123

Dzięki „mailoporadzie” moja ręka ma się zdecydowanie lepiej. Łykam prochy trzy razy dziennie wedle nakazu, opuchlizna zeszła, nawet trochę robótkuję. Oraz powoli zaczynam ćwiczyć.
…a taki miałam dobry pretekst, żeby się od pierogów wykręcić…
Zuzu była. Zabrałam ją we czwartek ze szkoły muzycznej. Byłam z Tosią, która zaskoczona tym, że pozwalam jej węszyć przy każdym drzewku …wcale nie chciała węszyć tylko ciągnęła
– Choć…
– Ale dokąd ty chcesz iść
– Niewiem, ale choć…
– A nie możesz poleżeć na trawie, na śniegu, zawsze fukasz że ci nie daję
– Niechecem, choć…
– Ale czekamy na Zuzu…
Uszy zastrzygły, pytający wzrok
– Zuzu. Przyjedzie Zuzu.
– Gdzie Zuzu?
– W szkole, zaraz wyjdzie…
– Zuzu?! Choć! Zuzu! Idziemy do!
Kręciła się w kółko i szukała Zuzu. A ta jak na złość nie wychodziła i nie wychodziła. No, ale jak wyszła, to się już psa utrzymać nie dało. Skoki, piski, machanie psem (bo to ogon macha psem a nie pies ogonem). Z tej radości trochę miłości spadło i chłopca na rowerze i na wychodzącą arabską dziewczynkę, która naturalnie omal nie umarła ze strachu.
Odprowadziłyśmy Tosię do domu. Dziecko zażyczyło sobie wczorajszego makaronu z ogórkiem. Dobrze, że mi choć ten makaron podgrzać pozwoliła.
A potem poszłyśmy robić listę dla świętego Mikołaja.
Ciuchy, świeczki, kosmetyki… czyli nic nadzwyczajnego.
Wieczorem była pizza, grałyśmy w karty…albo usiłowały grać, bo nie pamiętałam jak się gra w wojnę. Usiłowałam wytłumaczyć zasady gry w Tysiąca, ale chyba było za trudne. Kiedyś do tego wrócimy jak będzie dziadek. Ograła mnie w warcaby. (Wszelkiej maści gry nudzą mnie śmiertelnie, a ponad to przegrywam z kretesem z każdym, nawet najbardziej początkującym graczem).
Zuzu jest zachwycona tym, że ma swój pokój u babci. Kupiłam jej wełniany dywanik w second handzie. Beżowy kocyk-narzuta wzbudził zachwyt i radość. Jeszcze tylko małe lampki… i będzie.
Póki mamy ten jeden dodatkowy pokój, niech będzie to jej pokój.
Ale nim poszła spać ubłagałyśmy mamę, żeby Zuzu mogła być „chora” i nie iść do szkoły.
Ja swoim zwyczajem namawiałam do złego (wiedząc, że po1. Zuzu się nie zgodzi, po 2: że i ja, koniec końców, też powiem prawdę) czyli do tego, by nic nie mówić we czwartek, zawiadomić mamę w piątek rano, że Zuzu źle się czuła.
Mama wiedzieć musiała, bo w szwedzkich szkołach jak dziecka nie ma w szkole i nie ma informacji od rodzica, że jest chore to natychmiast dzwonią z pytaniami. A w dodatku wiedzą do którego rodzica dzwonić, co w przypadku opieki naprzemiennej wcale nie jest takie łatwe… A szkoła to ogarnia bo musi.
Koniec końców zadzwoniłyśmy do Misi czy Zuzu może nie iść do szkoły. Bo się za babcią stęskniła, bo czuje się zmęczona, bo…
Byłam gotowa kupić jej sweterek z listy do Mikołaja, żeby ją zachęcić do pójścia do szkoły, ale nie. Tak bardzo nie chciała.
Mama się zgodziła.
Spędziłyśmy razem przedpołudnie. Ja usiłowałam pracować. Zuzu miała zajmować się tworzeniem – czyli ZPT – bo obiecałyśmy, że nie będzie tkwiła przed ekranem.
W efekcie ani ja nie popracowałam, ani ona nic konkretnego nie zrobiła. Nacięłyśmy papieru, naśmieciły, wylały klej, wypaciały złotą farbę.
A końcowy efekt to taka laurka dla Babci:

Potem przyjechała „bonus mama” i zabrała mi dziecko.

Wieczorem włączyłam sobie „Osiecką”. Serial na Vod TV.
Po czterech odcinkach stwierdzam Wielkie Rozczarowanie.
Film jest płaski jak równina wokół mojego miasta.
Rola Agnieszki – kompletnie nieprzekonywująca.
Wciąż się ktoś w niej zakochuje, wpada w zachwyt, docenia…
Ale dlaczego – to jest kompletnie w tym filmie niewidoczne. Nie ma charyzmy, nie ma wdzięku, nie ma…niczego.
Bazując na tym filmie, jest jedno wielkie pytanie CO ONI W NIEJ WIDZIELI?!
A przecież wiem, że tak była naprawdę, że pod jej urokiem był każdy kto ją spotkał. I to postaci tego formatu jak Przybora, Hłasko czy Okudżawa.
Film to obrazkowa wersja biografii napisanej w stylu:
Rok 19…./maj – bohaterka zdała maturę
Rok 19../pażdziernik – bohaterka zaczęła studia tu i tu
Rok XXX/YYY bohaterka pojechała tu i tam
Rok XXXX/YY bohaterka spotkała Xa
itd…
Szkoda.
A według opinii na filmwebie później ma być jeszcze gorzej…

122. Pierogów nie będzie?

Coś robiłam wczoraj w kuchni, jakoś załapałam łyżkę czy co innego, tak jakoś niefortunnie, że naraz rozbolał mnie kciuk.
No i do tej pory nie puścił. A ból rozlał się też na palec wskazujący. PRAWEJ RĘKI!
Dłoń jest gorąca i napuchnięta, tam gdzie boli.
Zdiagnozowałam u siebie zapalenie przyczepów, co mnie nie dziwi, bo mam z tym problem od kilku lat. Znalazłam też kanał na YT z ćwiczeniami. I okazało się, że to są takie same ćwiczenia jakie zalecił mi kiedyś mój fizjoterapeuta. No ale ćwiczenia to ustąpieniu stanu zapalnego.
Chyba mam pretekst żeby się wykręcić od robienia pierogów w tym roku. Czyli są minusy dodatnie …
No nic, obłożę żelem chłodzącym i poczekam. Ale boli cholerstwo.

Zimno.
Niby tylko -3 ale wiatr. Na spacerze z Tosią wczoraj tak zmarzłam w uszy, że aż mnie bolały. A miałam czapkę! Naciągnęłam kaptur bluzy a na to kaptur kurtki. Grube rękawiczki wyciągnęłam z głębin szafy gratulując sobie przezorności. Bo już parę razy oparłam się chęci wywalania tych naprawdę bardzo ciepłych rękawic/czapek/szalików/butów/kurtek itd. Bo leży w szafie, miejsce zajmuje, kurzem porasta. A teraz jak znalazł.
Butów tych najgrubszych jeszcze nie wyciągnęłam. Moje dziurawe NorthFace’y dają radę muszę tylko założyć ciepłą skarpetę. Buty nie są tak naprawdę dziurawe: przetarła się wierzchnia, czarna siatka i spod spodu wystaje biała tkanina. Wygląda to żałośnie, ale but nadal spełnia swoją rolę, nawet wody nie wpuszcza. A buty są lekkie, miękkie i doskonale przyczepne – więc się nie ślizgam. Mimo to, w razie gdyby jednak się zrobiło jeszcze zimniej mam w szafie bardzo stare Timberlandy. Ze skóry, na grubym kożuchu. Kupiłam je jakieś 10lat temu, na wyprzedaży, za naprawdę śmieszną cenę typu 200koron czy coś. Pochodziłam w nich jedną końcówkę zimy, i kawałek następnej a potem się zrobiło za ciepło. I tak sobie stoją. Jak się zdarzyło, że jechaliśmy na Kinnekulle, na śnieg to je zakładałam. Bo na śniegu mają przyczepność, ale w mieście, gdzie chodniki prawie suche, tylko gdzieniegdzie małe, zdradliwe łaty lodu podstawiają nogę, już się nie sprawdzają. Fik i leżę.
Rozszalała się zima. Może jarzębiny nie kłamały?
Teraz jest już tylko -1, ale nadal wieje. Telefon mi mówi, że odczuwalna -7. No, za chwilę zobaczymy.
Byłam u syna wczoraj.
Bawi się w dom. Kupili z Sebastianem stół do salonu. I krzesła. I lampy. Urządzają mieszkanie w stylu japońskim. Ciemne drewno, kwiaty wiśni, grafiki i canwy w tematyce.
Yankie pokazał mi szafę z zapasami: wszystko sypkie w słojach, poopisywane, ustawione rządkiem… Dzieło Sebastiana. Fiu fiu…
Synek cieszy się własnym mieszkaniem, mówi, że mu się chce, że mu to radość sprawia.
– To może jednak dobrze zrobiłam, że cię wykopałam – zapytałam z nadzieją.
Zamilkł.
– Dobrze – przyznał.
Uff.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się nie martwiła, a co jeśli…
A co jeśli się pokłócą?
A co jeśli Sebastain zwiąże się z jakąś dziewczyną?
A co jeśli…
Odsuwam strachy. Będę o tym myśleć jak się pojawią problemy. Krok po kroku. A na razie nie myśleć o tym… nie myśleć.

Dziś przychodzi Zuzanka i zostaje na noc. Hurra!

121.

To ten czas. Słucham piosenek kojarzących mi się ze świętami. I nie zawsze muszą to być typowe piosenki świąteczne.
Do tej piosenki jest na YT przepiekny klip, a raczej był. Bo komuś przeszkadzało i zniknął. Taka bajka o bałwanku i dziewczynce.
UPDATE: JEST ZNOWU!
Uprzedzam, wyciska łzy. Ale przępiekny jest. Obejrzycie, prosze.


Tę i „Everyday is Christmas” z repertuaru SIA bardzo lubię, bo zawsze przypomina mi się tańcząca Zuzanka. Miałyśmy kilka lat temu takiego Sylwestra… Zuzia tańczyła tylko dla mnie.
Oj stęskniłam się!
Muszę ją zabrać. Kupiliśmy jej łóżko do dawnego pokoju Yankiego.
Jeszcze jakiś dywanik, trochę porządków i będzie gotowe. Ma dziewczynka pokój u babci.
A właśnie.
Zuzia, ilekroć jest u mnie, zawsze mi podbiera jakieś rzeczy. Uwielbia np. mój codzienny sweter, taki którym narzucam się rano, gdy chłodno, zamiast szlafroka.
Uwielbia go nosić, czasem go podkrada do domu pod pretekstem, że zimno.
Dlaczego ten? Bo pachnie babcią.
A tymczasem zima.
Mamy mróz, w nocy spada nawet do -10. Yankie wczoraj podjechał Astrą, żeby go odwieźć do domu. Biedulka znowu stała całą noc na zimnie, biała cała, ale mówi młody, że zapala od pierwszego kopa.
Zaliczyłam więc pierwszą samodzielną, zimową przejażdżkę. Jechałam ostrożnie, przed skrzyżowaniami zwalniałam wcześniej. Choć w mieście ulice są suche na ogół to można się zdziwić.
W weekend, jak się taka pogodna utrzyma pojedziemy Astrą za miasto. Bo dróżki pomiędzy polami bywają oblodzone, zasypane śniegiem. Warto zobaczyć jak się Astra zachowuje w takich warunkach. Tym bardziej, że nie ma opon z kolcami a wielosezonowe.
W miniony weekend byliśmy z Tosią nad jeziorem. Bo chciałam choć trochę słońca zobaczyć. I żeby Tosia pobrykała po śniegu. Podobało się jej. Ale wróciła do samochodu bez protestu.
Wyciągnęłam też aparat po prawie miesiącu.

120. Na naszą równinę…

Napadało śniegu wczoraj. I mamy regularną zimę.
Trzeba Tosię zabrać gdzieś, gdzie będzie mogła się tym śniegiem pocieszyć.
Karma dla seniorów rządzi! Tosia znowu bryka, skacze, biega. Krótko, bo krótko, ale ona przecież nigdy nie była psem wyczynowym. A my cieszymy się tym, że pies jest wesoły i chętny do psot. Tym bardziej, że kilka tygodni temu koleżanka, którą namówiłam na berneńskiego psa pasterskiego, powiedziała że ich pies ma dysplazję bioder. Młody pies! Nie ma jeszcze roku chyba.
Dramat. Dylemat: eutanazja czy operacja, a po niej długa i bolesna rehabilitacja.
Nie wiem co zdecydowali. Nie mam odwagi zapytać, bo mój zapas siły na wspieranie jest dość wyczerpany. Na tyle, że nie mam siły nawet zorganizować jakiejś uroczystości dla Tomka.
A chciałam zwołać wszystkich, którzy go chcą pożegnać na miejscowy cmentarz, na miejsce pamięci czyli Minneslund. Mąż stwierdził, że możemy to zorganizować w przyszłą niedzielę.
Zajmę się tym w poniedziałek.
I tak się dni toczą, jeden za drugiem.
Końcówka listopada to ciężki miesiąc.
Jest ciemno, zazwyczaj deszczowo. Ciężkie chmury leżą nisko, rozjaśnia się około dziewiątej, o czwartej znowu zupełna noc.
Ludzie się pocieszają sztucznym światłem. Miasto się stroi w światło. Choinki, oświetlone drzewa, światła na wystawach, w oknach mieszkań. Te krótkie kilka godzin smutnego dnia wynagradza nam wczesny wieczór pełen ciepłego światła, żywego ognia – choćby tylko od świec. Ale też celebracja tych długich wieczorów. Ciepłe kocyki, miłe kubeczki pełne dobrych rzeczy, miłe filmy…
Tak się ludy północne nauczyły radzić sobie z listopadem i grudniem.
Może dlatego adwent w Szwecji jest radosny? Bo dookoła jest ponuro by poddać się katolickiej presji umartwiania się?
Oczywiście jest to w tej chwili podszyte presją „kupuj, kupuj” …
Black Week-owe powiadomienia doprowadziły mnie w piątek do stanu, że miałam chęć rzucić telefonem o ścianę.
Czekałam na wiadomości od Sary, która robiła zakończenie roku w jednej z „moich” spółek. A tu co chwila mi pika telefon… Więc się podrywam, bo jeśli Sara czegoś potrzebuje: wyjaśnień, dodatkowych dokumentów, cokolwiek… to chcę jej dać to jak najszybciej, bo wiem, że walczy z rozkładającą ją infekcją, a poza tym jej czas kosztuje…
Taka byłam rozłożona w tym tygodniu, że znowu nie miałam siły ani czytać, ani oglądać niczego sensownego.
Netflix zjeżdża coraz bardziej – każdy kolejny serial jaki próbuję oglądać jest popłuczynami po wszystkich innych. Nudne to i głupie do bólu, w dodatku pełne takich wypychaczy, scen, które niczemu nie służą, niczego nie wnoszą, niczego nie zmieniają… I oczywiście są tylko dwa gatunki: albo mroczny kryminał w którym zmęczony życiem detektyw (nie ma znaczenia kobieta czy mężczyzna) dochodzi coraz mroczniejszej prawdy. Albo durnowata komedia…
Polazłam na TVP VOD w poszukiwaniu jakiegoś czegoś… do oglądania. Czegoś co da się oglądać, choćby tylko dla widoków. Czegoś w klimacie Siedliska.
I tak weszłam Nad Rozlewisko.
Czytałam tę książkę i się nią najpierw zachwycałam, potem zauważyłam drobiazgi, które jakoś ostudziły moje zachwyty (Olsztyn to nie są MAZURY!, mówienie o młodszej konkurencji „cipka”).
Ale ostatnio wysłuchałam audiobooka Katarzyny Kalicińskiej gdzie wspominała proces powstawania serialu.
No i wsiąkłam. Obejrzałam całą serię. Bardzo mi się podobało.
Choć gdy się dowiedziałam, że w pierwszej obsadzie Gosię miała zagrać Edyta Olszówka to bardzo żałowałam, że tak się nie stało.
Lubię Joannę Brodzik, ale ona w roli Gosi jest cały czas Ulą z Nigdy w życiu. Poza początkowymi scenami, gdzie przypomina drapieżną Stenkę.
I tak sobie oglądałam ten Dom nad Rozlewiskiem i nagle…
Kurczę, coś znajomego mi mignęło. Potem znowu. Aż jest taka scena…
(z maila do kolegi) „jak pod sklep podjeżdża czerwony TIR. I sklepowa (Elwira?) daje kierowcy wodę, a on zaraz potem odjeżdża… Widać drogę, kościół z drewnianą wieżą, starą stodołę z wielkimi wrotami i wybrukowanym podejściem…
i ZONK! Ja znam ten widok!!  Kiedyś z zimą, pod tymi wrotami tańczyłam menueta (albo coś, co za menueta uważałyśmy) z moją przyjaciółką Gośką. I robiłyśmy „nóżką” …ych…musiałabym ci kiedyś pokazać.
Czekałyśmy po szkole na autobus do Miasteczka, który się spóźniał, a na dworze był mróz. Tańczyłyśmy, żeby się rozgrzać. Miałam niebieską  kurtkę i niebieską czapkę z pomponami na sznurku. Gdzieś koło nas musiała być Baśka, moja siostra. Musiał być rok 1981… Może 1982…”
Zatęskniłam do Warmii, do znajomych miejsc, do poczucia, że to moje…
To se ne wrati.
Jak przyjeżdżam to czuję się obco, choć Warmia wciąż wzbudza zachwyt, ale to już nie moje. Za wiele zmian.
Teraz oglądam Miłość nad Rozlewiskiem i wkurzam się.
Bo to znowu jest serial „wypychacz”. Nic tam nie ma.
Rola Pakulnis wepchnięta na siłę. Tak samo jak motyw księdza i jego matki. Jakie to sztywne i papierowe, nieprawdziwe.
Bohaterowie coraz bardziej odjechani, niemożliwi i nieprawdziwi. A Brodzik coraz bardziej niewłaściwa w roli Gosi.
Oglądam z rozpędu, chyba w zasadzie tylko dla Braunek…
Obejrzę do końca, zacznę sezon kolejny, ale jak dalej będzie to taka wydmuszka to chyba podziękuję. Nie ma na co patrzeć, bo nawet plenerów tam nie ma, tylko cały czas jedno ujęcie panoramy Pasymia z wody. Rozczarowanie.
I tak się te wieczory toczą.
Mam zamówione prezenty dla Misi i Mela. Zaplanowany dla Yankiego. Tylko nie wiem co dla męża i Zuzu…
No, a teraz pora iść i przegonić Tosię.


119. Liczy się to, w co wierzysz

We wtorek, około 23 zaczęłam się układać do spania.
Bez większego przekonania, bo ostatnio sypiałam bardzo źle.
Mościłam się w łóżku, a to tak, a to tak… Tak to trwało jakieś 10minut.
I nagle poczułam, że kręci mnie w nosie. I zaczęłam kichać. Kichałam, kichałam i kichałam. Skończyłam, nabrałam oddechu i znowu seria kichnięć.
Wytarłam nos. Ułożyłam się na brzuchu i zaczęłam zapadać w sen.
Piknął sms.
Wytrzeźwiałam. I bez otwierania wiedziałam jaka to wiadomość. Ale miałam nadzieję, że się mylę.
Była 23:20
„Tomek odszedł o 11”.
Więc jednak dał mi znak…

117. Odchodzenie


  • – Zobaczymy jak tam jest

Głos ma słaby, tak, że chwilami nie rozumiem co mówi, mimo że nachylam się i odruchowo nastawiam to lepiej słyszące ucho.
– Gdzie? – pytam, bo nie wiem co powiedzieć
Przez twarz przelatuje cień uśmiechu
– No wiesz… TAM
– No… zobaczymy… Dasz mi znać?
– Dam. Umówimy się na jakiś znak.
– Jaki?
– Nie wiem… Wymyślimy.

Muszę więc wymyślić.
Może coś w Astrze, bo przecież to on miał się nią opiekować?
A może coś zupełnie innego?
Nie mam za wiele czasu na myślenie…

116

eM na wyjeździe melduje mi okropne rzeczy.
Że nikt mu nie powiedział, że ma sobie wziąć pościel do spania – i nie chodzi o bieliznę lecz o kołdrę i poduszkę.
Praca na podwórku – nawet w lejącym deszczu. A ona tam spawa, więc jest podłączone do prądu, który go kopie.
Praca w tych od 5:30 do 19:30!
Wczoraj rano, po ciemku, wpadł do jakiejś niezabezpieczonej studzienki po pas w wodę. Cud, że sobie rąk nie połamał, ale poobijał się bardzo.
To jakaś nienormalna firma! I nienormalni ludzie tę pracę przygotowali.
W poniedziałek był załamany i wściekły, bo mówił, że nie jest pewien czy da radę.
A ja się martwię, że się od tego rozchoruje.
Kurde no.
Wysyłając go do takiej roboty to powinni mu powiedzieć co i jak i zapytać czy chce i czy da radę. Co by nie mówić, to jednak on jest facet prawie sześćdziesięcioletni.
Zaczynam myśleć, że może jednak zrobił błąd zmieniając firmę. Owszem te wyższe zarobki mają znaczenie, ale tam miał stałe zajęcie, niezbyt ciężką fizycznie pracę a szefowie, nawet ci nowi, wiedzieli, że jest po kilku operacjach, że nie jest zdrowy i liczyli się z tym.
Inna rzecz, że tamta firma to jest ewidentnie równia pochyła.
Rotacja pracowników coraz większa, zarobki stoją w miejscu, coroczne podwyżki już nawet nie pokrywają się z inflacją, a do pracy przychodzi coraz bardziej podejrzany element – narkomani lub ludzie po wyrokach lub i jedno i drugie…

Poszłam wczoraj do second handu. I znowu kupiłam wełnę. Tym razem dwa kłębki po 95gr każdy za 25kr. Wełna była nie barwiona, czyli taka w kolorze ecru. A ja se wymyśliłam, że do tych kłębków w odcieniach czerwieni potrzebuję coś żółtego – dlatego tak latam do tego szmateksu. Ale wzięłam tę ecru, bo może jednak…I nagle BĘC! Przecież mogę sama ufarbować. Kurkumą.
Najpierw wzięłam po kawałku nitki. Wlałam wody, wsypałam kurkumy „na oko”, wsadziłam nitkę. Zabarwiła się na piękny „kaczuszkowy” żółty. A ja już wyczułam zabawę… A co, jak bym np. wsadziła w paprykę..? Nie miałam zwykłej, czerwonej tylko ostrą. Kolejny kawałek nitki… A w herbacie? A w mieszance papryki z kurkumą? Czego jeszcze mogę użyć do farbowania wełny?
Wypłukałam nitki rozwiesiłam na kaloryferku łazienkowym. Piękne były, to cykłam fotkę starym telefonem.
Pierwsza z prawej to kurkuma, potem herbata, potem kurkuma z papryką, na końcu sama papryka (ostra).

Poszłam do sklepu, kupiłam zwykłą czerwoną paprykę.
Potem na nogach od krzesła przewinęłam kłębki na motki i zaczęłam farbowanie. Pomyślałam, że na zimno to mi się słabiej kolor utrwali, więc podgrzałam wełnę do wrzenia. Wcześniej poczytałam, że można. Bo wełna filcuje się się nie od temperatury, a od ubijania czyli prania w pralce na wysokich obrotach.
Na koniec dodałam octu a po czasie potrzebnym na zjedzenie makaronu zapiekanego z pomidorkami i mozzarellą, zaczęłam płukać i suszyć.
Kolory mnie troszkę zawiodły.
Pierwszy z prawej to papryka, potem jest kurkuma z papryką, na końcu- kurkuma.

Zdjęcie tego nie pokazuje, ale kurkuma z papryką jest ciemniejsza, ale żółta. A ja chciałam efekt żółto-czerwony. Coś w rodzaju pomarańczowego, ale z nutą żółtego. Więc chyba wsadzę ten motek jeszcze w samą paprykę i zobaczymy.
Wkręciłam się w to farbowanie metodami naturalnymi…
Na portalu, gdzie kupuję włóczkę, na ich blogu znalazłam kiedyś wpis o farbowniu przy pomocy słońca.
Wsadzasz włóczkę do słoja, wsypujesz barwnik, wlewasz wodę i stawiasz na słońcu na jakiś czas. No, ale w listopadzie, Szwecji to niewykonalne.
Ale na przykład dowiedziałam się, że gdy się chce uzyskac kolor zielony, to można użyć liści brzozy. Z tym, że w zależności od miesiąca czyli stopnia dojrzałości tych liści – kolory będą się różnić.
Natura jest jednak niesamowita!
Jest tylko pewien problem z ta kurkumą.
Płukałam, i płukałam i płukałam, a woda wciąż była żółta. Jak zrobię sweter i go wypiorę, to czy nada wszystkim kolorom odcień żółty?
To idę pomoczyc motek w papryce. Co wyjdzie – zobaczymy.

115

Nareszcie zdrowa. Albo prawie zdrowa. Bo wczoraj głos jeszcze miałam nosowy, ale suchy. I pozadzierany od chusteczek.
Byliśmy w Borås w polskim sklepie. Na e20 roboty, co chwila zwężenie, i ograniczenie do 50km. Ale za dwa lata będzie wreszcie dobra, szeroka droga. Jechałam w drodze powrotnej kawałek, ale źle ustawiłam fotel – za blisko – i złapał mnie skurcz w stopie.
eM musiał mnie zmienić.
To jest problem z tą moją jedną nóżką, co ją mam bardziej. Jak ją ustawię pod złym kątem to zaczyna boleć jak głupia i nie uspokaja jej zmiana pozycji.
Ale powoli przywykam do Volvo. Na przykład do tego, że choć ma naprawdę mały silnik to przyspieszenie ma niezłe. I od 60 do 80km/h wskakuje momentalnie. No i idzie gładko, jakby się ślizgał. Astra, mimo naprawy cacka z dziurką, wciąż nieco wierzga, zwłaszcza jak jest zimna. W Volvo podoba mi się jeszcze i to, że ma taki wskaźnik pokazujący czy jadę ekologicznie czy nie. Dobrze to robi na samopoczucie.
No dobra… może to nie jest taki zły samochód. Choć i tak nadal wolę moją Astrę. To że jest taka malutka. Nie lubię tylko tego, że muszę się nią dzielić z synem. Ale Yankiego póki co nie stać na kupno samochodu, a do pracy ma daleko, a pracuje w nocy, więc mu pozwalam brać. Najwyżej czasem muszę ją zabrać od niego spod domu jak ostatnio.
Normalnie wstawia samochód do garażu, ale tego dnia, kiedy ja akurat potrzebowałam, nie wstawił, bo późno skończył, bo pracował na nogach i był wykończony.
A tak. Wynajęłam Astrze garaż i to ciepły. Taka jestem burżujka. Ale pomyślałam, że jak postoi na parkingu w zimę: w soli, w deszczu, mrozie…to będę z nią miała kłopoty.
To jest staruszka, trzeba o nią dbać.
Yankie już się zainstalował u siebie w mieszkaniu.
Urządzają się razem z Sebastianem, widać jak się obaj cieszą mieszkaniem. Samo mieszkanie: piękne. Dwie podobnej wielkości sypialnie: kwadratowe i ustawne, z wielkimi szafami. Do tego salon, też niczego sobie i piękna, duża, funkcjonalna kuchnia. Na podłogach parkiety. W łazience kafelki i ogrzewanie podłogowe, oraz kabina prysznicowa.
Taki standard to luksus w mieszkaniach wynajmowanych. Zazwyczaj na podłogach są byle jakie panele w sypialniach , a w kuchni i łazience gumoleum. No, ale ten luksus przekłada się na cenę czynszu. Płacą prawie 10 tysięcy koron. To dużo – bo prawie połowa zwykłej pensji.
Póki co chłopaki się urządzają i cieszą.
Rozmawiałam z siostrą Sebastiana, która stwierdziła, że dla jej brata lepiej jak nie będzie mieszkał sam.
Yankie dopiero teraz, niedawno, powiedział mi, że jak mieszkali razem w Sztokholmie, to Sebastian wpadł w taką depresję, że nie miał siły wstawać z łóżka.
Czyli trafił swój na swego.
Yankie, po tygodniu czy dwóch mieszkania samotnie u siostry też nie wyglądał najlepiej. Zostawiłam go samemu sobie – nie dzwoniłam, nie zachodziłam. Już wiem, że nie mogę go tak zostawiać. Muszę pilnować i w razie czego wywlec z dziury w jaką wpada.
Może teraz będą się wspierać? Oby…
Wczoraj wieczorem była u nich Misia i Mel. Ciekawa jestem rezultatu…
Jeśli wszystko poszło tak, jak miało, to kto wie… Może czeka mnie w grudniu-styczniu wyjazd do Hiszpanii? Zobaczymy.
Póki co – zostaję sama od jutra. Em wyjeżdża w delegację. Będzie pracował na budowie. Ale nie jako murarz! Będzie coś tam spawał. Mnie to średnio cieszy, bo listopad to nie jest dobra pora do pracy na zewnątrz, zwłaszcza dla kogoś kto nie jest całkiem zdrowy. No ale jest na okresie próbnym, więc nie bardzo mógł odmówić.
Nowa praca…
Dziwnie jest. Bo na przykład wypłatę dostaje co dwa tygodnie. I dla mnie to stres, bo muszę ja przetrzymać do następnej wypłaty, zebrać do kupy i popłacić rachunki. A mój mąż ma lekką rękę do wydawania kasy, bardzo lekką. Zapali się, zachwyci czymś i kupuje. Fakt, niby mnie pyta, ale ja mu nie odmawiam, co najwyżej sugeruję, że może nie teraz, może nie konicznie potrzebuje… Ja oglądam, wzdycham i najczęściej stwierdzam „eeee tam, przecież wcale nie potrzebuję, mam to co mam, jeszcze dobre, nie wyrzucę przecież, na co mi kolejna rzecz…”
eM narzeka też na warunki socjalne: automaty do kawy serwujące kawę naprawdę kiepską. Brak okien na hali i stołówce – w poprzedniej firmie miał widok na jezioro. Brak parkingu pod firmą. Kiepskie toalety i natryski. Na to, że ubrania trzeba sobie prać samemu – w firmie są pralki, proszek, ale ostatnio ktoś zostawił mokre pranie i tak sobie leżało w pralce i śmierdziało.
Z drugiej strony załoga jest mieszana: są Szwedzi i są cudzoziemcy, może dzięki temu łatwiej wszedł w towarzystwo?
Ale oczywiście jak wraca muszę wysłuchać mieszanki narzekań i opowieści śniadaniowych. Bywa ciekawie. Czasem mnie to niecierpliwi, zwłaszcza jak siedzę nad pilną robotą, a ten musi się wygadać, ale czasem bywa zabawnie.
Wczoraj eM stwierdził, że w najbliższych dniach będę jak doktor Dolittle: będę gadać tylko ze zwierzętami. W duchu westchnęłam:oby!
Wiem, że pracy czeka mnie w tym tygodniu wiele, bo trochę się działo podczas mojego wyjazdu, a trochę po prostu poodkładałam na ten czas. Bo wcześniej nie mogłam sie tym zająć. Teraz trzeba. A tymczasem muszę dokończyć rok u jednego klienta, bo 1 grudnia musi mieć złożone raporty roczne. Miałam na to pół roku! Ale… jakoś nie spostrzegłam, że ten czas tak poleciał. Dopiero był lipiec! A tu nagle połowa listopada.
Na Torget znowu budują lodowisko. I znowu palą się lampki na drzewach, i świąteczne dekoracje. Kupiłam sobie ledowy łańcuch i włożyłam do lampionu w przedpokoju. I namawiam eM do wystawienia naszego drzewka ze światełkami na balkon.
Tak powoli idziemy w stronę świąt. Miasto ubiera się w światła, bo dzień krótki. Gdy pogodnie, co rzadko, złota godzina trwa cały czas. Gdy pochmurno – panuje zmierzch.
Taka pora roku, kiedy płacimy za te cudownie długie, słoneczne dni.

114. Tallin

Tallin nocą, w deszczu. Z telefonu. Zaskoczyła mnie jakość tych zdjęć. Może jednak telefonem da się..?

Zuzu w średniowiecznej knajpie wcina wielkie żebro jakiegoś zwierza. Zuzu lubi mięsko!

Tallin za dnia

Jak w „Tales from the Loop”

Podsumowując: Tallin i Ryga to piękne starówki. Nie na darmo obie są na liście UNESCO. Ale poza starówkami, widać pozostałości minionej epoki, zwłaszcza na Łotwie.
Gdy się jedzie pięć godzin autobusem można zobaczyć obejścia, w których czas się zatrzymał jakieś pięćdziesiąt lat temu. Można by myśleć, że to po prostu ruinka, ale suszące pranie, kwiaty w oknie sugerują, że ktoś nadal tak mieszka…
Przy wyjeździe z Rygi, w ostatniej chwili, złapałam przez zalane deszczem okno taki oto widok:


Czuję niedosyt. Bo właściwie przebiegłam przez oba miasta, pod czyjeś dyktando, bez czasu na powolną i spokojną wędrówkę, zaglądanie w zakamarki, odkrywanie detali. Nie potrafię fotografować z marszu, w biegu.
Chciałabym wrócić. Sama lub z kimś, kto też fotografuje lub przynajmniej rozumie tę potrzebę.
A teraz wychodzę, mam nadzieję, z paskudnej infekcji. Dzięki różnym wspomagaczom skończyło się na potężnym katarze, katarze-Niagarze, ogólnym rozbiciu i stanach podgorączkowych. A pracować trzeba…
Ale chyba wreszcie idzie ku lepszemu.