Wiadomości

…i fruuu za morze …

…i fruuu za morze poleciała.
Te pierwsze dni po rozstaniu są najgorsze. Bałam się, że Xynthia  pohuśta samolotem, ale na szczęście się obyło bez dodatkowych atrakcji. I dobrze. Wystarczy, że szanowny przewoźnik sprzedał jej bilet do Gdańska po czym się namyślił i zamknął połączenia z Gdańskiem. Trzeba było przebukować na lądowanie w Warszawie. No i wylądowała. A tam dziennikarze, policja, tłum ,ludzi. Gwiazdą została ? Nieee. To na Justynę wracającą z Vacouver tak czekali.
M. ma nawrót choroby, znów się wczoraj otarliśmy o szpital. Dziś spotkanie z lekarzem, pewnikiem dalsze badania, zobaczymy co będzie. Martwię się.
A ja mam się "zaprezentować" dziś Marii, opiekunce maluchów. Co to znaczy zaprezentować ? Ma mnie obejrzeć i stwierdzić, że moja uroda się nadaje dla maluchów ? Czy może sprawdzić ile rozumiem? Oczywiście poirytowana jestem jak zawsze wtedy, gdy sytuacja jest niejasna.
Odejdę od sześciolatków z pewna ulgą. Mam uczucie, że nikt mnie tam nie polubił. No, może Christoffer i Hugo, no i może Emma. Jak mnie mają polubić jak z nimi nie gadam ? Nie gadam bo się nie rozumiemy…i tak w koło. Jak się trochę podbuduję w temacie znajomości szwedzkiego w kontaktach z dorosłymi, to dzieciaki natychmiast mnie ściągają do poziomu.
Wczoraj rano, gdy wiało i padało, komunikacja miejska przestała funkcjonować. Babka z kuchni, z którą spotykam się w autobusie , wydzwoniła woźnego, który po nas podjechał. Przy okazji załapała się jeszcze jedna dziewczyna, której nie znam. Z początku myślałam, że Szwedka. Dopiero jak się wsłuchałam usłyszałam rosyjski zaśpiew…To pewnie ta Ukrainka co też jest na praktyce. Kurde. Czy kiedykolwiek będę tak płynnie mówiła ? No i ciągle problem z rozumieniem. Ale tak dziwnie. Bo w zasadzie nie rozumiem, ale jak powtarzam moimi słowami i pytam czy o to chodziło, to okazuje się zwykle, że zrozumiałam dobrze.
Młody skompletował sobie w końcu własny aparat. NikonD60. Zanim to się stało, prorokował, że będę u niego żebrać. Pyskowałam, że nie będę, że moim "złomem" jak raczył nazywać mojego Canonka, i tak zrobię lepsze zdjęcia.
No i musiałam odszczekać. Będę żebrać, jeszcze jak. Tylko jeszcze się muszę nauczyć ostrość ostawiać, bo ciągle robię najbliższe tło ostrzejsze niż obiekt. Ale to chyba jest do wyćwiczenia ?
A na jednym z rond na obwodnicy ktoś ulepił śnieżnego penisa. Bez żadnych wątpliwości. Kazałam Młodemu iść i sfotografować, bo warto.
Dobra, zbieram się do obowiązków codziennych.

W smutnym kolorze blue

Migotanie świateł na …

Migotanie świateł na mokrym asfalcie, szum ciągłego sznura aut, bębnienie deszczu o daszek przystanku, bąble na kałużach i przemykający ludzie pod parasolami.
Zapach mokrej ziemi zmieszany z zapachem spalin. Para unosząca się tuż nad ulicą.
Na szaroburym, zamglonym niebie odbity cień ratuszowej wieży.
Krople na czubku nosa Mikołaja i lśniący bruk na Okopowej.

Nie wiem czy bardziej tęsknię za wiosną czy za Olsztynem.
Niektórych piosenek nie powinnam słuchać.

Koniec lenistwa bliski

A zatem żegnajcie …

A zatem żegnajcie leniwie poranki oraz leniwe popołudnia. Żegnajcie kawki przy-komputerowe, powolne śniadanka, niespieszne spacerki z P-Sunią. Od poniedziałku zostaję wprzęgnięta całoetatowo w obowiązki. Od poniedziałku zaczynam staż lub coś w tym stylu w szkole. Będę piastowała zaszczytną funkcję asystentki nauczyciela. Nie wiem co będzie w szczególe należało do moich obowiązków, ale ogólnie mogę się domyślać : będę wiązać buty, zakładać czapki, bawić się w śnieżki, ciągać sanki, ocierać zasmarkane nosy, podawać różne rzeczy. Ale przede wszystkim będę gadać, gadać, gadać z dziewiętnaściorgiem dzieciaków w wieku 6-7 lat. Po szwedzku, naturalnie.
Za swoją pracę nie dostanę wynagrodzenia, bowiem dostaję je za to, że uczę się szwedzkiego. Może dostanę dofinansowanie na dojazdy, ale na pewno dostanę obiadki w szkole. I być może zimowe spodnie, bym w tyłek nie marzła na podwórku z dzieciakami.
Szkoła leży około 4 km od Miasta, w miejscu do którego całe lato pedałowałam z Gulsum. Wiosną musi tam być pięknie, choć i dziś było całkiem, całkiem. Od dwóch dni utrzymuje się mgła, która wybieliła wszystko dookoła, a Stenhammar jest bardziej zadrzewione niż Miasto.
Problem w tym, że trzy dni w tygodniu będę zaczynała o 7 rano, a to oznacza duuużo wcześniejsze wstawanie niż ostatnio.
Nie jest to to, co Morten obiecywał. On obiecywał asystentkę rektora, co w dużej mierze mogłoby się wiązać z pracą administracyjną, czyli tym co znam od zawsze. Ale nie narzekajmy. Kto wie dokąd mnie to zaprowadzi? Wszak przemyśliwam ostatnio nad zmianą zawodu. A kiedyś pociągała mnie pedagogika. 
Oczywiście mam stresa. Na razie najbardziej mnie stresuje konieczność samodzielnego dojazdu autobusem. Proszę się nie śmiać. Ja nie wiem gdzie się tu kupuje bilety, czy one są wszystkie w takiej samej cenie czy nie. Czy ich cena zależy od czasu jazdy czy od odległości. Nie wiem jak kursują te autobusy: dokładnie o czasie czy z kilkunastominutowym poślizgiem. Nie wiem ile kosztuje przejazd jednorazowy, nie wiem czy jest coś takiego jak bilet miesięczny.Nawet nie wiem co się z takim biletem robi – kasuje czy ma i już ? Bo skąd mam wiedzieć jak nigdy nie jechałam busem.
Mam jutrzejszy dzień na dowiedzenie się wszystkiego.

Wstań Zenek, wstań

Z lustra spojrzało na …

Z lustra spojrzało na mnie zombie więc czym prędzej postanowiłam się obudzić. No bo naprawdę…Żeby człowieka z rana straszyło własne odbicie to już przechodzi wszelkie pojęcie. A tu w lustrze: włos skłębiony (może należy zakupić czepek kąpielowy i go zakładać pod prysznic ?) twarz blada, a w niej oczy jak u wilka z bajki o Czerwonym Kapturku.

Na naszą równinę, na każdą mieścinę – śnieg

Zachciało mi się…<br …

Zachciało mi się…
Od kilku dni łazi po mnie "Na całej połaci śnieg" w wykonaniu Starszych Panów jak i Ani Jopek. I tak sobie zapuszczałam tę piosenkę naprzemiennie kilka razy dziennie aż osiągnęłam skutek (wersja obrazkowa).
Wiało wczoraj cały boży dzień. I sypało. Fajnie by się nawet na to patrzyło, gdyby temperatura domowa była nieco wyższa. Z niewiadomych powodów i niewiadomymi szczelinami ciepło ucieka z tego mieszkania jakby ściany były ze szwajcarskiego sera. Kaloryfery gorące, po interwencji Anioła, o wiele bardziej niż przed. Tylko temperatura się nie zmienia. A nie przepraszam. Jak wieje i jest -12 na podwórku to w domu mam +18.
Z zazdrością spoglądałam wczoraj na Asię chodzącą po mieszkaniu w koszulce na krótki rękaw.Asia z mężem przedwczoraj wrócili z Polski i ze świeżym transportem musztardy kamisa, dr żela i kropli do nosa. Prócz wszystkich wyżej wymienionych rzeczy Asia przywiozła też małą Fasolkę. Fasolka zasadzona została przez lekarzy w Goeteborgu przed świętami i tuż po nich okazało się, że się przyjęła. Asia jaśnieje, jej mąż jaśnieje. I niech mi jaki klecha powie, że to grzech…
M. poszedł dziś do pracy po przerwie od 22 grudnia. Nie wiem jak wstał, ale ja po jego budziku już nie zasnęłam. Kręciłam się na łóżku pomiędzy wymownym mruczeniem kota a rozwalającą się psunią.
Ponaglona nasilającym się pomrukiem (dla lepszego wyrazu podpartego łapą) wreszcie wstałam. Wrzuciłam do misek co było do wrzucenia, pstryknęłam czajnikiem i poszłam sprawdzić parking, czy M. odpalił auto. Odpalił, bo akumulator stał w nocy w domu.
Po drodze sprawdziłam termometr, w nadziei, że mimo wszystko pokaże co innego niż  myślałam, że pokaże. Nie zawiodłam się. Pokazał +18 zamiast +19,4. Ale o tym już mówiłam…

Też macie taką prawdziwą zimę, z mrozem i zaspami ?

Wpis prawie o pomidorowej

Za oknem śnieżyca i -12….

Za oknem śnieżyca i -12. Przed oknem cisza, ale tylko +19. Sprowadzony wczoraj Anioł latał ze swoim elektronicznym miernikiem, bo w rtęciowy termometr nie mógł uwierzyć. Wyszło mu, że jest 19,4.
Z okien nie wieje, bo uszczelnione są, łącznie z zaklejonymi dziurkami od tego wichajstra od żaluzji (teraz jak ktoś chce opuścić żaluzję to patrzę wymownym wzrokiem i delikwent się rozmyśla). Poupychaliśmy wszelkie dziury. Jedyne czego nie możemy zrobić to pozapychać dziur w drzwiach wyjściowych. No bo zamki jednak potrzebne są nawet w takim uczciwym kraju jak Szwecja.
Nawiasem mówiąc ta uczciwość jednak jest przereklamowana.
Rok temu zginął mój rower, ale na szczęście się znalazł. Kilka dni przed Wigilią, ostatniego dnia szkolnego, Młodemu zginął rower spod domu. Nie przypiął go, bo mu zamek zamarzł.
Dziś Trzech Króli. Tu jest to czerwony dzień. W związku z tym bardzo wiele firm zamknęło swe podwoje już 23 grudnia by otworzyć dopiero 7 stycznia. Tylko urzędy i sklepy pracują normalnie.
Vicent mówi, że w Hiszpanii prezenty świąteczne dostaje się dopiero na Trzech Króli.
Za to Gulsum mówi, że w tradycji muzułmańskiej w ogóle nie ma takiego zwyczaju. Nie ma specjalnych świątecznych dni, nie ma prezentów.
Za kilka dni poznikają z balkonów światełka, poznikają z okien adwentowe świeczniki, gwiazdy i mikołaje i zapanuje codzienność. Trochę szkoda.Na pocieszenie zostaje świadomość, że dzień się wydłuża. Na razie nie jest to jeszcze za bardzo odczuwalne, ale ku lepszemu idzie.
A tymczasem, w mojej szkole znów zapracowałam na opinię dziwoląga.
Piszę znów, bo co chwila wyrywam się z czymś, po czym sobie w brodę pluję.
Odebrałam przesyłkę poleconą. Z Polski. Od Eli. W środku była książka z dedykacją "dla prowincjuszki, towarzyszki blogowej od samego początku". Od towarzyszki blogowej mattkipolki. Nie mogłam się powstrzymać, zajrzałam i wsiąkłam. Już dawno się tak szczerze nie śmiałam, w głos, do łez. Koledzy patrzyli na mnie nieco podejrzliwie.
… do kitu takie pisanie, nawet jeśli to tylko wpis o pomidorowej.
Już wiem czemu nie lubię ranków, gdy wraz ze mną wstaje Ten Mój.
Chodzi, zagaduje, zagląda, zadaje pytania. Zajmuje się czymś, komentuje, narzeka, psioczy. Dziś na tapecie jest samochód, akumulator, prostownik i ten specjalny słupek na parkingu, który mamy od przedwczoraj. W słupku jest prąd i zegar. Podłącza się do słupka kabelek na którego drugim końcu można umieścić grzałkę samochodową albo prostownik i tym sposobem bez względu na temperaturę można wsiadać rano do ciepłego auta, któremu szlag nie trafił akumulatora przez noc. Problem w tym, że tym szlag nam trafił prostownik ( z Lidla, za jakieś 100koron). A akumulator zdechł.
– szlag by trafił…cholera jasna…no szlag by trafił…noż kurwa…zawsze pod górkę…- słyszę teraz.
Wrrrr.
Odechciało mi się.

Dobrze się zaczyna ten rok

Młody ma jakąś nową grę …

Młody ma jakąś nową grę która się kłóci z internetem i dzięki temu mogłam cały dzień spędzić z Trójką i 16 Topem Wszechczasów.
Ale.. U2 na I miejscu ???
Nie Dire Straits  i Brothers in Arms ?
Nie Pink Floyd i Wish you were here ?
Nie Perfekt i Autobiografia ?
Ale znowu 16 top wszechczasów ? Eeee, jak wszechczasów to liczony nie częśniej niż raz na dekadę.
Tak czy siak, fajnie było powspominać.
Obiad się przy tym zrobił "sam" i pranie i porządki w szafce.
To już nie marudzę.

Zespół dnia następnego

te, blox! Tylko bez …

te, blox! Tylko bez takich , ok ? Trzeci raz tego pisać nie będę.
….
No bo ja chciałam napisać, że za stara jestem na takie imprezy. Kolacja u Madzi, potem mieszanka likieru i wina. I zimny szampan na mrozie pod fajerwerkami o północy. Towarzystwo w wieku emerytalnym stojące obok nas raczyło się glogiem i stwierdzam, że w przyszłym roku wypinam się na szampańską tradycję i przerzucam na glogg.Gorący glogg.
Powrót do domu chodnikami bardziej przypominającymi lodowisko, bez połamania albo przynajmniej zbicia sobie czegokolwiek to już był wyczyn. A swoją drogą : Bóg czuwa nad głupimi i pijanymi. W warunkach ogólnego lodowiska oraz -7 stopni na równi z zaciekawieniem i zgrozą oglądałam panienki w kusych kieckach, pod równie kusymi kurtkami, w cieniutkich rajstopkach oraz sandałkach na wysokiej szpilce. Oczywiście – nawalone panienki. I żadna gleby nie zaliczyła, nie mówiąc już o łamaniu czegokolwiek.
A po powrocie do domu, już w piżamce i szlafroku zajrzałam na bloxa i wsiąkłam w imprezę u kolegi. Przy czym mogłam dostać zeza rozbieżnego albo rozdwojenia jaźni, bo jednym okiem śledziłam imprezę drugim kończyłam oglądać film zaczęty poprzedniego wieczoru.
Wreszcie około godziny 3 lapek odmówił współpracy z powodu wyczerpania co i mnie dało hasło do odwrotu.
Mój budzik wewnętrzny obudził mnie o 7:45. Zespół dnia następnego zniechęcił mnie do kawy. Herbatka z cytrynką okazała się zbawienna – uruchomiła myślenie, które zaprowadziło mnie do kuchni w celu nastawienia rosołku. Niestety uruchomiony proces nie daje się zatrzymać i wciąż podsuwa pytanie : No dobrze ale gdzie jest mój syn ? A do kompletu dołącza wizję spacerującego po zamarzniętej rzece towarzystwa, śliskich chodników, wybuchających petard , oczywiście w odpowiednim kontekście.
A smarkacze pewnie strąbili piwem i teraz dogorywają. Mam w takim wypadku nadzieję, że mój syn jest bardzo cierpiący…
…czego nie życzę nikomu więcej ani w tym, ani w żadnym innym roku. 

Pomieszanie z poplątaniem

Noż…!
(tu było …

Noż…!
(tu było moje narzekanie na politykę, ze szczególnym uwzględnieniem polskich polityków)

Ach, do diabła z polityką.
King Crimson sobie gra, i się zrobiło nostalgicznie.
Z niejakim zdumieniem doliczyłam się wczoraj 19 lat małżeństwa. To, że dzieci nam urosły, jedno się nawet zabiera do zakładania rodziny, to jakoś mi nie uzmysławiało, że latka lecą. A lecą i to jak !
Obejrzałam się wczoraj w lustrze z ulizanymi po umyciu włosami, okutaną w puchaty szlafrok i jakbym moją własną mamę zobaczyła.  Tylko nieśmiertelnego papierosa mi brak.
Oglądam się do tyłu na ten rok co właśnie umyka i stwierdzam, że
"to był rok, dobry rok
z żalem dziś żegnam go
miejsce dał nowym dniom
stary rok, dobry rok"

Dziękuję za ten rok. Za to że wicher kryzysu nie uderzył w naszą rodzinę, za szkołę i ludzi tam poznanych, za upał w lecie i ten biały mróz teraz.
A Wy ? Macie za co podziękować ?

No to : Do siego!
Północ przywitam na Nya Staden Torg z szampanem oglądając fajerwerki. A Wy ?

W dzień Bożego Narodzenia

Tygodniowy deficyt snu …

Tygodniowy deficyt snu (sypiałam po 3-4 godziny, a i to z przerwami) jeszcze mi się nie wyrównał. Ale niby jak ma się wyrównać skoro w uchu mi gra cała orkiestra dęta w wykonaniu TegoMojego ? Plecy wygięte w pałąk też nie dają pospać. A wygięte w pałąk za sprawą Kocia i P-Suni. Kocio przy głowie, P-Sunia przy nogach ale każde po innej stronie…
No, ponarzekałam.
Przedwczoraj dotarła do nas świeża dostawa białego puchu, tego co teraz go zwą "klęską żywiołową" a przed wojną zwali "śniegiem", zatem biało jest dokoluśka. Mrozu nie za wiele, ot tyle, żeby śnieg się w błoto nie zamienił i żeby jedzenie, które nie zmieściło się w lodówce, nie zamarzło na kamień na balkonie.
Poszliśmy na Pasterkę.
Tu, w naszym Mieście jest katolicki kościół. Kościół, ha! To brzmi dumnie. Raczej kaplica – niewielka i skromna, gdzie jej tam do barokowego przepychu Bazyliki Mniejszej w Miasteczku Bociana.
Nie było szopki, tylko choinka. Kilka świec, kilka zwykłych żyrandoli.
Bez organ i bez " Dzisiaj w Betlejem" .Zakonnik w brunatnym habicie grał na flecie "Cicha noc" i brzmiało to tak żałośnie… Drugi zakonnik celebrował mszę po szwedzku i z tego jak wyraźnie słyszałam każde "r" kończące słowo, od razu domyśliłam się Polaka. Dziwne to było , modlić się po szwedzku. Nie, nie po szwedzku, po polsku, ale ze szwedzkim w tle. Z tego pomieszania języków słowa modlitw znane od dzieciństwa uciekały z głowy jak woda z sita.
Ale…
Nie znalazłam tu miejsca, gdzie czułabym to, co w warmińskim lesie a bardzo mi tego brak, stąd ten kościół.
…dźwięki kolędy " Gdy się Chrystus rodzi", jedynej, tak dobrze znanej, wzruszyły mnie do łez.