113. Ryga

Najpierw z telefonu czyli przepraszam za jakość

I jeszcze z aparatu…też takie sobie

Podsumowując: Ryga warta jest by do niej wrócić. Najlepiej w pojedynkę lub z kimś, kto rozumie potrzebę zatrzymania się, popatrzenia, zrobienia kilku ujęć.
Jest tam ogrom rzeczy, które warte są uwagi, choć starówka przy tej tallińskiej wydaje się być niewielka i dzięki temu przytulniejsza.

112. 01:32

Oj, niefartowny był ten wyjazd Ryga-Tallin jak nigdy.
Zuzu przyjechała sama od Taty autobusem i była to jej pierwsza samodzielna podróż.
Niby nic: bonus mama wsadziła ją do autobusu a 25 minut później babcia ją przyjęła na dworcu. Ale stres był dla wszystkich, chyba nawet dla taty, który wysłał smsa, że jest dumny i kocha. Zuzu też była dumna z siebie. I z tego tatowego smsa, pokazywała go potem każdemu…
Poza tym, że była dumna… była też lekko podziębiona. Niby nic: lekkie zakatarzenie, odrobinę szkliste oczy. Ale istniała obawa czy jej na lotnisku nikt nie zatrzyma.
Nie zatrzymał. I lot trwał gładko przez pierwszą część czyli jakieś 50minut. Ostatnie 20minut to był koszmar, bo gdy zaczęło się obniżanie zatoki Zuzu zareagowały ogromnym bólem.
Łzy jej leciały jak groch, nie pomogły cukierki, dmuchanie itd… Jeszcze chwilę po wylądowaniu była nieswoja i obolała.
Odebrała nas Misia i pojechałyśmy do hotelu.

Nasz hotel mieścił się na starówce, w wąskiej uliczce z widokiem na wieżę jakiegoś kościoła. Była 22. Więc tylko się lekko obmywszy poszłyśmy spać. A rano ruszyłyśmy połazić po mieście.
W Rydze jest teraz lockdown, więc miasto było opustoszałe. Do tego padała taka drobna, ale gęsta mżawka. Zaliczyłyśmy jednak najważniejsze punktu, w tym dom z czarnym kotem na dachu. Tylko aparatu prawie nie wyciągałam, bo bałam się, że ten deszczyk mu zaszkodzi. Fotografowałam telefonem, więc zdjęcia takie sobie… Kupiłyśmy jakieś pieczywo na drogę, oraz słodkie ciastka, które okazały się przepyszne.
W południe wsiadłyśmy do autobusu Luxexpress i pojechały do Tallina.
Autobus na wypasie: kawa, herbata do woli, toaleta oraz biblioteka z filmami i grami, do tego ekranik w każdym siedzeniu.
Jednak od filmów ciekawsze były widoki za oknem, zwłaszcza gdy już wyjechaliśmy za Rygę.
Płaski, zalesiony krajobraz, drewniana architektura przypominająca obrazki z Podlasia.
I kontrasty. Wypasione auta przy domu przypominającym ruinę. Często w tych domach widać nowe, plastikowe okna, które szpecą je strasznie.
Jechaliśmy trasą, którą w 23 sierpnia 1989 roku przebiegał tzw Łańcuch Bałtycki. Ponad milion ludzi z Litwy, Łotwy i Estonii podało sobie ręce i stanęło w szeregu by zaprotestować przeciw polityce ZSRR. Łańcuch ten był początkiem odzyskiwania niepodległości przez Litwę, Łotwę i Estonię. Piękny, pokojowy protest upamiętaniony pomnikami w wielu miejscach.
Ale jechać tą trasą nie było wesoło. Droga, choć międzynarodowa- dwupasmowa. Pełna aut. Gdy niechcący wyjrzałam zza siedzenia i spojrzałam w szybę kierowcy, zrobiło mi się słabo: po prawej TIR, przed nami światła samochodu… Nie wiem jakim cudem nie doszło do kolizji. Potem starałam się nie patrzeć.
Dojechałyśmy.
No i zaczął się Tallin.
Już pierwszego wieczoru poszliśmy połazić po starówce, wciąż w siąpiącym deszczu, więc nawet nie brałam aparatu.
Atrakcją wieczoru była restauracja Drakon. Restauracja stylizowana na średniowiecze: brak elektryczności, oświetlenie jedynie świecami, obsługa w stosownych strojach… no i takież jedzenie: jakaś zupa na mięsie, jakieś kiełbaski, jakieś żebra wołowe. Jedyna co mi naprawdę smakowało to ogórki kiszone, wyciągnięte z beczki przy pomocy drąga z gwoździem.
Potem snuliśmy się po uliczkach, by na koniec wspiąć się na wzgórze Toompea skąd oglądaliśmy nocną panoramę miasta.
Wróciliśmy do domu we wciąż siąpiącym deszczyku.
Oni poszli spać, a ja się przewalałam w łóżku, by wreszcie włączyć sobie ebooka i tak dotrwałam do świtu czyli mniej więcej do ósmej rano.
Pogoda się poprawiła, przestało padać, chciałam połazić po mieście sama, ale Zuzu zapytała czy może ze mną… Uprzedziłam, że będę robić zdjęcia, ale to jej nie zniechęciło.
Mama i Mel musieli trochę popracować, potem mieliśmy się spotkać w mieście, bo obiecali Zuzu zakupy ciuchowe.
Łaziłyśmy bez celu, zaglądając w uliczki, szukając ciekawych ujęć, Zuzu mnie rozśmieszała, psociła, wstawiałam ryjek w najlepsze kadry i miałyśmy śmiechu co niemiara.
Wreszcie po kilku godzinach naglące stało się znalezienie toalety… więc poszłyśmy do księgarni-restauracji w której zakotwiczył Mel. Zuzu prowadziła przy pomocy google map i była z tego bardzo dumna. Doszłyśmy bez problemu.
W przepięknej stylowej księgarni, przy wejściu, urządzono kawiarnię. Pokazałam mój covid-pass i mogłam zdjąć maseczkę. Bo w Estonii maski wymagane są w pomieszczeniach i komunikacji. Zjadłyśmy z Zuzu po wielkim ciachu, ona popiła to jeszcze kubkiem kakao, ja się zadowoliłam gorzką kawą.
Ciasta w Estonii są pyszne, ale bardzo, bardzo słodkie. Słodsze niż te łotewskie.
Później, nauczona doświadczeniem wybierałam takie, w których były świeże owoce, co przełamywało słodycz.
A potem doszła do nas Misia i poszliśmy na lunch… Do naleśnikarni. Po słodkim cieście nie byłam głodna, ale wiadomo, że w towarzystwie się trzeba dostosować. Wzięłam naleśnika z boczkiem i serem bo to było jedyne co wydawało mi się sensowne w tej sytuacji.
Zuzu wzięła jakiegoś słodkiego i poskubawszy chwilę oznajmiła, że się najadła. I się zaczęło. Najpierw dobrotliwe nakłanianie, a wreszcie próba nakarmienia siłą…Tu już nie zdzierżyłam i nie pozwoliłam.
Jak trzeba być bezmyślnym żeby nie zrozumieć, że dziecko, które niecałą godzinę wcześniej zjadło wielkie ciastko oraz wypiło kubas czekolady nie da rady zjeść ogromnego i na pewno znowu bardzo słodkiego naleśnika.
Wysyczałam, że karmienie na siłę to to samo co bicie.
Ale oczywiście miałam się nie wtrącać… Bo Zuzu po prostu marudzi, żeby wymusić uwagę.
No żesz..! Mel oczywiście popierał Misię, a Zuzu patrzyła na niego wilkiem.
Powiedziałam mu, że lepiej żeby się wycofał w takiej sytuacji, ale upierał się, że ona ma go słuchać. Więc go zapytałam co zrobi jak usłyszy „nie jesteś moim tatą”. On, że i tak ona musi go słuchać… A co zrobi jak nie będzie? Mel zrozumiał, że ja uważam, że ona nie musi go słuchać i musiałam mu potem wyjaśniać.
Ja swojego naleśnika też nie dojadłam i miałam chęć zapytać czy mnie też będą karmić na siłę.
Nastrój się zwarzył.
Oni byli źli na mnie, ja na nich i najchętniej bym zabrała Zuzu i poszła w miasto tylko z nią. Wlokłam się za nimi bez sensu, bo do głowy mi nie przyszło żeby ich zostawić.
Zuzu nie znalazła dla siebie nic do ubrania, wróciliśmy do domu gdzie z apetytem zjadłyśmy…”chińskie zupki” bo i ona i ja potrzebowałyśmy coś do uspokojenia żołądka zamulonego słodkim… Misia i Mel poszli się spotkać ze znajomymi, a my całe szczęśliwe, spędzałyśmy czas ze sobą.
Nazajutrz pojechaliśmy do Fotografiska czyli wystawę fotografii, a potem do jakiegoś interaktywnego muzem w stylu Juliusza Verne’a. Po założeniu gogli można było pokierować łodzią podwodną, balonem, rowerem z wiatraczkiem… Zabawa niesamowita, zwłaszcza w balonie, gdzie przepaść pod nogami zdaje się realna, problem w tym, że po chwili zaczyna się kręcić w głowie…
Mel był wycofany, widziałam to, Misia usprawiedliwiała go, że zmęczony, ale postanowiłam ignorować je humory. Skoro twierdzi, że zmęczony to nie będę na siłę lodów przełamywać, nie?
A nazajutrz wyjechaliśmy do Rygi na lot do domu.
Już rano czułam dziwne skurcze w dole brzucha. Ale po dwóch godzinach w autobusie ból stał się nie do zniesienia. Miałam wrażenie, że mi coś eksploduje w tzw „dolnej, prawej ćwiartce”. Łyknęłam ipren, ale nic nie pomogło. Z zaciśniętymi zębami odliczałam czas pozostały do Rygi. Na wszelki wypadek powiedziałam córce co się dzieje, bo zaczynałam się obawiać, że może będę musiała wezwać jakąś karetkę czy coś. Ale w głowie miałam tylko „do domu, do Szwecji, do moich lekarzy”. Gdy wysiadłam z autobusu, przybrałam pozycję pionową, ból zelżał. Na lotnisku i samolocie odpuścił niemal zupełnie… a wrócił gdy wsiadłam do samochodu.
eM zobaczył co się dzieje, zdaje się że gnał jak tylko mógł, żeby tylko jak najszybciej dowieźć mnie do domu. Wysadził mnie pierwszą, powlokłam się do domu.
Tosia się popłakała na mój widok. Skamlała i piszczała, kręcąc się pod nogami, a ja rzuciłam wszystko i poszłam pod gorący prysznic, w nadziei, że ciepła woda zadziała rozkurczowo…
Nie zadziałała.
Kolejne 40minut spędziłam czekając na połączenie z 1177 czyli taką poradnią telefoniczną bo sądziłam, że aby iść bezpośrednio na ostry dyżur muszę się najpierw tam zameldować. Po 40 minutach zgłosiła się pielęgniarka. Powiedziałam w czym rzecz, zapytała o skalę 1-10 powiedziałam 11, a ona się roześmiała.
Wywarczałam, że to nie jest śmieszne…
Wysłała mnie do szpitala w Skovde, bo tam mają chirurgów, a u mnie nie, i mi nie pomogą.
EM z ciężkim westchnieniem zawiózł mnie do Skovde.
Nastawiliśmy się, że spędzimy tam całą noc, a było ledwie po północy jak wyjechaliśmy.
Na miejscu zonk: na akut wchodzą tylko chorzy, rodzina-nie. eM siedział w aucie na parkingu a ja czekałam. Dość szybko przyszła pielęgniarka, wysłuchała co mówię, zrobiła podstawowe badania. Odesłała do poczekalni. Pić mi się chciało, znalazłam jakiś automat ale serwował wyłącznie kawę lub zupę z dzikiej róży. To wzięłam tę zupę, ale że był to wrzątek to nie zdążyłam nawet ust zamoczyć, bo zawołali mnie do badania.
W międzyczasie ból zaczął przechodzić.
Nim przyszła lekarka wszystko wróciło do normy.
Zbadała mnie ginekologicznie, zrobiła USG, stwierdziła, że nie widzi żadnej przyczyny i zapytała czy naprawdę musiałam aż na akut przyjeżdżać.
Zawsze mnie złości, że riposty przychodzą mi do głowy po czasie, bo powinnam była jej powiedzieć, że po prostu potrzebowałam uwagi i dlatego po całodziennej podróży zachciało mi się posiedzieć na SORze w nocy, 60km od domu.
Odesłali mnie do domu bez wyjaśnienia przyczyny. W domu byliśmy o 3 nad ranem.
Ból nie wrócił.
Poszłam spać z Tosią przyklejoną do mojego boku. Nie wystarczyło jej, że jestem, musiałam ją trzymać za łapkę, a ona zasnęłam z mordką na mnie. Mówił mi eM, że jak wrócił z lotniska po odwiezieniu mnie i Zuzu, Tosia zaparła się łapami na schodach i nie chciała wejść z powrotem do domu, tylko czekała… Biedna.
Bazyl omijał mnie wielkim kołem przez cały następny dzień.
A ja następnego dnia dostałam takiej migreny, że myślałam, że się nie pozbieram. A na wieczór, gdy już opanowałam ból głowy, objawiło się przeziębienie. Zaczęło mi się lać z nosa, telepać, skoczyła mi temperatura i zaczęłam się bać, że złapałam covid.
Wymoczyłam nogi we wrzątku, łyknęłam paracetamol i rutinoscorbin. Poszłam spać przed 19. Rano wstałam rozbita, z cieknącym nosem, osłabiona, ale bez gorączki.
Spałam niemal cały dzień. Gdy nie spałam – wycierałam nos, bo katar płynął strugą. Nie było mowy o pracy.
Usiłowałam ogarnąć zdjęcia, ale szło mi niemrawo, raz z powodu zmęczenia, dwa- z powodu załzawionych i zmęczonych oczu. Poddałam się.
Teraz jest 3:19. Nie mogę spać…no ba..
I myślę sobie, że mało fajny był ten wyjazd i chyba więcej się nie zgodzę. Młodzi planują wyjazd znowu na miesiąc czy dłużej, tym razem chyba do Hiszpanii i znowu mają pomysł by im dowieźć Zuzu. Jednak po tym eksperymencie sądzę, że Mel będzie wolał raczej sam polecieć niż znosić moje wtrącanie się.
A ja z kolei wkurzam się na ich protekcjonalne traktowanie mnie, jakbym była zdziecinniałą staruszką, która niczego nie ogarnia (tekst Mela: tak, babcię trzeba odebrać z lotniska, bo się zgubi . O sorry. Poleciałam do Szwajcarii zupełnie sama. I do Neapolu. I do Berlina ze Szwedem i nie zginęłam. Dlaczego miałabym zginąć gdzie indziej?!). Oraz na traktowanie Zuzu jak szczeniaczka: o jaki słodki, jaki zabawny, poklepiemy po łebku przez 5 minut, a potem niech nie sprawia kłopotów. I nie narzeka. Buty obcierają? Narzeka. Nogi bolą? Narzeka. Siku? Narzeka.
Noż kurde.

111. Listopad

Noooo…dostrzegam pozytyw zmiany czasu: zdążyłam się wyspać, mimo perturbacji nocnych (głowa, jak zawsze). Zdążyłam wypić kawę, być z psem, zdążyłam ogarnąć maile z weekendu i nieodebrane telefony, choć wiele tego nie było. Zdążyłam wstawić pranie. A tu dopiero dziesiąta.
I nie, nie wstałam o 6, a o 8.
Piję drugą kawę i mobilizuję się do odprawy i wypełniania jakichś dodatkowych papierów przed podróżą.
Oraz z całej siły staram się przestać myśleć o koledze w hospicjum.
Usiłuję racjonalizować, ale wiadomo.
A na boku jestem pod wrażeniem tego jak ta opieka jest zorganizowana. Jak wiele jest tu szacunku dla człowieka i zrozumienia dla jego cierpienia. I że to wszystko jest systemowe czyli nie decyduje dobra wola Pani Urzędniczki jej sympatia i dobry nastrój, tylko po prostu każdy ma prawo do godnego chorowania i umierania, bez zbędnego cierpienia.
To sprawia, że moje serce przykleja się coraz mocniej do tej mojej nowej ojczyzny.
Taki to kraj, gdzie nawet jeśli pacjent jest nieprzytomny, to się pamięta o tym, żeby mu rano żaluzji nie otwierać, bo nie lubi jak go słońce razi.
Wiem, że nie ma ideałów, wiem, że czynnik ludzi bywa zawodny, ale podziwiam system, który takie rzeczy nakazuje odgórnie.
I z takim, mimo wszystko pozytywnym, nastawieniem idę w listopad.


110. Saltkällefjorden czyli Stojał najabr uż u dwora

Wyjechaliśmy z domu nieco po dziesiątej.
Nad miastem zaczynało świecić słońce, choć powietrze było zamglone i rześkie.

Ale już koło Trollhättan niebo pociemniało, a świat poszarzał. Chmury spłynęły z nieba, otuliły świat, osiadły i tak zostały. Wiatru nie było, więc nie miał ich kto rozgonić.
Kolegę odebraliśmy od domu. I …niespodzianka…
„A możecie się spóźnić tak z 15 minut? Bo mnie migrena dopadła w nocy i dopiero się wygrzebałem” – przysłał smsa
Taaak? Mnie też dopadła, też w nocy. Tylko ja mam psa i nie ma, że nie mogę wstać. Choć tym razem eM widząc, że nie mogę wstać się ogarnął i poszedł.

Podjechaliśmy tylko kawałeczek, na mały parking gdzieś przy jakimś wiadukcie, przy zbiegu dróg. Mało aut, parking zasypany liśćmi, toaleta czysta, choć oczywiście śmierdząca jak to toaleta. Wolałabym w krzaczki, ale jak się nie ma co się lubi itd… Woda przynajmniej była ciepła i mydło, które nie śmierdziało.
Poszliśmy.

Nie gadaliśmy za wiele. Świat był piękny, cichy i zamglony. Jesień zrobiła, co mogła i było jak u Puszkina

Уж небо осенью дышало,
Уж реже солнышко блистало,
Короче становился день,
Лесов таинственная сень
С печальным шумом обнажалась,
Ложился на поля туман,
Гусей крикливый караван
Тянулся к югу: приближалась
Довольно скучная пора;
Стоял ноябрь уж у двора.

Już czuć w powietrzu tchy jesienne,
I słonko świeci mniej promienne,
I coraz krótszy dzienny czas…
Cienisty, tajemniczy las
Z posępnym szmerem głąb’ obnaża;
Na pole pada mgła… Śród chmur
Krzykliwych gęsi leci sznur
Het, na południe… I zagraża
Nuda, jesieni wierny stróż…
Listopad stał na progu już…
(Przekład Leo Belmont. Źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Eugeniusz_Oniegin_(Puszkin,_1902)

(Kto by uwierzył, że dawno temu przeczytałam całego Eugeniusza Oniegina i to w oryginale! Dziś w głowie już tylko ten fragment, a przeczytać go nie umiem, jedynie wyrecytować. Zapomniałam cyrlicę i boleję nad tym. Ale Oniegina po polsku to chyba sobie poczytam).

109.

Kolega słabnie…
Odhaczam kolejne zadania na liście spraw „zdążyć, zanim…”
Mam dylemat bo żona chyba nie zamierza poprosić dzieci o przyjazd. Mówi „niech żyją własnym życiem” ale wydaje mi się, że powinny te dzieci tu jednak przyjechać. Nie wiem czy mam rację czy nie, ale uważam, że ojcu, zwłaszcza nie takiemu najgorszemu, należy się możliwość spojrzenia na dzieci ostatni raz. Ja bym im przynajmniej uświadomiła. że niewiele zostało czasu.
Bo podejrzewam, że kolega, choć zaprzecza, dobrze wie, że zbliża się koniec.
Niechby miał tę pociechę.


A jednocześnie też muszę pracować, bo po powrocie z Tallina naprawdę nie będę miała na nic czasu.

A tu Gulsum na dniach ma rozwiązanie i chciałyśmy się się jeszcze spotkać.
Wczoraj Misia zadzwoniła z instrukcjami w sprawie wyjazdu: maseczki, jakieś zaświadczenia, paszporty…
Obudziłam się o 2:30 i nie mogłam zasnąć. Popracowałam i o 6 znowu mnie zmuliło. Spałam do 9.
Za oknem ciemno, szarówka. Na ulicach jeszcze złoto. Głóg za moim oknem objedzony do cna.
A Astra ma kapcia. Gdzie wjechałam?

Jutro jedziemy spotkać się z Adamem. Oby pogoda była łaskawa…

Czy do Tallina to jechać w butach trekkingowych czy w żółtych kamaszach?
Buty trekkingowe piękne nie są, w dodatku siatka z wierzchu w jednym miejscu się przetarła i widać białą szmatę, co wygląda mało porządnie (zaszyć?). I zakłada się długo. Ale są stabilne i odporne na wodę (poza miejscem rozdarcia). Żółte kamasze są miekkie i wygodne jak kapcie, ale czy zniosą długą wędrówkę po miejskim bruku, w deszczu? Kałuże mogę omijać, ale jak będzie lać jedną struga z góry, to przemokną.
No i kurtki.
Krótka czy długa? Cieplejsza i wodoodporna, ale ciężka? Czy lżejsza, ale podatna na przemakanie? Jak będzie lało to przecież nie będę chodzić. Ale jak będzie siąpić to tak. A taki drobny deszczyk też potrafi przemoczyć…
Ot dylematy.
Kiedyś człek miał jedno odzienie na sezon i musiało wystarczyć.

Tosia się ożywiła. Chyba to przez te karmę… Nie kupiłam jej ten weterynaryjnej na stawy, bo się zagapiłam. A potem odkryłam, że pies nie ma co jeść. To kupiłam w sklepie dla zwierząt inną. Tej samej firmy, ale dla seniorów. I Pies nagle chce chodzić na spacery, a puszczona luzem na boisku szkolnym poleciała na to do siatkówki plażowej i dwaj brykać na piachu.
Hm… Hmmmmmm… Znowu się kończy i muszę dziś coś zdecydować. Aaaaale chyba kupię tę dla seniorów.
Oczywiście karma jest dobrej marki, dopasowana do wielkości psa, bo ja na żarciu psim i kocim nie oszczędzam. Na swoim i męża – mogę, ale pies i kot muszą mieć dobre żarcie, bo inaczej wydam na weterynarza. Ludzie mają leczenie za darmo :P. Taki rachunek ekonomiczny.

Wczoraj w mieście był babski wieczór, czyli wszystko otwarte do 19 albo i dłużej. Strach ile się ludzi pętało po mieście. Nawet miała chęć wejść do mijanego sklepu, ale zniechęciły mnie tłumy.
Parę przecznic od domu spotkałam Kasię z sąsiedniej gminy.
W sumie widziałam ją kilka razy tylko, ale czuję sympatię do tej dziewczyny. Ona do mnie chyba też. Gdy się spotykamy natychmiast zaczynamy gadać jedna przez drugą i natychmiast łapiemy kontakt. Z Kasią był wczoraj mąż i najmłodsze córeczka Amelia.
Amelia jest rezolutna, Kasia czasem na fejsie wrzuca teksty małej. Boskie! Zapraszałam do siebie. I namawiałam Amelię
– Ja mam w domu psa, lubisz psy?
– Lubię.
– Ale mój pies jest taki duży… nie boisz się takich dużych psów?
– Nieee. Ja mam piesek. Też duży, w Polsce.
– Mam też i kota. Namów mamę i tatę żeby przyszli do Kasi z psem i kotem.
– Dobrze.
– Co, mała miesza języki? – ucieszyłam się.
– Miesza! – zgodziła się Kasia.
– Mamoooo…chodźźź…coś musisz zobaczyć
Zeszwedziałyśmy, bo stałyśmy w drzwiach sklepiku i inni musieli się przeciskać.
Do Kasi to w sumie tylko 20km… ale ona ma troje dzieci i pracę… Może jednak znajdzie czasem chwilkę?





108. „Schoolbag in hand

she leaves home in the early morning…”

Jeszcze rano ostatnie przytulaski, buziaczki. Jeszcze głaski dla Tosi i Basila. Jeszcze mandarynki do plecaka, dwie, bo jedna dla Ellie.

W porannym półmroku, który czmycha przed wschodzącym słońcem. Na zachodzie ogryzek księżyca na czystym niebie. Rzeka znowu jak lustro, z mroku powoli zaczynają świecić złotem drzewa.
Na ulicy duży ruch. Śmigają rowerzyści, szumią samochody. Czuć pośpiech. Poranna wędrówka do szkoły. Dziecko przyklejone do mojego boku. A może to ja do niej..?
Już nie gadamy, tylko po prostu jesteśmy razem.
Światła jedne, za nimi drugie.
Ostatni buziak, ostatni przytulasek.

„…Waving goodbye with an absent-minded smile…”
… i poszła. „That funny little girl”

„…The feeling that I’m losing her forever…”

What happened to the wonderful adventures
The places I had planned for us to go
(Slipping through my fingers all the time)
Well, some of that we did but most we didn’t
And why I just don’t know

Slipping through my fingers…


107. Życie

We czwartek wieczorem zadzwoniła żona kolegi.(Tego co go uśmiercili tydzień temu), że on nie odbiera telefonu, a ona nie może wejść do szpitala.
W szpitalu wciąż panują lekkie obostrzenia covidowe i nie można sobie wejść jak kto chce, trzeba zadzwonić na oddział i tam personel kierując się jakimiś tam wytycznymi zdecyduje czy wpuści czy nie wpuści. Zazwyczaj wpuszcza, ale upierdliwe to jest zarówna dla nich jak dla odwiedzających, bo ktoś zwyczajnie musi zejść na dół i otworzyć drzwi zewnętrzne.
ŻK zwykle dzwoniła do niego, on prosił kogoś o wpuszczenie jej.
A tu we czwartek nie odbierał telefonu.
Zadzwoniła do mnie czy bym mogła sprawdzić co się dzieje.
Zadzwoniłam, przedstawiłam się, powiedziałam że żona nie mówi po szwedzku, że się niepokoi, bo Kolega nie odbiera telefonu.
I nawet nie wspomniałam o zupie ogórkowej, którą dla niego ugotowałam…
Pielęgniarka mi powiedziała tyle ile sama wiedziała… wystarczająco.
Kolega nazajutrz idzie do hospicjum. Bo jego leczenie jest zakończone, nic więcej zrobić się nie da, bo jego rak jest nieoperacyjny, a na chemię jest za słaby. W hospicjum będzie miał lepszą opiekę i warunki, a co najważniejsze – lepsze środki przeciwbólowe.
Zapytałam ją czy w takim razie oznacza to, że mamy się przygotować…
Osłodziła. No, nie ona nie mówi, że to będzie teraz już. Bo kto wie, może za tydzień -dwa kolega się poczuje lepiej i nawet pójdzie do domu…
Powtórzyłam to wszystko Żonie Kolegi. Łącznie z tą iskierką nadziei.
Znowu nie mogłam zasnąć…
W piątek cały dzień myśli mi uciekały, a tu roboty pełno.
Zadzwoniłam do Heleny. Chyba w myśl „spieszmy się kochać ludzi…”
Helena znowu zaliczyła jakiś zjazd, chyba przeforsowała się fizycznie bo chciała przed przyjazdem wnuczka Leo dokończyć sprzątanie w domu… I się posypała. Ale już wychodzi.
Miałam dla niej zamrożoną polską kiełbasę, bo kiedyś poprosiła czy bym jej nie kupiła. Więc odłożyłam kilka różnych na spróbowanie. Zaniosłam jej, uściskałam ją tylko w drzwiach, bo nie miałam czasu na nic więcej.
Chwilę wcześniej miałam rozmowę z innym moim klientem. Jego ojciec kilka tygodni temu spadł z dachu jego domu i się zabił… Ten ojciec też był moim klientem, choć w zasadzie nic nie robił bo był na emeryturze.
A w domu miałam Zuzu i jej dwie najlepsze przyjaciółki. Przemieszczały się pomiędzy pokojem Zuzu (dawniej pokój Ynakie’go), a moją sypialnią. Piski, śmiechy, okrzyki i tupot bosych stóp. Basil się pławił w zachwycie, Tośka nieustająco była głaskana i przytulana, bezczelnie żebrząc o cukierki.
Ostatni raz taki spęd takich młodych miałam w Polsce, gdy Misia była nastolatką. I wiecie co? Większa przestrzeń ratuje życie.
Poszły potem poszwędać się po mieście.
Zuzu zadzwoniła z HM-u, że spotkały trzy inne koleżanki. Biedna obsługa sklepu…
– Tylko tam nie wrzeszczcie – ostrzegłam
– Babciu, przecież my jesteśmy dziewczynki – obraziła się
– No właśnie!
Ale zaraz wróciły, bo tamte nie były zbyt miłe i chciały się od nich uwolnić.

Zadzwoniła Żona Kolegi – bo obiecałam, że pomogę jej dostać się do hospicjum.
Pojechałam do szpitala. Ona nadeszła, gdy parkowałam. Sama nie wiedziałam jak i gdzie, ale zlokalizowałam główne wejście i dzwonek. Wyszła pani, wyłuszczyłam w czym rzecz, pani pokazała palcem pod które drzwi podejść, bo tymi nas wpuścić nie może.
Szłyśmy przez miniaturowy ogródek. Fontanny, ścieżynki, pnącza, jakiś inspekt, ławeczki, stoliczki… Teraz jesienne, ale wiosną i latem musi tu być uroczy zakątek w środku, pomiędzy budynkami szpitala.
Pani wyszła, otworzyła nam drzwi i nagle zobaczyłam na łóżku kolegę… Tego się nie spodziewałam. Okazało się, że pokój ma bezpośrednie wyjście do tego ogrodu.
Sam pokój, jednoosobowy. Ciepły kolor na ścianach, zasłonki, obrazki, miękkie fotele.
Telewizor, stolik kawowy… Jak pokój w hotelu.
Po zimnym, pustym hospicjum w jakim leżała moja mama, ten tutaj był ogromnym zaskoczeniem. Przy okazji dowiedziałam się, że w Szwecji jest zasiłek dla bliskich, którzy uczestniczą w opiece nad ludźmi ciężko lub terminalnie chorymi. I nie chodzi tu o opiekę w sensie medyczno-pielęgniarskim. Czyli nie o higienę czy jakieś zabiegi lecz o takie zwykłe trzymanie za rękę, pomoc w jedzeniu itp. Taką osobą bliską nie musi rodzina, może być przyjaciel czy nawet sąsiad. Tylko chory musi wyrazić zgodę.
Osoba bliska może dzięki temu kończyć pracę wcześniej i za te nieprzepracowane godziny dostawać zasiłek. Nie są to wielkie pieniądze, bo podobne jak przy zwolnieniu lekarskim, ale lepsze to, niż nic.
Tu znowu skłaniam się z podziwem dla systemu, który uwzględnia takie rzeczy.
Nie zostałam długo, wzięłam papiery i wróciłam do domu.

Panny posiedziały do 18, a potem trzeba było je porozprowadzać po domach.
Szłyśmy przez Torget, przez most, na Gamla Staden. Gadały wszystkie naraz, śmiały się, wierzgały za długimi nogami, podbiegały, goniły się…Źrebaki. Zapytałam Zuzu jak jest źrebak po szwedzku. Nie wiedziała. Ellie też nie bardzo. Zoe wiedziała. Powiedziała coś, co skojarzyło mi się folblutem (dzięki Joanno Chmielewska). Sprawdziłam potem w słowniku. Föl.
Nad miastem zapadała noc. Na czystym niebie pojawiały się pojedyncze gwiazdy. Od ziemi ciągnął chłód. Rzeka stała gładka jak lustro, drzewa złociły się w świetle ulicznych lamp. Ulice pustoszały. Tylko samochody przesuwały się z szumem omiatając wszystko światłami. Bezszelestnie spadały liście z drzew.

Patrzyłam na to stadko źrebaków i czułam się jakbym w tym dniu obejrzała i początek i koniec życia. Dziwne uczucie.


106. Dzieje się

Ciągle coś.
Zuzu przejęłam w poniedziałek po szkole.
A ponieważ mam dużo roboty, to hohoho jakie miałam plany…
Muszę się wyrobić z raportami wszystkich moich firm, bo 12 listopada przypada termin na tych comiesięcznych i na tych kwartalnych.
A ja 2/10 wyjeżdżam.
A wracam 6/10 w nocy.
A tu ciągle coś.
W jednej firmie pomogłam pogadać Z Polakami, bo chłopaki w sprawie pracy się dogadają, ale ekonomii – to już nie bardzo, a tu zmiany w przepisach.
Potem jeszcze raz trzeba było polecieć, bo chłopaki zgromadzili potrzebne papiery i trzeba ich było zarejestrować. Pani poddała się przy imieniu Ryszard 😀 Więc ja wypełniłam wniosek. A przy okazji zasugerowałam pani, że ktoś jej udzielił nie do końca właściwych informacji i lepiej jakby zadzwoniła i zadała takie pytanie…
Sama byłam ciekawa odpowiedzi, przyznaję, że się panią trochę wyręczyłam, bo ja strasznie nie lubię przez telefon, z nieznanym urzędnikiem, po szwedzku.
Odpowiedź była jednak dokładnie taka, jak się spodziewałam…
Dlatego wyszła konieczność spotkania się z Polakami…
A tymczasem trzeba było zainstalować Zuzu. Zabrać jej ubrania od mamy (gdzie teraz mieszka Yankie), zrobić zakupy, bo dziecko musi mieć co jeść. A jeszcze zagnać do mycia, lekcji i mycia zębów.
We wtorek to myślałam, że zacznę wydajnie pracować… Hahahaha!
Telefony, jakby się wszyscy zmówili. Kończyłam jeden i natychmiast dzwonił kolejny.
Zuzu, cała dumna, przyszła sama ze szkoły i natychmiast trzeba było gnać, żeby ją odstawić do mamy Mela, bo Zuzu u niej ćwiczy na pianinie.
A mama Mela była w biurze gdzie pracuje jej mąż, bo pracują w firmach powiązanych ze sobą.
I tam usłyszałam, że z tymi Polakami to bardzo im pomogłam i oni są tacy zadowoleni. Znaczy – one, właścicielka i ta księgowa. A to mama Mela dała im kontakt do mnie.
Miłe to było. Początkowo się chełpiłam w duchu, potem się zganiłam za zadufanie, potem uznałam, że to super, że czytając szwedzkie przepisy zrozumiałam to, co trzeba i mogłam pomóc szwedzkiej koleżance, która się w tych przepisach lekko pogubiła.
Wyszło na to, że nie wiedziałam, że to jest takie trudne, i dlatego się nauczyłam.
Potem Mama Mela zaproponowała fika (czyli kawę) to nie odmówiłam, bo …no trzeba było. Już dawno mówiłam, że chętnie bym z nią pofikała, ale nie składało się.
Zamieszania między młodymi sprawiały, że fikanie z nią raz traciły, potem odzyskiwały sens.
No ale, przy Zuzu nie chciałam omawiać spraw naszych dzieci…
Więc się tylko pośmiałyśmy z opowieści Zuzu. A ja zobaczyłam moją wnuczkę w zupełnie innym świetle.
Już nie dziecko, a śmiałą dziewczynkę, która pięknie: barwnie i dowcipnie potrafi opowiadać i różnych rzeczach. Po szwedzku naturalnie. I potrafi rozmawiać swobodnie z dorosłymi.
A Papa Mela na widok Zuzu złapał zszywacz, żeby jej dziury w spodniach pozaszywać.
Zuzu ich bardzo lubi oboje.
A oni ją. Tak szczerze, nie z powodu Mela.
Mama Mela przyznała się, że jej ulubioną muzyką jest hard rock.
Wieczorem przyszli Polacy. Opowiedziałam jakie mają opcje, w związku ze zmianą przepisów.
Wczoraj wreszcie było spokojniej. Więc nadrabiałam zaległości.
A tu jeszcze zadzwoniła Litwinka z zaproszeniem na Wielkie Otwarcie ich firmy jubilerskiej. We wtorek za tydzień. W Falkoping.
Dobrze, że po południu, bo eM przecież od poniedziałku w nowej pracy, więc nie ma opcji o wcześniejszym wyjściu czy coś.
Wygląda na to, że będzie mu tam dobrze. Dobra atmosfera, spokojna praca, ale bardzo różnorodna, bo firma robi niewielkie zlecenia dla każdego, kto potrzebuje. Więc nie nudno. A jak się dostanie zadanie to trzeba je wykonać od początku do końca. Czyli wyciąć materiał, zmontować go, wykończyć. Czyli coś, co eM bardzo lubi.

Po tej galopce ostatnich dni, przeprosiłam wczoraj Zuzu i poszłam spać o 20.30.
Odpływałam już pod prysznicem. Czasem tak na mnie wieczorami spada, że nie jestem w stanie funkcjonować. Nawet nie czytałam.
A teraz, zaraz będzie pora się ogarniać.
Zuzu już nie śpi, zjadła swoje płatki, więc jeszcze 30minut może się pogapić w ekran.
A potem-odprowadzić ją kawałek do szkoły (rano jest ciemno i niefajnie mi puszczać ją samą). Potem wziąć Tosię. Nie mogę wziąć ich razem, bo Tośka nie chce iść do domu bez Zuzu (zgubiłaś jedną owieczkę ty głupi człowieku, skaranie z tymi ludźmi, do dwóch nie umieją policzyć, nie pójdę, tu będę czekać, położę się i będę czekać, a ty idź i znajdź owieczkę, albo najlepiej chodźmy razem jej tropem).
I dlatego muszę na dwa razy 😀
Potem siąść do roboty, tylko chyba wyciszyć telefon, czy coś?
Ja proszę: niech się już nic nie dzieje.

A tak. Łotwa wprowadziła ścisły lockdown na miesiąc. I teraz nie wiadomo jak będziemy jechać. Ale Zuzu nie jest w grupie ryzyka z racji wieku, a ja zaszczepiona, więc może jednak pozwolą nam lecieć, przelecieć i wylecieć.
Bo naprawdę nie chcę jechać na Arlandę i stamtąd lecieć bezpośrednio do Tallina. Proszę, nie!


105. Plotki, plotki

Czyli między nami Polakami.

Jest nas, Polaków, tutaj garstka. Nie tak, jak w innych pobliskich miasteczkach, gdzie obsadę niemal całej firmy stanowią Polacy.
Nas tu, w mojej komunie jest niewielu i mieszkamy rozproszeni.
Ale się znamy. Nawet jeśli nie osobiście to ze słyszenia i dowiadujemy się różnych rzeczy, no bo plotkujemy. Tak, ja pewnie czasem też, choć staram się nie.
I tak np. pan X kolegował się z panem Y. Pan X to człowiek, który ze wszech miar stara się być porządnym człowiekiem. Pan Y natomiast jest Gorliwym Katolikiem. Pan X w ramach swojej pracy czasem spotyka się z Bogaczami a ci pytają czy nie zrobiłby im tego czy owego. Pan X polecał wtedy pana Y czyli Gorliwego Katolika. Ale za każdym razem prosił Pan X by praca była nie na czarno, bo on poleca, ręczy swoim dobrym imieniem.
No i ostatnio GK wykonał jakąś pracę… ale odwalił fuszerkę a potem zwlekał z naprawą. Bogacz się wkurzył zadzwonił do Iksa. No bo skoro go polecał… I przy okazji wyszło na jaw, że Gorliwy Katolik nie wystawił faktury. Zaklinał się na wszystko, że wystawi, że to przeoczenie, oddał jakąś część kasy w ramach bonusu… Ale faktura do Bogacza nie dotarła, więc Bogacz do Iksa powiedział, że chyba podejmie kroki w tej sprawie tym bardziej, że pracuje w policji skarbowej… Ups.
Smaczku całej sprawie dodaje to, że Gorliwy Katolik jest gorliwym katolikiem. Pytany czy takie postępowanie nie kłóci się z Dekalogiem (Nie kradnij) odpowiadał, że przecież on się z tego wyspowiada do Najświętszej Panienki a ona mu wybaczy i wszystko będzie okej.
(Nareszcie zrozumiałam, dlaczego im kto większy drań tym gorliwiej lata do kościoła).

Z kolei jedna moja klientka pogniewała się na mnie, bo ją z lekka objechałam, za coś tam… Papierów nie zabrała, ale chyba miała zamiar, bo otwarcie nowej firmy zleciła komuś zupełnie innemu.
Ale miesiąc potem, tłumacząc się mętnie, że chciała mi oszczędzić pracy, poprosiła mnie o przejęcie sprawy, bo jej jakoś z tamtą panią nie po drodze.
Przejęłam, jakby to była całkiem normalna sprawa. Ale mam dziką satysfakcję oraz zajawkę „Acha! Żadnych sentymentów? Okej…” co przekłada się na włączanie licznika.

Inna moja klientka wdała się w romans z facetem młodszym o jakieś 10lat. Przy czym Pani ma lat jakieś 30, a w tym wieku -10lat to przepaść (moim zdaniem). Pani na fali miłosnego uniesienia postanowiła przenieść się z biznesem do innego miasta. Problem w tym, że tam, skąd się wynosi, wynajmowała lokal oraz wyposażenie z dwiema innymi paniami. A pani Zakochana myślała, że sobie odfrunie z dnia na dzień, bez uprzedzania nikogo, zostawiając tylko po sobie nieopłaconą fakturę na czynsz.
Ja się dowiedziałam o jej przenosinach z smsa jakiego wysłała do swoich klientów. Takim samym smsem powiadomiła mnie, że księgową zmienia, też w ostatnim możliwym momencie.

Na koniec rzecz okropna, makabryczna wręcz.
Nasz dobry kolega przy okazji mój klient walczy z rakiem.
On akurat zna wszystkich i wszyscy znają jego. I lubią. Co dziwne akurat o nim nigdy od nikogo nie usłyszałam złego słowa.
Nic więc dziwnego, że temat jego choroby jest przedmiotem rozmów i w zasadzie każde spotkanie między rodakami prowadzi do wymiany informacji a czasem niemal licytacji, kto ma najświeższe wieści. Tym bardziej, że on sam chętnie i obszernie opowiada o swoim stanie.

Ostatnio znowu wylądował w szpitalu… Poproszono mnie o pomoc, poszłam do szpitala z żoną, widziałam kolegę przez chwilę i nie wyglądał dobrze.
Ale mam kontakt z żoną, w piątek mówiła, że chyba jest trochę lepiej, że zaczął wstawać…
Aż tu wczoraj wieczorem dzwoni mój telefon, na wyświetlaczu dawno niewidziana znajoma z sąsiedniego miasteczka. Zaczyna mówić o koledze i mówi w czasie przeszłym „Bo wy się chyba trzymaliście blisko, a ja nie znam nikogo więcej, ale zawsze go bardzo lubiłam…”
Co? O czym ty mówisz?
– To ty nie wiesz? Zmarł…
Ona coś gadała, a ja siedziałam ogłuszona.
Owszem, wciąż się boimy, że przegra, bo walczy od roku…
Ale jak to zmarł? Przecież było lepiej? Dlaczego ja nic nie wiem, dlaczego żona nic nie powiedziała? O matko, może nie jest w stanie, a jest tu sama, od niedawna… Rozpłakałam się.
Przeprosiłam znajomą. Zadzwoniłam do innej, która też blisko z kolegą i jego żoną, ale ona też o niczym nie ma pojęcia…
Wreszcie zadzwoniłam do żony. Nie odebrała.
Po chwili – oddzwoniła. Normalny głos, trochę ciąga nosem, ale brzmi… normalnie.
– Słuchaj… usłyszałam dziwną rzecz i nie wiem… O twoim mężu…
Zaczęłam głupio, bo proste „Czy wszystko w porządku” mi do głowy nie przyszło.
– Powiedzieli mi, że zmarł…
– CO?
Ona jest tu od lata! Nie zna języka. Jeśli ktoś ze szpitala by chciał ją o czymś zawiadomić, to możliwe, że mają mój numer telefonu! Ale to mi do głowy nie przyszło wtedy.
– Przecież ja właśnie od niego wróciłam. Nawet trochę się ze mną przeszedł…
– Uff… znaczy, że będzie długo żył, bo myśmy już mu pogrzeb organizowali.

Oddzwoniłam i do jednej znajomej, i do drugiej, jak najszybciej, żeby plotka nie poszła dalej…

I tak to jest.



104. Superwyż

Superwyż znad Rosji podobno nadciągnął nad Europę już w weekend. Do mnie dotarł w niedzielę wieczorem, co zaskutkowało wielkim pobudzeniem czyli bezsennością oraz… bólem stawów! Zawsze myślałam, że to przy niżu, na deszcz, ale nie.
Poniedziałek wstał pogodny, bezwietrzny.
Oczy miałam jak stare pięciokoronówki lub pięciozłotówki z rybakiem, a w głowie myślotok.
To poszłam na zdjęcia, bo wiem, że w takim stanie ani nie popracuję, ani nie poczytam, ani spokojnie nie posiedzę z robótką i filmem. Sprzątać nie mogłam bo Yankie jeszcze mieszkał ze mną i właśnie kończył swą nocną pracę.
W mieście właśnie zamierał poranny ruch, bo kto miał iść do pracy lub szkoły to poszedł. Było rześko, troszkę marzły mi ręce i żałowałam, że nie wzięłam rękawiczek i czapki.


Moim celem było Limtorget – najstarsza część mojego miasta, która ocalała z pożaru w roku 1849. Jest to niewielka, zaciszna uliczka z placem i pompą, wokół której stoją nieliczne, stare domy. Niektóre z nich powstały w średniowieczu. Niegdyś był tu mały rynek, na którym mieszkańcy sprzedawali wapno a później cement. To jest prawdopodobnie źródło nazwy: cement zwano klejem czyli po szwedzki LIM. A targ/rynek to TORGET.

Ujrzałam, sfotografowałam i wróciłam. Po drodze jeszcze się zagapiłam na budynek, o którym zawsze myślę, że ma niewykorzystany potencjał. Mieszkanie w tej wieży mogłoby być naprawdę super. Póki co, mieszczą się tam jakieś firmy, second hand… ale większość, mam wrażenie, stoi pusta. Aż szkoda.

Jeszcze tylko rzut oka na Torgbron. Na schodkach, po lewej siedzi wędkarz. Siedzi tam regularnie od jakiegoś czasu. Widać nowo przybyły. Ludzie, mieszkający tutaj na stałe, nie łowią ryb w Lidanie. A na pewno nie tu, w mieście, przy ujściu do portu.