115. Tosia

Mijają trzy tygodnie odkąd Tosia dostaje leki na niedobory hormonów tarczycowych.
To zadziwiające ile może zmienić jedna mała tableteczka.
Zmienia się wszystko błyskawicznie, aż się zastanawiam czy dawka nie jest za wysoka.
Przede wszystkim nastrój.
Mój pies znowu psoci! Znowu jest namolny, domaga się uwagi, lata pomiędzy pokojami, a gdy wracamy do domu – podskakuje. Na spacerach nie wlecze się z tyłu za mną. Nie ma też tego szarpnięcia smyczą i wzroku pełnego wyrzutu gdy się zagapię i pójdę za szybko. Teraz ona idzie przodem, teraz to ja ją hamuję (znowu) bo nie nadążam, zwłaszcza na oblodzonym chodniku.
Jest znowu zainteresowana wszystkim dookoła, ale nie ma takich zawiech, że stanie, patrzy w przestrzeń jakby pierwszy raz w życiu widziała człowieka.
W nocy bywa że marznie, widzę to i czuję, jak się wierci, jak chowa łapki pod siebie. Ale myślę sobie, że może to wina futra, które wciąż jeszcze nie odrosło tak, jak powinno. Nadal jest matowe, przyklepane, jakby wyleniałe.
Natomiast schudła. Czuję znaczny luz gdy zapinam szelki. Czuję też taką wystającą kość na głowie. I buzia mordka jej zmalała! Okazuje się, że i pieski i kotki mogą mizernieć. Choć u Tosi to chyba dobry objaw.
A w niedzielę, po powrocie odkryłam, że Tosi oczy przestały cieknąć.
Ciekły chyba od roku, czy półtora. Pytałam weta, za każdym razem, nie widzieli nic szczególnego, dawali kropelki ochronne, ale to nic nie zmieniało.
A tu proszę: oczka już nie zaropiałe.

Dziś o 14 mamy wizytę kontrolną. Oj, znów będzie pobieranie krwi. Ale mus.
Zważę ją też przy okazji.
Może się okaże, że psy nie trzeba karmy dietetycznej, może wystarczy tylko taka przyjazna dla stawów?

Reasumując: znowu mam młodega psa. Hurra!

114. Jarmark Świąteczny w Kilonii

Wyjechaliśmy dwoma autobusami o godzinie piętnastej z minutami.
W tylnej części naszego autobusu rozsiadła się grupa imprezowa, zaczęły trzaskać otwierane puszki, ryknęła muzyka, zaczęły wybuchać głośne śmiechy.
Już miałam się nastroszyć gdy uznałam, że bez sensu, nie są AŻ tak głośno, chlewu nie robią, niech się bawią.
Do portu w Goeteborgu dotarliśmy niecałe dwie godziny później. Autobusy podwiozły nas pod sam terminal, gdzie czekały już na nas dwie panie z odprawy z plikiem biletów. Wyczytywały każdego po imieniu, czasem po imieniu z nazwiskiem.
Gdy usłyszałam:
– Katar… Katar-zi… – postanowiłam skrócić męki biednej kobiety i się przyznałam, że to ja. Szwedzi oczywiście grupowo się roześmieli.
No, taka dola jak ktoś nosi typowo polskie imię. Ułatwiłam pani zadanie i powiedziałam imię mojego męża za nią.
Od razu na pokład, od razu do kabin.
Uuuuu… szefostwo błysnęło formą i dostaliśmy kabiny z oknami.
Godzinkę odsapnęliśmy i poszliśmy na kolację, którą określono mianem Julbord.
No i to było największe rozczarowanie całej imprezy.
Spodziewałam się typowego szwedzkiego Julbord – z masą żarcia do wyboru: mięsa ryb i sałatek oraz deserów.
Były krewetki, jakaś bardzo nieapetyczna ryba, kilka rodzajów szynek, sery pleśniowe. Miska zieleniny typu rokola, szpinak, czerwona sałata, sałata lodowa- wymieszane razem a w tym kilka pojedynczych pomidorków. Żadnego sosu do tego. Po prostu sucha zielenina… Potem wypatrzyłam jeszcze kartofle w mundurkach, które z założenia miały być chyba podpiekane, bo niektóre były, ale reszta była po prostu kartoflami w obierkach. Bez soli, oczywiście. Obok kartofli jakieś straszliwie tłuste pieczone mięso i princeskorv czyli małe paróweczki, podpiekane… przynajmniej niektóre.
Wzięłam kilka plastrów jakiejś szynki oraz kilka kiełbasek, które zalane słodką musztardą dały się zjeść bez obrzydzenia.
Największym rozczarowaniem jednak było coś co miało być szwedzkim grötris czyli tak kaszką ryżową. Normalnie jest to specjalny gatunek okrągłego ryżu, gotowany w mleku z wanilią i cukrem przez długi czas, tak, że robi się z niego papka. Do tego idzie bita śmietana oraz albo kawałki pomarańczy z sokiem i cukrem, albo jakiś inny sos owocowy. Jest to jedno z niewielu dać szwedzkich, które uwielbiam.
Tu… była to szara breja, kompletnie bez smaku, bita śmietana stała obok – też kompletnie bez smaku, a zamiast sosu owocowego był półpłynny dżem malinowy tzw. sylt. Rzadkie pasudztwo. Doprawdy… żeby spierd…spierdzielić takie coś, to naprawdę trzeba się chyba postarać.
Kto był mięsożerny i rybożerny ten znalazł coś dla siebie… Ja niestety nie, więc zapchałam się kartoflami i princeskorv z musztardą. Gdzieś w kąciku znalazłam małą miseczkę z ogóreczkami piklami…Wygarnęłam pół miski i starałam się nie mieć wyrzutów sumienia.
Wina i piwa można było brać do woli, kawy też, ale herbaty nie było w ogóle.
No, ale nie dla żarcia była ta całą wyprawa.
Spać oczywiście nie mogłam i to nawet nie przez chrapanie męża. Po prostu zawsze źle śpię na promie.
O jakiejś 4 czy 5 nad ranem przepływaliśmy pod mostem na Wielkim Bełcie. Usiłowałam zrobić zdjęcie, ale w szybie odbił mi się tylko błysk.
O godzinie 9:40 wypuszczono nas przez pokład samochodowy, bo Niemcy mieli problem z rękawem, do miasta.
A miasto zaczęło się od razu w porcie. Dwa kroki dalej już byliśmy na deptaku. Zlokalizowałam kawiarnię, bo kawy, takiej dobrej mi się chciało.
Niby śniadanie na promie jadłam, ale… znowu była fura mięsa, kilka serów, zimna jajecznica lub słodki jogurt do wyboru. Pieczywo było dobre no i była papryka oraz ogórek i pomidory. Choć tyle.
Zatem od razu zaczęłam się domagac kawy, porządnej kawy. Kupiłam sobie do tego torebeczkę pączków serowych. Potem już mogłam ruszyć.
Nie mogłam wyszukać nic specjalnego w pobliżu, jedyna co znalazłam to muzeum w Uboot’cie… ale to ponad 20km od Kilonii.
Więc do spółki z Vladem i Olą snuliśmy się po deptaku.
Wszystko się dopiero otwierało, ludzi było niewiele. Miasto, w ulicach wpadających na deptak robiło mało zachęcające wrażenie…Szaro, sporo śmieci. Ale tak to już jest z zimą w miastach. Za to zauważyłam masę drzew, jakiś kanał, nieczynną fontannę… Latem musi być pięknie.
Zdjęcia robiłam bez przekonania, bo wiedziałam, że dzienne światło nie wydobędzie uroku porozświetlanych straganów.
Kupiłam kilka drobiazgów dla dzieci. Potem poszliśmy szukać jakiegoś miejsca żeby posiedzieć, ogrzać się, zjeść coś może.
Vlad z Olą poszli swoją drogą, a my, doszliśmy do końca deptaku, znaleźliśmy restaurację i postanowiliśmy tam zostać. W środku pomachał do nas jeden Litwin, eMa kolega z pracy. Siedzieł wraz ze swoją żoną, która jest w zaawansowanej ciąży.
Ponieważ menu było po niemiecku jedyne co zrozumiałam to pizza, więc to zamówiłam. eM wybrał jakiegoś hamburgera.
Jedzenie przyszło szybko. Było dużo. I pysznie. dałam radę tylko połowie pizzy. Za frytki, które eM dostał z hamburgerem mogłabym zabić. eM stwierdził, że jego jedzenie też było pyszne.
Na koniec dostaliśmy rachunek na jakieś 300koron, co nie wydało nam się zbyt wygórowaną ceną. A obsługująca nas kelnerka była miła i wyrozumiała dla naszego koślawego angielskiego.
Jeszcze zakupy w Primarku i spożywczym, bo chciałam kupić niemieckich słodyczy na święta, a eM piwo.
W Primarku kupiłam sobie czarne dżinsy bojówki. I już żałuję, że nie wzięłam drugiej pary, w innym kolorze. Miękki, lekko elastyczny dżins. Siedzę w nich teraz i czuję się jakbym siedziała w dresach!
Poza tym kupiłam do Zuzu taki otulacz… Znajoma na fb polecała. Taka oversizowa sukienka z jakiegoś pluszu. Służy do tego by się w tym schować razem z podwiniętymi nogami
(zdjęcia z googla)


Mam nadzieję, że się jej spodoba.

A potem już wróciliśmy na prom. Była godzina 16 i oboje byliśmy już bardzo zmęczeni łażeniem.
Potem kolacja, taka samo kiepska, i do kabin. No chyba, że ktoś chciał się bawić w restauracji. Ja nie chciałam .
Znowu nie spałam do jakiejś trzeciej. Znowu widziałam jak przepływamy pod mostem. eM Chrapał jak trąby jerychońskie.
Zasnęłam później na jakieś 4-5 godzin.
W autobusie było już zupełnie cicho.
Za oknami było biało, słonecznie i mroźnie.
W domu byliśmy w samo południe.
Tosia piszczała ze szczęścia, Basil spoglądał nieufnie, bo pachnieliśmy całkiem obco.
Potem jeszcze spacer… i już można było odpocząć.
Ugotowałam zupę kalafiorową, bo mój brzuch domagał się zlitowania po tych wszystkich glutenowo i mięsnych zapychaczach.
Zdjęcia… wszystkie razem. Nic tam nadzwyczajnego nie ma, ale daję z kronikarskiego obowiązku.

113.

Wczoraj napadało śniegu.
W nocy, tak około drugiej, gdy Basil znowu zaczął swoje nocne życie, wyjrzałam przez okno w kuchni i zobaczyłam jak białe płatki sypią cichutko, równym ściegiem, z góry na dół.
Godzinę później już nie sypało.
Spać nie mogłam, budziłam się co chwilę, bolała głowa…
O czwartej przypomniałam sobie o walerianie, łyknęłam i wreszcie po kilkunastu minutach odpłynęłam.
Gdy się obudziłam zegar pokazywał 7:45, migrena łupała pod kopułą, a Tosia z mlaskaniem i stękaniem właśnie zmieniała pozycję.
– Dlaczego mnie nie budzisz? – zapytałam ją z wyrzutem. Odkleiła martwą powiekę, mlasnęła i zachrapała.
Poszłam do kuchni po kawę, bo sorry, ale zimą, bez kawy to ja nie wyjdę z domu. Choćby się pieseczkowi nie wiem jak sikać chciało.
W kuchni pachniało kawą mojego męża. Pyknęłam w czajnik i dopiero wtedy spojrzałam w okno i zobaczyłam sporą warstewkę śniegu na gałązkach głogu.
Wypiłam tę kawę nieco szybciej, dołożyłam pół tabletki sumatriptanu i pogoniłam psa.
– Chodź, nacieszymy się magią, nim pługi a potem odwilż wszystko popsują.
Ładnie było. Mrok jeszcze całkiem nie pierzchł, przysypane śniegiem uliczne ozdoby wyglądały malowniczo. Pługi poodśniażały tylko ulice, na chodniki wjeżdżały dopiero małe traktorki.
Tosia ostatnio nie chodzi a biega, więc musiałam ją hamować.
Wiatru wcale.
Nie ma to jak śnieg w grudniu.
Śnieg w grudniu cieszy, naprawdę i nawet lód na chodnikach daje się jakoś znieść. W przeciwieństwie do tego samego w marcu, albo co gorzej w kwietniu.
Dzień mi potem upływał na niczym i wszystkim.
W mojej pracy najbardziej nie lubię tego tysiąca i jeden drobiazgów, którymi trzeba się zajmować. Odpowiadać na maile, na telefonu. Po raz tysięczny odpowiadać na te same pytania choć stawiane przez coraz to inne osoby.
Czasem myślę: napiszę książkę „jak prowadzić firmę w Szwecji” i zamiast odpowiadać będę wysyłać książkę. A potem się reflektuję, że po co? I tak nikt nie przeczyta, a nawet jak przeczyta to i tak zadzwoni, bo może jednak, gdzieś tam jest napisane małym druczkiem, że Jaś Kowalski jest na specjalnych prawach i jego obowiązują inne …
Zadzwonił domofon, pomyślałam, że może mi paczkę przynieśli.
Dwa tygodnie temu zamówiłam na Kokonki.pl włóczkę i do dziś dnia jej nie mam. Od Kokonów wyszła nawet szybko, dość szybko dotarła do Niemiec, a potem do Szwecji…i utknęła. Szwedzi jak wiadomo szanują pracę żeby im się za szybko nie zużyła. Od poniedziałku widzę pod linkiem informację, że właśnie dotarła do mojego miasta i jest w doręczaniu…
No to pomyślałam, że wreszcie… ale nie. To tylko klient. No ile razy i ja mam dać gościowi do zrozumienia, że nie życzę sobie nachodzenia bez uzgodnienia. Weźże chłopie umów się ze mną, to się przygotuję: założę stanik, uczeszę włosy, ubiorę się w coś innego niż dres i łapcie.
Nie, zaskakuje mnie zawsze.
Zostawił co trzeba, poszedł sobie, bom go nawet do klatki nie wpuściła (niech se postoi na chłodzie może pójdzie po rozum do głowy).
No to odwalałam tę najgorszą robotę, coraz bardziej sfrustrowana, bo znowu nie dostałam papierów na czas, a termin raportowania w poniedziałek.
Trzeci dzień z rzędu poczta w ogóle nie przyszła. Nie wierzę, że w okresie przedświątecznym ani jedna osoba w bloku przez trzy dni nie dostała ani jednego listu… Szwedzka poczta funkcjonuje coraz gorzej.
Potem odezwała się Helena, że źle się czuje i czy nie idę przypadkiem do sklepu. Poszłam, bo i tak nie miałam za wiele do roboty. Opis dolegliwości Heleny nasunął mi jednak podejrzenie, że zapadła na jedną z najstraszliwszych chorób: na vinternmagsjuka czyli na zimową grypę żołądkową. Zatem kupiłam jej o co prosiła, zaniosłam pod drzwi, ale wiadomość o dostarczeniu wysłałam dopiero gdy wyszłam na podwórko.
Ja nie mam czasu na chorobę, a ta w dodatku jest naprawdę STRASZNA!
Jednego razu dostałam od koleżanki dramatyczną wiadomość, że nie zdążyła siąść kibelek, bo w tym samym czasie wymiotowała… Dodajcie do chlustających wymiotów i ostrej, gwałtownej, nie do powstrzymania, biegunki
wysoką gorączkę oraz potworny ból brzucha to macie obraz.
Tak dotrwałam do 14:30. Stwierdziwszy, że listonosza nadal nie było, zaklęłam i zaczęłam się zbierać na spacer z Tośką… I nagle strzlił mnie grom z jasnego nieba!
STINA!!! Umówiłam się z mamą Mela na dzisiaj. (TZN na wczoraj, na środę). Mówiła, że będzie chwilę po 15 a 15 tuż tuż…
I co teraz?
Oszukałam psa i obeszłyśmy tylko blok dookoła, Stinie napisałam wiadomość, żeby zadzwoniła jak dotrze bo jesteśmy na spacerze.
Gdy weszłam do mieszkania zobaczyłam walające si e kłaki, rozsypany koci żwir, pełno naczyń na blacie w kuchni i czort wie co jeszcze.
Jak na złość: okrągły odkurzacz uznał, że to najlepszy moment by się odciąć. I się odciął od sieci i odmawiał ponownego przyłączenia. Normalny zaś okazał się mieć zapchany worek.
Latałam jak z pieprzem, żeby przynajmniej udawać, że nie jest aż tak brudno. A na sam koniec odkryłam, że przecież nawet nie mam nic do kawy. Tylko jakieś podeschnięte ciasteczka od Olgi i pierniczki z Lidla też dość chyba suche.
Stina przyszła z tulipanami.
Tośka uwaliła się na nią jak nigdy na nikogo poza Pańciem, bo Stinę zna ze spędów rodzinnych i lubi. A
Jak się udało spacyfikować Tośkę to przyszedł Basil i uwalił się przed Stiną tak samo jak Tośka: brzuszkiem do góry czyli „Ciocia, tu lubię, głaskaj”
Z tym, że Basil widział Stinę po raz pierwszy. Nie wiem, Tośka mu powiedziała, że to fajna ciotka?
I tak minął dzień. Noc minęłą jak poprzednia, tylko, że ranek był bez migreny.
W pracy znowu jakieś drobiazgi, papierów nadal brak. Zostały mi trzy spore firmy.
Śnieg nadal leży. O ósmej było -7, więc hohoho! Miasto wygląda ładnie.
Ryan wyciął mi brzydki numer bo kupiłam córcę tę kartę prezentową i miałam ją dostać w ciągu 30 minut. A tymczasem po ponad godzinie nadal nie miałam nic. Poza pieniędzmi, które zeszły z konta.
Zaczęłam szukać gdzie mam się zgłosić z reklamacją… a tu się okazuje, że na ich stronie nie ma opcji reklamacji czegokolwiek co nie jest związane z lotem.
Czat, co niby ma działać 24/24 w ogóle się nie włącza, adresu mailowego nie uświadczysz. Wreszcie udało mi znaleźć numer telefonu na infolinię. Wprowadzenie trwało chyba ze 20 minut! Na szczęście na samym końcu padła informacja „jeśli dzwonisz w innej sprawie wciśnij 9”
Kobieta poprosiła mnie o kod zakupu. Jak to dobrze, że mnie tknęło i go sobie spisałam z ekranu. Bo na moim koncie nie ma żadnego potwierdzenia,kompletnie nic co pokazałoby, że cokolwiek kupiłam.
Dowiedziałam się, że za kilka godzin powinnam dostać i potwierdzenie i kartę.
Oburzyłam się, bo przecież obiecują 30 minut.
Masakra… NIGDY WIĘCEJ!
A jutro o 15 wyjeżdżamy do Kilonii … i sama nie wiem czy się cieszę.
Muszę zorganizować opiekę dla Tosi.
Najbardziej to bym chciała wynająć sobie małe lokum gdzieś w Polsce, w małym miasteczku i tam się zaszyć na czas jakiś.
Strasznie, ale to okropnie chce mi się do Polski.

111. No i adwent

Rozświetliły się okna i balkony. Rozświetliło miasto. Złoto, czerwień, zieleń jest wszędzie.
Lubię ten czas. Ludzie jakoś łagodnieją. Ja łagodnieję.
U mnie jeszcze nie ubrane adwentowo, bo czasu nie było.
Weeknd zrobił się jakiś wariacki…
W piatek dostałam wiadomość, że przyszły klocki hamulcowe do Malutka. Bo eM zmieniając mi opony na zimowe odkrył, że klocków w zasadzie nie mam.
(Ktoś, kto jeździł tym autem przede mną, w ogóle ale to w ogóle, o niego nie dbał. Lakier, zwłaszcza przy klamkach jest tak podrapany jakby ktoś notorycznie przedzierał się przez zeribę. Szyba też tak wygląda. Na szczęście silnik i skrzynia nie dały się tak szybko).
W sobotę rano odebrałam przesyłkę i eM zabrał mi auto.
Uznałam, że skoro chłop sam z siebie naprawia mi hamulce, to wypada mu się odwdzięczyć jakimś obiadem i zrobiłam babkę ziemniaczaną która jak wiadomo jest tak samo pyszna jak czasochłonna. Na szczęście do kartofli ma litewską maszynę. Boję się jej, ale błogosławię za każdym razem jak używam. czyli średnio raz w miesiącu zimą.
eM wrócił po 16, ja już byłam na ostatnich nogach, bo w nocy źle spałam, a tu jeszcze z Tośką trzeba było. Od 17 już tylko czekałam kiedy będzie się można położyć. Ale gdy się położyłam znowu nie mogłam spać, a potem wybudził mnie ból głowy…
A rano w niedzielę byłam umówiona z kolegą-klientem na wymianę oleju w silniku. Oczywiście mogłam to zrobić w dowolnym warsztacie w mieście, ale ponieważ mój dobrostan zależy od kondycji moich klientów więc staram się korzystać z ich usług. I jeszcze zachęcać do tego rodzinę i znajomych.
No ale Paweł ma warsztat ponad 20km ode mnie. Pojechaliśmy. Chłopaki zostali w warsztacie, ja poszłam do domu, do żony Pawła na kawę.
Gadałyśmy sobie o rysowaniu (ona jest plastyczka) o szmatkach, nitkach, bo jej mama ma takiego samego hopla jak ja, tylko jest bardziej systematyczna i pracowita.
Aż tu wchodzą panowie. Jeden umiera ze śmiechu (mój) drugi z poważną miną mówi, że mój samochód ma strasznie brzydki olej i w ogóle źle to wygląda wszystko i wcale jeździć nie można.
Widząc, że eM się śmieje wiedziałam, że coś ściemniają, ale jednak serce mi zamarło. Ci dwaj się świetnie bawili przez kilka minut, a ja coraz bardziej miałam chęć przywalić któremuś.
Okazało się, że tak się zagadali na temat spawania że Paweł odkręcił nie ten korek co trzeba i wylał olej ze skrzyni zamiast z silnika. A tu niedziela i specjalistyczne sklepy pozamykane…
Cóż było robić? Dostaliśmy minicoopera żony Pawła i wróciliśmy do domu.
Potem zaraz Tosię do lasu choć na chwilę było trzeba. A jeszcze potem z powrotem w tę samą stronę, bo do Litwinów, bo eM miał jakąś sprawę do Litwina.
I tak się zrobił wieczór.
Wczoraj z rana Paweł przysłał sms, że Malutek już gotowy, ale nie mogłam pojechać bo cooper z manualną skrzynią, to musiałam czekać na męża.
Pojechaliśmy po 16.
eM się szarpał z biegami, bo przez dwa lata całkowicie odwykł od manualnej skrzyni, a ja się rozglądałam po kultowym samochodzie i… stwierdziłam, że wolę swojego Malutka. Choć Hyundai i10 jest mniejszy od minicoopera, gdy siedzimy z mężem obok siebie, to nie trącamy się co chwila łokciami.
Także wyciszenie Hyundaia choć kiepskie…i tak jest lepsze niż w cooperze.
Wygoda foteli podobna, choć skórzana tapicerka latem to chyba nie jest nic przyjemnego. A jeśli ta skóra to „skóra ekologiczna” to już w ogóle.
Dodatkowo ten konkretny kosztuje o 40 000 więcej niż mój Malutek, choć starszy jest o 4lata.
Więc: nie, nie zamieniłabym Malutka na coopera (co czasem chadzało po głowie, bo te coopery takie sweet).

Jak zobaczyłam moje autko na podwórku to z trudem oparłam się chęci by je pocałować i przytulić. Mówcie sobie co chcecie, że rzecz to tylko, ale lubię ten mój samochodzik coraz bardziej.

Wróciliśmy do miasta, pojechałam jeszcze po zakupy cały czas z uczuciem radości z ponownego spotkania. Naprawdę…robię się coraz bardziej sentymentalna.

A Tosia wczoraj na spacerze, po raz pierwszy od lata doszła ze mną na koniec ulicy przy liceum. I już nie wlecze się łapka za łapką tylko jak na psa przystało leci przodem. Chyba leczenie działa. Wykąpaliśmy ją w szamponie z cynkiem w sobotę i skóra wygląda lepiej. Jeszcze jutro chyba powtórzymy, choć to niełatwe zadanie, bo Tośka na widok zapraszająco otwartych drzwi do łazienki zamienia się w kamień i podwaja wagę i tak już przecież słuszną.
No ale mus… I od razu uprzedzę: jak bym nie kombinowałam ukradkiem ona wie co się święci. Bo gdy nie zamierzam jej kąpać włazi za mną do łazienki bez problemu.

Czas zapierdziela. A ja sobie przygotowałam wzór na choinkę wg numerków czy Papper Piecing i choć strasznie mnie kusi to nie mam kiedy.
I o.

110.

Dziwny tydzień…
Najpierw napadało śniegu, wiało i było bardzo zimno.
Wczoraj powrót łagodnej jesieni, zero wiatru, zero opadów, cztery stopnie.
We wtorek rejestrowałam pracownika w jednej firmie. Pracownik miał nazwisko jakie po mężu ma moja przyjaciółka ze szkoły średniej. I włączyło mi się myślenie, że ciekawe co u niej, bo nie gadałyśmy co najmniej 15 lat, ostatnie nasze spotkanie było chyba na rok czy dwa przed moim wyjazdem do Szwecji.
I ciekawe jak wygląda jej najstarsza córka, córka mojej (i mojej przyjaciółki) wielkiej miłości szkolnej. Czy podobna do swojego ojca? (Pamiętacie Prońko i Jeżowską „On nie kochał nas”? to było o nas)
…I tak od łyczka do guziczka… wpisałam w googla nazwisko przyjaciółki i
odkryłam, że ta wariatka poszła na szlak św. Jakuba w Hiszpanii, że zrobiła jakieś 900km w ciągu 36 dni!
Udało mi się nawiązać z nią kontakt.
To jest najdziwniejsza relacja jaką mam z kimkolwiek i chyba najdłuższa (poza mężem? Nie…. ją spotkałam w 1981, a jego w 1982, czyli z nią dłużej).
Ilekroć się spotkamy, zaczynamy gadać od razu… i mam wrażenie, że podejmujemy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio skończyłyśmy. Jej życie to temat na książkę o heroiźmie codziennym.
A potem poszłam z Tosią do weterynarza, bo już nawet mnie nie podobał się jej prawie wyłysiały ogon, łupież i byle jaka sierść.

A potem w środę nad ranem dostałam wiadomość, że zmarł mój znajomy w USA. To była internetowa znajomość, ale dość intensywna przez jakiś czas, ostatnio on znikał z internetu na coraz dłużej, a i ja mam coraz mniejsze chęci na pisane pogawędki.
Ciekawy człowiek, z ciekawą historią…

Potem dostałam SMS od Marysi, że to już rok jak Tomasz odszedł.
Potem gadałam przez chyba dwie godziny z dawną przyjaciółką i było jak zawsze czyli jakbyśmy się rozstały dzień wcześniej.

A wczoraj po południu zadzwoniła lekarka Tosi i się okazało, że mój pies ma niedoczynność tarczycy. I od razu wszystko stało się jasne: brzydka sierść, cieknące oczy, ostra biegunka w czerwcu, brak chęci na spacery, unikanie chłodu… Od ręki dostałam receptę, natychmiast wykupiłam, zaczęłam podawać i czekamy. Za jakiś miesiąc powinno być widać poprawę. Ale na razie trzeba będzie obserwować czy dobrze toleruje lek i sprawdzić czy dawka prawidłowa.

Teraz rano obejrzałam zdjęcia z Hiszpanii. I jak zawsze muszę odpierać pokusę… Choć… właściwie dlaczego? Nie muszę tak długo, wystarczyłoby na tydzień… Samotne wędrowanie kusi od dawna.

A dziś szczególny dzień, choć nikt już chyba poza mną o nim nie pamięta.
Nie szkodzi.
Wszystkiego Najlepszego Babciu!

Listopad taki jest.

109.

Wróciłam z podwórka z Tośką.
Owszem, jest mniej parszywie niż się spodziewałam, ale nadal parszywie.
Spadł ten biały syf śnieg, no i mamy co mamy: śliskie chodniki, śliskie jezdnie oraz wilgoć w powietrzu. Więc z realnego ZERA odczuwalna spada do mniej więcej minus pięć. A gdy zawieje, a zawiewa i to z północnego wschodu, to się odczuwalna robi jeszcze mniej przyjemna.
Na szczęście, moja wełniano-alpako-jedwabna czapa zdaje egzamin. Jest ciepła, nie drapie, wiatru też nie wpuszcza. No dobra, jak w piątek wiało tak, że mało łba nie urwało, to i przez czapkę czułam. Ale na taki wicher to by trzeba było czapę z baraniej skóry…
Zuzu była u mnie prawie cały tydzień: Miśka i Mel byli w Barcelonie i raczyli nas zdjęciami porozbieranych ludzi oraz zieleni…
EM uwierzył prognozom i zmienił nam oponki na zimowe, z kolcami.
Dzięki czemu wczoraj nie bałam się pojechać z Zuzu do naszego podmiejskiego gospodarstawa na jarmark świąteczny.
Przypomniało mi się jednak zbyt późno i jak dotarłyśmy wszyscy się powoli zbierali, choć dopiero minęła czternasta, a gospodarstwo czynne do 16.
To gospodarstwo pokazywałam chyba jesienią, w deszczu. Są tam różne zwierzęta: owce, kucyki, kozy, chyba jakieś ptactwo i króliki. Jest ogród, szklarnia. Jest obora i stodoła. Drewutnia. Krótko mówiąc: normalne gospodarstwo rolne, jakich było wiele jeszcze do niedawna. To nasze jest rodzajem żywego muzeum, dotowane przez komunę, zarządzane i oporządzane przez wolontariuszy. Taki rodzaj organizacji non-profit.
Całkiem ciekawe miejsce.
Zdjęć nie robiłam, bo ciemnawo, poza tym walił śnieg. W mieście, między domami było go zdecydowanie mniej. Obeszłyśmy z Zuzu co było, a nie było wiele, i wróciłyśmy do miasta, robić obiad.
Tydzień nam zleciał nie wiadomo kiedy.
W dni powszednie Zuzu wracała ze szkoły około 15. Ja szłam na spacer z Tosią. Potem robiłyśmy jakiś obiad, ogarniałyśmy jakieś zajęcia typu pianino u Stiny czy wymiana spodni kupionych przez internet. Ciemno się robi już około piętnastej, zwłaszcza jak jest pochmurno, więc jakoś tak człowiek zwalnia, no bo ma uczucie, że wieczór.
Walałyśmy się po moim łóżku, coś oglądały… Szybko przychodził czas by iść do łóżka.
W sobotę dziadek zabrał Zuzu i Ellie na duży basen, taki ze zjeżdżalniami itp… I zeszło im do wieczora. Tak więc w sumie miałyśmy tylko tę niedzielę.
Próbowałyśmy zrobić gwiazdę z papieru, ale wyszło nam tak sobie. Rysowałyśmy. Potem uczyłam Zuzu przerabiac oczka na drutach. Nie wiedziałam, że to takie trudne! Mnie się wydaje, że ja od zawsze to umiem, jak to możliwe, że nie pamiętam procesu nauki?
Zuzu pomogła mi obierać ziemniaki na obiad (ona obrała jednego czy dwa, ja w tym czasie resztę, ale ja mam jakieś 40lat doświadczenia, więc nic dziwnego).
W sumie nadal moja wnuczka nadal jest najmniej kłopotliwym dzieckiem na świecie. Sama wstaje rano, sama się ubiera i bierze płatki na śniadanie. Chętnie spędza czas ze mną, ale jak jestem zajęta albo mówię, że potrzebuję chwili dla siebie zajmuję się czymś innym i tez nie ma problemu.
Najbardziej mnie martwi, to… że jest ZA GRZECZNA. Ale i mama i tata twierdzą, że u nich potrafi focha strzelić i drzwiami walnąć. No i dobrze.
Wczoraj jeszcze miałyśmy dzień dokuczania Basilowi.
No bo naprawdę… Co się z tym kotem porobiło to strach. Całymi nocami łazi i miauczy, skacze mi na półkę nad głową, bo wie, że to mnie zawsze podnosi… Próbowałam go zamykać, ale tak wali łapami w drzwi, że nie da się tego nie słyszeć.
No to wczoraj pilnowałyśmy go z Zuzu, żeby nie spał w dzień. Co kilkanaście minut sprawdzałyśmy co robi i wyciągałyśmy ze schowków. W akcie rozpaczy chyba schronił się na szafę u Pańcia. Ale wołany wylazł. Opłacało się! Spał całą noc bez awantur. Muszę go dziś znowu tak poganiać.

I tak to.
A jak u was? Kto ma śnieg, a kto ma co innego?
Pochwalcie się! Zdjęcia mile widziane na trollatrolla@outlook.com

107.

Córcia wczoraj zaliczyła egzamin z jazdy i została pełnoprawnym użytkownikiem dróg. O czym donosi dumna mamusia.
Teraz szuka samochodu…
ych… uśmiecham się… jak to życie weryfikuje poglądy.

Jak kupiłam samochód na kredyt dziecko rzekło „Ale wiesz, że jeśli musisz na coś brać kredyt to tak naprawdę cię na to nie stać”.
Nie przyszło mi wtedy do głowy zapytać ją czy takim razie stać ją na nowego IPhone co dwa-trzy lata…
Potem zaczęła się uczyć jeździć.
I ciągle gadała, że ona to chce samochód elektryczny.
I całkiem nowy.
I w leasingu, bo to najwygodniej.
Teraz ogląda benzyniaki, kilkuletnie i na kredyt.
Na czym stanie – zobaczymy.

Póki co wyboru za bardzo nie ma. Bo rynek nadal nadal kiepski, w dodatku małe samochody, zwłaszcza nowe, cenowo nie ustępują tym większym.W dodatku ona chce konkretną markę, konkretny model. Wszystkie inne są „nudne”. Mały, bo w mieście mały jest praktyczniejszy. Takie…skrzyżowanie roweru z wózkiem na zakupy.

Yankie wyłazi z paskudnej infekcji. Został mu kaszel i prawie stracił głos.
Znowu spada mu forma.
W pracy go chwalą… ale na umowę na stałe to jakoś nie ma wpływu. Od ponad roku tylko mu przedłużają umowę na kilka miesięcy.
W dodatku podwyżki żywności i energii trzepnęły go kieszeni. A od stycznia w górę idą czynsze o jakieś 10%. Chłopaki zaczynają myśleć o wynajęciu tańszego mieszkania, ale czarno ja to widzę, bo w tej firmie gdzie wynajmują (i ja też) okres oczekiwania już jest dłuższy niż 4 lata. A oni stoją w kolejce rok. Jedyna szansa, że ktoś się zechce zamienić, bo mu będzie zależało na lokalizacji w centrum.

A ja…
Znowu chyba nie zrozumiałam jakich reguł.
Słuchałam fajnego podcastu. Potem go zgubiłam. Potem znalazłam wraz se stroną autorki, która miło zapraszała do zapisania się do newslettera. Zrobiłam to. Dostałam maila, osobistego bardzo w moim odczuciu. Na końcu była prośba żeby odpisać. Odpisałam, pochwaliłam się do czego zainspirował mnie podcast. Zapytałam o zdarzenie o którym wspomina na swojej stronie. Autorka odpisała… Podziękowała za zainteresowanie, pochwaliła pracę, zasugerowała jakieś poprawki.
Podziękowałam grzecznie, obiecałam że się poprawię, ale nie wiem czy we wszystkim co sugeruje. I zadałam kolejne pytanie z gatunku osobistych.
Pisałyśmy wieczorem, potem wcześnie rano. Ja odpisałam o 4. Ona do mnie o 5. Używałyśmy formy bezpośredniej czyli Ty. Zapytałam dlaczego nie śpi o 5 rano. To było to pytanie osobiste.
Odpisała w formie „Pani” pomijając pytanie osobiste, że oczywiście ostateczna decyzja jest oczywiście moja.
I zgłupiałam.
Yyyy…
Czy ja ją czymś obraziłam? Czy w ogóle powinnam była odpowiadać na newsletter mimo zaproszenia „NAPISZ DO MNIE”? Czy powinnam była zadawać pytania osobiste, ale dotyczące treści ujawnionych na stronie?
Czy mimo nieoficjalnej formy w jakiej ona pisze w newsletterze, powinnam i ja takiej samej używać?
Dodam, że pani jest w dziedzinie, która mnie mocno interesuje, dobra. Jej podcasty wkładają mi do głowy wiele rzeczy. Nie chcę się na nią obrażać, bo widzę, że mogę się od niej wiele nauczyć. Zakładam, że czegoś nie zrozumiałam… Albo może moje któreś zdanie zabrzmiało niegrzecznie?
Co byście zrobili?

PS.
Napisałam maila.
I dostałam odpowiedź. Z nieuwagi, bo dostaje dużo maili.

Jestem przewrażliwiona …Na to nie wpadłam. Jak zawsze gdy odpowiedź jest najprostsza…