W Kocia jakieś złe wstąpiło. Łazi, miauczy, marudzi, zaczepki szuka. Nudzi mu się chyba. Najpierw galopował za kanapą, potem po kanapie, potem zaległ na oparciu i wpatrywał się w okno, wreszcie przespacerował (górą oczywiście, czyli po oparciach) na stół, sprawdził czy pojemnik na nić dentystyczną na pewno nie chce się turlać (nie chciała, bezwładnie spadła na podłogę). Kocio z wysokości stołu spojrzał w dół pogardliwie, teraz złowił P-Sunię. Już widzę jak jej głęboko w oczy zagląda – tylko czekać, jak P-Sunia przyleci do mnie "ale weź mnie, bo on na mnie patrzy".
…a nie mówiłam ? U Oskara zamknięte, bo śpi. U Pańcia zamknięte bo też śpi. Sprawdziwszy, usiadła pod moimi nogami.
Musiałam zmienić miejsce.Uffff…
Zdaje się, że popełniliśmy błąd.
Miesiąc temu, okazyjnie kupiliśmy kanapę ze skóry( albo z dermy bo mimo wyglądu nie pachnie skórą). Piękna, wygodna. Postawiłam ją pod oknem na miejscu zielonego fotela – wielkiego, ciężkiego, zwalistego i wcale nie wygodnego mebliszcza. Dopiero ustawiwszy kanapę poszliśmy po rozum do głowy : ale jak do niej dobrać resztę, bo kanapa jest ciemnoniebieska.
Póki co stały obok siebie zielona z niebieską i się gryzły. Zielone zasłonki na oknie z niebieskim dywanem też się gryzą, ale jakoś bez przekonanie, skoro dywan nie zzieleniał przez rok, a zasłony nie zniebieszczały.
I oto, pewnego dnia, a raczej pewnej soboty, w "szmateksie" zobaczyłam kanapę która kolorystycznie i materiałowo powinna się nam dopasować.
Tu dygresja będzie.
Nie wiem czy jest to zjawisko powszechne, ale sądząc po tłumach, raczej powszechne. Sklepy z używanymi rzeczami są tu dość popularne. Ja mówię szmateksy, (nie umiem napisać poprawnie sekend hend)ale prócz ubrań, pościeli, serwetek, obrusów i firanek można tu kupić dosłownie wszystko. Sprzęt AGD, meble, zastawę stołową, książki, obrazki, monitory, maszyny do szycia…A tych wagonów jest ze czterdzieści, sam nie wiem co się w nich jeszcze mieści. Kupowanie w takich sklepach jest społecznie akceptowane, ba! Zdaje się, że jest to swego rodzaju sport : kto i co lepszego upoluje. I to nie dlatego, że daje oszczędność pieniędzy – choć Szwedzi są pragmatyczni i niebyt często wymieniają sprzęt tylko dlatego, że stary a oni chcą nowy. Kupowanie przedmiotów używanych jest dobre dla środowiska. Jest zalecane przez ekologów, a Szwedzi lubią się chwalić swoim czystym krajem (wcale się im nie dziwię).
Nic dziwnego , że w takim klimacie, człowiek swą nowobogacką dumę chowa do kieszeni i też się cieszy, że kupił za 1/10 ceny sklepowej.
Zdefraudowaliśmy część oszczędności Młodego i kupiliśmy.
Zielona czeka na wywózkę do szmateksu/spalarni*. Pierwsza niebieska poszła pod ścianę, druga, mniejsza, ale wyższa pod okno.
I zaczęłam narzekać. Bo ta druga, jest długa jak dwa fotele. To znaczy, że siedzieć się na niej da, ale zdrzemnąć – nie bardzo. No i oparcia ma wysokie- zasłania kawał okna. Ale najgorsze jest to, że używał jej palacz! Gdy już się rozgrzała, zaczęła wydzielać z siebie woń mało przyjemną. M. mówi, że po umyciu przestanie. Ja śmiem wątpić. A co jeśli nie ? Nie będę się męczyć ze śmierdzącym gratem! Wczoraj rano, jeszcze nieświadoma niczego, węszyłam podejrzliwie , bo mi palarnią śmierdziało. Klęłam na sąsiadkę z dołu, że kurde, pewnie znów jej facet dmucha w komin nad kuchnią i dlatego tak śmierdzi w całym domu.Teraz już wiem, że nim cokolwiek kupię w szmateksie – obwącham to porządnie.
Inna rzecz, że do sąsiadki jestem już mocno uprzedzona. Ale co tygodniowe, bardzo głośne imprezy trwające długo w noc, naprawdę nie nastrajają pozytywnie. Tak samo jak fakt, że jej wielkie psisko potrafi zanosić się szczekaniem (tak, właśnie zanosić się, jak to mają w zwyczaju wszystkie niedopieski czyli ratlerki, pekińczyki i inne "sarenki"), najchętniej czyniąc to o godzinie 22, ale środkiem dnia też nie gardząc. Zatem siłą rozpędu, wielkie psie kupy w pobliskim parku przypisałam pupilowi sąsiadki i jej niechlujstwu. I teraz gotowa jestem oskarżyć ją o wszystko, łącznie z siedmioma plagami egipskimi. TenMój patrzy na mnie z niesmakiem i mówi : oj, zaczynasz przypominać polskie sąsiadki. Ale to "łeż" jest! Drzew nie wycinam, za chodzenie po trawniku nie krzyczę, gości sąsiadom nie liczę. Ja tylko…No, wolałabym, żeby panna z dołu poszła sobie mieszkać gdzie indziej. A na dół, żeby się wprowadziła jakaś sympatyczna starsza pani…Aaaaa tfu na psa urok!!! Tylko żadna starsza pani. Nie wierzę w urocze starsze panie. Nie , nie po ostatniej dekadzie w Polsce.
O Julbord to już chyba napiszę w odrębnej notce.