Młody na widok ojca pompującego materac:
– Pokłóciłeś się z matką ?
Tak to działa
Młody na widok ojca …
Młody na widok ojca …
Młody na widok ojca pompującego materac:
– Pokłóciłeś się z matką ?
Data moich urodzin …
Data moich urodzin zawiera błąd o jakieś 20 lat.
Tylko czasem jest to 20 lat za dużo a czasem – 20 lat za mało.
w języku obcym …
w języku obcym należy:
– wstać o godzinie 7. z minutami
– zasiąść z kawą do komputera
– po godzinie wstać z przyczyn naturalnych
– idąc do wychodka zabrać materiały do rzeczonego referatu
– z materiałami przenieść się przed komputer i przy pomocy dostępnych środków (tłumacz google, nice translator, Słownik PWN Kubickiego) w godzinę przegryźć się przez tekst formatu A4
– pooglądać zdjęcia koleżanki
– umyć głowę
– zajrzeć na bloga koleżanki-blogerki
– zjeść kanapkę i ibuprom na ból głowy
– wyjść z psem
– zjeść drugą kanapkę
– wypić herbatę
– dać psu chrupki skrzętnie omijając wzrokiem miauczącego kota
– wytłumaczyć kotu, że jadł już śniadanie
– wobec nieustającego miaukotu -nasypać chrupek kotu
– zapytać psa czy chce herbaty, bo tak patrzy
– pogłaskać psa, przy okazji odkrywając, że kolejne 5 kleszczy – pamiątkę po ubiegłoweekendowym zbieraniu jagód i grzybów
– zajrzeć na pocztę
– zajrzeć na
– poczytać bloga koleżanki-blogerki
– napisać notkę na bloga
Po czym zdziwiwszy się, że dochodzi południe, westchnąć ciężko
nad niesprawiedliwością dziejową polegającą na zmuszaniu do pisania w obcym języku, ze szczgólnym uwzględnieniem pisania referatu na temat historii farmaceutyki. Po czym:
– zasiąść do pisania z twardym postanowieniem wytrwania
– wstać, żeby zrobić sobie kolejną herbatę, bo ta już wystygła
– itd…
Prom odbijał od …
Prom odbijał od nabrzeża. Wczesne promienie słońca kładły się pod jego dziób, który powolnie ale konsekwentnie drążył wodę, rozbryzgując ją na boki, a woda z szumem poddawała się naciskowi. Za burta przesuwały się dźwigi portowe, okręty wojenne, statki transportowe, budynki portowe. Gdynia odpływała w zamglony poranek, zostawała gdzieś w tyle hen, zamglona, coraz mniej wyraźna, coraz bardziej daleka.
Dziesięć godzin na promie…To było przede mną, ale jakieś mało istotne wydawało mi się czym zabić czas, co jeść w tym czasie, gdzie kawy się napić.
Tak naprawdę potrzebna mi była samotność, najlepiej w ciemnościach kajuty bez okna…
Czas jakoś minął, przybijania nie śledziłam zajęta bagażami złożonymi na upolowanym wózku.
Marcepanek był dziwnie obcy, Volvik był całkiem obcy a Szwecja…Szwecja kanciasta, skalista, zbyt gładka, zbyt porządna. Nie moja.
Jechaliśmy równiutkimi, prostymi drogami a ja żałowałam, że nie są kręte i trochę dziurawe.
Mijaliśmy pola jak pod sznurek, z równymi, porządnymi płotkami lub porośniętymi mchem kamiennymi murkami a ja szukałam wzrokiem pofałdowanej linii horyzontu, z piętrowymi lasami, ugorów z wybujałymi chwastami z resztkami starych ogrodzeń.
Noc zapadała powoli, niebo północne wciąż było jasne, łuny dawały złudzenie gór na horyzoncie a mnie się chciało ciemnego, rozgwieżdżonego nieba nad głową.
W duszy żegnałam bociany i jaskółki a w samochodzie radio gadało po szwedzku…
– Zastanawiałem się czy w ogóle wrócisz – odezwał się Marcepanek.
Nie przyznałam się, że też się nad tym zastanawiałam. Nie przyznawałam się nawet przed sobą.
A teraz…teraz trzeba się zebrać w sobie, wrócić do porzuconych zajęć, planów. Do pozostawionego życia. Odwiedzić Gulsum i przedszkole. Otworzyć szufladkę ze szwedzkim i sprawdzić czy go całkiem nie zapomniałam, bo w Polsce miałam wrażenie, że całkowicie wyleciało mi z głowy. Pozałatwiać różne sprawy. Przestać co kilka minut pytać Misię co robią, ona i Zozolek. Przestać wciąż i wciąż opowiadać, zaczynając każde zdanie od "A w Polsce…"
Pora wrócić.
Zapraszam na wspominki tu : Limajno
Mam na imię Zuzia. …
Mam na imię Zuzia. Urodziłam się wczoraj i od razu widać, że jestem bardzo mądra – dostałam 10 punktów! Babcia mówi, że George Clooney i Katherine Deneuve to przy mnie bzyyydale. Ja to nie wiem bo lusterka mi jakoś nikt nie pokazał a i tych tam dwojga nie znam. Za to znam moją mamusię. Jak się denerwuję i ona zaczyna mówić to od razu cichnę i zaczynam ssać nawet jak mam pusto w buzi. Tak, wiem, że to dziwne, ale silniejsze ode mnie. Wczoraj jak nie miałam co ssać to próbowałam własne paluszki, ale były pyszne, aż mlaskałam.
Jestem bardzo ciekawa świata i nawet jak się najem to staram się nie zasypiać od razu, choć to bardzo trudne. Jedzenie jednak powinno przychodzić w jakiś łatwiejszy sposób, po co człowiek ma się męczyć tak, że na nic już potem siły nie ma?
Muszę nad tym pomyśleć, więc tymczasem…
Na pożegnanie od moich …
Na pożegnanie od moich przedszkolanek dostałam misia Hermana z firmy Barbary Bukowski ze Sztokholmu oraz drugi pakiecik, w którym domyślam się misia drugiego, ale zabroniono mi pakiecik otwierać, bo to dla "dzidziusia". Dostałam też numer telefonu jednej Evy. I zaproszenie do odwiedzania. I uściski.
Moje panny Majka i Heńka, jedyne obecne dziewczyny tego dnia natychmiast zainteresowały się misiem.
– Mogę przytulić ? – zapytała Majka
– Nie, to mój misio! – udałam oburzenie. Na co Majka uśmiechnęła się szeroko i krzyknęła :
– JAG VILL HA NALLE !!! – właśnie tak, jak krzyczała dziewczynka w jednej z książeczek którą czytałyśmy. Oczywiście pozwoliłam im go poprzytulać – i Majce, i Heńce, która do końca była moim wiernym cieniem, i Ludwikowi.
A Adek zaczął powtarzać słowa. Robił to bezwiednie, ale może to wstęp do mowy ? I wciąż podbiegał do mnie, przytulał i odbiegał. Ile zrozumiał z tego co powiedziałam przy rozdzielaniu lodów ? Jego nie spotkam gdy przyjdę w odwiedziny: po wakacjach zmienia przedszkole bo jego rodzice się przeprowadzili.
No a wczoraj -błogie lenistwo…miało być. Miało, ale nosi mnie po chałupie jak dziada po pustym sklepie, żadnego spania, żadnego spokojnego posiedzenia. I rozkojarzenie na maksa.
Byłam w mieście z Gulsum, o mały włos nie zostawiłam reklamówki z klapkami dla mamy w sklepie, łaziłam z rozpiętym plecaczkiem, gubiłam telefon, znajdowałam telefon, to samo z kluczami, ale wciąż nie czułam napięcia. Przeklęty firewall! Znów mi się kurtynka na uczucia opuściła i dopiero głębsze zastanowienie pozwoliło mi zrozumieć, że to moje miotanie to nic innego jak reisefieber. No, ale to było już po tym jak o mały włos nie staranowałam Gulsum moim rowerem, nacisnęłam hamulec przedni siłą nawyku, bo kilka tygodni tylnego nie miałam i szybko sobie przyswoiłam hamowanie przednim, co oczywiście czasami ma swoje konsekwencje tak, jak miało teraz – wyskoczyłam w roweru jak z katapulty, szorując po asfalcie policzkiem głupio wrzasnęłam w duchu "moje spodnie" bom je tylko co kupiła…Wysypałam się równo i dokładnie, wysypały się klucze z koszyczka i łańcuch do przypinania. Jakiś nastolatek przyglądał mi się z zainteresowaniem, widząc że siadam zapytał z daleka czy wszystko dobrze. Jasne, że dobrze. Stłuczone kolano, zszorowane ramię i bolące miejsce pod samym okiem. Fajnie , kurde było!
Szkoda, że śliwki pod okiem nie mam, ładnie bym wyglądała. Portkom nic się nie stało, ale mam dziwne uczucie, że to przez nie.
No, po takim zwieńczeniu postanowiłam na wszelki wypadek już z domu nie wychodzić.
Spakowałam kuferek – łaskawa różowa landrynka pozwoliła mi wziąć 32kg! Myślałam, że phiii…aż tyle mi nie trzeba. Nie wiem jak to jest – chodzić w czym nie mam, ale pół walizy ciuchów się zebrało. Drugie pół kufra to ciuchy po Julce dla Zuzanki. I nagle zrobiło się skąpo miejsca, a tu jeszcze kosmetyczka.
Wyjeżdżam z upalnej Szwecji i zastanawiam się czy jedna bluza mi wystarczy, bo z tego co widzę w Olsztynie leje. No, ale zbędny dylemat: druga bluza jest na miśku i nie wcisnę jej nigdzie choćby nie wiem co.
Noc oczywiście znów prawie nie spana mimo łyknięcia dwóch zielonych.
Błeee mi się robi na myśl o karuzeli w głowie. Już bym chciała być po drugiej stronie Bałtyku. Jakby tak Karlskrona była bliżej to chyba bym wolała pływać promem. Ale nie ma letko…Walizka na mój gust waży ponad 25 kg. Ciekawe kto ją będzie nosił po schodach ?
Nie wiem, nie wiem.<br …
Nie wiem, nie wiem.
Czy dobrze wybrałam kierunek studiów skoro Heńka blokująca bramkę do toalety dla własnego widzimisie potrafi doprowadzić mnie prawie do drgawek. Fakt, że dziś był trzeci dzień z kolei, gdy bez końca musiałam wysłuchiwać monotonnego wycia Janka, którego mamusia nauczyła, że trzeba go zabawiać. Zostawiony sam sobie po minucie zaczyna swoje "yyyyyyy" oczywiście bez łez. A jak nie reagujesz to wyje coraz głośniej, ściąga na siebie uwagę starszych dziewczyn, które meldują, że on jest smutny i chce "tete" czyli smoczek. A ty wiesz, że wcale nie jest smutny, jest tylko znudzony. Więc kombinujesz jaką jeszcze zabawką się nie bawił, wtykasz mu ją w rączkę, by po 5 minut usłyszeć "yyyy" bo książę się znudził…
Fakt , że do kompletu miałam Edka z Gutkiem i Ludwikiem którzy piorą się niemal na okrągło, jeden drugiego kopnie, opluje, walnie pięścią. Gutek z Ludwikiem zaraz się godzą, Edek czeka by go spuścić z oka a wtedy rzuca się na przeciwnika z całym arsenałem. Tamci dwaj okresowo są spokojni, Edek tłucze wszystkich, z nauczycielkami włącznie.
Fakt, że do kompletu był jeszcze Alek, 1,5 roku, ciężki jak kloc zakochany we mnie tak, że na całego KappAhla ostatnio wykrzykiwał "Tatatina!" -jak doniosła mi jego mama. Tylko, że wciąż i wciąż jest koło mnie, jak mu smutno, jak mu nudno, jak go boli, jak coś chce…A jak nie chcesz mu tego dać to się kładzie jak długi i wyje…
I fakt, był jeszcze mały Oskar, słodki, rozkoszny, ale wciąż włażący tam gdzie nie wolno jakby radar miał jakiś.
Nie wiem dlaczego przez cały dzień miałam uczucie, że mam ich ciągle na głowie. Ja i tylko ja.
Fakt, że na podwórku byłam z B. która uczciwie zajmowała się Visią, bo Visia sama z siebie nie potrafi wymyślić sobie żadnej zabawy, a każdą propozycje kwituje kategorycznym Nie-e. Fakt- przynajmniej nie wyje, czasem nawet dostarcza wrażeń humorystycznych kiedy tak krok za krokiem drepcze za wybraną panią, jak dziś za B która rozglądała się szukając któregoś malucha, więc jej kroki nie były zdecydowane…
Evy pokazały się na chwilę, pogadały z koleżankami i znikły…może do swoich zajęć. Maria zwyczajowo rzadko kiedy się pokazuje na podwórku. Pewnie ma co innego do roboty w tym czasie.
Potem znów sama z łobuzami + Visią i Ludką w pokoju zabaw.
Może ubodło mnie to, że usłyszałam jak jedna drugą pyta o której przyszłam i ustala, że to w takim razie mam być do czwartej – tak jakby mnie pilnować było trzeba.
A może dręczy mnie widok przyszłych potencjalnych kolegów mojego syna, którzy właśnie kończą podstawówkę, czyli są od niego 2 lata młodsi,a to sprawia, że zaczynam mieć wątpliwości, czy aby na pewno dobrze zrobiłam zabierając go tutaj …
Wykończona jestem szwedzkim, szwedami, ich poprawnością polityczną, która nie wiadomo kiedy się kończy więc na wszelki wypadek ich słów uznania dla mojej pracy nie za bardzo biorę sobie do głowy, ale z drugiej strony to męczy, bo chciałoby się usłyszeć czasem jakąś pochwałę i mieć pewność, że to pochwała a nie tylko szukanie na siłę pozytywu.
Do wyjazdu 15 dni i trzymajcie mnie wszyscy święci w opiece, żebym któregoś dnia nie strzeliła wyjącego Janka w tyłek, żeby przynajmniej wiedział czemu ryczy.
link. A że poczta była …
link. A że poczta była od osoby dobrze mi znanej więc otworzyłam. Strona wydaje się autentyczna zwłaszcza, że jako jeden ze sponsorów występuje znany mi dobrze miesięcznik PIES.
Wobec powyższych argumentów namawiam wszystkich odwiedzających (czyli te skromne 5-10-15 osób) na zajrzenie na stronę.
Sekunda uwagi, jeden ruch palcem…To przecież niewiele
Obudzona o 4:38 …
Obudzona o 4:38 przekonałam samą siebie, że mam jeszcze dużo czasu na spanie. Następny raz obudziłam się o jedną godzinę i siedemnaście minut za późno.
Zawsze mi mówiono, że mam dar przekonywania ale nie sądziłam, że do tego stopnia.
Dopadło mnie tydzień …
Dopadło mnie tydzień temu i nie puszcza. To co było tydzień temu to chyba był udar słoneczny (rano deszcz a potem upał i parno a ja niemal bez przerwy na placu zabaw z dzieciakami a moja tolerancja na słońce jest żadna) połączony z normalną przeziębieniową gorączką.
Gorączka poszła precz po dwóch dniach, reszta została.
W poniedziałek jeszcze się pieściłam, ale we wtorek pognałam do szkoły co zapewne błędem było, ale polska dusza się wyrywała. Przyzwyczajenie drugą wszak naturą a mnie zjadały wyrzuty sumienia, że one tam biedulki same beze mnie. Zwłaszcza, że w poniedziałek rano zadzwoniła Eva z informacją, że Maria jest chora…
No. I na efekty nie trzeba było czekać długo. Wczoraj dzień przeżyty na półgwizdka za to z gryzącym sumieniem, że się nie włączam w pracę, że się snuję, że szukam kanapy żeby posiedzieć. Zamiast biegać, skakać, śpiewać, czytać, nosić, sprzątać i przebierać.
I z ogniem gdzieś tam w gardle kaszlem wyrywającym trzewia. Ale co to za choroba…?
Tyle sobie pozwoliłam, że rowerkiem tylko do stacji, tam kupiłam bilet na 30 dni (bo są albo tylko takie albo jednoprzejazdowe) bo wyszło mi, że jak 4 dni pojeżdżę na jednorazówkach to będzie akurat połowa tego na 30 dni. A jak się trafi po drodze awaria roweru, awaria pogody albo inna awaria to i cały.
Wczoraj obiecywałam sobie solennie wizytę w przychodni, ale na myśl, że patrząc mi w tylko oczy każą leżeć, pić dużo i brać alvedon (odpowiednik apapu) a potem skasują na stówkę (koron) to mi się odechciało.
Rano wsiadłam zatem do autobusu. Z leciutką telepką od zimna, z pulsującą głową oraz innymi przyjemnościami w gardle, uszach i nosie. I oczami wyobraźni zobaczyłam kichającego Alka, i Janka z gilem do brody, wrzeszczącego Edka z kolejnym kamieniem…I poczułam, że nie dam rady, że na samą myśl o zmuszaniu się do aktywności chyba się rozpłaczę.
Wysiadłam i prosto z dworca poszłam do przychodni. Zaskoczono mnie! Bo zajrzano mi w gardło i pobrano próbkę. Po 10 minutach był wynik i zalecenia. Dużo pić, odpoczywać i brać alvedon… No, ale ta bezcenna rada kosztowała mnie tylko 50 kr. Peronel medyczny stwierdził, że nie mam anginy połączonej z zapaleniem zatok i zapaleniem oskrzeli, więc hipochondryczka we mnie sączy jad, że to była tylko pielęgniarka i że nawet nie posłuchała moich oskrzeli.
Tabletki echinacei sama sobie zaordynowałam. I vit C. I strepsils. I czosnek. Oraz owoce. I wolne do poniedziałku.
Noż kurde. Niech mnie już puści, takie ładne chmurzasto-słoneczne są zachody, a ja jeszcze w tym roku nie byłam w porcie małych łodzi.