
Tak było wczoraj. A dziś ma być powtórka z rozrywki.
A ja pracuję. Zżymam się na spacery z Tosią, bo już-już zaczyna mi dobrze iść, już się wciągnęłam… a tu pies przychodzi, nosem trąca, że ej, koleżanko, ja mam sprawy na mieście… Ale w sumie to dobrze dla mnie, bo inaczej tkwiłabym przy biurku od świtu aż do bólu pleców czyli do jakiejś 17. A potem wstałabym od biurka, zrobiła coś do jedzenia i zasiadła w fotelu… przed innym ekranem. Tośka sponsoruje mi ruch i świeże powietrze.
Praca mimo wszystko wre. Ale jednak jestem albo pazerna albo frajerka. Albo pazerna frajerka. Bo mimo, że mówiłam, że nie, nie, nie, prywatnych w tym roku nie robię to się ugięłam. Bo miała być cała grupa, jakieś 15 osób, wszystko razem, za prawie jednym zamachem…
A wychodzi znowu, że będę musiała z każdym rozmawiać pojedynczo…Ale kasa mi potrzebna, bo mam podatek do dopłaty i pomyślałam, że w ten sposób sobie dziurę załatam. A może jeszcze i zostanie na wyjazd jakiś…
Szukałam gdzie by tu pojechać w maju, po 14. Warunek był taki, żeby od lotniska było blisko do mieszkania, a to mieszkanie blisko miasta ale i natury… I nie w Skandynawii. Bo chciałabym, żeby w maju było majowo.
Pomyślałam, że mogłam przecież skoczyć na Warmię… ale perspektywa dwugodzinnej podróży z lotniska do Olsztyna, potem czekanie na jakiś bus do Miasteczka bo ostatnio dojazd tam nie jest wcale taki łatwy, potem znowu jakiś busik … niby tylko pół godziny… Lot do Gdańska trwa godzinę, dostanie się do miasteczka bez samochodu -pół dnia. A 3-4 dni później to samo tylko w drugą stronę. Odechciało mi się.
Znalazłam miejsce idealne na oko, gdzie indziej. Na razie nie powiem gdzie, żeby nie zapeszyć. Jak zaklepię to się pochwalę.
Jeszcze nie zaklepywałam, bo czekałam aż Migrationsverket przyśle mojemu najmłodszemu dziecku decyzję o obywatelstwie.
Yankie wysłał wniosek jako ostatni z nas. Jego podanie przeleżało ponad cztery lata. Latem wysłał zażalenie, ale odmówiono mu prawa do pierwszeństwa w kolejce. Ale jednak ktoś wreszcie odkopał jego dokumenty. Zażądano tysiąca zaświadczeń, wytłumaczeń i rozliczeń. No ale wreszcie wczoraj dostał do skrzynki list, a w nim decyzję na ozdobnym papierze.Teraz cała moja rodzina ma już podwójne obywatelstwa. Niby nic, ale ułatwi życie. Bo Yankiemu skończyła się ważność wszystkich dokumentów polskich, więc był uziemiony w Szwecji i nawet do Norwegii nie mógł się wybrać.
Teraz pytanie: czy sześć tygodni wystarczy by wyrobić szwedzki paszport?
Muszę pogonić dziś syna by zabukował czas…
Bo chciałabym, żeby pojechał ze mną.
No i dlatego też biorę te roczne, żeby było mnie stać na bilet i dla mnie i dla synka…
Miałam dwie nieprzyjemne sytuacje z klientami. Jedna pewnie przyniesie jeszcze kłopoty. Facet jest jednym z najmniej sympatycznych ludzi jakich w życiu spotkałam. Przekonany o własnej wyższości nad resztą. Ma się za intelektualistę, bo czyta te wszystkie coachingowe brednie w stylu Beaty Pawlikowskiej i wydaje mu się, że to sprawia, że jest mądry. A jest… no cóż… jaki jest. Mówi o sobie, że nie zajmuje się plotkami, a wie o wszystkim co się wydarzyło w okolicy. No i jest mściwy. Wiedziałam, że jak mu się narażę, a mieszkamy w tym samym mieście, to zrobi mi taką antyreklamę, że roboty może nawet w całej Szwecji nie znajdę. No i się naraziłam, bo popełniłam błąd…
Jak to jest, że im trudniej się z klientem dogadać, im trudniejszy jest w obejściu, tym łatwiej mi popełniać błędy?
Druga sytuacja to klient w końca Szwecji. Młody, młodszy od moich dzieci. Strasznie mądry, wszystko wiedzący … obwiniający mnie za własne błędy i wmawiający mi fakty, które nie miały miejsca. Wisienką na torcie czy też kroplą przepełniającą czarę była informacja, że on nagrywa nasze rozmowy, ale ups… ta najważniejsza to się akurat nie nagrała.
Przemyślałam temat przez noc, a rankiem wysłałam gościowi maila z informacją, że kończę z nim współpracę w trybie natychmiastowym. Zastrzegłam też, że na nagrywanie się nie zgadzam w związku czym odtąd nasz kontakt będzie wyłącznie pisemny.
Przyznaję, miałam naprawdę głęboką satysfakcję czytając jego odpowiedź pełną wazeliny i ukrytej złośliwości (nie będę się wykłócał o 55koron -napisał). I może bym uległa i zmieniła zdanie, ale gość znowu błysnął … nie wiem… głupotą czy cwaniactwem? Bo napisał, że nie, nie, on nie nagrywa, on tylko mówi, że dobrze gdyby takie rozmowy były nagrywane.
Odpowiedziałam, że doskonale wiem co mówił ubiegłego dnia. Oraz, że podstawą pracy w księgowości jest obopólne zaufanie. A z mojej strony tego nie ma i nie widzę szans na zmianę.
Chyba go to zaskoczyło, bo zamilkł.
(Ze mną niestety tak jest: na wstępie każdy ma ogromny kredyt zaufania. Ale gdy już ten kredyt się wyczerpie, to niestety definitywnie, na zawsze, i nawet gdybym chciała to zmienić to nie potrafię).
Tu kojarzy mi się scena z Nigdy w życiu (film). Judyta wyrzuca z domu koleżankę Dziunię z Panem Kaziem. Adam Niebieski to widzi. Judyta rzuca zawstydzone „Przepraszam”. A on odpowiada „Nie ma sprawy. Jak wszyscy wyjdą będzie można spokojnie porozmawiać”.
Jak wyrzucę wszystkich klientów to będę miała dużo czasu na wszystko, nie?
Ale z drugiej strony: możliwość nie pracowania z dupkami to jedna z zalet bycia na swoim. To luksus, na który na szczęście mogę sobie pozwolić. Od czasu do czasu.
Z trzeciej strony facet miał trzy dokumenty na krzyż, więc pieniędzy mało, a stresu dużo…
A tak, bo zmęczona jestem koszmarnie, przygnębiona permanentnie i odłożyłam wszystkie ambitne lektury oraz filmy na czas nieograniczony.
Czytam Jeżycjadę, bo Legimi w swej łaskawości ją zakupiło, więc nareszcie przeczytam całą serię ciągiem.
A oglądam koreański serial Hometown cha cha cha.
Cudny! lekki…a nie głupi! jak ci Koreańczycy to robią, że z banalnych zdawałoby się treści potrafią nakręcić nie obrażającą intelektu serię? Czy polscy scenarzyści mogliby pojechać do Korei na jakieś kursa niektóre?
Bo to, co Polacy produkują dla Netflixa, to w większości jest tak mierne, że za każdym razem myślę sobie: oesuuu, to już było naprawdę dno, nic gorszego od tego nie zobaczę… a potem pojawia się następny…
Nie wiem po co ja się tym katuję. Chyba tęsknota za Polską mi na mózg pada.
Ale właśnie dochodzi ósma. Tośka zaraz wstanie i będzie mnie nosem trącać.
Dziwna rzecz z tym czasem teraz. Od ostatniej zmiany mam tak, że ledwie siądę przy biurku po porannym spacerze z Tośką, a już jest godzina 15 i Tośka znowu trąca w łokieć.
Za oknem wciąż poranne światło, a na zegarze jakaś całkiem od czapy, późna godzina.
Nie mówiąc o tym: Aaaale jak to już KWIECIEŃ? A gdzie marzec?!


