Sennie-bezsennie

Ponieważ ostatnimi czasy…

Ponieważ ostatnimi czasy chadzałam spać około 2 w nocy a potem w dzień byłam ziewająca, senna i z bólem głowy postanowiłam wczoraj wieczorem pójść spać jak człowiek a raczej jak lud pracujący czyli nie później niż o 23.
Około północy ocknęłam się zdziwiona, że jednak spałam.
O pierwszej było mi za gorąco i chciało mi się pić.
O drugiej było zimno i zachciało mi się siku.
O trzeciej poczułam delikatne stąpanie kota któremu wtórwał psi warkot wydawany przez sen.
O czwartej rozpłakała się Zuzia.
O piątej chciało mi się pić i siku. I spać. Tylko, że:
pod kołdrą za gorąco, bez kołdry zimno, na boku boli kręgosłup, na plecach niewygodnie, na brzuchu nie ma co zrobić z prawą ręką bo nadgarstek znów rwie…
Ratunku.
Naprawdę jestem taka stara ?
O 6:30 M. poszedł do pracy, a ja zabrałam zbuntowanego Zozola do siebie. Zozol systematycznie wstaje o jakiejś nieludzkiej porze i ogłasza całemu światu, że ona się już wyspała. I nie, siedzieć sama nie zamierza. Telewizor jej nie bawi, zabawki są głupie, nawet ulubiony księżyc i mucha-Fluga. Wczoraj, około ósmej babcia się zlitowała nad mamą i zabrała dziecko do siebie w złudnej nadziei, że gadanie malucha zmobilizuje do jakichś działaś.
Zmobilizowało, a jakże…Ja spałam do dziesiątej, dziecię do 10.30.
Ale to wczoraj, dziś nie przewidywałam takich atrakcji. Zozol była rześka, usiłowała ściągnąć skarpetkę, nakryć kołdrą się nie dała, coś tam z przejęciem opowiadała w swoim języku.
A potem widocznie musiałam odjechać na chwilę co stwierdziłam gdy obolała, zmarznięta ręka mnie wyrwała ze snu. Zozol chrapała mi do ucha.
Nadal chrapie.
Ja po jakichś 25 zmianach pozycji, z których do kilku zmusiło mnie nachalne wsadzanie mokrego nosa do ucha tudzież, wymierzony celnie baranek (oczywiście Kocio pragnął w ten dyskretny sposób zaznaczyć swoje prawo własności do mojej osoby), zatem po 25 zmianach pozycji stwierdziłam, że wierceniem obudzę dziecko, i wstałam.
Internet mówi mi, że nie może się połączyć z serwerem.
Za oknem, na niebie rozpala się łuna wschodu ( nie, dopiero zaczyna jaśnieć, ale fajnie brzmi), na termometrze –12. Flaga na szkolnym maszcie powiewa leciutko, znaczy trochę wiatru.
W oczach piasek.
W ustach niesmak po kawie.
W żołądku muł.
Znaczy normalnie jak to przed świętami…
O przygotowaniach będzie w następnym odcinku. Może będzie.

Tuman śnieżny

Zostało mi odpowiedzieć …

Zostało mi odpowiedzieć na cztery ostatnie pytania z wiedzy o społeczeństwie i wreszcie będą ferie.
Myślenie o tym, że od 10 stycznia znów zacznie się pogoń odkładam na 10 stycznia.
Tymczasem teraz, zaraz, jak tylko te cztery odpowiedzi napiszę, zabieram się do tego co mi ostatnio najbardziej sprawia uciechę czyli będę szyć. Zaległe aniołki, tym bardziej, że jeden musi koniecznie musi odjechać do Polski 22 grudnia. I może coś jeszcze ? Mam pomysł, żeby uszyć sobie bluzę pod choinkę z takiej kocowej, polaropodobnej tkaniny. Czerwoną. Z aplikacjami. Taką prostą w kształcie T , ale za to dłuższą, żeby do legginsów można było nosić. Bo ja lubię legginsy. Może za to, że dzięki nim widać, że nie wszędzie mam nadmiar 😉
Za oknem tuman śnieżny. Wczoraj narzekałam na śnieg, że zbrzydł, zszarzał i skamieniał na mrozie. No to mam świeżą dostawę.Mówisz i masz, ale nie można to jakiegoś umiaru zachować ?
Wczoraj całe popołudnie spędziłam eksplorując na powrót szwedzką służbę zdrowia. Tym razem z Miśką, której blizna po wyrostku wciąż się babrze. Polski chirurg, jeszcze w październiku gołym okiem patrząc orzekł – bliznowiec. Szwedzki dziwny lekarz, do którego trafiłyśmy tydzień temu zalecił antybiotyk. Po nim kolejną wizytę. No to wczoraj była ta kolejna. W ośrodku zdrowia skonsultowały nas dwie pielęgniarki różnego stopnia, ta ważniejsza wyciągnęła z rany ok. 5 cm zielonej nitki po czym spasowała i wysłała do szpitala.
W szpitalu spotkał nas pielęgniarz, potem kolejna pielęgniarka, potem chyba stażystka lekarka, w końcu młody lekarz.
O . i tu będzie dygresja.
Zdarzyło mi się chyba z pięć razy spotykać lekarzy w ośrodku zdrowia w Szwecji. I ze dwa – trzy razy w szpitalu. I zaczynam widzieć dziwne prawidłowości.
Jak w ośrodku zdrowia podchodzi do mnie kobieta, jest uśmiechnięta, podaje rękę, przedstawia się, rozmawiając używa prostego języka, starannie omijając terminy medyczne – to na bank jest to pielęgniarka.
Lekarz nie wchodzi – on wkracza. Nie podaje ręki, nie przedstawia się. Ruchy ma zwolnione. Nie zniży się do tego by użyć słów codziennych, prostych. Jest po prostu panem i władcą…Ale to w przychodni.
W szpitalu po dwóch pielęgniarkach, jednej młodej lekarce-stażystce (tak podejrzewam) przyszedł młody doktorek. Rudawy, piegowaty, przystojny, do tego uśmiechnięty i pełen dobrej woli.(Ci na izbie przyjęć zawsze są młodzi, zawsze sympatyczni, zawsze pełni dobrej woli). Płynnie przeszedł z Miśką na angielski, a ja sobie mogłam spokojnie nic nie rozumieć. Doktorek wyciągnął tyle nitki co się dało, zapisał kolejny antybiotyk. Zlecił koleżance wykonanie wymazów z różnych części ciała. I poszedł.
Stazystka zrobiła co miała zrobić, powiedziała, że zaraz przyjdzie pielęgniarka żeby nałożyć opatrunek, czyli nakleić plasterek i poszła.
W międzyczasie weszła jakaś kobieta, posprzątała, zabrała materiały badawcze i poszła.
A my na ten opatrunek czekałyśmy z Miśką 45 minut, w końcu Miśka stwierdziła, że plasterek to ona ma domu i sobie sama naklei. Na korytarzu spotkałyśmy tę ostatnią, która się zdziwiła dokąd idziemy, że jak do domu, przecież ona już idzie. Wróciłyśmy na kolejne dziesięć minut…
Wiadomo – procedury, podział pracy (lekarz leczy, pielęgniarka nakłada opatrunek)ISO 2000 itd…ale czy naprawdę musi to trwać trzy godziny ? A czasem więcej ?
Łaska boska, że Zozol wcina mleko z flaszki, to antybiotyk mamy jej nie dotyczy.
Na flaszce Zozol przybiera jak należy a jej nóżki zaczynają przypominać małe baleroniki…Ale to temat na zupełnie inny wpis.
Tymczasem powoli zaczynam się zastanawiać nad menu świątecznym dla dwóch, wybrednych osób. Najlepszym rozwiązaniem byłyby pierogi, mendel pierogów, albo najlepiej dwa i wiadro barszczu. Tylko te pierogi takie czasochłonne… 

Skojarzenia

W sklepie spotkałam dwie…

W sklepie spotkałam dwie maluśkie dziewczynki w długich białych szatach, ze świeczkami (na baterie) w dłoniach. Starsza dodatkowo miała koronę ze świeczkami (też na baterie) na głowie.
Ten widok uświadomił mi, że…

…że właśnie mamy rocznicę ogłoszenie stanu wojennego.

Anons

<img style="float: …

Po 1. jak widać naprawiłam sobie dodawanie zdjęć, przy okazji pouprawiałam „przemiłą” korespondencję z pewnym człowiekiem z forum pomocy Mozilli.
Chciałam nawet wlepić to curiosum, ale niestety – net odmawia współpracy.

 

 

Po 2. w związku z sukcesem w naprawieniu Mozilli – na zdjęciowym kilka zimowych zdjęć. Także z dedykacją dla Ciebie Siwa.

Jak z obrazu Carla Larssona

zima za miastem…Świat …

zima za miastem…Świat ma bajkowy koloryt, jak na rycinach w starych książkach dla dzieci.
Ośnieżone równo pola, białe drzewa w cichym lesie i pustych przydomowych sadach. Białe, spadziste dachy i puchate kominy. Czapy śniegu na krzewach, kolumienkach ganków i latarniach przy bramie.Wydobywające się spod śniegu śniegu stłumione światło lampek świątecznych. Światła w oknach domów, małe świeczniki i ażurowe gwiazdy. 
I ta miękka, otulająca wszystko cisza. Wiatr ucichł, śnieg pada powoli, tak jak trzeba z góry na dół.
Zima za miastem, w taki cichy wieczór jak ten godzi mnie z kolejnymi pięcioma miesiącami pod warunkiem, że takich wieczorów będzie więcej.

A w głowie od tygodnia niepodzielnie ZAZ.
Pomysł z francuskim od przyszłej jesieni zdaje się coraz bardziej kuszący…

Zimnoooo

Świetnie, po prostu.<br …

Świetnie, po prostu.
Spadło to białe tałatajstwo, ułożyło się i leży.
Lidan zamarzł.
Nad Venerem nie byłam już chyba ze dwa miesiące i się nie wybieram. A już na pewno – nie w ciągu najbliższych dni.
Od tygodnia wieje, wieje i wieje. Śniegiem nie sypie, ale wiatr przy minusowej temperaturze to nic miłego. Zaczęło się od niewinnego -1 w nocy.
Teraz nocami dochodzi do -8, a w dzień do -3, jak świeci słońce.
I wieje. Nie, to nie jest taki sobie wietrzyk, powiew. To zimny, wicher, który szarpie za ubranie, wciska się w każdą szczelinę, gwiżdże w szparach murów.
No właśnie…Szpary w murach.
W zeszłą zimę, gdy wraz z nowym rokiem nadciągnęły mrozy wspomagane wiatrem w moim salonie zrobiło się…rześko. 17 w porywach do 21 stopni. Wzywany Anioł rozłożył w końcu bezradnie ręce – kaloryfer grzeje, okna szczelne, a że ściana gipskartonowa to on nic na to nie poradzi trzeba czekać do lata.
Owinięci w swetry i koce dotrwaliśmy, ciesząc się na zapas.
Minęła wiosna, lato, jesień…No prawda, krótka był nadspodziewanie. Kpiąc sobie z kalendarza w Szwecji rozsiadła się zima. I mój salon znów jest rześki.
"17 stopni, to jest najbardziej optymalna temperatura w sypialni" -suchym głosem informował mąż Judyty.  Nasz salon jest teraz także naszą sypialnią. I temperaturę mam taką właśnie optymalna.
Pominęłam Anioła, poszłam do biura zarządcy. Oczywiście, jak sto osób wcześniej, gdy poskarżyłam się na zimno, zaczął mi udzielać instrukcji odpowietrzenia kaloryferów. Wyjaśniłam, że kaloryfery to ja mam gorące, okna uszczelnione , ale ściana ..itd.
Zapowiedział wizytację dziś – jutro.
Droga przez mękę.
Czy naprawdę doczekam kiedyś chwili, że zimą w domu będę mogła siedzieć bez grubego swetra i wełnianych skarpet na nogach najlepiej jeszcze pod kocem.
W dodatku w ostatniej parze wełnianych skarpet zrobiła mi się dziura na pięcie. W związku z tym wełnianych skarpet właściwie nie posiadam.
A wiosna dopiero za 4 miesiące (to JEST wersja optymistyczna).
…Ciepły piach nad ciepłym morzem śnią mi się po nocach.
A póki co szukam innego mieszkania.

Dupa z tyłu

We wstępie należy …

We wstępie należy zauważyć, że dupa staje się motywem przewodnim moich wpisów.
Pogoda jest do dupy.
Ubrania są do dupy – jakiekolwiek kto chce nadać temu zdaniu znaczenia.
A dupa jak dupa – zawsze z tyłu a czasem jeszcze i blada. Tak w bonusie.
Zastanawiałam się wczoraj jakim cudem zawsze gdy tylko trochę wyjdę na prostą udaje mi się znów sobie życie skomplikować.
Ot. Daleko nie drążąc.

Po latach szarpania się z różnymi Bossami, Pryncypałami oraz Głupimi Renatkami znalazłam robotę gdzie płacili nie najgorzej i w dodatku wszystko na liście płac, traktowali w miarę po ludzku, czas pracy wynosił 40 godzin w tygodniu i te godziny wystarczały na obowiązki i służbowe i towarzyskie. Mogłam tam zostać. Może nawet na dłuższe lata. To nie – emigracji mi się zachciało i tak się bujam…
Po dwóch latach, gdy zaczęła nam się stabilizować sytuacja na tyle, że stać nas było na zmianę samochodu oraz zakup raz na miesiąc ciucha niekoniecznie z wyprzedaży, kiedy już w domu mogłam sprzątać w dowolnie wybranym czasie, obiady mogłam gotować na dwa dni lub wcale, to sobie wymyśliłam ściągnięcie córki. I też się bujam i jeszcze w dodatku nie wiem jak długo będę.

Jestem zmęczona.
Szkoła pochłania więcej czasu niż się spodziewałam, a żeby otrzymać pieniądze muszę w wiosennym semestrze mieć tyle samo lub więcej zajęć.
Przestawiły mi się godziny i w związku z tym, normalną porą wstawania jest dla mnie godzina ósma i nie ma innej opcji.
Od października jestem niemal non stop przeziębiona, nie pomaga vitamina c, czosnek i owoce.

Tak jestem zmęczona, że wyjazd do Polski na Boże Narodzenie jawił mi się jak zło konieczne. Bo tyle godzin  w drodze, potem na miejscu załatwianie, gotowanie w dodatku w-już-nie-mojej-kuchni, święta z rodziną POSynka co oznacza brak leżenia bykiem na kanapie z komputerem na kolanach…No i wizja zostawienia Młodego samego na Wigilię (konsekwencja posiadania psa i kota).
Zrezygnowałam. Nie pojadę.  Młody też nie. Zostaniemy w domu i będziemy się integrować ze sobą przez gg.

Jak mnie najdzie chęć zmian w zyciu, niech znajdzie się jakaś życzliwa osoba co mnie kopnie w dupę.

No i jak to w życiu – od dupy się zaczęło i na dupie kończy.