Na co czekamy teraz?

Wstałam rano, a tu …

Wstałam rano, a tu śnieg. Fajnie. Właśnie zdecydowałam się wyciągnąć Komarka bo sucho było, a ja od wywrotki jechałam tylko raz i zaczynam się coraz bardziej bać.
Świat w mroku i świeżym śniegu jest magiczny. Naprawdę. Jednak wolałabym się nim rozkoszować nie w drodze do pracy. I nie mając w głowie świadomości, że jutro siódme poty w robocie z siebie wycisnę, żeby ślady tego słodkiego, magicznego śnieżku zlikwidować. Moje rozgoryczenie powiększa fakt, że teraz jest +1, a śnieżek zmienia się w błotną breję. Do wieczora śladu po nim nie będzie, ale łomot pługów śnieżnych niesie się po całym mieście. Nie wiem co oni jeszcze odgarniają. Ale możliwe, że muszą normę wyjeździć, żeby im dotacji nie obcięli czy coś.
Druga z rzędu zima-nie-zima. eMa narty stoją w piwnicy i nudzą się. Moje buty do nart chyba pękają ze śmiechu.
Święta były i poszły. Yankie pojechał do siebie już w poniedziałek. Dom opustoszał. „Jedną malutką duszą…” Tfu! To przecież tren!
Można się podśmiewać, że jestem mamusia-synusia. Proszę bardzo. Przyznaje bez bicia: lubię mieć go blisko, za drzwiami, tak, że w każdej chwili mogę otworzyć drzwi i powiedzieć co mi do głowy przyszło. Zwłaszcza wszystkie myśli nieuczesane,  moje filozofowanie, moje przebłyski dowcipu i krzywego widzenia świata są traktowane ze zrozumieniem. Z mało kim mam możliwość wymiany takich myśli, a wokalnie to tylko z synkiem.
Koszt bycia odmieńcem i cudzoziemcem. Co w sumie na jedno wychodzi.

Trzeci tydzień kuracji antydepresyjnej. Sypiam w kratkę. Jedną noc śpię, drugą nie. Ale postęp jest, jakby nie patrzeć. Co drugą noc śpię. Czyli jak Boluś u Laskowika, traktor jest dobry, bo ma trzy sprawne koła.

Dookoła szaleństwo z przeczytaniem 52 książek w tym roku. Nie przyłączam się. Nie sądzę bym dała radę. Raz, że brak na podorędziu takiej ilości lektury. Dwa, że czytam średnio jedną książkę na miesiąc. Możliwe, że między innymi dlatego, że zwykle czytam kilka jednocześnie…
No ale zawsze dobrze jest mieć ideał do którego się dąży.
Jutro znowu Fotoklub.
No i zaczynam odliczanie do wiosny. Tutaj nie ma jej co się spodziewać przed 1 kwietnia, a to trochę długo. Więc może najpierw poczekam aż dni zaczną się znacząco wydłużać. Czyli do lutego.

I tak to.

Zmiana daty

Odsypiacie?<br …

Odsypiacie?
Fajerwerki z punktu widokowego oddalonego o jakieś 6km od centrum miasta okazały się niewypałem.
Nie jestem entuzjastką strzelania, nie, odkąd zobaczyłam na własne oczy reakcję jednego psa i stada kawek. Liczyłam jednak na ciekawe zdjęcia. I się przeliczyłam. Za daleko, nie założyłam teleobiektywu bo ma za małą przesłonę, użyłam mojej kochanej stałeczki i się zawiodłam.
A poza tym to …nic.
M robił swój popisowy tort z placuszków z masą czekoladową.
Ja układam puzzle, dokończyłam Jodie Picolout „Lnia życia” (jak zawsze: warto), obejrzałam Country Strong z Gwyneth Paltrow – ciekawa rzecz, śpiewająca Gwyneth.
Zuzia była u taty. Jej tata zadzwonił z życzeniami, pogadaliśmy też z Zuzią.
– Co robisz? – zapytałam ją
– Nolmalnie się bawię – odparła mi, bo wzorem Tymka zaczyna używać przymiotników, gdzie się da.
– To dam ci dziadka
– Noooooo! – nie dodała „nareszcie” ale czuć to było. Nie jestem zazdrosna, nie jestem zazdrosna, niejestemzaz….
Trochę jestem. Pocieszam się, że i tak jestem ważna. Bo choć dziadek ważniejszy to ja jestem częścią składową do dziadka. I kiedy tylko znikam natychmiast jest pytanie „dzie babcia?” „a ciemu ona nie jest?”
(Zuzia często kalkuje gramatykę ze szwedzkiego).
Misia ze swoim chłopakiem gdzieś w mieście balowali.
Yankie z Sebastianem na bezalkoholowym przyjęciu.
Kocio strzelanki znósł z godnością. Poruszyły go wystrzały gdzieś blisko, koło bloku, nad ranem, gdy wszystkie inne już ucichły. Jakiś sylwestrowicz zaspał.
Wczoraj łomotało cały dzień w całym mieście. Teraz jest trochę spokoju, ale jak tylko wstaną ci co o północy już nie dali rady, kanonada zacznie się od nowa. Nie mam złudzeń. Strzelanie w Sylwestra Szwedzi mają  chyba w duszy razem z „färsk potatis och sill” (młode ziemniaki i śledź – danie na Midsommar). Że też nie szkoda im pieniędzy?
Podsumowań nie będzie. Miałam policzyć przeczytanie książki, ale zapomniałam. Zresztą nie wiem: czytane po raz kolejny się liczą, czy nie?
Miałam policzyć filmy, ale znowu nie wiem czy serial to każdy odcinek osobno czy jeden film? A filmy oglądane po raz kolejny?
Może w tym roku..?
I to jedyne postanowienie noworoczne.
Nie mam nadziei na jakieś wielkie zmiany.
Nie mam refleksji na czas miniony.
Ot, po prostu zmiana daty.

 

W internecie siła!

Czego oznaką jest …

Czego oznaką jest wściekły apetyt na marchewkę? Czego może mi brakować?
Czy ów brak może skutkować bezsennością, utratą łaknienia oraz nasileniem objawów alergicznych.

Przecież nie pójdę do lekarza z takimi pytaniami…

Mikołaj nadciąga

<img …

Nick1Mikołaj najpierw ciężko pracował nad prezentami dla wszystkich.

Nick21Potem zmęczony zasnął.

Nick31Potem sprawdził dokumentację: kto zasłużył i na co…

Aż wreszcie…

Nick41…ruszył w drogę. Niedługo dotrze.

—-

Tak naprawdę miał być tu stary tekst inspirowany jednym przedszkolakiem, który kiedyś w sondzie powiedział, że Merry Christmas to żona Świętego Mikołaja. Lecz tekst przepadał. To już drugi tekst, który mi zginął. Chyba muszę się przyłożyć do archiwizacji moich wytworów.

Ciiiii….

Posłuchajcie…!

Posłuchajcie…!

Słyszycie coś..?

Nie?…No właśnie!

24 (słownie: dwadzieścia cztery) godziny z dwóją dzieci.

Już wiem: nie to, że ja w ogóle nie lubię dzieci. Lubię. I to wcale nie gotowane anie nie pieczone. Lubię, ale pojedynczo i nie w za dużych dawkach. Doba z dwójką maluchów to stanowczo za dużo. Czy ktoś uwierzy, że nawet moja własna wnuczka urosła w którejś chwili do rangi potwora?

Przetrwaliśmy kataklizm i nawet nikt nie został poszkodowany …

A dziecko, które czaiło się od poniedziałku wreszcie wczoraj postanowiło wykazać się zdecydowaniem. Jak zdecydowanie, to zdecydowanie. W dwie godziny było po wszystkim. Mamę do szpitala zawiózł ambulans, bo było już blisko…Tata gnał za ambulansem, więc wiemy, że jechali 160km/godz.

Mała na świecie. Wprawdzie tylko na zdjęciu, ale pierwszy raz w życiu widzę noworodka w kolorze zdecydowanie blond.

Lena. Tyle wiem o imieniu…z facebooka. Bo jakoś były ważniejsze pytania.

Tyle się działo, że już dziś ogłaszam koniec tygodnia.

 

 

Dziecko się rodzi…

ale jakoś mu (jej) …

ale jakoś mu (jej) się nie spieszy.
Siostrzyczka Zuzi, ale nie moja wnuczka.
Więc Tymka, przyszłego starszego brata, który nie jest moim wnukiem, przywieziono mi wczesnym rankiem.
Taki skomplikowany melanż rodzinny jak w to patchworkowej rodzinie.
I tak sobie tkwimy dziś razem.
Jest trudno…Bo w nocy spałam może ze 4 godziny, a Tymek choć sześcioletni, jednak pochłania uwagę. Choć szczerze i dobrowolnie przyznaję, że mniej niż sądziłam. Ale jednak. W sumie młodzieniec jest całkiem fajny, ale ja i tak nie lubię dzieci.
A czeka mnie jeszcze jutro zapewne…
Była Zuzia na godzinkę i narobiłam im zdjęć. Niektóre cudne!
Zuzia marudna i jęcząca, oj chyba zazdrosna o uwagę. Nie chciała iść z powrotem do mamy.

W pracy maszynę szlag trafił, na szczęście już na sam koniec.
Ale do jutra mi nie naprawią. Będzie ciężko jutro.

…matko, jaka  jestem zmęczona…

Z listu do koleżanki

Tym razem będę leniwa…

Tym razem będę leniwa i wkleję, to, co już raz napisałam.

Jeżdżę do soboty…czy od niedzieli…
Nie powiem, że idzie mi coraz lepiej. Jedno wychodzi inne nie.  Jedno muszę poćwiczyć kilka razy,  inne jeszcze kilka razy.
Jazda do tyłu jest dziwna. Samochód skręca w kierunku przeciwnym niż ja chcę…A przecież maszyną też cofam i tam maszyna idzie dokładnie tam, gdzie ja chcę. Prawo jest na prawo i tak wychodzi. Może się skupiam za bardzo.
Dziś wyjechałam z placu i podrzędnej uliczki, z parkingu. Pojechałam normalną, miejską ulicą, dojechałam do ronda, przejechałam je, pojechałam dalej, wyłączyłam sobie wszystkie światła, włączyłam na powrót, oślepiłam kogoś długimi, zmieniając bieg, bez problemu naciskałam sprzęgło ale jednocześnie zjeżdżałam na lewo…
Ale jednak rok na skuterze swoje robi. Nie mam paniki gdy mnie coś mija, gdy ja coś mijam, nie mam wrażenia, że jadę z prędkością nadświetlną gdy licznik wskazuje 40km/h, patrzę dookoła i widzę rowerzystę, pieszego i wyprzedzające mnie auto.
Więc jest stresująco ale i ekscytująco. Stres nie blokuje mi myślenia.
M chce żebyśmy za miesiąc pojechali do Goteborga na spółkę…Dam radę? Zobaczymy. Uczę się „na trudnym” jest ciemno, a jeszcze czasem dochodzi do tego deszcz.

Zuzia ma ospę wietrzą, biedulka, buzię ma mocno wysypaną. Dziś spędzam z nią przedpołudnie.
Zuzia utożsamia się z Elsą. Królową Lodu Elsą. Kupiliśmy jej lalke Elsę, w komplecie była taka sama sukienka jak lalczyna. Zuzia się ubrała. Stanęła przed lustrem.
– Królowa Zuzia! – zachwyciła się.
A kilka chwil potem, ubrawszy diadem Elsy znów wylądowała przed lustrem.
– Jaka ja jestem teraz piękna! – oświadczyła. I była cała zachwycona.
Co zrobili babcia z dziadkiem wtedy?
Kategorycznie oświadczyli:
– Zawsze jesteś piękna! Najpiękniejsza na świecie!
Bo jest.  

Jeszcze…

Jeszcze liści pełno …

Jeszcze liści pełno każdego ranka na zalanej deszczem ulicy. Jeszcze alejki w parku nimi pokryte, jeszcze na zdjęciach znajomych żółto i czerwono…Ale nieuchronnie zbliża się zima.
Obudziłam się dziś rano ogłupiała, bo zegary, wszystkie jak jeden mąż pokazywały tę samą godzinę. Ten w telefonie i komputerze też. Zresetowałam jedno, zresetowałam drugie a one dalej mi ten sam czas co zegar w kuchni i sypialni pokazują. Zapytany internet odrzekł, że jest godzina 8:03.
Facebook podał 8:06, ale to się może zgadzać, bo chwilą minęła nim wyszłam ze stuporu…
Teoretycznie zegar w kuchni mógł przestawić mąż.Zegar w sypialni ma natomiast tzw sterowanie radiowe, ale jak dotąd, a mieszkamy razem już trzy lata, jak dotąd nigdy sam się nie przestawiał!
Czary panie…
Późnojesienna aura trwa. Przez okno widzę właśnie rozwianą brzozową czuprynę. To znaczy, że pogoda jest nadal stabilna: jak zaczęło lać i wiać tydzień temu to leje i wieje. Jasne, że porzekadło starych Szwedów mówi, że nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Co nie zmienia faktu, że odrobina słońca nie byłaby miła.
Choć z drugiej strony…świat zalany deszczem jest taki…taki…no…Jak na obrazach impresjonistów. Krawędzie się rozlewają i wszystko staje się pojedynczymi plamami barw. Szkoda mi aparatu bo w deszczu robiłabym zdjęcia na okrągło. No i jesteśmy. Od czego bym nie wyszła ostatnio i tak trafiam do tego samego punktu. Zdjęcia. Nie uświadamiałam sobie, aż Yanek mnie zapytał czy patrzę na świat „kwadratowo” czyli tak, jak przez wizjer aparatu. Tak, tak właśnie patrzę. I czasem to jest irytujące, bo nie mogę sobie wyjść normalnie, żeby przejść swoje obowiązkowe 30 minut, nie. Bo zaraz, za progiem widzę coś i myślę, że to by ładne zdjęcie było. Jak wrócę po aparat o pstryknę to w domu okazuje się, że nic z tego. A jak nie wrócę to męczy mnie. Wiadomo: najlepsze są te zdjęcia, których nie zrobiliśmy…
Ostatnio, prawie cały tydzień udawało mi się narzucić sobie dyscyplinę myślenia o czymś innym. Tak mnie to myślenie o czymś innymi uprowadziło, że kilka razy zaskoczyło mnie miejsce do którego doszłam bez kodowania takich punktów jak most czy przejście dla pieszych. Pół biedy gdy idę, gorzej jak jadę skuterem i nie zauważam skrzyżowania…
No ale temat mnie wciągnął. Temat usiłuję spisać, ale palce nie nadążają za myślą. Chyba muszę sobie dyktafon kupić.
Najbliższe dni muszę się jednak mocno skupić na rzeczywistości. Zuzia u mnie będzie. Zabieramy ją z przedszkola jutro, we wtorek rano Dziadek odwozi ją do do przedszkola a po południu zabiera. I jeszcze we środę rano ją odwozi…Dwa popołudnia, dwie noce i co najważniejsze: dwa poranki. Zobaczymy jak to będzie.
No i po ponad dziesięciu latach wróciłam do pomysłu zrobienia prawa jazdy.
W Szwecji można iść do szkoły albo można uczyć się jeździć z prywatnym „handledare”czyli z kimś z rodziny.
Trzeba zrobić trzygodzinny kurs, opłacić pozwolenia, poczekać aż przyjdą owe pozwolenia, powiesić na samochodzie zieloną tabliczkę „övningkör” i jedziemy.
Wczoraj pierwsza lekcja. Ruszanie czyli jak ogarnąć trzy pedały dwiema nogami, a  kierownicę, drążek biegów oraz kierunkowskaz dwiema rękami. Było i śmiesznie i strasznie. Sprzęgło mnie nie słuchało i albo nie chciało się ruszyć, albo wyskakiwało do góry (pedał sprzęgła, znaczy). Pedał gazu odwrotnie, albo leciał w dół, kiedy chciałam powoli, albo puszczony nie reagował i nie zwalniał. Mięśnie w lewej nodze zesztywniały, ale i tak dobrze, że sprzęgło nie jest pod prawą, tą sfatygowaną stopą, bo lipa by była a nie jeżdżenie.
Po korekcji ustawień fotela, oparcia fotela, wreszcie zaczęło mi wychodzić ruszanie i zatrzymywanie się bez kangurzych skoków.
Zobaczymy czy dziś moja noga będzie pamiętała to czego nauczyła się wczoraj.
Szkoda, że nie można tego po pijanemu…Byłoby łatwiej.