Dźwięki są głośniejsze, bardziej wwiercają się w uszy, boleśnie ranią jakieś zakamarki głowy. Za to słowa zaczynają zwalniać i falować tak, że ich zrozumienia staje się niemal niemożliwe. Buczą gdzieś w głębokiej otchłani jak trzmiel kołujący nad kwiatem.
Granice światła i cienia stają bardziej wyraziste. Słońce świeci jaśniej niż tysiąc słońc, pali w oczy, wwierca się w mózg. W cieniu wszystko staje się mroczniejsze, znikają znajome kształty, gdzieś w mroku czai się coś niedobrego…
Najgorsze są jednak zapachy. Są wszędzie, wnikają, przesączają się, otaczają jak kokonem. Nagle to, co zwykle niezauważalne, zaczyna dominować, wczorajszy cień zapachu dziś przybiera kształty zbyt realne, żołądek podjeżdża do gardła z każdym haustem powietrza, a przecież wczoraj była to woń skwapliwie łowiona nozdrzami. Nie można się od nich uwolnić, bo nie da się zatkać nosa na dłużej.
Wreszcie własne mieszkanie, cisza aż dzwoniąca w uszach i słońce atakujące przez ogromne okna. Żaluzje, półmrok, gładkość pościeli we własnym łóżku. Chwilowa ulga zwalnia napięte wszystkie nerwy , łzy ulgi i zmęczenia ciekną z oczu.
…na chwilę. W głowie zaczyna stukać tysiąc młotów a ciałem zaczynają szarpać dreszcze. Połknięty przed kilkoma godzinami ibuprom rozpala w żołądku ognisko. Drugie ognisko płonie w głowie a przy nim czyjś głos wyśpiewuje w kółko tę jedną frazę „to już lato, to już lato”. Wyschnięte na wiór gardło a każdy wlewany płyn ma ten sam obrzydliwy gorzko-gorączkowy smak. Półgodzinna drzemka podczas której z mroku wychodzą wychudłe postaci z filmów o wojnie, jakiś samolot huczy nad głową na chwilę przez rozbiciem, wieki niedźwiedź szczerzy kły , rakiety burzą budynek tuż tuż , obok. Nagle wszystkie lęki, fobie, wszystkie koszmary senne naciera z każdej strony. Strach wyrywa z kokona drzemki.
Ogień. Ogień. Nie gasi go chłodny prysznic, mimo , że ciałem nadal wstrząsają dreszcze, że stopy i dłonie zdają się być z lodu.
Czyjaś dłoń podaje lek rozpuszczony w szklance wody. Jest tak samo wstrętny jak woda, woda z miodem i herbata malinowa.
Instynkt każe otworzyć zamrażalnik, instynkt powstrzymuje przed wczołganiem się doń, instynkt wyjmuje lód, zawija go w worek a potem w ścierkę. Instynkt kładzie go na czoło, potem na policzki, na skronie i wreszcie na kark.
Drzemka i znów półgodzinna walka z koszmarami.
…Świt. Zegarek wyświetla godzinę trzecią z minutami. Termometr na baterie wetknięty pod pachę po minucie piskaniem zawiadamia, że temperatura wynosi 35, 4 stopnie.
Za oknem hałasują ptaki a powiew wiatru przynosi woń odległego lasu.
W głowie wciąż szumi, a w ustach smak gorączki. Ale czujesz głód, żołądek domaga się zupy, rosołu, choćby takiego z papierka. Będziesz żyć.
W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę,