajdują się ryby może i mniej szlachetne niż karp, ale mające jedną zaletę : można je kupić w postaci bezosobowych tuszek , bez głowy i oczu.
 
 
 

Bez cenzury

Zimno się zrobiło. …

Zimno się zrobiło. Przedwczoraj i wczoraj wiało, z tym, że wczoraj mocniej. Siłę natężenia wiatru przed wyjściem z domu oceniam po odległej brzozie. Brzozowe gałązki są wiotkie, więc podatne nawet na najmniejszy powiew i zawsze jak patrzę to mi się kojarzą z włosami jakiejś panny. No więc wczoraj panna miała kołtun. Cieszyłam się, że nie muszę nigdzie wychodzić, no tylko z P-Sunią na ranne sikanki, co załatwiłam raz-dwa.
Ale dziś to już mus był. Bo w szkole, w SFI Julbord. No i Eva, pierwsza z nauczycielek od nowego roku odchodzi na emeryturę i obiecałam Adeline, że wpadnę pożegnać Evę i uściskać innych.
Stoły już były zastawione ciastem pieczonym przez nauczycielki. I zabawy czekały i loteria z udziałem Mikołaja w którego przeistoczył się Jacki. Na tablicy pisaliśmy życzenia świąteczne w swoich językach. Adeline uczyła mnie czytać po francusku, ja ją po polsku. W efekcie łatwiej mi było po hiszpańsku…Ale już przepadło: zapomniałam bo nie zapisałam sobie.
…dziwnie było. Rok temu był tłum ludzi, których chciałam uściskać, z którymi miałam tyle do omówienia. Ivan z Danilo gdzieś w Austrii budują kolejne organy. Sonia w domku z Frances czeka na następne dziecko. Mark także w domu, robi za "hemmafru" i teraz, gdy upadek SAABa staje się faktem ten stan się jeszcze jakiś czas utrzyma, bo Mark jest inżynierem od samochodów. Cengiz odbębnia jakieś staże, Djulejman w Skovde robi kurs obsługi jakichś maszyn. Stephen zatrudniony na jakiejś stacji benzynowej. Ot, rozfrunęli się wszyscy. Na pociechę został Vicent i Gulsum. Vicenta i jego żonę Karinę (Karina , nie Karin) zaprosiłam do nas na niedzielę po świętach, tak się nam przyjemnie gadało w muzeum.
Gulsum mam chyba trochę za wiele ostatnimi czasy, może to po prostu brak alternatywy.
Zakisiłam gar kapusty, mam nadzieję, że tym razem wyjdzie dobra. Poprzednią czuć takim dziwnym winnym, kwasem. Może miała za ciepło? Tę teraz postawiłam na oknie- jak mróz lekko odpuści to okno otworzę będzie zapach wywiewać i chłodzić. Innego miejsca chłodnego nie ma. Na balkonie mróz, w piwnicy ogrzewanie.
Stresuję się tymi świętami. PO Zięć dołącza do naszej czwórki, więc mam stres, żeby mi imienia dobrego po rodzinie nie szargał.A tymczasem na koncie z lekka przeciąg i nerwowo zastanawiam się, czy księgowa TegoMojego zdąży z przelewami na 23 grudnia. 
W zeszłym roku zdążyła.
Chyba lubię sporty ekstremalne, skoro zawsze, co roku, się tak urządzam ze świętami. A niby seks uprawiam bezpieczny…Widać człek potrzebuje jakiejś adrenaliny w życiu.
Na to, że mój "zasiłek aktywizacyjny" dojdzie na czas, nie liczę. To mają być pierwsze, własne pieniądze w Szwecji.  Zapracowane nauką szwedzkiego zawodowego. Tyle , że szacowna instytucja po otrzymaniu mojego raportu już dwa razy mi odpowiedziała. Najpierw kazała wypełnić druk zgłoszenia (nieważne, że rejestrowałam siebie latem razem z mężem). Teraz zażądała ode mnie Clearningnummer Banku. Poszłam do Mortena-nauczyciela, bo jak mamę kocham, nie wiem co to jest.
– Pomożesz mi ?
– Masz wpisać Clearningnummer – powiedział mi po przeczytaniu pisma z jednym zdaniem.
– To wie. Nie wiem co to jest ten nummer –
– To musisz zadzwonić do banku i zapytać
No żesz…
Cyrus, Kenijczyk, czarny jak Bambo, pokazał co mam wpisać.
–  Też mam konto w tym banku, musiałem to samo wpisać.
Aaaaa. Autorytet Mortena padł na pysk. Tym razem dokumentnie. Najpierw nie wiedział kim jest Marianne Fredriksson. Potem zrobił błąd, bo tłumaczył nam, że nasza komuna będzie płaciła o 30ore podatku więcej, podczas gdy w artykule jak wół było napisane 0,30 %. Jak mu zwróciłam uwagę, to zaczął wpierać, że to na to samo wychodzi. A ja nie lubię jak mi ktoś usiłuje wciskać głupoty.Nie dyskutowałam, bo nie czas i nie było to istotne dla innych, ale swoje wiem. No a teraz to…Znaczy pan panie nauczycielu, guzik wiesz i w dodatku przyznać się do tego nie chcesz. Pies z tobą i twoimi czerwonymi koszulkami, które od tygodnia nosisz z uporem maniaka. Nie wiem czemu te koszule kojarzą mi się upierzeniem godowym, ale zastanawiam się do której z nas tak puszy piórka. Do ślicznej Tajlandki Wayidy ? Problem w tym, że Morten jest blondyn, o cerze skłonnej do czerwienienia, pięknie wygląda w tych czerwieniach. Jak piwonia. I dlaczego z uporem maniaka, do pracy grupowej zawsze przydziela mi Wayidę, która niemal zupełnie nie rozumie i nie mówi po szwedzku ? Efekt, jest taki, że zwykle miast robić ćwiczenie tłumaczę dziewczynie o co chodzi.Dziś porównywaliśmy opiekę socjalną w Szwecji z naszymi krajami. Trochę to wyglądało jak propaganda sukcesu ;)) Szwecja jest krajem na wskroś socjalnym. A moi koledzy zadali mi kilka pytań o Polskę (w tym jedno koronne: czy pochodzę z Warszawy- czemu Azjaci zawsze mnie pytają o Warszawę , Polska jest wszak dużym krajem) . A potem popłynęłam z tematem. No bo jak mam wyjaśnić i Mortenowi i reszcie, czemu Polacy uczą się demokracji, czemu muszą do niej dorosnąć, czemu nie potrafią decydować o losach państwa. Popłynęłam. Zabory, komunizm, stan wojenny, mapa Polski, ZSRR, który był bratem bo przyjaciół to sobie każdy sam wybiera…
– Islan, następnym razem krzycz "Stop Katarina" – pokajałam się
-Nie, nie to było ciekawe. I dobry trening …
W drodze powrotnej Cyrus pochwalił się.
– A ja znam jednego, najlepszego piłkarza Polaka
– Kogo ?
– Boniek!
No. Wiedziałam, że Cyrus to fajny chłopak.

   

Obiadek

Syneczek wraca ze szkoły…

Syneczek wraca ze szkoły i od progu zadaje stałe pytanie. Nie, źle. Nie zadaje pytania, tylko staje w progu i wymownie milczy. Na takie wymowne milczenie, każdego dnia Matka ma odpowiedź w stylu :
– O piątej, schabowe – Bowiem niezadane pytanie brzmi:
– Co na obiad i o której obiad?
Tego dnia, po przyjęciu odpowiedzi, Syneczek milczy nadal.
– Masz rosołek, stoi na kuchence, jeszcze gorący, weź sobie.
Milczenie robi się jeszcze bardziej wymowniejsze.
Matka obrzuca wzrokiem wydłużoną postać w drzwiach pokoju.
– Rączki w porządku – melduje. Na co rączki nikną w rękawach bluzy, które natychmiast zaczynają znacząco powiewać.
– Nie ma rączek- nie ma zupki – Matka bywa brutalnie szczera.Syneczek o tym wie, ale nie traci nadziei.

Nocne

Wyszłam ze szkoły. …

Wyszłam ze szkoły. Ciemno już było ( a może jeszcze, bo zaczyna mi się mylić). I nagle jak grom z jasnego nieba! SRU! Ki grzyb ? Matko, święta. W czasie mnie cofnęło o jakieś ćwierć wieku.Nie, zdaje się że o więcej. I w przestrzeni też. Kurde, nie mogło mnie choć w Szwecji zostawić , to nie, w jakiejś kolejce wylądowałam. Ciekawe co rzucili. Kawę może ? Albo pomarańcze, bo święta idą. Ale może to nie TE święta , bo ja wiem jak się takie podróże w czasie odbywają ?
Panika mnie ogarnęła. I żałość taka. Kurde, a taką se fajna kanapę kupiłam. I chata była całkiem fajna, i się spierd…spierdzieliło, a tak ładnie żarło.
– Fy fann!! – zaklęłam odruchowo po szwedzku. Ktoś poklepał mnie po ramieniu.
– Vad ?
Mała, z okrągłym obliczem i skośnymi oczami stała Vietnameczka, ta co jej imię brzmi jak Queen, ale inaczej się pisze. Ale co ona robi w Polsce lat osiemdziesiątych ?
– Yyyy..ta kolejka…- nerwowo wskazałam na szarzejący w mroku ogonek ciągnący się przez całą ulicę.
– Oni czekają na szczepienie od świńskiej grypy – wyjaśniła mi. Gotowa byłam po kolei : rzucać się na Szwedów, by ich witać radośnie, rzucać się na szyję koleżance, by jej podziękować, że mnie z koszmaru wyciągnęła, dziękować wszystkim za świńską grypę. Ale uznałam, że zwłaszcza to ostatnie byłoby jednak lekką przesadą. Poprzestałam na westchnieniu ulgi.Swoją drogą, Szwedzi tacy przewidujący i szanujący, mogli uprzedzać, że będzie kolejka tu i tam, żeby Polacy niepotrzebnej traumy nie mieli.Ech.

No, wiem, wiem , która jest godzina. I co z tego ? Przecież to bez
sensu tak leżeć i notować przeskok kolejnych cyferek wyświetlanych na
ścianie. M. kupił taki sprytny zegarek co wyświetla czas na ścianie.
Ale tylko po ciemku. Akurat dobry czas na takie zegarki, bo nawet jak
jest jasno to ciemno. Paradoks taki.
Już wiem czemu w każdym oknie, nawet w wychodkach, Szwedzi stawiają
lampki albo wieszają gwiazdy. A prócz tego po kątach jeszcze sobie
świece palą. Jak się ma noc polarną objawiającą się tym, że o świcie
jest ciemno, w południe jest świt , a zaraz potem zapada zmrok to jakoś
se radzić trzeba.
Ale to nie jest tak, że ja mam problemy ze spaniem. Ja świetnie sypiam,
naprawdę. Tyle, że pomiędzy 18 a 19. godziną. O tej porze widocznie
Główny Energetyk uznaje, że pora spać i odcina energię. Mogę się
znajdować w dowolnym miejscu i dowolnej pozie, choć nie ukrywam, że
kanapa w salonie i poza horyzontalna są najwygodniejsze. Najdalej o
19:15 Główny Energetyk uznaje, że może dać nieco więcej mocy. I daje.
Próbowałam drania przetrzymać. 18:30, 19, 19:30, 20…Już! Spring do
łóżka oraz samo łóżko działa lepiej niż kawa-szatan. Sama nie wiem,
może wynajmować zacznę ? "Masz pilną pracę do zrobienia w nocy –
wpadnij do mojej sypialni – bezsenność gwarantowana". Tylko bez głupich
skojarzeń, proszę.
Próbowałam drania oszukać : dobra, dam Ci 15 minut, potem choćby nie wiem co – wstaję. Wstawałam.(!) Ogłoszenie nadal aktualne.
Aż jednego dnia wpadłam na genialny pomysł : a właśnie, że NIE wstanę.
I nie wstałam, choć oczy otwierały się same. Z nudów, nawet zaczęło
mnie mulić po jakichś 3 godzinach, ale to już była prawie 22, więc pies
sąsiadki załatwił resztę, rzekłabym, że nawet z nawiązką. Wkurw
naładował mi akumulatory do mniej więcej 3 rano.
Może pora się pogodzić z faktem : jestem stara a starzy ludzie nie
sypiają po nocach. Między innymi po to, żeby słyszeć ujadającego psa
sąsiadów.

O wszystkim na s czyli jak uprzedziłam się do szmateksów, sąsiadki i starszych pań

W Kocia jakieś złe …

W Kocia jakieś złe wstąpiło. Łazi, miauczy, marudzi, zaczepki szuka. Nudzi mu się chyba. Najpierw galopował za kanapą, potem po kanapie, potem zaległ na oparciu i wpatrywał się w okno, wreszcie przespacerował (górą oczywiście, czyli po oparciach) na stół, sprawdził czy pojemnik na nić dentystyczną na pewno nie chce się turlać (nie chciała, bezwładnie spadła na podłogę). Kocio z wysokości stołu spojrzał w dół pogardliwie, teraz złowił P-Sunię. Już widzę jak jej głęboko w oczy zagląda – tylko czekać, jak P-Sunia przyleci do mnie "ale weź mnie, bo on na mnie patrzy".
…a nie mówiłam ? U Oskara zamknięte, bo śpi. U Pańcia zamknięte bo też śpi. Sprawdziwszy, usiadła pod moimi nogami.
Musiałam zmienić miejsce.Uffff…
Zdaje się, że popełniliśmy błąd.
Miesiąc temu, okazyjnie kupiliśmy kanapę ze skóry( albo z dermy bo mimo wyglądu nie pachnie skórą). Piękna, wygodna. Postawiłam ją pod oknem na miejscu zielonego fotela – wielkiego, ciężkiego, zwalistego i wcale nie wygodnego mebliszcza. Dopiero ustawiwszy kanapę poszliśmy po rozum do głowy : ale jak do niej dobrać resztę, bo kanapa jest ciemnoniebieska.
Póki co stały obok siebie zielona z niebieską i się gryzły. Zielone zasłonki na oknie z niebieskim dywanem też się gryzą, ale jakoś bez przekonanie, skoro dywan nie zzieleniał przez rok, a zasłony nie zniebieszczały.
I oto, pewnego dnia, a raczej pewnej soboty, w "szmateksie" zobaczyłam kanapę która kolorystycznie i materiałowo powinna się nam dopasować.
Tu dygresja będzie.
Nie wiem czy jest to zjawisko powszechne, ale sądząc po tłumach, raczej powszechne. Sklepy z używanymi rzeczami są tu dość popularne. Ja mówię szmateksy, (nie umiem napisać poprawnie sekend hend)ale prócz ubrań, pościeli, serwetek, obrusów i firanek można tu kupić dosłownie wszystko. Sprzęt AGD, meble, zastawę stołową, książki, obrazki, monitory, maszyny do szycia…A tych wagonów jest ze czterdzieści, sam nie wiem co się w nich jeszcze mieści. Kupowanie w takich sklepach jest społecznie akceptowane, ba! Zdaje się, że jest to swego rodzaju sport : kto i co lepszego upoluje. I to nie dlatego, że daje oszczędność pieniędzy – choć Szwedzi są pragmatyczni i niebyt często wymieniają sprzęt tylko dlatego, że stary a oni chcą nowy. Kupowanie przedmiotów używanych jest dobre dla środowiska. Jest zalecane przez ekologów, a Szwedzi lubią się chwalić swoim czystym krajem (wcale się im nie dziwię).
Nic dziwnego , że w takim klimacie, człowiek swą nowobogacką dumę chowa do kieszeni i też się cieszy, że kupił za 1/10 ceny sklepowej. 
Zdefraudowaliśmy część oszczędności Młodego i kupiliśmy.
Zielona czeka na wywózkę do szmateksu/spalarni*. Pierwsza niebieska poszła pod ścianę, druga, mniejsza, ale wyższa pod okno.
I zaczęłam narzekać. Bo ta druga, jest długa jak dwa fotele. To znaczy, że siedzieć się na niej da, ale zdrzemnąć – nie bardzo. No i oparcia ma wysokie- zasłania kawał okna. Ale najgorsze jest to, że używał jej palacz! Gdy już się rozgrzała, zaczęła wydzielać z siebie woń mało przyjemną. M. mówi, że po umyciu przestanie. Ja śmiem wątpić. A co jeśli nie ? Nie będę się męczyć ze śmierdzącym gratem! Wczoraj rano, jeszcze nieświadoma niczego, węszyłam podejrzliwie , bo mi palarnią śmierdziało. Klęłam na sąsiadkę z dołu, że kurde, pewnie znów jej facet dmucha w komin nad kuchnią i dlatego tak śmierdzi w całym domu.Teraz już wiem, że nim cokolwiek kupię w szmateksie – obwącham to porządnie.
Inna rzecz, że do sąsiadki jestem już mocno uprzedzona. Ale co tygodniowe, bardzo głośne imprezy trwające długo w noc, naprawdę nie nastrajają pozytywnie. Tak samo jak fakt, że jej wielkie psisko potrafi zanosić się szczekaniem (tak, właśnie zanosić się, jak to mają w zwyczaju wszystkie niedopieski czyli ratlerki, pekińczyki i inne "sarenki"), najchętniej czyniąc to o godzinie 22, ale środkiem dnia też nie gardząc.  Zatem siłą rozpędu, wielkie psie kupy w pobliskim parku przypisałam pupilowi sąsiadki i jej niechlujstwu. I teraz gotowa jestem oskarżyć ją o wszystko, łącznie z siedmioma plagami egipskimi. TenMój patrzy na mnie z niesmakiem i mówi : oj, zaczynasz przypominać polskie sąsiadki. Ale to "łeż" jest! Drzew nie wycinam, za chodzenie po trawniku nie krzyczę, gości sąsiadom nie liczę. Ja tylko…No, wolałabym, żeby panna z dołu poszła sobie mieszkać gdzie indziej. A na dół, żeby się wprowadziła jakaś sympatyczna starsza pani…Aaaaa tfu na psa urok!!! Tylko żadna starsza pani. Nie wierzę w urocze starsze panie. Nie , nie po ostatniej dekadzie w Polsce.
O Julbord to już chyba napiszę w odrębnej notce.   

Ranek

Słońce właśnie wyszło …

Słońce właśnie wyszło zza bloku i kłuje blaskiem w kącik mojego prawego oka. Siedzę na zielonej kanapie, obok mnie , po lewej śpi Kocio. jeszcze przed chwilą słyszałam jego mruczenie,jeszcze czułam jak się leciutko mości, ale teraz odpłynął.
P_Sunia, zwinięta w kłębek, z nosem nakrytym ogonem pochrapuje cichutko na fotelu z prawej. Jak tylko słońce wzejdzie jeszcze odrobinę wyżej jego promienie wydobędą cały blask z p-suniowej sierści.
Na stole przede mną pozostałości po piątkowym wieczorze : płyty z filmami, puszka z wafelkami , miseczka po lodach pracowicie wyczyszczona kocim (tak podejrzewam) języczkiem, niebieskie puszka po piwie.
Gdzieś zza kuchennego "winkla", z naszej mikroskopijnej sypialenki, dobiega mnie chrapanie męża. 
Za chwilę, za moment to wszystko przeminie.
Ubiorę siebie, ubiorę psa w smycz i pójdziemy na poranny spacer po trawie białej od zimnej rosy. P_Sunia gdy zobaczy, że nakładam buty rozpocznie swój taniec wokół mnie, wydając z siebie zduszone pomruki. Kocio będzie się temu przyglądał z zaciekawieniem. A gdy zamkną się za nami drzwi Kocio zacznie  swój zwykły lament, że drzwi zamknięte, że poszły a on też by chciał, że to niesprawiedliwe i w ogóle.
Ten lament załatwi za mnie pobudkę męża…
Konieczną, bo na lotnisko jechać czas. Misia przyjeżdża. Z chłopakiem. Wolałabym, żeby przyjechała sama. A jeszcze lepiej – z Marzenką, jak ostatnio.
Ale…wiadomo. Jak się nie ma co się lubi itd.
A tymczasem rozkoszna poranna chwila ciszy.
Moja ulubiona pora dnia.

W odpowiedzi

Wiedziałam, że …

Wiedziałam, że zrozumiecie.
Niektóre rzeczy są dla nas jak przedłużenie naszej własnej osoby i strata tej rzeczy boli.
Siwa mi poradziła poszukanie używki na przeszczep i tak też zrobiłam. Nawet znalazłam na allegro w cenie całkiem przyzwoitej. Jak dobrze pójdzie – Misia mi go przywiezie 27 maja. Będzie aparat zastępczy, nim nie będzie mnie stać na kupno innego a potem, kto wie ? Może skorzystam z adresów Waszych magików ?
Bo niby taki sam ale czy to będzie to samo ? Nie wiem…
W tym rozbitym kryje się tak wiele wspomnień, emocji związanych z tamtym czasem gdy go kupowałam, gdy chyba po raz pierwszy w życiu zachowałam się czysto egoistycznie, plunęłam na ekonomię, potrzeby dzieci, długi i zrobiłam coś wyłącznie dla siebie. Mało tego : pozwoliłam nawet by Marcepanek to tego krańcowego aktu egoizmu dołączył swoje trzy grosze.

Dzięki kochani za dobre słowa.
– siwa posłuchałam Twojej rady, jakoś czułam, że słuszna
– ikroopka – nie skasowałam- zamknęłam. Wrócę jak będzie z czym
– Vincent – to chyba ekonomia tak dziwna : robić takie, żeby nie naprawia, bo klient z wygody jak mu się pierwsze popsuje drugie kupi tej samej marki. W moim wypadku to się chyba nie sprawdzi…
– martucha – dzięki
– selenge – no widzisz ? kurde, też wszystkich przestrzegałam, a w ogóle byłam najspokojniejsza gdy był w moich rękach. Z drugiej strony : wyobrażasz sobie, co by się działo gdyby to był kto inny niż ja ? No i pewnie , że się rozryczałam, od razu i na całego…
– Ela – uuuu. Mój własny osobisty komputer byłby mi równie bliski jak aparatek. Rozumiem ból. Ten nowy za jakis czas będzie oswojony, ale długo jeszcze będziesz wzdychać : a tamten mój stary, kochany to…

Oswajanie domu

Nie pozwolono mi dziś …

Nie pozwolono mi dziś pójść do szkoły. Wyszłam żeby wystawić rower, który na czas mego wyjazdu zamieszkał w piwnicy. Młody ze mną. Ledwie zamknęłam drzwi i zeszłam parę stopni, P-Sunia rozpoczęła akcję protestacyjną. Pomyślałam : zaraz przestanie, ale myliłam się. Drapała rozpaczliwie za każdym razem gdy schodziłam kilka stopni niżej. Zostałam. I pewnie jutro też będę musiała. Do poniedziałku mam zamiar nauczyć moje zwierzęta, że wychodzimy, ale wracamy.
P-Sunia nigdy nie protestowała przed pozostawianiem jej samej. Wygląda na to, że stopniowe znikanie rodziny nieźle mojego psa wytrąciło z równowagi i wyraźnie się boi, że za chwilę zniknie jej całe stado.
Kocio też przepłoszony, najchętniej chowa się w kącie naszej sypialni, za komodą, przy kaloryferze.
A ja wczoraj dostałam wreszcie list z Urzędu Imigracyjnego, gdzie informują mnie, że jako obywatelce Unii Europejskiej, oraz żonie męża pracującego w Szwecji przysługuje mi prawo pobytu w tym kraju na czas nieokreślony. Normalnie bym świętowała, ale tak naprawdę niewiele mnie to obeszło. Za dużo obrazów w głowie, za dużo. Otorbiam się , chowam wiele nawet przed sobą. Robię to nawet nie do końca świadomie. Nawyk z lat minionych – schować, zajrzeć za jakiś czas, gdy będzie bezpiecznie.
W ten sposób mam dla siebie kilka wolnych godzin, które mogę wykorzystać dowolnie. Pierwsza myśl: poodkurzać. Ale usiadłam do komputera żeby poczekać aż mi minie. Mija. Powoli co prawda, ale mija.
Nie będę znów całe dnie latać na odkurzaczu i mopie jak w zeszłym tygodniu. Jedną chatę odgruzowałam, musi wystarczyć na czas jakiś. W sobotę zmolestuję męża i sprzątniemy razem. To ledwie dwa dni…