110. Saltkällefjorden czyli Stojał najabr uż u dwora

Wyjechaliśmy z domu nieco po dziesiątej.
Nad miastem zaczynało świecić słońce, choć powietrze było zamglone i rześkie.

Ale już koło Trollhättan niebo pociemniało, a świat poszarzał. Chmury spłynęły z nieba, otuliły świat, osiadły i tak zostały. Wiatru nie było, więc nie miał ich kto rozgonić.
Kolegę odebraliśmy od domu. I …niespodzianka…
„A możecie się spóźnić tak z 15 minut? Bo mnie migrena dopadła w nocy i dopiero się wygrzebałem” – przysłał smsa
Taaak? Mnie też dopadła, też w nocy. Tylko ja mam psa i nie ma, że nie mogę wstać. Choć tym razem eM widząc, że nie mogę wstać się ogarnął i poszedł.

Podjechaliśmy tylko kawałeczek, na mały parking gdzieś przy jakimś wiadukcie, przy zbiegu dróg. Mało aut, parking zasypany liśćmi, toaleta czysta, choć oczywiście śmierdząca jak to toaleta. Wolałabym w krzaczki, ale jak się nie ma co się lubi itd… Woda przynajmniej była ciepła i mydło, które nie śmierdziało.
Poszliśmy.

Nie gadaliśmy za wiele. Świat był piękny, cichy i zamglony. Jesień zrobiła, co mogła i było jak u Puszkina

Уж небо осенью дышало,
Уж реже солнышко блистало,
Короче становился день,
Лесов таинственная сень
С печальным шумом обнажалась,
Ложился на поля туман,
Гусей крикливый караван
Тянулся к югу: приближалась
Довольно скучная пора;
Стоял ноябрь уж у двора.

Już czuć w powietrzu tchy jesienne,
I słonko świeci mniej promienne,
I coraz krótszy dzienny czas…
Cienisty, tajemniczy las
Z posępnym szmerem głąb’ obnaża;
Na pole pada mgła… Śród chmur
Krzykliwych gęsi leci sznur
Het, na południe… I zagraża
Nuda, jesieni wierny stróż…
Listopad stał na progu już…
(Przekład Leo Belmont. Źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Eugeniusz_Oniegin_(Puszkin,_1902)

(Kto by uwierzył, że dawno temu przeczytałam całego Eugeniusza Oniegina i to w oryginale! Dziś w głowie już tylko ten fragment, a przeczytać go nie umiem, jedynie wyrecytować. Zapomniałam cyrlicę i boleję nad tym. Ale Oniegina po polsku to chyba sobie poczytam).

109.

Kolega słabnie…
Odhaczam kolejne zadania na liście spraw „zdążyć, zanim…”
Mam dylemat bo żona chyba nie zamierza poprosić dzieci o przyjazd. Mówi „niech żyją własnym życiem” ale wydaje mi się, że powinny te dzieci tu jednak przyjechać. Nie wiem czy mam rację czy nie, ale uważam, że ojcu, zwłaszcza nie takiemu najgorszemu, należy się możliwość spojrzenia na dzieci ostatni raz. Ja bym im przynajmniej uświadomiła. że niewiele zostało czasu.
Bo podejrzewam, że kolega, choć zaprzecza, dobrze wie, że zbliża się koniec.
Niechby miał tę pociechę.


A jednocześnie też muszę pracować, bo po powrocie z Tallina naprawdę nie będę miała na nic czasu.

A tu Gulsum na dniach ma rozwiązanie i chciałyśmy się się jeszcze spotkać.
Wczoraj Misia zadzwoniła z instrukcjami w sprawie wyjazdu: maseczki, jakieś zaświadczenia, paszporty…
Obudziłam się o 2:30 i nie mogłam zasnąć. Popracowałam i o 6 znowu mnie zmuliło. Spałam do 9.
Za oknem ciemno, szarówka. Na ulicach jeszcze złoto. Głóg za moim oknem objedzony do cna.
A Astra ma kapcia. Gdzie wjechałam?

Jutro jedziemy spotkać się z Adamem. Oby pogoda była łaskawa…

Czy do Tallina to jechać w butach trekkingowych czy w żółtych kamaszach?
Buty trekkingowe piękne nie są, w dodatku siatka z wierzchu w jednym miejscu się przetarła i widać białą szmatę, co wygląda mało porządnie (zaszyć?). I zakłada się długo. Ale są stabilne i odporne na wodę (poza miejscem rozdarcia). Żółte kamasze są miekkie i wygodne jak kapcie, ale czy zniosą długą wędrówkę po miejskim bruku, w deszczu? Kałuże mogę omijać, ale jak będzie lać jedną struga z góry, to przemokną.
No i kurtki.
Krótka czy długa? Cieplejsza i wodoodporna, ale ciężka? Czy lżejsza, ale podatna na przemakanie? Jak będzie lało to przecież nie będę chodzić. Ale jak będzie siąpić to tak. A taki drobny deszczyk też potrafi przemoczyć…
Ot dylematy.
Kiedyś człek miał jedno odzienie na sezon i musiało wystarczyć.

Tosia się ożywiła. Chyba to przez te karmę… Nie kupiłam jej ten weterynaryjnej na stawy, bo się zagapiłam. A potem odkryłam, że pies nie ma co jeść. To kupiłam w sklepie dla zwierząt inną. Tej samej firmy, ale dla seniorów. I Pies nagle chce chodzić na spacery, a puszczona luzem na boisku szkolnym poleciała na to do siatkówki plażowej i dwaj brykać na piachu.
Hm… Hmmmmmm… Znowu się kończy i muszę dziś coś zdecydować. Aaaaale chyba kupię tę dla seniorów.
Oczywiście karma jest dobrej marki, dopasowana do wielkości psa, bo ja na żarciu psim i kocim nie oszczędzam. Na swoim i męża – mogę, ale pies i kot muszą mieć dobre żarcie, bo inaczej wydam na weterynarza. Ludzie mają leczenie za darmo :P. Taki rachunek ekonomiczny.

Wczoraj w mieście był babski wieczór, czyli wszystko otwarte do 19 albo i dłużej. Strach ile się ludzi pętało po mieście. Nawet miała chęć wejść do mijanego sklepu, ale zniechęciły mnie tłumy.
Parę przecznic od domu spotkałam Kasię z sąsiedniej gminy.
W sumie widziałam ją kilka razy tylko, ale czuję sympatię do tej dziewczyny. Ona do mnie chyba też. Gdy się spotykamy natychmiast zaczynamy gadać jedna przez drugą i natychmiast łapiemy kontakt. Z Kasią był wczoraj mąż i najmłodsze córeczka Amelia.
Amelia jest rezolutna, Kasia czasem na fejsie wrzuca teksty małej. Boskie! Zapraszałam do siebie. I namawiałam Amelię
– Ja mam w domu psa, lubisz psy?
– Lubię.
– Ale mój pies jest taki duży… nie boisz się takich dużych psów?
– Nieee. Ja mam piesek. Też duży, w Polsce.
– Mam też i kota. Namów mamę i tatę żeby przyszli do Kasi z psem i kotem.
– Dobrze.
– Co, mała miesza języki? – ucieszyłam się.
– Miesza! – zgodziła się Kasia.
– Mamoooo…chodźźź…coś musisz zobaczyć
Zeszwedziałyśmy, bo stałyśmy w drzwiach sklepiku i inni musieli się przeciskać.
Do Kasi to w sumie tylko 20km… ale ona ma troje dzieci i pracę… Może jednak znajdzie czasem chwilkę?





108. „Schoolbag in hand

she leaves home in the early morning…”

Jeszcze rano ostatnie przytulaski, buziaczki. Jeszcze głaski dla Tosi i Basila. Jeszcze mandarynki do plecaka, dwie, bo jedna dla Ellie.

W porannym półmroku, który czmycha przed wschodzącym słońcem. Na zachodzie ogryzek księżyca na czystym niebie. Rzeka znowu jak lustro, z mroku powoli zaczynają świecić złotem drzewa.
Na ulicy duży ruch. Śmigają rowerzyści, szumią samochody. Czuć pośpiech. Poranna wędrówka do szkoły. Dziecko przyklejone do mojego boku. A może to ja do niej..?
Już nie gadamy, tylko po prostu jesteśmy razem.
Światła jedne, za nimi drugie.
Ostatni buziak, ostatni przytulasek.

„…Waving goodbye with an absent-minded smile…”
… i poszła. „That funny little girl”

„…The feeling that I’m losing her forever…”

What happened to the wonderful adventures
The places I had planned for us to go
(Slipping through my fingers all the time)
Well, some of that we did but most we didn’t
And why I just don’t know

Slipping through my fingers…


107. Życie

We czwartek wieczorem zadzwoniła żona kolegi.(Tego co go uśmiercili tydzień temu), że on nie odbiera telefonu, a ona nie może wejść do szpitala.
W szpitalu wciąż panują lekkie obostrzenia covidowe i nie można sobie wejść jak kto chce, trzeba zadzwonić na oddział i tam personel kierując się jakimiś tam wytycznymi zdecyduje czy wpuści czy nie wpuści. Zazwyczaj wpuszcza, ale upierdliwe to jest zarówna dla nich jak dla odwiedzających, bo ktoś zwyczajnie musi zejść na dół i otworzyć drzwi zewnętrzne.
ŻK zwykle dzwoniła do niego, on prosił kogoś o wpuszczenie jej.
A tu we czwartek nie odbierał telefonu.
Zadzwoniła do mnie czy bym mogła sprawdzić co się dzieje.
Zadzwoniłam, przedstawiłam się, powiedziałam że żona nie mówi po szwedzku, że się niepokoi, bo Kolega nie odbiera telefonu.
I nawet nie wspomniałam o zupie ogórkowej, którą dla niego ugotowałam…
Pielęgniarka mi powiedziała tyle ile sama wiedziała… wystarczająco.
Kolega nazajutrz idzie do hospicjum. Bo jego leczenie jest zakończone, nic więcej zrobić się nie da, bo jego rak jest nieoperacyjny, a na chemię jest za słaby. W hospicjum będzie miał lepszą opiekę i warunki, a co najważniejsze – lepsze środki przeciwbólowe.
Zapytałam ją czy w takim razie oznacza to, że mamy się przygotować…
Osłodziła. No, nie ona nie mówi, że to będzie teraz już. Bo kto wie, może za tydzień -dwa kolega się poczuje lepiej i nawet pójdzie do domu…
Powtórzyłam to wszystko Żonie Kolegi. Łącznie z tą iskierką nadziei.
Znowu nie mogłam zasnąć…
W piątek cały dzień myśli mi uciekały, a tu roboty pełno.
Zadzwoniłam do Heleny. Chyba w myśl „spieszmy się kochać ludzi…”
Helena znowu zaliczyła jakiś zjazd, chyba przeforsowała się fizycznie bo chciała przed przyjazdem wnuczka Leo dokończyć sprzątanie w domu… I się posypała. Ale już wychodzi.
Miałam dla niej zamrożoną polską kiełbasę, bo kiedyś poprosiła czy bym jej nie kupiła. Więc odłożyłam kilka różnych na spróbowanie. Zaniosłam jej, uściskałam ją tylko w drzwiach, bo nie miałam czasu na nic więcej.
Chwilę wcześniej miałam rozmowę z innym moim klientem. Jego ojciec kilka tygodni temu spadł z dachu jego domu i się zabił… Ten ojciec też był moim klientem, choć w zasadzie nic nie robił bo był na emeryturze.
A w domu miałam Zuzu i jej dwie najlepsze przyjaciółki. Przemieszczały się pomiędzy pokojem Zuzu (dawniej pokój Ynakie’go), a moją sypialnią. Piski, śmiechy, okrzyki i tupot bosych stóp. Basil się pławił w zachwycie, Tośka nieustająco była głaskana i przytulana, bezczelnie żebrząc o cukierki.
Ostatni raz taki spęd takich młodych miałam w Polsce, gdy Misia była nastolatką. I wiecie co? Większa przestrzeń ratuje życie.
Poszły potem poszwędać się po mieście.
Zuzu zadzwoniła z HM-u, że spotkały trzy inne koleżanki. Biedna obsługa sklepu…
– Tylko tam nie wrzeszczcie – ostrzegłam
– Babciu, przecież my jesteśmy dziewczynki – obraziła się
– No właśnie!
Ale zaraz wróciły, bo tamte nie były zbyt miłe i chciały się od nich uwolnić.

Zadzwoniła Żona Kolegi – bo obiecałam, że pomogę jej dostać się do hospicjum.
Pojechałam do szpitala. Ona nadeszła, gdy parkowałam. Sama nie wiedziałam jak i gdzie, ale zlokalizowałam główne wejście i dzwonek. Wyszła pani, wyłuszczyłam w czym rzecz, pani pokazała palcem pod które drzwi podejść, bo tymi nas wpuścić nie może.
Szłyśmy przez miniaturowy ogródek. Fontanny, ścieżynki, pnącza, jakiś inspekt, ławeczki, stoliczki… Teraz jesienne, ale wiosną i latem musi tu być uroczy zakątek w środku, pomiędzy budynkami szpitala.
Pani wyszła, otworzyła nam drzwi i nagle zobaczyłam na łóżku kolegę… Tego się nie spodziewałam. Okazało się, że pokój ma bezpośrednie wyjście do tego ogrodu.
Sam pokój, jednoosobowy. Ciepły kolor na ścianach, zasłonki, obrazki, miękkie fotele.
Telewizor, stolik kawowy… Jak pokój w hotelu.
Po zimnym, pustym hospicjum w jakim leżała moja mama, ten tutaj był ogromnym zaskoczeniem. Przy okazji dowiedziałam się, że w Szwecji jest zasiłek dla bliskich, którzy uczestniczą w opiece nad ludźmi ciężko lub terminalnie chorymi. I nie chodzi tu o opiekę w sensie medyczno-pielęgniarskim. Czyli nie o higienę czy jakieś zabiegi lecz o takie zwykłe trzymanie za rękę, pomoc w jedzeniu itp. Taką osobą bliską nie musi rodzina, może być przyjaciel czy nawet sąsiad. Tylko chory musi wyrazić zgodę.
Osoba bliska może dzięki temu kończyć pracę wcześniej i za te nieprzepracowane godziny dostawać zasiłek. Nie są to wielkie pieniądze, bo podobne jak przy zwolnieniu lekarskim, ale lepsze to, niż nic.
Tu znowu skłaniam się z podziwem dla systemu, który uwzględnia takie rzeczy.
Nie zostałam długo, wzięłam papiery i wróciłam do domu.

Panny posiedziały do 18, a potem trzeba było je porozprowadzać po domach.
Szłyśmy przez Torget, przez most, na Gamla Staden. Gadały wszystkie naraz, śmiały się, wierzgały za długimi nogami, podbiegały, goniły się…Źrebaki. Zapytałam Zuzu jak jest źrebak po szwedzku. Nie wiedziała. Ellie też nie bardzo. Zoe wiedziała. Powiedziała coś, co skojarzyło mi się folblutem (dzięki Joanno Chmielewska). Sprawdziłam potem w słowniku. Föl.
Nad miastem zapadała noc. Na czystym niebie pojawiały się pojedyncze gwiazdy. Od ziemi ciągnął chłód. Rzeka stała gładka jak lustro, drzewa złociły się w świetle ulicznych lamp. Ulice pustoszały. Tylko samochody przesuwały się z szumem omiatając wszystko światłami. Bezszelestnie spadały liście z drzew.

Patrzyłam na to stadko źrebaków i czułam się jakbym w tym dniu obejrzała i początek i koniec życia. Dziwne uczucie.


106. Dzieje się

Ciągle coś.
Zuzu przejęłam w poniedziałek po szkole.
A ponieważ mam dużo roboty, to hohoho jakie miałam plany…
Muszę się wyrobić z raportami wszystkich moich firm, bo 12 listopada przypada termin na tych comiesięcznych i na tych kwartalnych.
A ja 2/10 wyjeżdżam.
A wracam 6/10 w nocy.
A tu ciągle coś.
W jednej firmie pomogłam pogadać Z Polakami, bo chłopaki w sprawie pracy się dogadają, ale ekonomii – to już nie bardzo, a tu zmiany w przepisach.
Potem jeszcze raz trzeba było polecieć, bo chłopaki zgromadzili potrzebne papiery i trzeba ich było zarejestrować. Pani poddała się przy imieniu Ryszard 😀 Więc ja wypełniłam wniosek. A przy okazji zasugerowałam pani, że ktoś jej udzielił nie do końca właściwych informacji i lepiej jakby zadzwoniła i zadała takie pytanie…
Sama byłam ciekawa odpowiedzi, przyznaję, że się panią trochę wyręczyłam, bo ja strasznie nie lubię przez telefon, z nieznanym urzędnikiem, po szwedzku.
Odpowiedź była jednak dokładnie taka, jak się spodziewałam…
Dlatego wyszła konieczność spotkania się z Polakami…
A tymczasem trzeba było zainstalować Zuzu. Zabrać jej ubrania od mamy (gdzie teraz mieszka Yankie), zrobić zakupy, bo dziecko musi mieć co jeść. A jeszcze zagnać do mycia, lekcji i mycia zębów.
We wtorek to myślałam, że zacznę wydajnie pracować… Hahahaha!
Telefony, jakby się wszyscy zmówili. Kończyłam jeden i natychmiast dzwonił kolejny.
Zuzu, cała dumna, przyszła sama ze szkoły i natychmiast trzeba było gnać, żeby ją odstawić do mamy Mela, bo Zuzu u niej ćwiczy na pianinie.
A mama Mela była w biurze gdzie pracuje jej mąż, bo pracują w firmach powiązanych ze sobą.
I tam usłyszałam, że z tymi Polakami to bardzo im pomogłam i oni są tacy zadowoleni. Znaczy – one, właścicielka i ta księgowa. A to mama Mela dała im kontakt do mnie.
Miłe to było. Początkowo się chełpiłam w duchu, potem się zganiłam za zadufanie, potem uznałam, że to super, że czytając szwedzkie przepisy zrozumiałam to, co trzeba i mogłam pomóc szwedzkiej koleżance, która się w tych przepisach lekko pogubiła.
Wyszło na to, że nie wiedziałam, że to jest takie trudne, i dlatego się nauczyłam.
Potem Mama Mela zaproponowała fika (czyli kawę) to nie odmówiłam, bo …no trzeba było. Już dawno mówiłam, że chętnie bym z nią pofikała, ale nie składało się.
Zamieszania między młodymi sprawiały, że fikanie z nią raz traciły, potem odzyskiwały sens.
No ale, przy Zuzu nie chciałam omawiać spraw naszych dzieci…
Więc się tylko pośmiałyśmy z opowieści Zuzu. A ja zobaczyłam moją wnuczkę w zupełnie innym świetle.
Już nie dziecko, a śmiałą dziewczynkę, która pięknie: barwnie i dowcipnie potrafi opowiadać i różnych rzeczach. Po szwedzku naturalnie. I potrafi rozmawiać swobodnie z dorosłymi.
A Papa Mela na widok Zuzu złapał zszywacz, żeby jej dziury w spodniach pozaszywać.
Zuzu ich bardzo lubi oboje.
A oni ją. Tak szczerze, nie z powodu Mela.
Mama Mela przyznała się, że jej ulubioną muzyką jest hard rock.
Wieczorem przyszli Polacy. Opowiedziałam jakie mają opcje, w związku ze zmianą przepisów.
Wczoraj wreszcie było spokojniej. Więc nadrabiałam zaległości.
A tu jeszcze zadzwoniła Litwinka z zaproszeniem na Wielkie Otwarcie ich firmy jubilerskiej. We wtorek za tydzień. W Falkoping.
Dobrze, że po południu, bo eM przecież od poniedziałku w nowej pracy, więc nie ma opcji o wcześniejszym wyjściu czy coś.
Wygląda na to, że będzie mu tam dobrze. Dobra atmosfera, spokojna praca, ale bardzo różnorodna, bo firma robi niewielkie zlecenia dla każdego, kto potrzebuje. Więc nie nudno. A jak się dostanie zadanie to trzeba je wykonać od początku do końca. Czyli wyciąć materiał, zmontować go, wykończyć. Czyli coś, co eM bardzo lubi.

Po tej galopce ostatnich dni, przeprosiłam wczoraj Zuzu i poszłam spać o 20.30.
Odpływałam już pod prysznicem. Czasem tak na mnie wieczorami spada, że nie jestem w stanie funkcjonować. Nawet nie czytałam.
A teraz, zaraz będzie pora się ogarniać.
Zuzu już nie śpi, zjadła swoje płatki, więc jeszcze 30minut może się pogapić w ekran.
A potem-odprowadzić ją kawałek do szkoły (rano jest ciemno i niefajnie mi puszczać ją samą). Potem wziąć Tosię. Nie mogę wziąć ich razem, bo Tośka nie chce iść do domu bez Zuzu (zgubiłaś jedną owieczkę ty głupi człowieku, skaranie z tymi ludźmi, do dwóch nie umieją policzyć, nie pójdę, tu będę czekać, położę się i będę czekać, a ty idź i znajdź owieczkę, albo najlepiej chodźmy razem jej tropem).
I dlatego muszę na dwa razy 😀
Potem siąść do roboty, tylko chyba wyciszyć telefon, czy coś?
Ja proszę: niech się już nic nie dzieje.

A tak. Łotwa wprowadziła ścisły lockdown na miesiąc. I teraz nie wiadomo jak będziemy jechać. Ale Zuzu nie jest w grupie ryzyka z racji wieku, a ja zaszczepiona, więc może jednak pozwolą nam lecieć, przelecieć i wylecieć.
Bo naprawdę nie chcę jechać na Arlandę i stamtąd lecieć bezpośrednio do Tallina. Proszę, nie!


105. Plotki, plotki

Czyli między nami Polakami.

Jest nas, Polaków, tutaj garstka. Nie tak, jak w innych pobliskich miasteczkach, gdzie obsadę niemal całej firmy stanowią Polacy.
Nas tu, w mojej komunie jest niewielu i mieszkamy rozproszeni.
Ale się znamy. Nawet jeśli nie osobiście to ze słyszenia i dowiadujemy się różnych rzeczy, no bo plotkujemy. Tak, ja pewnie czasem też, choć staram się nie.
I tak np. pan X kolegował się z panem Y. Pan X to człowiek, który ze wszech miar stara się być porządnym człowiekiem. Pan Y natomiast jest Gorliwym Katolikiem. Pan X w ramach swojej pracy czasem spotyka się z Bogaczami a ci pytają czy nie zrobiłby im tego czy owego. Pan X polecał wtedy pana Y czyli Gorliwego Katolika. Ale za każdym razem prosił Pan X by praca była nie na czarno, bo on poleca, ręczy swoim dobrym imieniem.
No i ostatnio GK wykonał jakąś pracę… ale odwalił fuszerkę a potem zwlekał z naprawą. Bogacz się wkurzył zadzwonił do Iksa. No bo skoro go polecał… I przy okazji wyszło na jaw, że Gorliwy Katolik nie wystawił faktury. Zaklinał się na wszystko, że wystawi, że to przeoczenie, oddał jakąś część kasy w ramach bonusu… Ale faktura do Bogacza nie dotarła, więc Bogacz do Iksa powiedział, że chyba podejmie kroki w tej sprawie tym bardziej, że pracuje w policji skarbowej… Ups.
Smaczku całej sprawie dodaje to, że Gorliwy Katolik jest gorliwym katolikiem. Pytany czy takie postępowanie nie kłóci się z Dekalogiem (Nie kradnij) odpowiadał, że przecież on się z tego wyspowiada do Najświętszej Panienki a ona mu wybaczy i wszystko będzie okej.
(Nareszcie zrozumiałam, dlaczego im kto większy drań tym gorliwiej lata do kościoła).

Z kolei jedna moja klientka pogniewała się na mnie, bo ją z lekka objechałam, za coś tam… Papierów nie zabrała, ale chyba miała zamiar, bo otwarcie nowej firmy zleciła komuś zupełnie innemu.
Ale miesiąc potem, tłumacząc się mętnie, że chciała mi oszczędzić pracy, poprosiła mnie o przejęcie sprawy, bo jej jakoś z tamtą panią nie po drodze.
Przejęłam, jakby to była całkiem normalna sprawa. Ale mam dziką satysfakcję oraz zajawkę „Acha! Żadnych sentymentów? Okej…” co przekłada się na włączanie licznika.

Inna moja klientka wdała się w romans z facetem młodszym o jakieś 10lat. Przy czym Pani ma lat jakieś 30, a w tym wieku -10lat to przepaść (moim zdaniem). Pani na fali miłosnego uniesienia postanowiła przenieść się z biznesem do innego miasta. Problem w tym, że tam, skąd się wynosi, wynajmowała lokal oraz wyposażenie z dwiema innymi paniami. A pani Zakochana myślała, że sobie odfrunie z dnia na dzień, bez uprzedzania nikogo, zostawiając tylko po sobie nieopłaconą fakturę na czynsz.
Ja się dowiedziałam o jej przenosinach z smsa jakiego wysłała do swoich klientów. Takim samym smsem powiadomiła mnie, że księgową zmienia, też w ostatnim możliwym momencie.

Na koniec rzecz okropna, makabryczna wręcz.
Nasz dobry kolega przy okazji mój klient walczy z rakiem.
On akurat zna wszystkich i wszyscy znają jego. I lubią. Co dziwne akurat o nim nigdy od nikogo nie usłyszałam złego słowa.
Nic więc dziwnego, że temat jego choroby jest przedmiotem rozmów i w zasadzie każde spotkanie między rodakami prowadzi do wymiany informacji a czasem niemal licytacji, kto ma najświeższe wieści. Tym bardziej, że on sam chętnie i obszernie opowiada o swoim stanie.

Ostatnio znowu wylądował w szpitalu… Poproszono mnie o pomoc, poszłam do szpitala z żoną, widziałam kolegę przez chwilę i nie wyglądał dobrze.
Ale mam kontakt z żoną, w piątek mówiła, że chyba jest trochę lepiej, że zaczął wstawać…
Aż tu wczoraj wieczorem dzwoni mój telefon, na wyświetlaczu dawno niewidziana znajoma z sąsiedniego miasteczka. Zaczyna mówić o koledze i mówi w czasie przeszłym „Bo wy się chyba trzymaliście blisko, a ja nie znam nikogo więcej, ale zawsze go bardzo lubiłam…”
Co? O czym ty mówisz?
– To ty nie wiesz? Zmarł…
Ona coś gadała, a ja siedziałam ogłuszona.
Owszem, wciąż się boimy, że przegra, bo walczy od roku…
Ale jak to zmarł? Przecież było lepiej? Dlaczego ja nic nie wiem, dlaczego żona nic nie powiedziała? O matko, może nie jest w stanie, a jest tu sama, od niedawna… Rozpłakałam się.
Przeprosiłam znajomą. Zadzwoniłam do innej, która też blisko z kolegą i jego żoną, ale ona też o niczym nie ma pojęcia…
Wreszcie zadzwoniłam do żony. Nie odebrała.
Po chwili – oddzwoniła. Normalny głos, trochę ciąga nosem, ale brzmi… normalnie.
– Słuchaj… usłyszałam dziwną rzecz i nie wiem… O twoim mężu…
Zaczęłam głupio, bo proste „Czy wszystko w porządku” mi do głowy nie przyszło.
– Powiedzieli mi, że zmarł…
– CO?
Ona jest tu od lata! Nie zna języka. Jeśli ktoś ze szpitala by chciał ją o czymś zawiadomić, to możliwe, że mają mój numer telefonu! Ale to mi do głowy nie przyszło wtedy.
– Przecież ja właśnie od niego wróciłam. Nawet trochę się ze mną przeszedł…
– Uff… znaczy, że będzie długo żył, bo myśmy już mu pogrzeb organizowali.

Oddzwoniłam i do jednej znajomej, i do drugiej, jak najszybciej, żeby plotka nie poszła dalej…

I tak to jest.



104. Superwyż

Superwyż znad Rosji podobno nadciągnął nad Europę już w weekend. Do mnie dotarł w niedzielę wieczorem, co zaskutkowało wielkim pobudzeniem czyli bezsennością oraz… bólem stawów! Zawsze myślałam, że to przy niżu, na deszcz, ale nie.
Poniedziałek wstał pogodny, bezwietrzny.
Oczy miałam jak stare pięciokoronówki lub pięciozłotówki z rybakiem, a w głowie myślotok.
To poszłam na zdjęcia, bo wiem, że w takim stanie ani nie popracuję, ani nie poczytam, ani spokojnie nie posiedzę z robótką i filmem. Sprzątać nie mogłam bo Yankie jeszcze mieszkał ze mną i właśnie kończył swą nocną pracę.
W mieście właśnie zamierał poranny ruch, bo kto miał iść do pracy lub szkoły to poszedł. Było rześko, troszkę marzły mi ręce i żałowałam, że nie wzięłam rękawiczek i czapki.


Moim celem było Limtorget – najstarsza część mojego miasta, która ocalała z pożaru w roku 1849. Jest to niewielka, zaciszna uliczka z placem i pompą, wokół której stoją nieliczne, stare domy. Niektóre z nich powstały w średniowieczu. Niegdyś był tu mały rynek, na którym mieszkańcy sprzedawali wapno a później cement. To jest prawdopodobnie źródło nazwy: cement zwano klejem czyli po szwedzki LIM. A targ/rynek to TORGET.

Ujrzałam, sfotografowałam i wróciłam. Po drodze jeszcze się zagapiłam na budynek, o którym zawsze myślę, że ma niewykorzystany potencjał. Mieszkanie w tej wieży mogłoby być naprawdę super. Póki co, mieszczą się tam jakieś firmy, second hand… ale większość, mam wrażenie, stoi pusta. Aż szkoda.

Jeszcze tylko rzut oka na Torgbron. Na schodkach, po lewej siedzi wędkarz. Siedzi tam regularnie od jakiegoś czasu. Widać nowo przybyły. Ludzie, mieszkający tutaj na stałe, nie łowią ryb w Lidanie. A na pewno nie tu, w mieście, przy ujściu do portu.

103.

Drzwi zamknięte, a za nimi cicho. Zatem też trzeba cicho, bo pewnie śpi przed pracą albo po pracy w nocy. Skradam się na paluszkach…
Drzwi zamknięte za nimi cicho. Nie huczy, nie wyje, nie strzela, nie wrzeszczy choć środek dnia. Ale jak to..?
Drzwi łazienkowe stukają w nocy, czekam na trzask tych drugich nim zasnę ponownie. Czekam i czekam i nie mogę się doczekać.
Dziwne jak bardzo czuć obecność kogoś, kogo nie ma.
Nie ma.
Wyprowadził się. Synek.
Na razie tymczasowo mieszka u siostry, z kotem. Ale potem idzie na swoje.
Dziwne uczucie.
Myślałam że będzie radość, satysfakcja. A jest lekki smutek. Choć przecież wiem, że czas najwyższy, choć wiem, że tak trzeba. I pewnie za chwilę będę z tego zadowolona, ale teraz pusto.
Nie mogę otworzyć tych drzwi, bo wtedy jest jeszcze gorzej.

102. Stenbrott jesienny

Praktycznie zmusiłam męża do odwiedzenia Stenbrott. Nie byliśmy tam kilka miesięcy. Zniechęcały tłumy ludzi, bo pies wtedy musi być na smyczy. A latem trwał tam nieustający zlot kamperów. Kiedyś, przed covidem, latem stały tam dwa, trzy… W lipcu było ich co najmniej dwadzieścia. Naprawdę, choćby z tego jednego powodu pragnę by zaraza poddała się szczepieniu: może znowu ludzie będą jeździć po świecie a nie tylko po Szwecji i odzyskam swoje ulubione miejsca.
A jak się skończył lipiec to zaczęło lać.
A jak leje, to po wizycie na Stenbrott i okolicach trzeba prać wszystko, z psem na czele, bo błoto się tam robi po pachy.
Nie wiało, ostatnio w ogóle nie wieje! Ale i nie lało. Słońce nawet czasem wyglądało, ale skąpo. Niebo mamy ostatnio wciąż zasnute chmurami.
Ale i tak było pięknie.

A teraz właśnie wróciłam z dworca. Odwiozłam Misię i Mela na autobus, który rozpocznie ich podróż do Tallina.
Potem pociągiem do Sztokholmu, a stamtąd już promem. Jutro przed południem powinni być na miejscu.
Zuzu jest teraz u mnie. Jutro pojedzie do taty. A za tydzień przyjedzie do mnie na cały tydzień.
I będę miała nawrót rodzicielstwa: będzie trzeba gonić do matematyki, pianina, mycia zębów i kąpieli. Wydzielać słodycze i gotować pozywne obiady.
Ych. Ciężko będzie.

101.

Obejrzałam w poprzedni weekend świetny serial. Na Netflix naturalnie, bo gdzieżby? Żadna inna platforma nie dostarcza polskich napisów… No może prime, ale amazon jest fe…


Serial nosi tytuł Made, po polsku Sprzątaczka.
O dziewczynie, która próbuje wyrwać siebie i dziecko z kręgu biedy…
Ależ to się ogląda!
Ja w każdym razie łyknęłam serial w dwa dni, bo nie dałam rady się oderwać. Życie pisze najlepsze historie.
Oglądajcie.
Teraz znowu oglądam jakąś koreańską dramę, choć wszyscy się jarają Squid Game. Tego ostatniego obejrzałam jeden odcinek… i podziękuję.
Ale jakoś mnie ta Korea ostatnio ciągnie, albo algorytmy tak działają, bo przeczytałam kolejną po Pachinko niesamowitą książkę o Korei i Koreańczykach: „Wyspa kobiet morza” Lisa See.
Książka opowiada o koreańskiej wyspie Jeju oraz o niezwykłych kobietach haenyeo czyli nurkach.
Zwykła historia, zwykłej kobiety, z tragiczną, a na pewno niewielu znaną, historią wojny koreańskiej w tle. Czytajcie!

A wcześniej czytałam „Siedem niedoskonałych reguł Elviry Carr” Frances Maynard.
Jeśli chcecie poznać jak osoba ze spektrum autyzmu postrzega świat, co dzieje się w jej głowie – czytajcie. Dla mnie było to niesamowite doznanie, bo wiele przemyśleń Elwiry było jakby żywcem wyjęte z mojej głowy.
A poza tym w wolnych chwilach słucham podcastów Ewy Madeyskiej i Kasi Szyszko. Obie wypowiadają się na temat kreatywnego pisania.
Robię notatki, ćwiczenia… i wiem co bym chciała od św. Mikołaja :D.
Muzycznie …tu na pewno was zaskoczą, nikt nie zgadnie czego słucham. Tak. Marka Knopflera :D.
Możecie mi nie wierzyć, ale ten gość napisał piosenki na każdy nastrój i w każdym gatunku.
Od rocka po balladę country. Od jazzu po bluesa. Od dans do …nie wiem czego. Nie zdziwi mnie jak na kolejnym albumie znajdą się kawałki techno czy rapu. Mark …to Mark. Ostatnio słucham przy pracy jego kawałków filmowych, i też jest miodzio. (Zresztą przy dobrej muzyce filmowej, w ogóle świetnie się pracuje. Jak mi się naprawdę już chce czegoś innego to puszczam sobie Jon&Vangelis „1492” i to też jest nieziemskie).

A wy, co polecacie do oglądania/czytania/słuchania?