107.

Córcia wczoraj zaliczyła egzamin z jazdy i została pełnoprawnym użytkownikiem dróg. O czym donosi dumna mamusia.
Teraz szuka samochodu…
ych… uśmiecham się… jak to życie weryfikuje poglądy.

Jak kupiłam samochód na kredyt dziecko rzekło „Ale wiesz, że jeśli musisz na coś brać kredyt to tak naprawdę cię na to nie stać”.
Nie przyszło mi wtedy do głowy zapytać ją czy takim razie stać ją na nowego IPhone co dwa-trzy lata…
Potem zaczęła się uczyć jeździć.
I ciągle gadała, że ona to chce samochód elektryczny.
I całkiem nowy.
I w leasingu, bo to najwygodniej.
Teraz ogląda benzyniaki, kilkuletnie i na kredyt.
Na czym stanie – zobaczymy.

Póki co wyboru za bardzo nie ma. Bo rynek nadal nadal kiepski, w dodatku małe samochody, zwłaszcza nowe, cenowo nie ustępują tym większym.W dodatku ona chce konkretną markę, konkretny model. Wszystkie inne są „nudne”. Mały, bo w mieście mały jest praktyczniejszy. Takie…skrzyżowanie roweru z wózkiem na zakupy.

Yankie wyłazi z paskudnej infekcji. Został mu kaszel i prawie stracił głos.
Znowu spada mu forma.
W pracy go chwalą… ale na umowę na stałe to jakoś nie ma wpływu. Od ponad roku tylko mu przedłużają umowę na kilka miesięcy.
W dodatku podwyżki żywności i energii trzepnęły go kieszeni. A od stycznia w górę idą czynsze o jakieś 10%. Chłopaki zaczynają myśleć o wynajęciu tańszego mieszkania, ale czarno ja to widzę, bo w tej firmie gdzie wynajmują (i ja też) okres oczekiwania już jest dłuższy niż 4 lata. A oni stoją w kolejce rok. Jedyna szansa, że ktoś się zechce zamienić, bo mu będzie zależało na lokalizacji w centrum.

A ja…
Znowu chyba nie zrozumiałam jakich reguł.
Słuchałam fajnego podcastu. Potem go zgubiłam. Potem znalazłam wraz se stroną autorki, która miło zapraszała do zapisania się do newslettera. Zrobiłam to. Dostałam maila, osobistego bardzo w moim odczuciu. Na końcu była prośba żeby odpisać. Odpisałam, pochwaliłam się do czego zainspirował mnie podcast. Zapytałam o zdarzenie o którym wspomina na swojej stronie. Autorka odpisała… Podziękowała za zainteresowanie, pochwaliła pracę, zasugerowała jakieś poprawki.
Podziękowałam grzecznie, obiecałam że się poprawię, ale nie wiem czy we wszystkim co sugeruje. I zadałam kolejne pytanie z gatunku osobistych.
Pisałyśmy wieczorem, potem wcześnie rano. Ja odpisałam o 4. Ona do mnie o 5. Używałyśmy formy bezpośredniej czyli Ty. Zapytałam dlaczego nie śpi o 5 rano. To było to pytanie osobiste.
Odpisała w formie „Pani” pomijając pytanie osobiste, że oczywiście ostateczna decyzja jest oczywiście moja.
I zgłupiałam.
Yyyy…
Czy ja ją czymś obraziłam? Czy w ogóle powinnam była odpowiadać na newsletter mimo zaproszenia „NAPISZ DO MNIE”? Czy powinnam była zadawać pytania osobiste, ale dotyczące treści ujawnionych na stronie?
Czy mimo nieoficjalnej formy w jakiej ona pisze w newsletterze, powinnam i ja takiej samej używać?
Dodam, że pani jest w dziedzinie, która mnie mocno interesuje, dobra. Jej podcasty wkładają mi do głowy wiele rzeczy. Nie chcę się na nią obrażać, bo widzę, że mogę się od niej wiele nauczyć. Zakładam, że czegoś nie zrozumiałam… Albo może moje któreś zdanie zabrzmiało niegrzecznie?
Co byście zrobili?

PS.
Napisałam maila.
I dostałam odpowiedź. Z nieuwagi, bo dostaje dużo maili.

Jestem przewrażliwiona …Na to nie wpadłam. Jak zawsze gdy odpowiedź jest najprostsza…

106.

Czasem jest, że idę na spacer z Tosią, nie biorąc aparatu i potem żałuję, bo światło, kolory…
Więc tydzień później idę w to samo miejsce: pogoda podobna, pora podobna, co ma nie wyjść?
No i nie wychodzi…
Za ciemno, za jasno, znikły ostatnie liście.
Jak zawsze ostrość pozostawia wiele do życzenia, nie wiem czy nie umiem ustawić pola ostrości, czy naciskając guziczek poruszam aparatem…

A czasem, jedziemy na stare, znane miejsce. Wezmę aparat z przyzwyczajenia, nie spodziewając się niczego. I o.

105.

Tak sobie konwersujemy z rana. Zuzu i ja.
Proszę zwrócić uwagę na niezwykłe błędy. Bo przepraszam przez SZ to każdy jeden potrafi napisać. Ale MOSZE zamiast MUSZĘ oraz BENDE zamiast BĘDĘ to już wyższa szkoła jazdy.
Dziecko chowane za granicą. Ale w sumie i tak cud, że w ogóle chce pisać po polsku i że na tyle możliwości zrobiła tych błędów tylko trzy.
Język polski ma w szkole, raz w tygodniu, jedną godzinę. Mówi, że nudno jest, że nie chce, ale tu akurat zgodni jesteśmy wszyscy i polska i szwedzka rodzina: ma chodzić. Bo język ojczysty jest po prostu jeszcze jednym językiem. I dobrze, żeby władała nim równie sprawnie jak angielskim, szwedzkim czy hiszpańskim.
Nawet nie chodzi o narodowość, ale o to, że to po prostu kolejna umiejętność.
Dlatego ją z uporem maniaka poprawiam, gdy robi błędy.
Troszkę ją to deprymuje, ale tłumaczę, że ma prawo nie wiedzieć, że to normalne dla kogoś kto mieszka za granicą, ale jak nikt jej nie powie, to skąd ma wiedzieć, że to błąd. A pisanego polskiego najwięcej używa chyba w kontakcie ze mną.
Na szczęście nikt w szkole nie wpada na pomysł urządzania jakichś nawiedzonych akademii ku czci i nie uczy przestarzałych wierszyków o ginięciu za ojczyznę.

To tak w nawiązaniu do tematu u koleżanki blogowej.

104.

W piątek otrzymałam drugą wnuczkę.

Było tak: Misia zapytała czy mogę odebrać Zuzu ze szkoły wieczorem, o 20 bo mają Halloween Fest czyli zabawę Halloween. No i czy Zuzu może zostać u mnie potem, bo bardzo by chciała.
Ja też bardzo chciałam.
Pojechałam pod szkołę, wysłałam dziecku panience sms, że jestem.
Ciemno było dookoła, na podwórku szkolnym kręciło się kilkoro dzieciaków, a każde ubrane na czarno. Niby były lampy, ale jednak nie az tyle, bo rozpoznać, kto jest kto.
Zuzu zapytała czy już ma wychodzić.
Zadzwoniłam, bo to głupota rozmawiać przez smsy.
A nie było jeszcze dwudziestej.
– Nie musisz się spieszyć, poczekaj sobie do końca jak chcesz – powiedziałam.
Ale Zuzu stwierdziła, że właściwie to już nic się nie dzieje i ona już idzie.
Ale. Ojej. Plecak ma u Ellie – swojej najlepszej przyjaciółki. No to ona zapyta Ellie czy też idzie, i jak coś to wyjdą razem i pójdą do Ellie do domu, a potem Zuzu przyjdzie do mnie.
Oooo, tak to nie będzie.
Ellie mieszka blisko szkoły, właściwie niemal po drugiej stronie, ale obok jest park, no i ciemna noc… Nie ma mowy żeby poszły same.
Tym bardziej, że przed zaledwie paru godzinami i ja i Misia się zdenerwowałyśmy, bo ojciec Zuzu i jego żona uznali, że nie ma nic złego w tym, by dwunastolatka sama szła przez ciemne miasto na dworzec, sama jechała autobusem oraz sama szła przez kolejne ciemne miasto do domu. W piątek. Po godzinie dwudziestej!
Przy okazji wyszło na jaw, że Misia nic nie wie o tym, że Zuzu sama chodzi na zajęcia sportowe w niedzielne wieczory (gdy jest u taty).
Zrobiła się mała aferka. Moja córka pierwszy raz w życiu użyła słowa na K. (w każdym razie ja pierwszy raz usłyszałam).
No a teraz miałaby iść same, po ciemku..?
Nope.
Zamknęłam Malutka, którego też czasem w myślach nazywam Rowerem z racji gabarytów, i zaczęłam czekać na dziewczyny.
Jak wyszły dwie, niemal dokładnie takie same to od razu wiedziałam, że któraś z nich jest moja. Pytanie: która?
Dopiero baczniejszy ogląd uświadomił mi, że ta z prawej ma włosy do ramion i dłuższe nogi. No to moja to ta po lewej. I wyciagnęłam ręce.
– Nie wiedziałam która to ty – powiedziałam do Zuzu. (Po szwedzku oczywiście).
– Wyglądamy tak samo! – ucieszyła się. Ellie się tylko zaśmiała.
– Babciu, no to masz BONUS BARNBARN (dodatkową, bonusową, wnuczkę) prawda Ellie?
Ellie nadal się śmiejąc przytaknęła.
No to przytuliłam i moją bonus wnuczkę, bo od takie przybytku głowa nie boli przecież…
I tak zostałam babcią drugiej wnuczki.

W sobotę przed południem pojechałyśmy z Zuzu na zakupy do sklepu dla hobbystów, o którego istnieniu nie miałam pojęcia! A czego tam nie było! Ojejej… Nie było wzorów do FPP oraz wzorów do tkania na tabliczkach. Poza tym było chyba wszystko.
Nabyłam odblaskową nitkę, by ją sobie wpleść w czapkę.
Zastanawiałam się na odblaskową krajką, wybrałam zamiast tego taśmę do naklejania, ale już wiem, że to nie był dobry pomysł. Wrócę po tę krajkę. Tym bardziej, że jest czerwona, więc naszyję ją sobie na kurtkę.
A wieczorem robiłam za kierowcę dla Misi i Mela bo jechali do znajomych i chcieli się napić alkoholu…
Zadzwonili o 22, żeby już ich zabrać.
Wyszli zupełnie trzeźwi, więc im powiedziałam, że to już oficjalne: są starzy.
Mel powiedział, że tak, że oni są już „bardzo, bardzo gamla(starzy)”.

Niedziela przyniosła zmianę czasu. Pojechaliśmy do Borås do sklepy polskiego. Vlad pojechał z nami.
Potem spacer z psem…
I tak zleciał ten weekend.

We czwartek byłam u Gullsum. Była tez Sonja. I było super fajnie. Jak ja dawno nie gadałam tak swobodnie o typowych babskich sprawach. O facetach, o seksie, o braku ochoty na niego, o grze wstępnej, która zaczyna się wraz z przebudzeniem. O starzeniu się, pielęgnacji urody, o miłości, menstruacji, menopauzie… O pracy, pieniądzach i zabezpieczeniu na wypadek, gdy…

I byłby to dobry czas gdyby nie to, że w zasadzie od początku października głowa emituje każdy możliwy rodzaj bólu jaki poznałam i mimo zaciskania zębów i trzymania się nie daję rady funkcjonować bez prochów. Bo boli bez przerwy.

Dziś rano, pierwszy raz w życiu błogosławiłam zmianę czasu. Bo po wyrwanych kilku godzinach w nocy z powodu bólu, który nie chciał ustąpić, zaspałam i obudziłam się koszmarnie późno. Takie miałam uczucie gdy otworzyłam oczy. Ale na zegarku nie było jeszcze nawet ósmej.

Kolano też boli. Czasem bardzo. Czasem mniej.
Czasem mam wrażenie, że składam się wyłącznie z bólu.
I jak mówi jeden mój klient: teraz tak będzie coraz częściej.

103. It’s a rainy day…

Jest taka pioseneczka o deszczu:


Okazuje się, że nie tylko ja go lubię.
Wczoraj był taki deszcz jaki lubię najbardziej: taki drobny kapuśniaczek, prawie mgła. W powietrzu powyżej 10stopni, więc ciepło. I bezwietrznie.
Poznikały wszystkie przestrzenie, świat się otulił srebrzystą, miękką mgłą.
Wzięliśmy Tosię na spacer na pobliską plażę. I o dziwo: pieskowi nie przeszkadzał nawet deszczyk. I protestowała, swoim zwyczajem, przed powrotem do domu. Cudowny Onsior! Tabletki, które sprawiają, że mój piesek odzyskuje radość życia.
Przestałam się opierać i daję jej tabletkę co dzień.
Aparat trzymałam pod kurtką, wyciągałam tylko na chwilę, choć i tak wiedziałam, że całej urody deszczowego świata oddać nie zdołam.

A na obiad była babka ziemniaczana.

102

Zrobiłam sobie czapkę. Czapka jest podwójna. W środku turkusowa wełna z jedwabiem. Z wierzchu alpacka+wełna+poliamid (szary Drops sky, resztka od swetra) oraz wełna+tencel (kolorowa, cieniowana). Do pompona wsadziłam odrobinę wściekle różowego akrylu.
Jestem z siebie dumna, bo to moja pierwsza czapka, która nadaje się do noszenia.
Zobaczymy, czy wiatr nie będzie przewiewał.

A jakbym tak wydziergała getry dla Tosi?

101

Tosia wczoraj, po raz pierwszy życiu, poprosiła o powrót do domu. Tu, na tym zdjęciu, właśnie stoi i pokazuje sobą, że ona dalej nie idzie.
I po raz pierwszy, po spacerze bez protestu wsiadła do samochodu.
A było ciepło, prawie bezwietrznie, las i leśne zakamarki.
Martwię się.

100

We wtorek powiedziałam Litwince:
– No bo mnie wkurwiłaś
A ona się roześmiała i odparła:
– Ty też mnie czasem wkurwiasz.

Jakaś część mnie wciąż się boczy, ale próbuję nie być małostkowa. Zwłaszcza w sytuacji gdy ktoś inny okazał się szlachetny.

We czwartek moja córeczka zdała egzamin z teorii. W ten sposób jest w połowie drogi do prawa jazdy.
Egzamin z jazdy za 3 tygodnie, mniej więcej.
A potem córeczka wyruszy na podbój świata autem w prywatnym leasingu. Auto ma być całkowicie elektryczne. Dziecko wybrało Fiata 500 z takimi śmiesznymi „pół-drzwiami”. Nie, no umowy jeszcze nie podpisała, bo nie chce zapeszyć.
Ciągle zapominam ją zapytać, czy kolor też wybrała. A przecież każden jeden wie, że kolor w samochodzie to rzecz najważniejsza.

A potem zaczęła mnie boleć głowa.
I nie przestała do wczoraj wieczór.
Migrena gigant. Coś było w powietrzu bo narzekała i moja koleżanka, i jeszcze jedna, i dwie klientki.

Jesień jest piękna tego roku. Słońce, dość ciepło. Ale sucho. Znowu jest koszmarnie sucho.

A w grudniu firma w której pracuje eM obchodzi jubileusz. I z tej okazji zaprasza swoich pracowników na Julbord na prom Goeteborg- Kilonia. Autobus zabierze ludzi spod firmy i zawiezie do portu w Goeteborgu.
Najpierw będzie uroczysta kolacja, potem można się bawić ile się chce. A potem doczołgać do kabiny i przespać. Będzie na to czas, bo prom płynie 14 godzin. Późnym rankiem prom dobije do Kilonii i towarzystwo pójdzie na Jarmark Świąteczny. Po czym wieczorem wrócą na prom, znowu zjedzą wspólną kolację a potem kto będzie miał siłę to poimprezuje. A kto nie – pójdzie spać. By znowu późnym rankiem dobić do portu i autobusem wrócić do domu.
A potem się okazało, że zaproszenia są dla pracowników z osobą towarzyszącą.
Jechać? Nie jechać?
Nowe miasto, nowe widoki. Niemieckie Jarmarki są podobno przecudne.
Ale 16 godzin w jedną stronę!

Nie, no… oczywiście, że jechać.

I tyle aktualności.

99. Osioł

Osioł i jego cień – Konstanty Ildefons Gałczyński

Teatrzyk Zielona Gęś


ma zaszczyt przedstawić
bajkę Ezopa


„Osioł i jego cień”


Podróżny
(na Ośle, za plecami Właściciela, od którego Osła wynajął jako środek lokomocji): Słońce w zenicie. Ani jednej chmurki. Ani jednego drzewa na horyzoncie. Gdzie tu, jak tu odpocząć? (zamysla się) Wiem. (każe wstrzymać Osła jego Właścicielowi i układa się na spoczynek w cieniu Osła)

Właściciel:
Ach, ty spryciarzu, won natychmiast z tego cienia, ten cień jest dla mnie. Ja wynająłem osła bez cienia. (usiłuje ułożyć się w cieniu Osła)

Podróżny:
Precz, łachudro, chałwiarzu! Jeśli ja wynająłem osła od ciebie, to znaczy się ze wszystkimi możliwościami, czyli i z cieniem. Nie ruszę się z miejsca. (nie rusza się z miejsca)

Osioł:
(korzystając z zamieszania, rusza się z miejsca i – lekki – znika na horyzoncie)

Morał
CZASEM O BYLE CIEŃ
CZŁOWIEK MA ŻAL DO CZŁOWIEKA,
A ŻYCIE JAK OSIOŁ UCIEKA.


K U R T Y N A

Konstanty Ildefons Gałczyński
1950

Dziś nauczyłam się, że niektórzy są mądrzejsi niż ja.
Tak mi dobrze, że dobrze mi tak.