102. Odchodził stary rok, rozpoczynał się sezon na zjazdy i bale…

Wsłuchajcie się w tekst bo  poza wszystkim, dowodzi tego, że Daukszewicz nie jest tylko zwykłym komikiem

Odchodzil Stary Rok
Rozpoczynal sie sezon na zjazdy i bale
A biedny stary Strauss
W roku panskim biezacym nie szykowal sie wcale
Przeminal dawny walc
I gdy swiat gnal do przodu, by powitac Rok Nowy
Poeta, kumpel z Polski wpadl
Z zaproszeniem do Klaju na bal sylwestrowy

Ten bal zaczynal sie
Polonezem jak dawniej, od sali do sali
Poeta mówil wiersz
Nie sluchany poemat ktos potem pochwalil
A gdy sie skonczyl plas
I na minut pietnascie pary tanczyc przestaly
Zza stolów krzyknal ktos:
– Ty! Artysta! Opowiedz nam lepiej kawaly

Pomyslal stary Strauss,
Jak to ciezko byc dzisiaj lirycznym poeta
Orkiestra disco gra
I nie przebijesz sie wierszem i proza przez beton
I rzeke artyscie Strauss
W sali, gdzie sie przed chwila cos wiazac zaczelo:
– Twe zycie to jest bal
Nie umowa o dzielo, gdy sam jestes dzielo

A taniec dalej trwal
Bruderszaftów zastepy odkladaly sie w glowach
A jakis starszy pan
W pas czerwony wplatany nad stolami szybowal
A potem to byl bal
Walc zapraszal do tanca, lecz go nikt nie uslyszal
Poeta mówil wiersz
Jakis pan artyste wlasnorecznie uciszal

Zezloscil sie pan Strauss
Który chcial nam przypomniec swe modre Dunaje
Powiedzial – Co za kac!
Wzial pól litra ze stolu i zaplakal nad Klajem
Mój przedostatni walc
Który zbyt delikatnie poprosil o cisze
Mój przedostatni walc
Bo ostatni to chyba raz jeszcze uslysze

Karnawal skonczyl sie
Zasypiaja po szafach sukienki-motyle
A poeta uczy sie
Tanczyc w rytm rozespanych fabrycznych syren
Karnawal skonczyl sie
Zasypiaja po szafach sukienki-motyle
Ze nam sie jeszcze chce
Tanczyc w rytm rozespanych fabrycznych syren

100. uuuu, jubileusz!

Setny wpis, no, no!
————–

Obserwuję siebie z pewnym zdumieniem.
Grudzień się kończy, święta już jutro, a ja co? Śpię w nocy normalnie? Nie czuję się zmęczona, już na zapas, rodzinnymi obowiązkami? Nie złoszczę się, że tyle tego do zrobienia…Nie wymyślam sobie co jeszcze…
Jakoś zrobiły się pierogi, najbardziej upierdliwa część wigilijnego menu, leżą w zamrażarce. Sprzątania generalnego nie robię, wczoraj odkurzyłam i wytarłam podłogi, dziś umyję umywalki, kibelki i wannę. I będzie. Zasłonki wiszą już od tygodnia.  Kuchenne szafki staram się wycierać na bieżąco, więc dramatu nie ma. Okna są brudne, ale nie ma głupich, takie niech sobie zostaną do wiosny. Wiosną zawołam firmę sprzątającą do mycia, śmierć frajerom, jakoś tę należną ulgę trzeba wykorzystać.
Dziś zrobię sernik. I wafle z kajmakiem. eM będzie smażył rybę. A potem razem pokroimy sałatkę.
Jutro, przed wigilią upiekę mięso, bo u mnie już nie ma tradycji, że w Wigilię nie jemy mięsa.
Nie robimy sobie w tym roku prezentów, tylko PannaS dostanie. My zbieramy pieniądze na sprzęt turystyczny i wyprawę na Język Trolla.
W pierwszy dzień jedziemy do Lisebreg czyli do parku rozrywki w Goeteborgu.
(Ach i znowu mi tu poprawność językowa zgrzyta. Bo wedle mojej koleżanki Eli, tłumaczki, powinnam odmieniać nazwy. Tym bardziej, to już mój wniosek, jeśli mam zachować logikę wypowiedzi. Bo jeśli odmieniam Goeteborg to i Liseberg też powinnam. I dlatego czuję się w obowiązku by wyjaśnić. Goeteborg odmieniam, bo nauczyłam się tej nazwy po polsku, z polską wymową Geteborg, Geteborga, w Geteborgu. Liseberg nauczyłam się po szwedzku. A po szwedzku tę nazwę wymawia się Liseberi, więc adekwatnie w Liseberi. Bo szwedzkie g często się wymawia jako J. I tak po szwedzki Goetebrog brzmi Jetebori. Więc jeśli mam być przynajmniej konsekwentna jeśli już nie mogę być poprawna to powinnam napisać: Jedziemy do Liseberg czyli do parku rozrywki w Goeteborg  lub Jedziemy do Lisebergu czyli do Parku Rozrywki w Goeteborgu.  Więc wyjaśniam: mój blog, piszę więc tak, jak mówię choć wiem, że to niepoprawne.)
Budzę się ostatnimi czasy w weekendy pełna…niecierpliwości. Niechże ten dzień już się zacznie. Jakbym na coś czekała.
Na co  jeszcze czekam? Osoba w średnim wieku, w trwałym związku, matka dorosłym dzieciom, babcia całkiem dużej wnuczce?
Czekam…Na wszystko! Na życie, na każdą jego chwilę. Lubię żyć.

99. … jak dymek z papierosa…

Siedzę sobie.
Obok pochrapuje pies.
Powinnam robić pierogi. Albo sprzątać. Ablbo choć popracować: popisać, potkać ostatecznie nawet poksięgować lub przetłumaczyć długiega maila dla Pera Erika.
A ja sobie siedzę. Zapuściłam na youtube stare kawałki. Takie na przykład Tornero czy Monako znane u nas jako 28 stopni w cieniu. Albo o to, co teraz: Savage Only You. Słucham i jest mi tak smutnawo. Te dyskotekowe piosenki zawsze wzbudzały mój smutek. Zawsze wtedy i teraz nadal. A w sumie to piosenki do tańca czyli niby miałyby by być wesołe, nie?
Jak patrzę za siebie, na minione lata to pamiętam, że zawsze byłam smutna. Nawet wtedy gdy miałam kilkanaście lat i wydawało się (innym, bo nigdy nie mnie), że świat stoi dla mnie otworem i wszystko przede mną.  Nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy śmiałam się na cały głos. Taki charakter widać.
Dziś jest troszkę inaczej, ale trudno mi powiedzieć o sobie, że jestem wesołą osobą. Zawsze, gdzieś tam na dnie jest ten smuteczek…Taka uroda.
Nieopatrznie obejrzałam „Moje córki krowy”. Za wcześnie. Jeszcze za wcześnie. Może już zawsze będzie za wcześnie.
Chciałabym pojechać wiosną w Bieszczady.
Nigdy nie byłam, a marzę od lat. Przełom maja i czerwca to chyba dobry termin? Jeszcze nie ma tłumów wakacyjnych, a śniegi już chyba zejdą? Chciałabym w okolice Komańczy. Tam, gdzie Grażyna Jeromin-Gałuszka umieściła „Magnolię”.
To trzecie marzenie na nadchodzący rok.
1. Język Trolla z rodziną – planowany na koniec czerwca
2. Spotkać się z Kasią (ta, od nitek), od której w Szwecji dzieli mnie jakieś 500km a w Polsce byłyśmy prawie sąsiadkami wedle szwedzkich standartów .
3. No, a teraz te Bieszczady…
Wszystko realne niby, ale jak przyjdzie co do czego?
…Gerard Lenorman śpiewa mi teraz La Ballade z towarzystwem publiczności. Pamiętam jak Baśka się zachwycała…
…i tak mi się myśli plotą i snują jak dymek z papierosa…

 

98. Być kobietą

Już myślałam, że mam to  z głowy.
Wróciło cholerstwo. Z bólem takim, co wszystkim prochom się opierał, 38 godzin sprowadzonych do wyjącego z bólu strzępu człowieka. 38 godzin bólów porodowych co trzy minuty.
Nienawidzę tego, że mam ciało i fizjologię kobiety.
W głębi mojego mózgu nie mam płci i być może dlatego.
Nie wiem, może w poprzednim życiu byłam facetem pokroju Trumpa czy któregoś z tych rodzimych, polskich? I teraz się na mnie mści karma?
Czy to się naprawdę kiedyś wreszcie  skończy, tak na amen?
Czy przy okazji odejdzie mi obawa o raka piersi, szyjki macicy, jajnika, torbieli, cysty, endometriozy, stanów zapalnych wszelkiej maści i czort wie o co jeszcze?
Taaaa…w trumnie pewnie.
Szlag! Szlag!
Dlaczego wszechświat mnie aż tak nienawidzi?

97. Tosia moja miłość

Szwedzkie psy, przynajmniej te, które spotykam, są zwykle dość dobrze ułożone. Niektóre są wręcz ułożone doskonale jak taki jeden husky, który na Tośkę nawet nie spojrzał mimo, że on chłopak, a Tośka dziewczynka, a on dodatkowo szedł bez smyczy. Albo taka Zoja, która posłusznie została na boisku, siedząc i patrząc w ślad za swoją panią, która poszła wyrzucić psią kupę do kosza.
Tośka taka nie jest.
Na początku przyznawałam to z pewnym zażenowaniem, że mój pies niestety jest źle wychowany. Owszem, do szkoły chodziłyśmy, ale Tosia była wtedy bardziej zainteresowana kolegami szkolnymi niż lekcjami. A w domu z odrabianiem lekcji jest …jak wiadomo różnie.
No, ale mimo wszystko próbowałam choć trochę poskromić jej żywiołowy charakter, odrobinę, tyle, żeby mi kolejnego wypadniętego dysku nie zafundowała. Tosia w marcu skończyła dwa lata i jakoś tak nie wiadomo kiedy stała się dorosłym psem.
Jej dorosłość objawia się tym, że na widok obcego człowieka uśmiechającego się do nas Tosia dostojnie kiwa puchatym ogonem z białym czubkiem, ale nie rzuca się człowiekowi na szyję. Na widok znajomego reaguje bardziej żywiołowo, podskakuje, kręci się wokół własnej osi tak, że istnieje obawa iż zawiąże się na supełek, ale nie próbuje już obcałowywać człowiekowi twarzy.
Nabrała masy i chyba wreszcie dotarło do niej że najwłaściwszą pozycją dla psa to pozycja „co najmniej trzy łapy na ziemi”.
Inną rzeczą, którą zresztą odkryłam przed kilku dniami, jest to, ze Tosia nie próbuje galopować, gdy pod łapami wyczuje miękki śnieg. Tę zmianę przyjęłam z mieszanymi uczuciami. Bo z jednej strony dzięki bogu, już mi nie grozi, że nagle będę robić za sanki przyczepione do psa, z drugiej strony, szkoda, kurczę, bo to znaczy, że jest już dorosła i poważna i nauczyła się, że prędzej czy później smycz szarpnięciem zatrzyma ją w miejscu. I to jest dla mnie strasznie, ale to strasznie smutne. Bo ja najchętniej bym Tosię zabrała na duży, bezludny, bezpieczny teren i puściła ją tam wolno, i pozwoliła jej biegać tak dużo aż sama do mnie wróci. I jeszcze żeby tak mogła kiedy tylko zapragnie.
A tu dookoła miasto, a nawet jak za miastem, to wszędzie się ludzie pętają. A niby Szwecja to taki niezaludniony kraj.
Tak więc Tosia zatraciła swe dziecięctwo i jest już poważnym, dorosłym psem. Choć z tą wiarę w jej powagę to bym jednak nie przesadzała.
Dzięki temu, że nie jest doskonale wychowana (bo ja leniwa a i ona nie skora) nasze współobcowanie bywa pełne zabawnych niespodzianek.
Ot, wczoraj.
Wyszłyśmy na poranny spacer. Na chodnikach leżało to białe paskudztwo, rozmiękłe już i mokre, przez co krańcowo obrzydliwe. Dla mnie. Nie dla niej.
Wyszłyśmy pięć kroków do głównej ulicy. Na zakręcie, gdzie wylot naszej uliczki krzyżuje się z ulicą główną Tosia wrosła w podłoże nosem wskazując jedynie słuszny (według niej) kierunek. Kierunek który, ustalmy to jasno i wyraźnie: kierunek, który leżał po drugiej stronie ulicy. Rzeczona ulica wyposażona była w jadące auta oraz pośniegowe błoto. Na wyposażeniu brakowało natomiast zebry czyli przejścia dla pieszych. Już nawet nie chodzi o takie super-hiper wypasione przejście ze światłami, nie bądźmy wymagający, ale zebra i znak przy niej stosowny byłyby mile widziane. I były, tyle że jakieś dziesięć-dwadzieścia metrów dalej. A może i sto, nie będę się kłócić, nie umiem określać odległości „na oko”. Nieważne. Zebra leżała nieco dalej.
A Tosia chciała na drugą stronę już, teraz, tu i w tym miejscu. Bo pod kościół. I pod wieżę wodną. Teraz. Chodź. Zaprała się, wrosła w ziemię, zamieniła się w skamielinę. Ktoś z was kiedyś próbował ruszyć leżący na polu wielki głaz?
Pociągnęłam smycz. Podniosła głowę i popatrzyła mi w oczy.
„Idziemy TAM”.
– Tosia, zobacz ile samochodów, jest ślisko, nie będziemy się tam pchać, żeby nas coś rozjechało. – tłumacząc, znowu pociągnęłam smycz.
Tosia popatrzyła na mnie przeciągle po czym nagle zainteresowała się leżącym pod jej łapami śniegiem.
„O, śnieg, lubię!” I położyła się na nim. Znowu spojrzała mi w oczy.
” Spróbuj mnie zmusić…Fajny ten śnieg, mięciutki, chłodny…Poleżę, mnie się nie spieszy…”
Stanęłam nad nią, skrzyżowawszy ręce.
– Okej, leż sobie. Dla mnie nie ma znaczenia czy pół godziny spędzę tu, przy domu, pod tym płotem czy w parku.
Łypnęła na mnie i zaczęła udawać, że jej tam nie ma.
Tuż obok nas zatrzymał się jakiś samochód. Kobieta za kierownicą usiłowała włączyć się do ruchu ulicy głównej. Spojrzała w lewo. Potem jeszcze raz w lewo. I jeszcze raz. I zobaczyłam, że się śmieje od ucha do ucha patrząc na Tosię, która z miną niezależną leżała na środku chodnika, na skrawku śniegu. Kobieta śmiejąc się pojechała dalej. Chwilę potem do skrzyżowania podjechało kolejne auto. Kierowca popatrzył na nas, uśmiechnął się z lekka i pojechał.
– Tośka, pół miasta już się z nas śmieje – poinformowałam ją. Noż kurde…Jakbym widziała, jak wzrusza ramionami.
„Śmiech to zdrowie…Ooooo! PIESEK! Tam szedł, chodź szybko, szybko, noż kurde, w ziemię wrosłaś czy co? Idziemy. IDZIEMY!”
W jednej sekundzie poderwała się na łapy i potruchtała w kierunku, do którego usiłowałam ją przekonać przed chwilą. I jeszcze się za mną oglądała, z miną pełną nagany! Bo się guzdram.
Dogoniłyśmy ślad pieska, Tosia zebrała plotki. A potem podniosła głowę, trąciła moją rękę nosem. Gdy nie zareagowałam postanowiła dać mi znać bardziej dosadnie
„Jacy ci ludzie są niedomyślni, naprawdę” – westchnęła z politowaniem.
Trąciła prawą kieszeń.
„Ciastko. Człowiek, skup się, patrz mi w oczy: CIASTKO”.
– E, zaraz, ciastka są jak wracamy do domu – zaprotestowałam.
„Oj, nie bądźże taka sztywniara. Daj to ciastko. Byłam grzeczna, nie? Poszłam gdzie chciałaś”.
Dałam, no bo w sumie była grzeczna. Poszła tam, gdzie ja chciałam. (Na pewno?).
A wieczorem, gdy przyszła na czytanie…
Taki rytuał mamy. Ja się układam z książką w łóżku. Tosia kładzie się obok, ale w pewnym oddaleniu. Ja się nachylam, czochram ją przez chwilę, a potem opieram o poduszki i zaczynam czytać. Tosia podnosi łeb, patrzy na mnie z naganą, że co tak mało tego czochrania, i „ty się Człowiek nie obijaj”.
– Jak chcesz więcej, to musisz tu bliżej – mówię. Na co pies podciąga się nieco bliżej mojej ręki, ale wciąż jeszcze tak dość daleko.Żeby nie było, że to ona chce. Wtedy ja łapię ją „pod paszki” i przyciągam jeszcze bliżej. Tak, żebym ręką bez kłopotu sięgnęła do jej głowy. Potem czytam, jedną ręką trzymając Kindla, a drugą czochrając psa. Pies, jak mu się znudzi jedno miejsce to nadstawia drugie.
Wczoraj jednak, nim się położyłam Tosia spała twardo. Bardzo twardo. Spomiędzy pazurów prawej łapy wyłaziło sfilcowane futro, na które czaję się już od kilku tygodni. Głaskałam łapę, łeb, drugą ręką sięgając po leżące obok nożyczki do paznokci. Spała, w ogóle nie wiedząc co się dzieje…pókim nie sięgnęła nożyczkami do filcaka.
Poderwała łeb, szarpnęła łapą, ale byłam czujna i przytrzymałam. Nim cokolwiek więcej zdążyła zrobić ciachnęłam filc. Po czym Tośka rzuciła się paszczą w stronę mojej ręki i gwałtownie ją oblizała. Wie, że za zębiska to JA się gniewam, ale wyraźnie chciała mi powiedzieć, że moje zachowanie jest NIEPOŻĄDANE.
– Przecież ci nic nie zrobiłam. Nie bolało cię przecież. Tylko ci ten filc wycięłam, żeby ci nie przeszkadzał. – wyjaśniłam. Popatrzyła na mnie długo. Bez słowa. A potem zeszła i poszła sobie pod drzwi Yankiego.
– Obraziłaś się? Nie wygłupiaj się, chodź poczochram.- zawołałam za nią.
Westchnęła. Spojrzałam. Akurat odwracała się plecami do mnie.
„Wypchaj się, sama się czochraj”
Odczekałam chwilę. Po czym poszłam do niej. Przykucnęłam. Położyłam dłoń na głowie.
– Tosia…- zaczęłam. Nawet na mnie nie spojrzała, tylko zabrała głowę i położyła obok. Ogon nie drgnął. Yankie usłyszał głos pod drzwiami.Wyjrzał.
– Co jest?
– Tośka się  na mnie gniewa.
– Co ci zrobiła, Tosiu? – zapytał ją. Usiadła, starannie odwracając się tyłem do mnie. Podniosła głowę ewidentnie szukając kontaktu z Yankiem.
– Należało ci się – oświadczył mój syn nie wnikając w szczegóły.
– Dobra, Tosia. Przepraszam. PRZEPRASZAM – powiedziałam gorąco do jej pleców. Nawet na mnie nie spojrzała.
Na szczęście Tosia nie dąsa się długo. Jak wróciła z podwórka po wieczornym siku przyszła znowu do mnie do łóżka. Zwinąwszy się w kłębek zerknęła na mnie wymownie.
„E, Człowiek, tylko bez wygłupów. Żadnych nożyczek, rozumiemy się? Jutro zobaczę, może ci wybaczę”.

 

96. Co robię

Wszedł Yankie wczoraj do mnie i zobaczył, jak z niechęcią odsuwam komputer.
– O, internet ci się skończył? – domyślił się.
– Nic tu nie ma, po co ja tracę czas na te głupoty – zirytowałam się. Przeglądałam facebooka szukając czegoś, na czym by można choć na chwilę uwagę zawiesić. Odkąd przestałam obserwować wszelkiej maści protesty w obronie demokracji oraz osoby, które tylko tym żyją (lub tym i swoim życiem w 1500 odsłonach na dobę) to na faceboku nie znajduję już prawie nic do czytania. Czasem migną mi jakieś obrazki, memy lub filmiki. Jak ostatnio wojny psów z kotami.
Coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że zdrowiej jednak obejrzeć jakiś film jesli już koniecznie muszę NIE-czytać.
Nie czytam tak dużo jak kiedyś bo po 1.  odwykłam, po 2 trudno mi znaleźć takie książki, które by mnie porwały i trzymały.
Choć ostatnio … Nie bardzo mogę narzekać. Patrzę sobie na ostatnie dwa miesiące na lubimyczytać.pl
14. X  – Skończyłam czytać „Buntowniczkę z pustyni” Alwyn Hamilton. Niesamowicie sugestywnie oddany klimat pustyni, ciekawa historia, choć książka kierowana bardziej do młodzieży, to warto .
Dwa tygodnie później skończyłam Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Potem obejrzałam film. I oczywiście książka bardziej, ale film też niczego sobie. No, ale to w końcu Holland.
A już trzy dni później skończyłam „Fanfika” Natalii Osińskiej.
No tego Fanfika to czytałam tak, jak za młodych lat, z wypiekami, nie mogąc się oderwać ani na chwilę, a jak już mnie coś zmuszało do odłożenia Kindla to myślami i tak była w świecie Tośka i Leona. Ta książka, w każdym normalnym kraju, weszłaby do kanonu lektur. Powinna być omawiana nie tylko na języku polskim ale i na biologii i lekcjach przygotowania do życia…Zachwyciła mnie tak, że wciąż kopię po internetach i szukam pomysłu jakby ją wylansować w Szwecji i nie tylko.
Do 28 listopada męczyłam Tulipanową Gorączkę. Jak widać „bardzo” mnie wciągnęła. Film może być wyjątkowo lepszy. Książka mi się ciągle zlewała z Miniaturzystką, która zresztą też nie bardzo mnie zachwyciła.
W międzyczasie jeszcze przeczytałam „Slash” drugą część Fanfika.
3 grudnia skończyłam „10 płytkich oddechów”. Takie tam czytadło-wyciskacz łez z happy endem oraz „i żyli długo i bardzo, ale to bardzo szczęśliwie”. Jak masz lat 15 to warto, jak więcej: szkoda czasu.
A potem, zaledwie trzy dni później skończyłam „Jak zawsze” Miłoszewskiego. Nie mogłam się powstrzymać i galopowałam, żeby poznać fabułę, więc nie wszystkie smaczki wyłapałam, ale książka jest  przednia. I zabawna i filozoficzna, i przerażająca, i realistyczna do bólu choć ociera się o science fiction. Wrócę do niej za chwilę, po te smaczki właśnie.
A wczoraj skończyłam „Historię Adeli” Magdaleny Knedler.
I znowu „O matko! po co ja piszę, co ja piszę, przecież ja nic takiego nigdy w życiu nie stworzę, toż to wstyd pisać takie bzdety jeśli na świecie są takie książki „. Takie mnie łapią pełne zazdrości refleksje gdy czytam coś, co mnie tak wciąga jak bagno. A dodam jeszcze, że moim zdaniem, Historia Adeli jest troszkę słabsza od Windy i Dziewczyny z Daleka.

Tak czytelniczo wyglądały moje ostatnie dwa tygodnie.
Filmowo…monotonnie.
Po raz kolejny Gilmorki wszystkie sezony + te 4 nowe odcinki.
Nadal uważam, że tytuł polski wymyślił jakiś cymbał, który koniecznie chciał błysnąć kreatywnością. Jakby nie można było przetłumaczyć dosłownie „Dziewczyny Gilmorów” albo właśnie „Gilmorki”. Tym bardziej, że kiedy Rory tytułuje swą książkę to Lorelai wywala jej „The”. Oni, (tłumacze) kombinują z U-Kochane kłopoty, które Lorelai zmienia na Kochane kłopoty. A powinno być „Dziewczyny Gilmorów”, które Lorelai zmienia na „Gilmorki”.  Oczywiście, że powinny być Gilmorki!
Ech…Nadal uwielbiam scenę gdy Luke mówi do Lorelai „Po prostu…chciałem, żebyś była szczęśliwa” a gdy Lorelai śpiewa ” I will allways love you” to mam gęsią skórkę. Zawsze.
No ale Gilmorki się skończyły. (Na razie).
Coś tam oglądałam, ale nie wiem co bo filmweb się zbiesił, każe wyłączać adblocka (już, pędzę, zadzieram kiece i lece, takiego wała jak Polska cała), a z adblockiem blokuje stronę.  To się pogniewałam na filmweb i już nie wchodzę. Bo oni się utrzymują z reklam. Ja im mogę abonament zapłacić, ale reklam nie wyłączę, bo nic mnie nie wkurza bardziej jak migoczące tło, wyskakujące okna lub darcie ryja. Sorry, to jest ten przypadek, gdy nie da się kochać „pomimo”.
A wczoraj obejrzałam „Zmowę pierwszych żon”.
I przyszło mi do głowy, że dziś te żony wyglądałyby inaczej. Diane Keaton – miałaby (bo chyba rzeczywiście w późniejszych filmach ma) wybielone i wyrównane zęby, oraz podciągnięte zmarszczki tu i tam. Bettie Midler musiałaby by być albo dużo grubsza albo dużo chudsza i pewnie miałaby zmniejszony nos. Goldie Hawn w wedle dzisiejszych standardów ma za mały biust i jest za gruba (!).
A ja przyznam, że choć dość naiwna i średnio śmieszna była fabuła to oglądałam ten film z przyjemnością, bo to ostatnie chwile, gdy w filmach grały aktorki dość naturalnej urody, które nawet jeśli sobie coś tam poprawiały to jednak nie na tyle by zatracić swoje własne cechy i jakoś się od siebie różniły.
Teraz nagle okazuje się, ze wszystkie, no poza Meryl Streep, mają w wyglądu maksymalnie trzydzieści lat. Bez względu na to kogo grają. Niedługo dojdzie do tego, że aktorka wyglądająca na lat trzydzieści będzie grała babcie.

Wkurza mnie to okropnie.

A wczoraj zaczęłam The Crown. I już nie lubię Filipa, męża Elżbiety. Patrzy spod byka, jest
arogancki i ogólnie mało sympatyczny. Oj, twórcy chyba nie lubią męża swojej królowej.

95. Nitki i nie tylko

Pisałam, że tę zieloną nitkę kupiłam wreszcie w takim sklepiku, za miastem?
Kupiłam zatem, przedwczoraj i wczoraj założyłam osnowę i tkam. Gdy zaczęłam zakładać osnowę, wparadował mi synek mój jedyny i rzucił okiem i słowem:
– O, rasta…
Nosz…!
Popatrzyłam, potem jeszcze raz i jeszcze raz.

Rasta, psia krew… Nie o to mi chodziło.
W piątek w skrzynce znalazłam awizo z poczty. Pomyślałam, że to pracodawca mój błysnął formą i wysyła wymówienia listami poleconymi. Bo żadnej przesyłki się nie spodziewałam. Jeszcze nie.
Czekam wprawdzie na telefon, który pojechał po raz drugi do serwisu, na chustę-niespodziankę ale te jeszcze nie przyjdą bo jeszcze nie ich pora.
Poszłam na pocztę.
Zaraz…Czy ja mówiłam, że w Szwecji nie ma poczty? Tzn. budynku takiego gdzie się odbiera przesyłki, kupuje znaczki, nadaje telegramy? W Szwecji są punkty pocztowe w sklepach. Ta sama osoba co sprzedaje papierosy i snusy wydaje i przyjmuje przesyłki. Paczki przychodzące i wychodzące mają oddzielny pokój, obsługujący bierze awizo lub numer, który się dostało w smsie i przynosi co trzeba.
Czasem przy odbiorze trzeba się podpisać a czasem nie. Listy polecone wysyła się rzadko, naprawdę rzadko. Moi klienci wysyłają mi co miesiąc dokumenty listem zwykłym i jeszcze się nie zdarzyło, żeby jakiś nie dotarł. Przed świętami tylko przesyłka idzie dłużej i zamiast na drugi-trzeci dzień (zależy kiedy nadana) bywa na piaty.
Koniec dygresji.
Poszłam na pocztę, a tu człowiek podaje duży, niebieski karton. Obejrzałam podejrzliwie czy aby na pewno do mnie, bo jak się przyzwyczaję do myśli, że Mikołaj mnie odwiedził to już nie oddam, nie ma mowy.
Nadawcą okazała się moja Kasia. Mój osobisty Mikołaj, który odwiedza mnie kilka razy w roku.
Otworzyłam paczkę a tam takie coś:

Zdjęcie podłe, bo z telefonu i nie oddaje tej orgii kolorów, tego szału miękkości i różnorodności faktur. Dla mnie: raj. Gdyż albowiem cierpię na „nie-do-kolor” permanentnie, a już w miesiącach zimowych szczególnie.  Dlatego kocham sklepy z tkninami, pasmatnterią, z materiałami papierniczymi i piśmiennymi, oraz z włóczkami. Przy czym, ponieważ nie robię ani na drutach, ani na szydełku włóczki są w zasadzie dla mnie dobrem luksusowym. I już miewałam pomysły by sobie kupić kilka motków…tylko po to by mieć, patrzeć i miętosić. I jak tu nie wierzyć w Świętego Mikołaja?
Z tych nitek od Kasi, wzięłam pomarańczową, przyłożyłam w miejscu tej czerwonej i okazało się, że to bardziej o taki efekt mi chodziło. Ech. No trudno. Pierwszy bieżnik do kuchenny stół będzie rastafariański.
A przy okazji dywagacji o świętym Mikołaju.
PannaS, która towarzyszyła mi przy otwieraniu paczki usłyszała jak mówię:
– O, Mikołaj do mnie przyleciał
Siedziała potem koło mnie, coś pogryzała, dumała aż wreszcie zapytała poważnym tonem:
– Babciu, a ile jest Mikołajów?
– Yyyyyy…Ale o co pytasz? O tych prawdziwych, co prezenty rozdają? Czy o tych co mu pomagają?
– Prawdziwych.
– Hmmm. To chyba tylko jeden.
– Jeden? Tylko jeden? – zmartwiła się.
– Tak sądzę – odrzekłam i już się szykowałam, żeby ją zapewnić, że ma pomocników i że prezenty na pewno do nie trafią wtedy, kiedy trzeba…Nie zdążyłam.
– To nie dobrze – powiedziała bardzo zmartwionym głosem – Ja chciałam zostać Mikołajem jak dorosnę.
Zaniemówiłam na chwilę. Już, już leciałam ją zapewniać, że może zostać, że przecież może wszystko…Ale się zreflektowałam. No bo jednak…Wiadomo, że jednak Mikołajem nie zostanie. I co? Mam ją tak okłamywać, w żywe oczy? Sprzedawać jej bujdę, którą za chwilę sobie zweryfikuje?
– A czemu chcesz być Mikołajem? – zapytałam zamiast tego.
– Bo on daje prezenty. I wszyscy się cieszą.
– Acha. Ale jemu nikt nie daje prezentów. Chyba. Czy Mikołaj dostaje prezenty? – zagadywałam ją ewidentnie, żeby tylko nie musieć kłamać.
– Ale czy dziewczynka może być Mikołajem? – kontynuowała nie słuchając mnie prawie wcale.
Tu już wpadłam jej w słowo.
– No pewnie, że może! A co to za różnica? Dziewczynka może wszystko tak samo jak chłopiec.
– Nie może – pokręciła głową.
– No coś ty?! – oburzyłam się teraz nie na żarty- Oczywiście, że może.
– A ja nie umiem budować takich fajnych domków z lego, bo jestem dziewczynką.
Pochyliła głowę i schowała się za włosami. A mnie się naraz zaczęły przypominać wszystkie, najbardziej wymyślne tortury. Znajdę tego, kto jej tak powiedział i …
– Kochanie, spójrz na mnie. Posłuchaj. To, że nie budujesz takich fajnych domków z lego to nie dlatego, że jesteś dziewczynką.
Zamknęła się przede mną, czułam to, ale miałam nadzieję, że jednak dotrze do niej to, co mówiłam. Przykucnęłam, wzięłam za ręce.
– Posłuchaj: na świecie tak jest, że jeden umie tańczyć, inny rysować, inny śpiewać a inny napisze książkę. Tak po prostu jest. Ale nie dlatego, że ktoś jest chłopcem czy dziewczynką. Zobacz: ja mam brązowe oczy a ty niebieskie ale to nie kolor oczy sprawi, że będę umiała coś robić lub nie.
Nie wiem ile do niej dotarło z mojej gorącej przemowy, ale może choć małe ziarenko wątpliwości..?
Jasne, że mogłam pójść na skróty i powiedzieć jej, że przecież pięknie buduje. Albo powiedzieć, że nawet jak nie to musi poćwiczyć i będzie…Ale nie o to chodziło.
To nie pierwszy raz słyszę jak mówi, że czegoś nie może zrobić, bo jest „tylko dziewczynką”. Nie wiem kto jej wkłada do głowy takie rzeczy i nie chcę wymyślać, kto mógłby. Toku myślenia tego kogoś nie zmienię, choć miałabym ochotę dać w pysk, ale może uda mi się PannęS przekonać, że to nie płeć/kolor skóry/narodowość determinują umiejętności.
Ona ma dopiero 7 lat. Ale jest dziewczynką i Polką w ksenofobicznej Szwecji.  Przed nią całe życie zmagania się z różnymi ograniczeniami jakie durne, coraz bardziej podzielone społeczeństwo będzie jej wciskać. Chciałabym ją nauczyć, żeby nie słuchała takich opinii.
Całe szczęście, że eM usłyszawszy, że nasza wnuczka tak o sobie myśli oburzył się z całego serca a co powie dziadek to święte. Więc dziadek będzie jej też mówił.
Kropla drąży skałę.
Pamiętam jak przed prawie 10laty opowiadał mi pełen przyjęcia, że TIRem przyjechała dziewczyna. TIRem! Dziewczyna! I to taka o, szczupła, drobna…I ona tym TIRem w taką wąską bramę wjechała TYŁEM!
A teraz, jak koledzy-rodacy podziwiali taką akcję mój mąż powiedział spokojnie:
– No ale co to za różnica, że dziewczyna? Przecież go nie przeniosła, nie?
Czyli jednak dociera do niego to, co mówię. I może jednak przełoży się to na Pannę S.

Chciałam jeszcze o książkach…
Ale powiem tylko tak: ten Miłoszewki, „Jak zawsze” , to jest dobra rzecz. Bardzo dobra.

94. Jak dobrze mieć sąsiada

Te grudniowe mroki naprawdę źle robią na głowę. W zasadzie mogłabym spać, bo mam zwolnienie, ale obudziłam się przez budzik i już nie zasnęłam. Ale jakbym musiała iść do pracy to byłaby najlepsza pora do spania. Co za wredny charakter!
Wczoraj rano weszli na klatkę schodową dwaj panowie ze sprzętem. Żadna nowina, panowie z różnymi sprzętami pętają się po bloku już prawie rok. Z kim nie pogadałam, każdy z sąsiadów stracił już nadzieję, że wreszcie ten nieszczęsny remont dokończą, wyniosą się i znowu będzie cicho i czysto.
Remonty w mieszkaniach zakończyli z początkiem lata. Tak przynajmniej brzmiała wersja oficjalna. Nieoficjalnie remont trwał bo okazało się, że rury kanalizacyjne generują jakieś problemy, wskutek czego mieliśmy takie atrakcje jak smród i zalania mieszkań na parterze.
W całej tej sytuacji nasze mieszkanie miało najwięcej szczęścia (albo najwyższy próg w łazience, co zresztą na jedno wychodzi) i u nas powódź zatrzymała się w łazience. Pozostałym trzem sąsiadom zalało całe mieszkania. Więc w try miga trzeba było zorganizować ludziom nowe podłogi. Więc znowu po budynku niósł się stukot i warkot wiertarek.
Prócz tego w piwnicy trwały leniwe próby naprawienia kanalizacji. Leniwe bo całymi tygodniami mieliśmy wykutą posadzkę i wykopane tunele w podłożu, a robotników widać nie było.
Raz uszkodzili nam internet. Gdy zeszłam, zastałam jednego, jedynego człowieka z łopatą, jak niemrawo głaskał ziemię w owym tunelu. Nie mówił po szwedzku. Ani po angielsku. Ani po polsku! Po rosyjsku też niewiele ale zdesperowana zadzwoniłam do Reginy i poprosiłam, żeby spróbowała mu po rosyjsku wytłumaczyć, że chcę telefon do jego szefa.
Okazało się, że facet był litewsko języcznym Litwinem!
Długo by pisać…
W każdym razie gdy Tośka zawiadomiła mnie, że ktoś się pęta po klatce schodowej, po prostu zabrałam psa spod drzwi, żeby się nie wściekała. I ani się nie zdziwiłam ani nie zainteresowałam.
Tak na marginesie powiem, że Tosia jest milczącym psem, rzadko szczeka, ale jest czujna bardzo i zawsze donosi, gdy ktoś chodzi po schodach. Przy czym na swoich, czyli sąsiadów wcześniej reagowała mruczeniem a na obcych wyraźnym warczeniem. Teraz, za sprawą pętających się obcych bez przerwy, pies nieco stracił orientację i warczy na wszystkich. Choć sąsiedzi mówią, że gdy idą koło naszych drzwi i słyszą warkot Tosi to mówią „Cicho Tosia to tylko ja” i pies cichnie.
No i gdy około 10tej wyszłam z Tosią na spacer okazało się, że panowie myją schody takim specjalnym odkurzaczem. Czyli chyba skończyli w piwnicy? Jakiś czas temu zasypali  tunele, zalali nową posadzkę, ale rura nadal szła pod sufitem. I tak już chyba zostanie. Może wreszcie będzie można znowu chodzić do pralni w kapciach?
Kto wie?
Tyle, że my chcemy się stąd wynieść. Chcemy zamienić mieszkanie na jaśniejsze, bo te pokoje od północy są okropnie ponure, a już mój to w ogóle bardziej piwnicę przypomina, bo umieszczony w rogu, przy ścianie drugiego budynku. No i chcemy, żeby Yankiego pokój miał rozmiary bardziej normalne a nie 2×2. Jednocześnie najbardziej to byśmy chcieli zostać tu, gdzie jesteśmy ze względu na dobry kontakt z sąsiadami prawie wszystkimi.
Czyli w grę w chodzą w sumie dwa mieszkania na pierwszym piętrze. Wyżej nie chcemy, bo Tosia nie powinna chodzić wiele po schodach, a przyjdzie czas, i to dość szybko, że będzie stara.
Zatem w grę wchodzą dwa mieszkania.
Jedno, w tej samej klatce, też na rogu ale z przeciwnej strony. Okna wychodzą na wschód i południe. Mieszka tam taka stuletnia Elsa. Elsa chciałaby się zamienić, ale nie z nami, bo nasze mieszkanie jest za ciemne.
Drugie jest w drugiej klatce, też ma okna północ-południe, z tym, że latem ta północ robi się lekko zachodnia a w salonie jest dodatkowe okno od zachodu. Oraz w łazience też jest okno. Tam mieszkają niesympatyczni młodzi ludzie wystylizowani na lata pięćdziesiąte. Naprawdę: ona nosi loki ala żabie oczy wywinięte nad czołem, sukienki amerykańskich gospodyń z tamtej epoki, on w ciemnych, prostych dżinsach wywiniętych na dole w szeroie mankiety. No takie klimaty z Grease. Gdy się wprowadzili, zaczęłam się im kłaniać, ale panna mi nie ukłon nie odpowiedziała, zmierzyła mnie wzrokiem i tyle. To przestałam.
Więc teraz, nawet jakby się wynieśli to nie wiem czy w mieszkaniu po takich niesympatycznych osobach nie będzie złej mocy.
Ale póki co nie ma zmartwienia, bo ledwie się wprowadzili, więc szybko nie odejdą, bo czas oczekiwania na mieszkanie jest ponad dwuletni. No chyba, że wybudują sobie dom.

93. Problem dnia: grubość nici

Tak, wiem…Problemy pierwszego świata…
Szukam zielonej nici. Nadal…
Fajnie, internet pęka w szwach ale jak wiadomo zdjęcia nie oddają proporcji. Nie znając grubości możesz sądzić, że kupujesz kordonek a kupujesz linę okrętową i na odwrót. Do dupy takie kupowanie. Producenci podają jakieś od czapy określenia (o ile w ogóle podają) np. 8/4. Po długim kopaniu dowiedziałam się, że to oznacza że nić jest skręcona z 4 nitek oraz, że ma 8 skrętów na coś tam…
Jakby nie można było podać grubości: 0,02mm, 0,002mm …
No nic w piątek może uda mi się wywlec eMa za miasto, do kobiety co ma sklep z włóczkami i szmatkami, z akcesoriami tkackimi, może coś tam znajdę dla siebie.
W piątek wieczorem mam gości więc wypad po nici jest mi lekko nie na rękę, ale to jedyny dzień w tygodniu, gdy się da. Oni w soboty mają zamknie, w tygodniu godziny otwarcia też jakieś dziwne i bardziej popołudniowe a eM wciąż pracuje wieczorem i w nocy…
Jak nie kupię to zajmę się dywanikiem z dżinsu.
Nie poszłam wczoraj do pracy.
Miewam takie dni, że czuję się jakby mi ktoś wtyczkę wyciągnął. Ból głowy, ale nie tylko. Ogólna ospałość, rozdrażnienie, nadmierny apetyt, poczucie ogromnego zmęczenia, problem z koncentracją uwagi. Ogólnie rzecz biorąc stan, że nic tylko się w koc zawinąć i spać, ale problem w tym, że spać też się nie da, ani czytać, ani filmu oglądać. W domu duszno i jedyne co przynosi ulgę to świeże powietrze. Ale weź spaceruj przez kilka godzin.
Tak miałam przedwczoraj.Do godziny 21. Od 21 coś zrobiło „pyk” i nagle się ożywiłam. Ale jak?! Góry przenosić, w polu orać, prać na tarze niańcząc przy tym sześć par bliźniąt. W głowie kołowrót myśli, piosenek i nie wiadomo czego jeszcze.
Zasnęłam o 1:30.
O 5:30 nie miałam siły oka rozkleić. Wysłałam smsa do szefowej, że jestem chora.
Pospałam do 8:30. A potem wstałam i dalejże te góry przenosić.
Tak właśnie mam. Od zawsze.
Pamiętam jak w dzieciństwie dopadała mnie choroba a potem gdy zdrowiałam to właśnie tak”pyk”. Wieczorem umierałam a rano budziłam się razem z ojcem. Ojciec mój był skowronkiem, zawsze wstawał wcześniej, dużo wcześniej niż powinnam. Pamiętam taki jeden ranek…Jedno z milszych wspomnień. Jedno z niewielu miłych wspomnień związanych z moim ojcem.
Pamiętam zdziwiony i pełen czułości głos ojca, gdy weszłam do kuchni:
– A czemu ty nie śpisz, Telewizorku?
(Byłam gadułą, gadałam od rana do wieczora, podobno jeszcze nim dobrze otworzyłam oczy).
Ojciec krzątał się cicho w kuchni, szumiał wielki, srebrny czajnik, gdy gotował wodę na herbatę. Ojciec mydlił twarz pędzlem i wykrzywiał ją do lustra i do mnie, żeby dokładnie się ogolić.  Tamtego dnia pozwolił mi iść samej po bułki do Sitenia. Na podwórku było ciemno i wilgotno, ale nie bałam się. U Sitenia, w prywatnej piekarni, było ciepło, pachniało pieczywem. Chleb był gorący, parzący, bo tylko co wyjęty z pieca i przyniesiony do sklepu na drewnianej desce. Pamiętam cały rząd brązowych bochenków, z lśniącą skórką. Możliwe, że to nie jest wspomnienie z tamtego ranka, bo po chleb do Sitenia chodziłam całe dzieciństwo o różnych porach dnia. I zawsze wyglądało to tak samo. Podłużne bochenki chleba na drewnianej desce, zsuwane wprost na ladę, skąd natychmiast znikały. I kosze z pasków drewna, takie jak łubianki, tylko duże i okrągłe, pełne białych bułek „zwykłych”  czyli tych przypominających pośladki. Nie pamiętam niczego innego w tej piekarni. Ale chyba były jeszcze bułki maślane, słodkawe, posypane po wierzchu grubym cukrem. Rzadko jadałam ten rarytas i zawsze oczywiście zaczynałam od skórki.
Tamtego ranka kupiłam chyba tylko chleb.
Ile miałam lat? 7? 9? Takie to były czasy. Dziś nikt by siedmiolatka w biały dzień samego do sklepu nie puścił.
Pamiętam jak tata (tata, nie ojciec) potem mówił, że wstałam tak wcześnie i go zaskoczyłam i poszłam  sama po chleb. Opowiadał to a ja się czułam taka dumna i obiecałam sobie, że zawsze będę wstawać razem z tatą.
Ale następnego dnia gdy się obudziłam było już jasno a tata był dawno w pracy. Ależ byłam rozczarowana….
Dziś po tylu latach już wiem, że zawsze po chorobie, tak właśnie wstaję i mam tak dużo energii, że mogłabym oświetlić całe miasto. Jakby choroba była koniecznym restartem mojego systemu.
Tylko milcząca jestem coraz bardziej. Już nie jestem Telewizorkiem.