Mój synek kończy dziś 31 lat.
Kiedy to zleciało?!
Chyba się starzeję, albo co…
Dzieci mam dorosłe. Coraz mniej mnie obchodzi zdanie innych. Coraz mniej mnie obchodzą różne sprawy – z polityką na czele. Nie mam zielonego pojęcia kim są ludzie występujący w memach.
A w dodatku chyba się robię sentymentalna. I tęsknię do Polski.
Może to Jeżycjada? Z tej serii wygląda świat, w którym złoczyńca odparty siłą i godnością osobistą zawstydza się i odstępuje z przeprosinami…
Może jestem po prostu zmęczona.
Kolejnym rozwiązywaniem rebusów podatkowych, kolejnym tłumaczeniem tego samego, kolejną walką z klientami o wszystko…
Czytam Jeżycjadę, bo Legimi dało mi taką możliwość, a nigdy nie miałam szczęścia by przeczytać wszystko od początku do końca.
Najmniej podobają mi się części pomiędzy Brulion BebeB a McDusią – pewnie dlatego, że tak naprawdę tam jest słowotok a mało akcji. Żeromscy gadają, Ida gada… Nic to gadanie nie wnosi…
Od McDusi znowu wraca stary klimat znany z pierwszych tomów.
Zostały mi dwie ostatnie części Feblik oraz Ciotka Zgryzotka. A jako bonus wezmę Małomównego, bo nigdy tego nie czytałam.
Za sprawą Zuzi, która przejęła mój laptop wraz fotelem odkryłam, że najlepsza forma spędzania niedzieli to kanapa + książka.
Pogoda się popsuła, więc tak spędziłam wczoraj cały dzień.
Chyba powinnam ustalić sobie taką tradycję niedzielną.
Chciałabym do Polski…
30. Djäknesundet
Końcówka tygodnia przyniosła upragnione ciepło.
Słońce świeciło już od kilku dni na czystym niebie, ale dotąd wciąż ciągnęło zimnem z północnego wschodu.
We czwartek ktoś wreszcie „zamknął wrota” i zrobiło się ciepło. A nawet bardzo ciepło.
Rano pojechałam na przegląd z Malutkiem. I ups… NIE PRZESZEDŁ przeglądu! Z powodu hamulca ręcznego, który okazał się być „niewystarczający”. Cokolwiek to znaczy.
Pani robiąca przegląd powiedziała, że to normalna wada w automatach. Wrzucamy wajchę na P i po kłopocie. A ręczny sobie śniedzieje, rdzewieje, zarasta czymś tam… Cokolwiek, w każdym razie trzeba jednak go używać, bo jak wiadomo z teorii ewolucji Lamarcka „narząd używany rozwija się i doskonali”.
Mam czas do 22 maja na zrobienie. eM stwierdził, że zajmie się tym w sobotę. A w niedzielę, może byśmy gdzieś pojechali?
Piątek był cieplejszy od czwartku, ale prognozy pokazywały, że od niedzieli ma przyjść zmiana pogody. Tak więc jeśli gdzieś, coś, to tylko w sobotę.
No, ale w sobotę to ja miałam umówione spotkania z klientami w sprawie rocznych deklaracji (trzeba zarobić choćby na część podatku)… Na szczęście ostatni byli umówieni na godzinę 12. Sprężyłam się i przygotowałam wszystko tak, by w obecności klienta wprowadzić tylko cyferki do odpowiednich pól. W latach ubiegłych mogłam to robić zdalnie. W tym roku Skatteverket wprowadził logowanie przez kod QR …
Wyjechaliśmy około godziny 13.
Jak zawsze to ja wybierałam miejsce wycieczki. Chciałam nad morze, na zachodnie wybrzeże, ale perspektywa dwugodzinnej jazdy słabo mi pasowała ze względu na Tosię. Stwierdziłam, że w takim razie pojedziemy nad Vetter (Vätter). Niedaleko, kawałek za Skövde tylko…
Skövde przecież blisko, nie? Taaa… Tylko, że od Skövde było 60km. Razem: 105.
Inna rzecz, że w odległości do 60km od domu, nad wodą, to w zasadzie widzieliśmy już wszystko i to po kilka razy.
Tośka jak zawsze kręciła się w samochodzie, dyszała, kładła się, wstawała.
Wreszcie dojechaliśmy.
Droga szutrowa, prosta, pusta. Dookoła las, w lasie ptasi rejwach choć godzina trochę po 14. Niebo czyste, błękitne. Tylko od wody ciągnął lekki chłodek.
Tośka kombinowała żeby wleźć w bagienko obok drogi, tak już chciała wody i ochłody, ale udało się nam ja powstrzymać.
Wreszcie ujrzeliśmy wodę.
Zuzu odpięła smycz, Tośka wystrzeliła jak z procy, Zuzu za nią i tyle je widzieli.



Nie dane nam było posiedzieć na plaży, bo już nadciągali inni ludzie, też z psem.
Odeszliśmy w bok, pod drzewa, na skały, tam zjedliśmy kanapki.



Kanapki były z widokami jak widać.
Tośka na przemian to żebrała, to kombinowała jak znowu wleźć do wody. Napędziła nam w końcu stracha, bo ześlizgnęła się z kamienia i chlupnęła do do wody. Kamień stale zanurzony w wodzie jest bowiem śliski, a te tutaj dodatkowo były pochyłe, więc tworzyły prawdziwą zjeżdżalnię. Chlupnęła i nie mogła wyjść, bo śliski kamień nie dawał oporu pod łapkami. Niby nie było głęboko choć przejrzystość wody oszukiwała i zapewne było głębiej niż się wydawało.
Za drugim razem udało mi się ją złapać za szelki i wyciągnąć.
Myśli ktoś, że zrezygnowała? Nie. W innym miejscu znowu wlazła do wody, ale na szczęście już bez takich atrakcji.


Pokręciliśmy się jeszcze troszkę, ale wreszcie skały zagrodziły drogę na amen, więc poszliśmy na drugą stronę zatoczki.
A tam takie widoki

Strumień wypływający z jeziora.
I kolejna zatoka.





Przeciwległy brzeg to jedna z wysp Ombo.



Nie chciało się odchodzić. Ale odkryliśmy innego amatora tego miejsca,

więc wielkim łukiem wróciliśmy na plażę, a stamtąd do samochodu.
Na mapce to miejsce wygląda tak:

Zielona linia to trasa naszego spaceru. Strumień zaczynał się w miejscu, gdzie zielony znacznik.
Ogólnie miejsce maleńkie, ale przecudne. Po wielkości parkingu sądząc, jest bardzo ludne w sezonie.
Vätter jak zawsze – nie zawiódł. Krystaliczna woda, miejscami rdzawa, miejscami szmaragdowa, spokojna, dzięki temu, że od całego akwenu odgrodzona wyspami Ombo – doskonałe miejsce na kajak lub deskę.
Będziemy tam wracać, na pewno.
29. Znowuuu?
Jakaś czarna seria? Mam się nad sobą zastanowić? Mam zmienić pracę?
Co mam zrobić?
Mail od klientki, która jest u mnie od grudnia.
A w nim, że jestem niemiła, opryskliwa i olewająca. No i oczywiście rezygnuje z współpracy.
Naprawdę nie poczuwam się do winy, przeczytałam całą naszą korespondencję…
W ostatnim mailu, w odpowiedzi na to, że upierała się by koszty prywatne były kosztami firmowymi napisałam: W razie czego to ty będziesz się tłumaczyć przed urzędnikiem kontrolującym – i to podobno było poniżej krytyki. A to jest sama prawda!
Opadło mi wszystko…
Ja chyba nie umiem pracować z kobietami… albo co.
28.Znowu
Mimo pracy, stresu, nieustającego prawie bólu głowy – chyba wracam do żywych po zimie.
Znowu chce mi się słuchać muzyki, łazić po YT bez planu i odkopywać zapomniane piosenki.
Lista „chcę przeczytać” oraz „chcę obejrzeć” znowu się wydłuża.
Znowu wyciągnęłam aparat.
Tosia dzięki kuracji znowu jest przepięknym psem. Na ostatnim wyjeździe widziałam jak ludzie ją sobie wzajemnie pokazują. Kilka razy usłyszałam, że jest piękna.
A ja nie zaprzeczam. Bo jest.




Tylko dziwaczeje coraz bardziej.
Ale co tam…
27.
EM miał wrócić w niedzielę, bardziej po południu, niż przed…
A wrócił w sobotę, w południe…
Nie uważacie, że takie rzeczy to powinny być zabronione przez prawo?
Człowiek się nastawia, a tu o.
Akurat lepiłam pierogi z mięsem dla synka, więc niestety, ale dziecko nie mogło dostać na zapas do domu. Bo zdrożonego trzeba nakarmić…
Ale, żeby nie było, uznałam, że skoro tak, to już i tak zrobiłam dużo i spoczęłam na laurach.
Żadnego więcej pitraszenia. Nie umawialiśmy się na święta, bo miało go nie być.
Wczoraj rano, na spacerze z Tośką odkryłam, że temperatura zrobiła się taka bardziej kwietniowa. Niebo było czyste, wiatru prawie wcale…
Pojechaliśmy popatrzeć na żurawie i inne ptactwo wodne nad Hornborgasjön.
Mało żurawi w tym roku! Najwięcej było 1-2 kwietnia, trochę ponad 10 tysięcy. W sobotę naliczono już tylko 8300, ale wczoraj 8500.
Było dużo ludzi, ale to jak zawsze.

Pokręciliśmy się tam krótko, może z pół godziny i pojechaliśmy do Broddetorp – czyli na drugą stronę jeziora, mniej więcej tam, gdzie jest górny lewy róg zdjęcia poniżej.

Mieliśmy jakieś kanapki, kawę i plan by posiedzieć na słońcu.
Było błękitnie i przestrzennie. Ciepło bardzo. Sporo ludzi, ale obszar też spory, no i Szwedzi jednak zachowują dyskretny odstęp oraz nie drą jap, więc było miło.



Dziś pewnie trochę popracuję, może sprawdzę inną myjnię samoobsługową, (w tej do której zwykle jeżdżę coś się popsuło) i zafunduję Malutkowi lany poniedziałek? Znowu jest brudaskiem…
eM wymyślił jakieś ognisko, może na Läckö, bo on by se kiełbasę upiekł… A Tośkę i tak trzeba gdzieś przegonić… Zobaczymy jaka będzie pogoda, ja będzie znowu ciągnęło z północnego wschodu, to nad jeziorem może być mało przyjemnie, ale zobaczymy.
A jutro, z Hiszpanii, wraca Zuzu.
I na osiem miesięcy będzie spokój ze świętami.
26. Po deszczu słońce
Wczoraj rano spadł śnieg.
EM szykował się do wyjazdu, a ja… nie mogłam się doczekać kiedy pojedzie.
Dopiero przedwczoraj dowiedziałam się, dokąd wybrał się mój mąż. Dotąd trwałam w obojętnym braku zainteresowania, a coraz większe podekscytowanie męża zbywałam mruknięciami. Trochę dlatego, że głowę miałam zajętą przezywaniem własnych dram, trochę też z powodu urazy…
Ale gdy dramy ucichły, w głowie mi się ułożyło, to chyba odpowiedziałam mężowi ludzkim słowem, na co ten wyciągnął mapę, bo jednak dobrze byłoby wiedzieć gdzie go szukać w razie czego.
Otóż szukać go należałoby w okolicach Preikstolen.
Aaaaa…
– Zrobić ci miejsce w samochodzie? – zapytał.
Ułamek sekundy… Tosia, Basil, praca… dopiero potem cała reszta: zimno, spanie w samochodzie jak sardynki… Nie. Zdecydowanie nie.
Pojechał około południa i wreszcie w domu zapanował spokój.
Planowałam wybrać się na zakupy, ale byłam dzień wcześniej z Heleną…
A właśnie: Helena. Moja szwedzka koleżanka.
Helena jest w związku z Peterem, ale nie mieszkają razem. Spotykają się gdy chcą, ale poza tym funkcjonują jak stare małżeństwo. Wspierają się, opiekują sobą, są upoważnieni do informacji w razie choroby…
Ale w ostatnim czasie coraz częściej dochodzi do spięć.
Helena, choć trochę ode mnie młodsza, jest na rencie. Najpierw wpadła w syndrom wypalenia i depresję, a w trakcie leczenia zachorowała na serce, nie jestem pewna szczegółów, w każdym razie ma rozrusznik.
A od jakiegoś czasu narzeka na osłabienie, brak oddechu, ciągłe zmęczenie. Badania nie wykazały żadnych zmian więc albo znowu depresja się nasiliła mimo przyjmowania leków, albo jest to powikłanie po covid.
Tak czy siak, ma się Helena nie najlepiej, choć oczywiście są dni lepsze i gorsze.
Peter jest kilka lat starszy, też schorowany, ma jakieś problemy ze stawami i też są dni kiedy ma się lepiej lub gorzej.
A gdy dwóch chorych się spotka to bywa różnie, wiadomo.
We środę chciałam pojechać do Kristiny, do sklepu z włóczkami, zapytałam Helenę czy ma chęć, przy okazji jeśli potrzebuje możemy zrobić inne zakupy. Zabrałam ją z parkingu sprzed jej domu, żeby nie musiała daleko chodzić. Pojechałyśmy.
Ludzieeeee… jaki ruch! Masa samochodów na drodze, na parkingach, ludzi pełno w sklepach.
W sumie to dokupiłam tylko włóczkę na czapke, upewniłam się, że Kristina zamówiła włóczkę, której mi zabrakło do swetra.
Jedzenia nie kupiłam wcale bo nie wiedziałam co…
A wczoraj jak eM pojechał, to sama nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Roztrwoniłam jakieś dwie godziny na czytanie i drzemkę, potem zaczęłam niemrawo sprzątać. Zaczęłam od kuchenki. Bo tu nie ma gazu, więc kuchenki są na prąd. W mieszkaniach na wynajem królują płyty na spiralę. Problem w tym, że biała blacha wokół palników wciąż się przypala. Wystarczy, że coś wykipi, napryska i wokół palnika robi się ciemnobrązowy nagar. Nie bierze tego żaden najbardziej agresywny środek chemiczny. Na to jest jedna rada: gąbki svinto – nasączone detergentem gąbki z włókna metalowego, takiego jakiego używa się do grilla – siła własnych rąk.
Gdybym mieszkała sama i sama używała kuchenki – pilnowałabym i wycierała natychmiast to, co wykipi i pewnie ne musiałabym skrobać. No ale jest jeszcze eM …
Zaczęłam więc od czyszczenia kuchenki, bo wiedziałam, że bez tego nie poczuję w ogóle, że są jakieś święta. Skrobiąc obmyślałam plan żywieniowy, robiłam listę zakupów, ustalałam plan pracy…
Moje rozmyślania przerwał domofon. Eeee.. co…? Kto? Tak bez zapowiedzi?
Bez zapowiedzi przychodzą tylko trzy osoby: Misia, Zuzu i mściwy dupek.
Misia z Zuzu są w Maladze. Dupek? Czy kto?
Co robi introwertyk zaskoczony niespodziewanym dzwonkiem do drzwi? Upewnia się, że drzwi się zamknięte. tak i ja zrobiłam. Postanowiłam udawać że nie ma mnie w domu.
No ale za chwilę telefon, na prywatny numer, w dodatku nieznany. Odebrałam, z czystej ciekawości.
– Hej, tu Interflora mam kwiaty dla ciebie…
– Do mnie? To musi być pomyłka.
– A ty się nazywasz Katar…zyna?
– Katarzyna, tak to ja.
– No to mam kwiaty dla ciebie… Jestem u ciebie pod drzwiami…
Odebrałam paczkę z opadniętą szczęką, nie mogąc mówić z wrażenia.
KTO?! Postanowił mi zrobić przyjemność?
Bukiet był ogromny, świeży, kwiaty jeszcze pąkach obiecywały feerię barw, masa przybrania. Piękny, ale musiałam poświęcić dzbanek do kompotu, bo w żaden posiadany przeze mnie wazon się nie mieścił.
Do jednej łodyżki była przyklejona skromna karteczka: Miłych świąt życzy Izabela.
Iza! Moja nigdy nie widziana koleżanka z samego krańca Skanii.
Zrobiła mi święta!

Wieczorem upiekłam placek ze śliwkami.
A jak wy?
25. Ludzie i ludziska
Wizyta u drugiego klienta zaczęła się tym, że klient wyszedłszy po mnie na ganek, zaczął mnie przepraszać.
No bo jak to tak, że ja musiałam do niego przyjechać i jeszcze w niedzielę…
Ale tak było wygodniej, gdyż potrzebna nam była żona klienta, a raczej jej elektroniczny podpis, a u mnie w domu i mąż i pies i kot… Za dużo zamieszania. W tygodniu oboje pracują daleko od swojego i od mojego domu…
Spędziłam tam trzy godziny.
Wychodziłam żegnana słowami:
Nie przejmuj się, oczywiście, że to nerwy, bo wiadomo; ale każdy się myli, no i żeby nam się tylko takie błędy zdarzały…
Do domu wracałam ciesząc się słońcem, muzyką, tym, że mój mały samochodzik tak sobie wesolutko i spokojniutko pocina wiejską, pustą dróżką.
Gdy zjadłam późny lunch ścięło mnie z nóg.
Zasnęłam na godzinę, więc spanie w nocy było kiepskie. O 3 obudziła mnie migrena. (Noc jak co noc). O 5 stwierdziłam, że leżenie nie ma sensu.
No to dalej pchamy wózeczek.
Dziękuję za waszą obecność.
24.
Czuję się okropnie.
Usiłuję dojść do ładu z uczuciami, nazwać je… ale kompletnie nie potrafię.
Wczoraj wypowiedzenie złożył syn mściwego dupka.
To jest ciekawa historia.
Chłopak dobiega trzydziestki, ma żonę i dziecko. Pracuje, utrzymuje rodzinę, mieszka we własnym mieszkaniu
Tatuś nie znosi synowej. Bo siedzi w domu i nic nie robi (dziecko ma może dwa lata). A według dupka kobieta powinna wszystko w domu robić.
Rok temu Synek zwierzył mi się, że kupuje psa.
– Tylko niech pani tacie nic nie mówi
Potem było jeszcze kilka różnych sytuacji, z których wynikło mi, że synek strasznie chce zasłużyć u tatusia na przynajmniej pochwałę.
Miałam jeszcze z dupkiem kilka innych sytuacji. Ktoś mu się naraził – pochwalił mi się, że wszystkim swoim znajomym powiedział, żeby w interesy z tym człowiekiem nie wchodzili. Z kimś miał zatarg w pracy – ten ktoś chciał otworzyć firmę i chciał mi zlecić księgowość – dupek powiedział, że on w takim razie będzie w trudnym położeniu… czyli dał mi do zrozumienia, że mam wybrać. Odmówiłam więc.
Zastanawiam się z kim z moich klientów dupek ma jeszcze coś wspólnego… czyli zastanawiam się kto jeszcze mi odejdzie.
Kurczę… po tej ostatniej historii miałam przeczucie, że to się dobrze nie skończy.
Nooo i na bank z okolicy to szybko nikt nowy nie przyjdzie.
Za chwilę jadę na spotkanie z drugim klientem. I też nie spodziewam się, że będziemy kontynuować współpracę.
Od jakiegoś czasu śni mi się moja matka. A to mi mówi, że cieszy się, że do niej przyjeżdżam. A to mi mówi, żebym na spotkanie z nią założyła tę fioletową spódnicę i białą bluzkę.
A dziś przyśniła mi się Baśka. Powiedziała: ta zamieć zaraz się skończy, ale ja się gniewam na mamę – siedziała w zielonym traktorze owinięta kolorowym szalem, a wokół niej tańczyły płatki śniegu.
Staram się nie widzieć w tym przepowiedni, choć akurat słowa Baśki mogłyby być optymistyczne. Staram się racjonalizować i tłumaczyć sobie, że to mój zestresowany umysł produkuje takie rzeczy.
Wczoraj, zmęczona bólem głowy, wyszłam na spacer i po czterdziestu minutach sama doszłam do podobnego wniosku: to się zaraz skończy, to tylko teraz jest tak okropnie, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, oraz: karma wraca.
No i tu dotarło do mnie, że karma wróciła do mnie. Zrobiłam się zbyt pewna siebie, odmawiałam nowej roboty, podziękowałam dwóm klientom (kłopotliwym mocno pod różnymi względami, ale jednak). Straciłam czujność.
Więcej pokory.
Co nie zmienia faktu, że teraz jest strasznie i że czuję się okropnie samotna.
23.
Wczoraj się oczywiście skopałam, za popełniony błąd…
Potem popłakałam.
Potem włączyło mi się myślenie… buntownicze.
Wieczorem, świadoma nadchodzącej nocy, myślałam z wisielczym humorem:
Jeszcze tylko wpierdol i wakacje.
Czyli: jeszcze tylko migrena a potem idziemy dalej.
Błędy polegały na tym, że w ostatnim okresie z powodu błędnego księgowania znacząco zawyżyłam koszty, więc klient spodziewał się odpowiednio mniejszego dochodu, a co za tym idzie – mniejszego podatku.
Ale.
Każdy z nich na koniec każdego zaksięgowanego okresu dostaje na maila pdf gdzie ma czarno na białym ile sprzedał, ile kupił oraz co kupił. Oraz jaki mu wychodzi dochód. Sumy te zawsze są rozbite na ostatni księgowy okres oraz na wartość całoroczną.
I co najdziwniejsze: zawsze, absolutnie zawsze! każdy z nich zauważył, jeśli koszty były za niskie choćby o kilkaset koron.
Ale żaden nie zauważył, że są za wysokie. Taka ułomność. Zaniewidzieli, że nagle, bez żadnego powodu dochód spadł o kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy.
I teraz każdy z nich się na mnie obraża i rzuca tekstami „ja ci ufam” „ale ja myślałem, że mam mniej do zapłaty i zainwestowałem”.
No sorry. Ja nie uchylam się od odpowiedzialności za popełniony błąd. Pomyliłam się i nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. Kogo to obchodzi, że może robiłam w pośpiechu, może po nieprzespanej nocy, może z migreną?
Pracuję sama i nikt poza klientem mnie nie skontroluje.
Jest to sytuacja przykra, ale w zasadzie jedyne co mogę to przeprosić i zastanowić się jak uniknąć ich w przyszłości.
A oni chyba oczekują, że ja za nich tę nadwyżkę zapłacę.
CHA CHA CHA! śmieję się sarkastycznie, bo telepie mną wkurw.
Tak: z poczucia winy przeszłam do wkurwu na klientów.
A migrena była (i jest, tylko się przyczaiła) że ho-ho-ho!
UPDATE: Mściwy, zadufany w sobie dupek właśnie przysłał mailem wiadomość, że rozwiązuje współpracę. Nawet się nie zdziwiłam. Baba Dupek z wozu – koniom lżej.
Ale. Jednak nie. Jednak nie należy mieć koleżeńskich relacji z klientami. Jednak lepiej trzymać się na dystans.
22.
A poza tym zrobiłam trzy poważne błędy o trzech różnych klientów.
I to w ciągu ostatniego miesiąca…W zasadzie zaczęło się to zaraz po tym jak mnie ta pracownica klienta tak miło pochwaliła.
Nigdy dotąd nie miałam takich wpadek! A teraz czarna seria. Dlaczego?
Wpadłam w rutynę? Mam za dużo pracy? Tematy zrobiły jakieś trudniejsze?
A może moja głowa nie funkcjonuje jak należy? Lub wszystko na raz.
Błędy oczywiście można naprawić, ale nikt nie lubi być zaskakiwany tym, że zamiast zwrotu ma podatek do zapłaty i to spory.
Zaczynam się bać co jeszcze wyskoczy.