Nakarmić fiorda cz1.

O tej wycieczce …

O tej wycieczce mówiliśmy już wczesną wiosną. Że pojedziemy zobaczyć ostatni kawałek zachodniego wybrzeża, którego jeszcze nie zwiedziliśmy. Dopiero w ostatnim czasie przyszło mi do głowy, by zahaczyć o Norwegię. Nie, nie do Oslo, bo to jest masa kilometrów, ale do Fredrikstad, tuż przy samej granicy.Raz tylko zerknęłam do internetu w poszukiwaniu informacji o tym mieście, o tym co można zobaczyć tam lub w najbliższej okolicy. Odkryłam, że we Fredrikstad jest sporo Polaków, że mają nawet swoją stronę internetową. Jest też stara twierdza i jakaś stara osada.  Tyle na początek wystarczyło. Resztę, czyli dane dla nawigacji, ewentualne ceny, kurs korony miałam sprawdzić w wieczór przed wyjazdem. I to był błąd. Bo tego wieczoru zmogło mnie słońce jak wiadomo. A TenMój nie wpadł na pomysł wyszukania takich informacji.
Wyjeżdżaliśmy wcześnie. Nie do końca w dobrej formie szykowałam to, co uszykować trzeba, kompletnie gubiąc się w tym natłoku różnych czynności, kawa mi nie szła, herbata też, mózg zmęczony najwyraźniej spał, a żołądek domagał się jakichś nieprawdopodobnych rzeczy : zupy ogórkowej, sałatki ziemniaczanej, cebuli i cukierków.  W końcu łyknęłam na szybko pół kubka chemicznego barszczu, żołądek się nieco uspokoił, mózg leniwie wprawdzie ale podjął pracę…Chaosu dopełnił Janki, który najpierw zdecydował, że jedzie (ha-ha, fiordy będą mi jadły z ręki) potem, dowiedziawszy się, że to nie TE fiordy jedziemy oglądać stwierdził, że nie jedzie, po czym, gdyśmy już wsiadali do samochodu orzekł, że coś mu mówi, że będzie żałował jak nie pojedzie, więc jedzie. Mąż w ostatniej chwili dorzucił do koszyka kilka bułek więcej, żeby było do grillowanej kiełbasy.Ruszyliśmy wreszcie, jak zawsze pół godziny później niż planowaliśmy. 
Najgorsza w wyjazdach, najbardziej przeze mnie nie lubiana jest trasa do Trollhattan. Zjeżdżona setki razy, bo z naszej Mieściny, gdziekolwiek na zachód chcemy się udać najpierw musimy przemierzyć tę trasę. Trasa wiedzie przez jednostajną równinę gdzie jedyne co się zmienia to ilość wiatraków oraz szybkość ich obrotów. Dodatkowym źródłem irytacji tym razem był jeszcze nasz GPS. Nowiutki, kupiony przed dwoma czy trzema miesiącami, TomTom z uporem maniaka za każdym razem gdy jedziemy na Trollhattan każe nam jechać objazdami, bo wg niego ta droga, którą jedziemy jest częściowo zamknięta. Jeździmy tamtędy od czterech lat, średnio raz w miesiącu i ta droga nigdy nie była zamknięta! TomTom podłączony do internetu mówi, że mapy ma aktualne…
Ale wreszcie Uddevala i zjazd na trasę E6 do Oslo. Nareszcie autko dostało prędkości, zadowolone, że może sobie pokowboić z prędkością  110km/h mruczało rozkosznie niosąc nas w daleki świat. 
Gdzieś w połowie trasy zapytałam M.
– A grilla wziąłeś ? 
Zacukał się. Nie wziął. No trudno, kupimy jednorazowego.
Ale tymczasem GPS nakazał nam zjazd z wygodnej i szybkiej szóstki, zepchnął na jakąś boczną drogę, pokazując, że w rezultacie mamy dojechać do owej szóstki. Zgłupieliśmy do reszty, bo postanowiliśmy słuchać. Może droga zamknięta, może jakiś remont, może coś tam. Nie zastanowiło nas, że inni jadą.  Starą , jak się domyślam , szóstką zatoczyliśmy koło i kilka kilometrów dalej wróciliśmy na autostradę.
Aktualna mapa, ha-ha!
Potem zaplątaliśmy się całkiem dobrowolnie w miejscowości o dziwnej nazwie Skee. Szukaliśmy sklepu czy stacji benzynowej żeby kupić owego grilla. Jedyne co znaleźliśmy to opustoszałe, zamknięte na głucho budynki po dawnym sklepiku i kilka szop z napisem „opony”. Osada rozsiana wokół bocznej drogi, z pozaklejanymi drogowskazami na Oslo sprawiała wrażenie opuszczonej lub wymarłej. 
Granica była już blisko, coraz więcej aut miało na tablicach flagę z niebieskim krzyżem. Skręciliśmy na Stromstad, w poszukiwaniu tego nieszczęsnego grilla. Sklep znaleźliśmy bez większych kłopotów podążając za kolejką aut w której większość miała norweskie tablice.Wreszcie zakup dokonany i mogliśmy ruszyć z kopyta.
Mąż kazał uciszyć TomToma żeby mu głupot nie gadał a ja rozłożyłam mapę żeby wedle starej  prawdy „karate-karatem a siekierka-siekierką” pilotować.Przydrożne skały niewiadomo kiedy zmieniły kolory z różnych odcieni szarości na beże. Droga szła górą, co i rusz otwierał się widok na jakąś przepaścistą dolinkę. Wreszcie pojawiły się napisy „granica państwa”, przemknęliśmy nad Idefjordem i wreszcie, pierwszy raz w życiu byłam „za granicą” .
– Jak za granicą ? jak pierwszy raz? A jak pierwszy raz leciałaś do Szwecji ?– mąż wątpił.
– To leciałam zobaczyć inny dom, a nie „zagranicę”
– A teraz jak latasz do Polski ?- To latam do starego domu, a nie „zagranicę”. Syn mnie poparł, bo on też chciał poczuć, że jest za granicą.
W międzyczasie bramka do wjazdu na płatny kawałek drogi zachowała się dziwnie. Bo wypluła naszą kartę szybciej niż połknęła i zamrugała zielonym okiem jakoś tak niecierpliwie…Czyżby Mastercard TegoMojego jej się nie spodobała ?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s