44. Rozrywkowo

Od kilku tygodni (a może miesięcy..?) mam problem z czytaniem.
Wybieram książkę, czytam. Czytam. Czytam… I w którymś momencie dociera do mnie, że nic a nic mnie nie obchodzi ani ta historia, ani ludzie w niej opisani.
Takich książek mam już całą listę.
Makowa spódnica. Kamień w wodę Zofia Mąkosa.
Miasto niedźwiedzia Fredrik Backman
Całe miasto o tym mówi Fannie Flagg
Część z nich już usunęłam z listy Legimi, więc nie pamiętam, ale jest tego naprawdę wiele. Ja już nawet nie sięgam po książki pretensjonalnymi tytułami jak Szepty z mgły czy coś w tym stylu, bo od razu wiem czego się spodziewać. To samo z tymi wszystkimi romansami z nazwą obozu koncentracyjnego w tytule.
Próbuję słuchać, ale tu na odmianę nie leżą mi lektorzy.
Np. chciałam posłuchać Dom duchów Isabel Allende, ale to czyta Magda Zawadzka, której z niewytłumaczalnych dla mnie powodów nie lubię.
Włączyłam Była sobie rzeka…(chyba), ale lektorka strasznie szeleści. Nie wiem czy wiecie co mam na myśli… No, jak czyta to każda szeleszcząca głoska brzmi jakby ktoś mi celofanan gniótł przy uchu.
Włączyłam jeszcze coś… już nie pamiętam co, nie pamiętam kto to czytał, wiem, że jakaś kobieta, która brzmiała jak automat. Przysięgam: kilka razy sprawdziłam, że to audiobook a nie synchrobook.
Wygląda na to, że lepiej mi do ucha pasują męskie głosy.
Najbardziej lubię Michała Więckowskiego. To, jak przeczytał Gujcio… No mistrzostwo świata! Do widzenia Lily wysłuchałam do końca tylko dlatego, że to ten sam pan czytał. Ale Piknikowi na skraju drogi nie dałam rady…
Ale żeby nie było: są lektorki, które lubię. Np. Edyta Olszówka albo Paulina Holtz.
Tak więc czytam… a raczej przebijam się przez czytanie na siłę, z uporem, bo boję się, że jak przestanę to już w ogóle nie wrócę.
Z filmami mam to samo.
Już nie mówię o tych wszystkich produkcjach Netflixa, których poziom najczęściej jest głęboko pod poziomem morza. Ale są tam przecież filmy docenione przez odbiorców lub krytyków lub i jednych i drugich.
A mnie kompletnie nic nie wciąga.
W wolnym czasie więc przewalam kawałki książek lub filmó, odkurzam jakieś stare, dawno czytane, odkładam, idę do czego innego, wracam… i tak w kółko.
Myślę sobie, że albo jestem przemęczona.
Albo zestresowana.
Albo mam początki demencji czy Alzheimera.
Jest jeszcze opcja, że jestem przebodźcowana.
Albo wszystko na raz.
Fakt, że dużo się dzieje. Pracuję dużo, mam też dużo prywatnych rzeczy do załatwienia. Stres w związku z tym jest duży. Ciśnienie mi szaleje. Raz wysokie, raz normalne, bóle głowy…
Nawet muzyki słuchać nie mogę, bo przeszkadza w skupieniu. Jedyne miejsce, gdzie mi nie przeszkadza, to samochód.
Nie jest dobrze.

43. Deszcz

W nocy lekko popadało. Zapach deszczu był taki, że dotarł do mojej sypialni.
Obudziłam się o piątej i nie mogę zasnąć.
Nad miasto nadciągają coraz cięższe chmury, powietrze pachnie i nasiąka wilgocią.
Idzie deszcz! Będzie deszcz!
A jednocześnie wygląda na to, że nadal będzie ciepło.
Popatruję w okno, zaciągam się powietrzem i nie mogę się doczekać.

Jeden z moich ulubionych tekstów o deszczu. To jest z jakiegoś kabaretu, ale nie mam pojęcia skąd.

Będzie lało
mówię wam
Będzie lało
głowę dam
Taka chmura bura to co jest
Będzie lało
(Co?!)
Deszcz

Lubię gdy leje w domu być
Pod ciepłym kotem (KOTEM?!)
kotem!
nogi skryć
Zapalić fajkę
(TO TY PALISZ?!)
Dziadkowi, który był w Uppsali
(A DZIADEK CO?!)
Krzyż mu wygina
(REUMATYZM?!)
Nie, stara sprężyna…

DŻIMMY OPOWIEDZ JESZCZE COŚ

Będzie lało
JUŻ MÓWIŁEŚ!
Będzie lało
CZY COŚ PIŁEŚ?
Już zaczyna lekko kapać
otwórz dłoń to zdążysz złapać.

BRAWO DŻIMMY! POPATRZ! JEST!
Co tam macie?
…DESZCZ.

42.

Kto mnie zna, tan wie, że coś się dzieje.
Milczę, a jak piszę – zamykam wpisy hasłem.
Powiem co i jak, gdy sytuacja się wyklaruje.
Póki co musi być jak jest.

W Zachodniej Gotlandii upały. Od ponad miesiąca nie spadła ani kropla deszczu … I zdaje się, że jest tak na niemal całym terenie Szwecji.
Oczywiście cieszymy się, że jest lato, ale nie jest dobrze.
Sucho jest bardzo. Jest całkowity zakaz używania ognia wszędzie. Czyli nie ma mowy o grillu nawet we własnym ogródku.
Wczoraj Zuzu zakończyła klasę szóstą. Od sierpnia zaczyna naukę w innej szkole, odpowiedniku polskiego gimnazjum.
Z tej okazji stawiliśmy się w kościele Św. Mikołaja, gdzie jak co roku odbywała się uroczystość zakończenia roku.
Mama, Mel, Tata + 2 siostry oraz babcia.
Dzieci śpiewały jakieś piosenki, pastorka coś mówiła, potem jakaś pani (pewnie rektorka szkoły) … Trwało to troszkę. Szóstoklasiści przemawiali w tym moja wnuczka.
Na zdjęciu właśnie stoi przy pulpicie.

Zdjęcie naturalnie telefonem, straciłam serce do dźwigania Nikona.
Zatem w Szwecji lato na całego.
Za tydzień Midsommar, wszystko się uspokoi i zwolni.
Została mi jedna firma do zakończenia roku 2022. Ale tam jest tak namieszane, że nie wiem jak to zrobimy Sara i ja…
Poza tym normalnie: głowa boli, Tośka się stawia, Basil bezproblemowy.

41. Aktualności

Tosia doszła do siebie. W piątek dostała ostatnią tabletkę i jest dobrze.
Za jakiś tydzień muszę jej zrobić badania na hormony tarczycowe (znowu). Bo znowu robi się niemrawa. Rano jest trochę aktywniejsza, zwykle robimy spacer do parku, nad rzekę do domu przez Torget.
Ale po południu ciągnie pod kasztany, koło szkoły, załatwia co musi, a potem szuka cienia i wiatru żeby poleżeć. Ona się kładzie, ja siadam jeśli jest gdzie i sobie odpoczywamy. Po kilku minutach Tosia wstaje i ciągnie do domu.
Od kilku tygodniu nie spadła ani kropla deszczu, wciąż jest słonecznie i niemal bezchmurnie. Czasem ciągnie wiatrem z północy i bywa chłodno, częściej jednak jest ciepło lub upalnie. Nic dziwnego, że pies zmęczony. No ale może jednak to nie tylko to?
Oczy ma znowu zaropiałe, ale sierść jest piękna.
Musimy jednak poczekać aż się wszystko unormuje po terapii antybiotykowej. Mimo wszystko trzeba też pamiętać, że Tosia jest naprawdę starszą dziewczynką, bo osiem lat u berna to wiek całkiem zaawansowany.
Poza tym Zuzu w piątek kończy szkołę podstawową. W Szwecji jest system jak do niedawna w Polsce: 6 lat podstawówka, 3 gimnazjum, 3 lata liceum.
Dni płyną jeden za drugim, czasem nie pamiętam gdzie się podziały wtorek i środa, bo ciągle coś. W weekendy gdzieś jeździmy z psem, czasem całkiem blisko, czasem dalej, ale jakoś zarzuciłam aparat, nie chce mi się go taszczyć, nie chce mi się potem obrabiać zdjęć. Fotografuję telefonem (!)…a potem nawet tych zdjęć nie oglądam.
Wczoraj znowu pojechaliśmy do Gräfnäs. Koleżanka Adaś z małżonką także przybyli. Spędziliśmy popołudnie szwędając się po parku, doświadczając przejażdżki starym pociągiem. Niestety ze względu na suszę parowóz zastąpiono lokomotywą spalinową.
Kilka zdjęć chyba bardziej z kronikarskiego obowiązku, bo jakoś raczej taka sobie, choć poprzycinałam co nieco…

Jak widać atrakcji nie brakowało. Do kompletu było pyszne jedzonko własnej roboty. A na deser truskawkowe tiramisu.
Tosi z nami nie było, została w domu pod opieką Yankiego.
Coś się dziwnego dzieje z moją głową.
Nie mogę się skupić na żadnym filmie, na żadnej książce…
Te ambitne nudzą, te mniej ambitne… irytują płaskością.
Czy to film, czy książka, potrafię przebrnąć przez 3/4 by porzucić bez dokończenia, bo nic a nic mnie nie obchodzą losy bohaterów.
W tle, w głowie, przerabiam różne życiowe tematy i możliwe, że to to sprawia, że… jest jak jest.