21. Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty…

Tak było wczoraj. A dziś ma być powtórka z rozrywki.

A ja pracuję. Zżymam się na spacery z Tosią, bo już-już zaczyna mi dobrze iść, już się wciągnęłam… a tu pies przychodzi, nosem trąca, że ej, koleżanko, ja mam sprawy na mieście… Ale w sumie to dobrze dla mnie, bo inaczej tkwiłabym przy biurku od świtu aż do bólu pleców czyli do jakiejś 17. A potem wstałabym od biurka, zrobiła coś do jedzenia i zasiadła w fotelu… przed innym ekranem. Tośka sponsoruje mi ruch i świeże powietrze.
Praca mimo wszystko wre. Ale jednak jestem albo pazerna albo frajerka. Albo pazerna frajerka. Bo mimo, że mówiłam, że nie, nie, nie, prywatnych w tym roku nie robię to się ugięłam. Bo miała być cała grupa, jakieś 15 osób, wszystko razem, za prawie jednym zamachem…
A wychodzi znowu, że będę musiała z każdym rozmawiać pojedynczo…Ale kasa mi potrzebna, bo mam podatek do dopłaty i pomyślałam, że w ten sposób sobie dziurę załatam. A może jeszcze i zostanie na wyjazd jakiś…
Szukałam gdzie by tu pojechać w maju, po 14. Warunek był taki, żeby od lotniska było blisko do mieszkania, a to mieszkanie blisko miasta ale i natury… I nie w Skandynawii. Bo chciałabym, żeby w maju było majowo.
Pomyślałam, że mogłam przecież skoczyć na Warmię… ale perspektywa dwugodzinnej podróży z lotniska do Olsztyna, potem czekanie na jakiś bus do Miasteczka bo ostatnio dojazd tam nie jest wcale taki łatwy, potem znowu jakiś busik … niby tylko pół godziny… Lot do Gdańska trwa godzinę, dostanie się do miasteczka bez samochodu -pół dnia. A 3-4 dni później to samo tylko w drugą stronę. Odechciało mi się.
Znalazłam miejsce idealne na oko, gdzie indziej. Na razie nie powiem gdzie, żeby nie zapeszyć. Jak zaklepię to się pochwalę.
Jeszcze nie zaklepywałam, bo czekałam aż Migrationsverket przyśle mojemu najmłodszemu dziecku decyzję o obywatelstwie.
Yankie wysłał wniosek jako ostatni z nas. Jego podanie przeleżało ponad cztery lata. Latem wysłał zażalenie, ale odmówiono mu prawa do pierwszeństwa w kolejce. Ale jednak ktoś wreszcie odkopał jego dokumenty. Zażądano tysiąca zaświadczeń, wytłumaczeń i rozliczeń. No ale wreszcie wczoraj dostał do skrzynki list, a w nim decyzję na ozdobnym papierze.Teraz cała moja rodzina ma już podwójne obywatelstwa. Niby nic, ale ułatwi życie. Bo Yankiemu skończyła się ważność wszystkich dokumentów polskich, więc był uziemiony w Szwecji i nawet do Norwegii nie mógł się wybrać.
Teraz pytanie: czy sześć tygodni wystarczy by wyrobić szwedzki paszport?
Muszę pogonić dziś syna by zabukował czas…
Bo chciałabym, żeby pojechał ze mną.
No i dlatego też biorę te roczne, żeby było mnie stać na bilet i dla mnie i dla synka…

Miałam dwie nieprzyjemne sytuacje z klientami. Jedna pewnie przyniesie jeszcze kłopoty. Facet jest jednym z najmniej sympatycznych ludzi jakich w życiu spotkałam. Przekonany o własnej wyższości nad resztą. Ma się za intelektualistę, bo czyta te wszystkie coachingowe brednie w stylu Beaty Pawlikowskiej i wydaje mu się, że to sprawia, że jest mądry. A jest… no cóż… jaki jest. Mówi o sobie, że nie zajmuje się plotkami, a wie o wszystkim co się wydarzyło w okolicy. No i jest mściwy. Wiedziałam, że jak mu się narażę, a mieszkamy w tym samym mieście, to zrobi mi taką antyreklamę, że roboty może nawet w całej Szwecji nie znajdę. No i się naraziłam, bo popełniłam błąd…
Jak to jest, że im trudniej się z klientem dogadać, im trudniejszy jest w obejściu, tym łatwiej mi popełniać błędy?
Druga sytuacja to klient w końca Szwecji. Młody, młodszy od moich dzieci. Strasznie mądry, wszystko wiedzący … obwiniający mnie za własne błędy i wmawiający mi fakty, które nie miały miejsca. Wisienką na torcie czy też kroplą przepełniającą czarę była informacja, że on nagrywa nasze rozmowy, ale ups… ta najważniejsza to się akurat nie nagrała.
Przemyślałam temat przez noc, a rankiem wysłałam gościowi maila z informacją, że kończę z nim współpracę w trybie natychmiastowym. Zastrzegłam też, że na nagrywanie się nie zgadzam w związku czym odtąd nasz kontakt będzie wyłącznie pisemny.
Przyznaję, miałam naprawdę głęboką satysfakcję czytając jego odpowiedź pełną wazeliny i ukrytej złośliwości (nie będę się wykłócał o 55koron -napisał). I może bym uległa i zmieniła zdanie, ale gość znowu błysnął … nie wiem… głupotą czy cwaniactwem? Bo napisał, że nie, nie, on nie nagrywa, on tylko mówi, że dobrze gdyby takie rozmowy były nagrywane.
Odpowiedziałam, że doskonale wiem co mówił ubiegłego dnia. Oraz, że podstawą pracy w księgowości jest obopólne zaufanie. A z mojej strony tego nie ma i nie widzę szans na zmianę.
Chyba go to zaskoczyło, bo zamilkł.
(Ze mną niestety tak jest: na wstępie każdy ma ogromny kredyt zaufania. Ale gdy już ten kredyt się wyczerpie, to niestety definitywnie, na zawsze, i nawet gdybym chciała to zmienić to nie potrafię).

Tu kojarzy mi się scena z Nigdy w życiu (film). Judyta wyrzuca z domu koleżankę Dziunię z Panem Kaziem. Adam Niebieski to widzi. Judyta rzuca zawstydzone „Przepraszam”. A on odpowiada „Nie ma sprawy. Jak wszyscy wyjdą będzie można spokojnie porozmawiać”.
Jak wyrzucę wszystkich klientów to będę miała dużo czasu na wszystko, nie?

Ale z drugiej strony: możliwość nie pracowania z dupkami to jedna z zalet bycia na swoim. To luksus, na który na szczęście mogę sobie pozwolić. Od czasu do czasu.
Z trzeciej strony facet miał trzy dokumenty na krzyż, więc pieniędzy mało, a stresu dużo…

A tak, bo zmęczona jestem koszmarnie, przygnębiona permanentnie i odłożyłam wszystkie ambitne lektury oraz filmy na czas nieograniczony.
Czytam Jeżycjadę, bo Legimi w swej łaskawości ją zakupiło, więc nareszcie przeczytam całą serię ciągiem.
A oglądam koreański serial Hometown cha cha cha.
Cudny! lekki…a nie głupi! jak ci Koreańczycy to robią, że z banalnych zdawałoby się treści potrafią nakręcić nie obrażającą intelektu serię? Czy polscy scenarzyści mogliby pojechać do Korei na jakieś kursa niektóre?
Bo to, co Polacy produkują dla Netflixa, to w większości jest tak mierne, że za każdym razem myślę sobie: oesuuu, to już było naprawdę dno, nic gorszego od tego nie zobaczę… a potem pojawia się następny…
Nie wiem po co ja się tym katuję. Chyba tęsknota za Polską mi na mózg pada.


Ale właśnie dochodzi ósma. Tośka zaraz wstanie i będzie mnie nosem trącać.

Dziwna rzecz z tym czasem teraz. Od ostatniej zmiany mam tak, że ledwie siądę przy biurku po porannym spacerze z Tośką, a już jest godzina 15 i Tośka znowu trąca w łokieć.
Za oknem wciąż poranne światło, a na zegarze jakaś całkiem od czapy, późna godzina.
Nie mówiąc o tym: Aaaale jak to już KWIECIEŃ? A gdzie marzec?!



20. Spadł śnieg

Wczoraj. Wzięło i napadało. Temperatura spadła poniżej zera. I mamy co mamy czyli piękną mamy zimę tej wiosny. Bo, wyobraźcie to sobie, świeci słońce a na niebie ani jednej chmurki. I tak ma być przez cały tydzień.
Bosko.
Córka mi w sobotę powiedziała:
– Ale wiesz…w tej Hiszpanii to nie masz mi czego zazdrościć. Temperatura 27 stopni, człowiek się tylko poci, więc musi iść do morza i się schłodzić i spłukać pot, więc idzie przez tę obrzydliwą plażę, piachu pełno. Wejdzie się do morza, wyjdzie i znowu przez piach… i za chwilę znowu człowiek brudny i spocony… Lipa.
No więc nie zazdroszczę, bo i czego? Od kwitnących roślin człowiekowi tylko alergia rośnie, a od słońca dostaje się raka, prawda?
Więc piękną mamy zimę tej wiosny.

Poza tym chyba mam syndrom pchły w słoiku…
Ktoś mi opowiadał o takim eksperymencie: zamknięto w słoiku pchły. One początkowo skakały wysoko, żeby ze słoika wyskoczyć, ale odbijały się od wieczka. Więc z czasem skakały coraz niżej. Potem odkręcono słoik, ale pchły już nie próbowały wyskoczyć z niego.
No więc mam chyba podobnie.
Mam odkręcone wieczko, ale nie umiem wyskoczyć.

19. Podatki

– Ale dużo tego podatku! Dlaczego? Przecież mówiłaś, że będzie mniej. Dochód większy? Ale mówiłaś, że mniejszy? Na wydrukach..? Ale ja nie sprawdzam tych wydruków, co mi dajesz. Przecież ci ufam. Że możesz się pomylić? No ale ja ci ufam… No ale ja byłem nastawiony na mniej, a teraz mnie zaskakujesz…

– Ale mały ten dochód, a ja chciałem dom kupić…


– Samochód firmowy, czy używam prywatnie? Oczywiście że nie… Nie, dziennika podróży nie prowadzę… Jak to PODATEK OD SŁUŻBOWGO auta używanego prywatnie? Mówię ci, że nie używam tego samochodu prywatnie… Ale jak mam to udowodnić? No nie mam ani dziennika ani GPSa. Oświadczenie? Na piśmie? Przecież ci mówię, nie wierzysz mi?

– Odliczysz, mi koszty biura w domu, tak? Oczywiście, że pracuję przy biurku 800godzin rocznie niezależnie od tego ile pracuję w terenie.

I tak jeszcze ze 25 razy…


18.

Ech…
Skończyłam serial o rodzinie Braverman’ów. I co ja teraz będę oglądać?
Skazana jestem na Netflix. A tam … coraz większe dno …albo mi algorytmy podpowiadają tylko jakieś takie…
W ciągu ostatniego miesiąca obejrzałam trzy filmy.
1. U ciebie czy u mnie, amerykański z Reese Witherspoon
2. Dziś śpisz u mnie, polski z Romą Gąsiorowską
3. Pokochaj poślub powtórz, angielsko-włoski z Eleanor Tomlinson

Wszytskie te filmy mają tę samą wadę: NIE DA SIĘ ICH ODZOBACZYĆ.
NUDA. NUDA. NUDA.
Amerykańskiego nie dała rady uratować nawet Reese. Jak scenariusz jest kiepski to… jest kiepski.
Do Romy Gąsiorowskiej mam pytanie: czy ona przegrała jakiś zakład, ktoś jej może czymś groził, że zagrała w tym filmie? Bo grała jak kołek, jak sędzia Anna Maria Wesołowska. Zwłaszcza scena, w której robi awanturę mężowi…
O tym ostatnim to nawet nie wiem co powiedzieć, bo w zasadzie nawet miał potencjał, więc nie wiem jakim cudem wyszedł taki gniot kompletnie bez sensu.

I tak mam ze wszystkim.
Naprawdę chyba wrócę do koreańskich Błękitnych opowieści… Tam nawet jak aktorzy grają kiepsko to nie widzę, bo składam na karb odmienności.

Oglądając Parenthood (po raz 4 czy 5?) przypomniałam sobie, że google ma tę możliwość, że można włączyć słuchanie i on nam wyszuka piosenkę. Dzięki temu mam na YT piękną listę piosenek z tego serialu.
A tam takie rzeczy jak Forever young Boba Dylana w wykonaniu Rihannon Giddens and Iron&Wine.
Lub Case of You Joni Mitchell w wykonaniu Jamesa Blake’a
Lub The Circle Game Joni Mitchell w wykonaniu bohaterek serialu: mae Whitman oraz Laureen Graham.
I wiele innych.
Uświadomiłam sobie, że choć wiem kim jest Bob Dylan to jego piosenek prawie nie znam. Ale gdy próbuję słuchać, to w oryginale pasują mi słabo. Pewnie dlatego, że nie rozumiem za dobrze o czym śpiewa, a tam chyba ważny jest przede wszystkim tekst. Natomiast w interpretacji innych artystów wychodzą niesamowite kawałki.

Książki też jakoś słabo…
Choć Egipcjanin Sinuhe jest całkiem ciekawy i nie wiem czy zamiast oglądać, nie będę więcej słuchac.
Przeczytałam Czerwony rower Antoniny Kozłowskiej i to była pierwsza od dawna pozycja, która mnie naprawdę wciągnęła, gdzie nie irytowały mnie zabiegi pisarza służące tylko spulchnieniu książki. Oceniłam ją na 8 gwiazdek na lubimy czytać.
A tymczasem odkryłam, że byli tacy co dali jej nawet tylko jedną…

No tak, ale ja bestsellerowej „Małe życia” dałam jakieś 3, ups aż 6! gwiazdek, chyba bałam się, że mnie do końca wszyscy znienawidzą. Bo wg mnie to straszny gniot. A ludzie dawali i 10.
Matka mi mawiała „ty zawsze jak nie-ludzie”.

Ano widać już tak mi zostanie.

Wczoraj był ostatni słoneczny dzień. Zabraliśmy Tosię na Dimbo, na śnieg.
Wiecie jak Tosia lubi śnieg? O tak:

Jak stary kokainista biały proszek.

A teraz poniedziałek. W nocy przyszła kolejna dostawa śniegu… Choć mróz chyba już odpuszcza i po południu ma padać deszcz.

Trzeba się zbierać.

16. Permanentna inwigilacja

Sobota.
Jedziemy z eM i Tośką na spacer.
Em mówi, że jego prawo jazdy za dwa miesiące traci ważność. I on nie wie jak się je odnawia.
– Mam iść na policję? – zastanawia się
– Raczej do Trafikverkerket lub Transport Styrelsen (Wydział komunikacji lub coś w tym stylu)

Dziś wyciągam listy ze skrzynki. A tu koperta z Transport Styrelsen do mojego męża.
NIEMOŻLIWE! Aż bezczelnie otworzyłam, żeby sprawdzić czy się nie mylę.
Nie, nie myliłam się.
To dokument z informacją o tym, że jego prawo jazdy wkrótce traci ważność i co ma zrobić, żeby mieć nowe.

Normalnie podsłuchali nad w samochodzie!!! PERMANENTNA INWIGILACJA!!!

15.

Kiedy siedem… (osiem?) nie… prawie dziewięć!
Kiedy ponad osiem lat temu startowałam ze swoją firmą, najbardziej się bałam własnego lenistwa. Tego, że nie będę umiała się zmobilizować do pracy, że będę nawalała, bo nie przywykłam pracować bez bata nad tyłkiem.
A teraz mam problem, jak wykorzenić z siebie poczucie winy, że nie pracuję przez cały czas.
Nie, nie ma tak, że jestem tak do przodu z robotą, że w niczym nie nawalam, nigdy nie mam zaległości. Mam. Czasem mniej, czasem więcej, ale zawsze jest coś, co powinno być zrobione wczoraj. Ale nie może też być tak, że pracuję w weekendy, w święta, że nie robię sobie urlopu dłuższego niż jeden dzień, a i to z poczuciem, że robota czeka. Nawet jeśli w weekendy pracuję mniej to i tak zawsze w czymś tam pogrzebię.
Nie wiem co mam robić jak mam nie pracować. Nie umiem czytać książki rano, jeszcze bardziej nie umiem oglądać filmu w ciągu dnia. Gdyby było ciepło mogłabym wyjść, pojechać gdzieś z aparatem czy coś.
Ale jest zimno.

Wczoraj po popołudniowym spacerze z Tośką przeżyłam coś na kształt buntu.
Było mi zimno, czułam się zmęczona, obolała cielesnie i duchowo. Najpierw zasiadłam na kanapce w gabinecie, by nie tracić widoku słońca i nieba, ale potem przeniosłam się do sypialni. Miałam czytać…ale poszłam spać. Słyszałam dzwoniący telefon, ale nie chciało mi się go odbierać. Słyszałam też smsa na firmowym, ale też nie chciało mi się spojrzeć.
Gdy wstałam po godzinie, jeszcze bardziej kwaśna, zmarznięta i zmęczona kazałam mężowi zadzwonić do córki i zameldować, że matka źle się czuje, nie ma ochoty gadać (bo to ona dzwoniła wcześniej).
Wieczór spędziłam w fotelu z serialem Parenthood i drutami, oraz myślą, że teraz to potrzebuję zajęcia na co najmniej pół nocy. O 22 spałam jak zabita, bez wieczornych ablucji, bo nie miałam siły.
Wstałam o siódmej, bo kot, bo pies, bo… …wa mać PRACA!!!

Tymczasem poszłabym spać dalej.

Nie jestem pewna czy się nie dzieje coś niedobrego w mojej głowie. W sensie psychicznym… Nie mogę czytać. Każda książka jest nudnaaaa… Czy trafiam na takie?
Wzięłam się za Stulatka co wyszedł przez okno …
Dobrnęłam do połowy i stwierdziłam, że naprawdę nie zniosę kolejnych zdań historii O Głupim Jasiu. Nic mnie nie obchodzi jak się potoczą dalsze losy, jak to się skończy… krótko mówiąc „a w dumie mam!”
A wcześniej odłożyłam Miasto Niedźwiedzi bo tu na odmianę wiedziałam mniej więcej jak to się skończy i nie chciałam się dowiadywać bardziej szczegółowo.
To samo dotyczy słuchanego Stramera. No wiem mniej więcej co będzie dalej, nie chcę wiedzieć „bardziej”.
Sięgnęłam więc po inną zupełnie książkę, ale dwustronicowe dywagacje rodzeństwa na temat separacji rodziców, znudziły mnie już na wstępie…
Najbardziej to bym chciała być nad ciepłą, dużą wodą, żeby było ciepłe powietrze, wygodny fotel, żebym się tak mogła zapatrzeć w dal…

Jak w tu „Turn my head off”. Wyłącz moją głowę.

Potrzebuję jakiejś pauzy. Urlopu. Czy coś.
Może to po prostu panika, bo jak zawsze deklaracje roczne, te wszystkie zamknięcia ksiąg, więc ilość pracy podwójna.

A może trzeba znowu sięgnąć po niebieskie tabletki.

14. Ziuuuuuu

-Co to przeleciało?
-Luty.

I w zasadzie to byłoby wszystko…
No ale jednak nie.

Bo na przykład od kilku dni pogoda nas rozpieszcza. Jeszcze we czwartek i piątek wiało i było naprawdę zimno, choć przez okno wydawało się, że wcale nie. Bo świeciło piękne, pełne słońce, na czystym błękitnym niebie.
Ale w sobotę już było mniej zimno. W niedzielę było całkiem przyjemnie, choć niewiele z tego skorzystaliśmy bo całą rodziną (lub jej większą częścią) pojechaliśmy połazić po IKEA.
Kupiłam niewiele, ale i tak wydałam masę kasy. Choć eM oddał mi połowę, więc nie było to aż tak bolesne.
A wczoraj to już naprawdę szał … Zero wiatru, czyste niebo, pełne słońce.
Tosia na spacerze odmawiała współpracy gdy tylko próbowałam skręcić w kierunku domu.
Nie. Nie, nie i nie. Nie idziemy do domu. Idziemy wszędzie, ale do domu – nie. Kładła się na ziemi, w nosie miała moje „To ja idę, papa!”. Nie mogłam jej naprawdę zostawić, bo byłyśmy w parku w centrum miasta a tam dokoła ruchliwe ulice. W zasadzie jestem przekonana, że teraz Tosia za nic w świecie nie poleciałaby na oślep za zającem czy innym pieskiem, bo jednak mamusi nie zostawi, ale gwarancji nie mam.
Ych.
Ten park w centrum to ostatni teren zielony w moim mieście, gdzie rosną duże, stare drzewa. K.wa mać. Niedługo żeby popatrzeć na drzewa będzie trzeba do rezerwatu jeździć. Pogłupieli w tej Szwecji na amen.
Cały świat pracuje nad zazielenianiem miast, a Szwedzi jak zwykle mają własną logikę.

Ta piękna wiosenna pogoda przyszła w parze z burzą na słońcu no i fejsbuk i instagram zapełniły sie zdjęciami zorzy, która dotarła nawet nad Bałtyk.
Pojechaliśmy wczoraj wieczorem z eM na Kinnekulle. Ludzi było więcej niż w ciepły majowy weekend. Takiej ilości aut na parkingu z punktem widokowym nigdy w życiu nie widziała. (Renata, to tam, gdzie był obraz z Markiem Knopflerem, pamietasz?).
Masa samochodów kręciła się też wokół parkingu na szczycie. Ludzie szukali lepszego widoku… A okazało się, że wysokość nie ma tu nic do rzeczy.
Na zdjęciach z Läckö i okolic zorza była wyraźniejsza, mimo, że wiele zdjęć było robionych po prostu na brzegu jeziora.
Jednak na przyszłość lepiej jechać tam, bo mniejsze zanieczyszczenia świetlne.
A na Kinnekulle okiem zorzy nie widziałam. Nikonem też nie. Ale telefon coś tam złapał.
Wrzucam tylko ku pamięci, bo jakość słaba.

I tak to.
Dni lecą.
O siódmej rano już prawie jasno. O szóstej po południu – też.

Czytam o Stulatku co wyszedł przez okno i zniknął. Chciałam obejrzeć film, ale nie ma nigdzie legalnie po polsku.
A właśnie… Przypomniało mi się.

Tuż przed Walentnkami natknęłam się na reklamę książki Nigdy w życiu czytanej przez Danutę Stenkę. Już zacierałam łapki, już sięgałam do portfela… a tu zonk. Owszem audiobook jest, ale tylko na Storytel. Jęknęłam w komentarzu, że ale dlaczego tylko tam. Odpisano mi, że to jest ich produkcja, ale mogę wykupić dostęp, pierwszy miesiąc dają mi gratis. Łaskawcy.
Odpisałam: mieszam za granicą. I tu się dialog urwał.
A mną targa nieustanny wkurw za bezzasadne ograniczanie mi dostępu do treści kulturalnych w moim własnym języku. Treści, za które gotowa jestem zapłacić. Ale nie – jakaś idiotyczna zmowa ludzi kultury sprawia, że kasę mogę se w buty wsadzić.
A potem płacz „ojej, tyle i tyle straciliśmy przez piractwo”. Dajcie legalnie, to ludzie nie będą piracić.

Życzę temu co te ograniczenia wymyśla, żeby musiał wyjechać daleko od domu, tam, gdzie nie mówią ani po polsku, ani po angielsku, i żeby sam na własnej skórze odczuł jak to jest nie móc obejrzeć legalnie filmu z napisami po polsku.

A poza tym muszę się zabrać za sprzedaż mieszkania w Polsce…i nie wiem od czego zacząć, więc swoim zwyczajem nic nie robię i czekam aż mnie olśni.
I o.