Wiem gdzie, ale nie wiem jak będzie.
52. Migawki z Polski

Takie były temperatury cały czas. W CIENIU!

Pod blokiem mieszka Kotek. Tzn. Kotek ma dom, ale woli spać w trawie.

Obudziłam go, przyszedł na głaski, ale żebym sobie nie myślała…

Gdańsk.


JAK?! Jak ci ludzie mają siłę zwiedzać w tym upale?!

Muzeum Bursztynu. Na zewnątrz piekło. W środku cisza i chłód. Jeszcze nigdy tak skrupulatnie nie przyglądałam się muzealnym eksponatom.

Tłum na Długiej. I znowu pytanie JAK?!

A tu…
Warmia w pigułce.
Nieodmiennie wybrzmiewa w głowie fraza:
„Mnie ta ziemia od innych droższa
Ani chcę, ani umiem stąd odejść…”
Do 1 września osiem dni.
51. Jak Kasia skuter sprzedawała
Tuż po powrocie z Polski wystawiłam na facebookowym markecie swój skuter.
Nikt go nie używa od lat. Stoi tylko w garażu i kurzem porasta. Zuzia powiedziała, że nie chce i nie będzie chcieć. No więc decyzja była prosta.
Wystawiłam go na facebooku i kilka godzin później odezwał się do mnie jakiś Węgier, że on bierze.
Ucieszyłam się, że tak szybko. Węgier nie pytał o nic, stwierdził, że bierze w ciemno,ale ponieważ pracuje i akurat wyjść z pracy nie może, to wysyła kuriera z kasą w kopercie. Żebym tylko podała adres, adres mail i telefon.
Coś mi się nie podobało, sprawdziłam profil. Normalnie wyglądał. Jakieś dzieci, jakieś zdjęcie z babcią, jakaś wycieczka. Na każdej ten sam facet… Wysłałam dane, o które prosił.
Odpisałam, że okej, ale skoro nie chce oglądać, to niech potem nie zgłasza reklamacji.
Jakąś chwilę później odpisał, że okej, okej, on wie. Już zamówił kuriera, ale jedna rzecz. Trzeba zapłacić dla firmy kurierskiej koszty ubezpieczenia. Niedużo, niecałe 800kr. Podał mi kwotę, która wcale nie była okrągła, zawierała nawet jakieś öre. I dodał, że on wie, że to jest jego koszt, ale co zrobić, jak te głupie firmy takie mają przepisy, i żebym się nie martwiła, on te kwotę dołoży do koperty… I żebym sprawdziła mail, bo właśnie dane do przelewu zostały wysłane od firmy kurierskiej Fedex.
Sprawdziłam mail: w skrzynce głównej nie było, ale w spamie owszem. No Fedex jak byk! To samo logo, kolory… Konto bankowe, OCR czyli numer referencyjny. Ale coś mi się nie podobało.
Zapytałam dlaczego sam nie zapłaci tego ubezpieczenia.
Odpowiedział pytaniem czy dostałam maila.
Odpisałam, że tak, ale nie podoba mi się to, bo wygląda podejrzanie. I ponowiłam pytanie: Dlaczego ty sam nie zapłacisz za to ubezpieczenie?
Nie odpowiedział na pytanie, za to zażądał bym mu wysłała screen tego maila.
Odpowiedziałam, że nic mu nie będę wysyłać, zamiast tego zadzwonię do Fedexu.
Cwany był… wiedział, że dodzwonić się do Fedexu bez jakichś tam numerków przesyłki, w zasadzie się nie da. Oraz że porozmawianie tam z żywym człowiekiem jest praktycznie niemożliwe. Spędziłam na telefonie ponad pół godziny, i nie przesunęłam się w kolejce ani o krok.
A „Kupiec” w tym czasie wysłał mi wiadomość, że jak teraz, już, natychmiast nie puszczę przelewu, to fedex obciąży mnie o wiele większą kwotą…
Napisałam, że dodzwoniłam się do Fedexu i mi powiedzieli, że nie biorą żadnych opłat. I że jest oszustem.
Straszył mnie jeszcze różnymi rzeczami, ale przestałam czytać. Zgłosiłam profil do facebooka… ale co z tego, jak następnego dnia otrzymałam informację, że profil jest wiarygodny. Oczywiście nie ma żadnej opcji, żeby opisać dlaczego zgłaszam.
Potem zadzwonił do mnie jakiś dziwny numer, ale mój telefon ostrzegł, że to spam. Czy miało to związek z nieudaną próbą wyłudzenia niecałych 800kr – nie wiem. Ale jak znowu zadzwonili: zablokowałam numer.
Moped sobie wisiał na Marketplace. Przychodziły pytania: jest jeszcze?, a po otrzymaniu odpowiedzi, nic się nie działo.
Odezwała się jedna kobieta z pytaniem ile kilometrów zrobi na jednej baterii… A w ogłoszeniu stało jak byk, że jest napędzany benzyną.
Innym razem jakiś gość chciał się ode mnie dowiedzieć czy można na tym modelu jeździć bez prawa jazdy czy nie. A inny pytał czy skuter wyciągnie 60km/h.
Napisał też jeden facet. Że umiera na raka. I że jego przyjaciel też umarł, ale nim umarł, zostawił mu kupę kasy. I teraz on, ten obecnie umierający, mógłby zrealizować moje marzenie… coś tam. Nawet nie doczytałam czego chciał.
A ostatnia napisała do mnie jakaś kobieta z pytaniem czy jeszcze jest i czy może obejrzeć.
Na imię miała Amy. Zajrzałam na jej profil, zobaczyłam wpis „Z powrotem w Tajlandii”. Poprosiła o adres, bo chce zobaczyć gdzie to jest.
Nauczona doświadczeniem napisałam tylko, że skuter stoi w garażu, w centrum miasta, tuż przy policji.
To ona z pytaniem czy w weekend może zobaczyć i czy mogę dać numer telefonu, bo ona nie jest z miasta więc zadzwoni jak będzie na miejscu. Dałam.
Umówiłyśmy się na sobotę.
W sobotę zadzwoniła. No, od razu usłyszałam, że Tajka. Mówiła kiepsko po szwedzku, a rozumiała chyba jeszcze mniej. Ale ustaliłyśmy miejsce spotkania przy policji.
Poszłam.
Przyszła z koleżanką. Zabrałam obie do garażu. Wyciągnęłam skuter. Upewniłam się, że wie, że on jeździ tylko do 25km/h. I że ma 10lat. Choć używany był może 6lat. (Oczywiście wcześniej eM napełnił zbiornik świeżą benzyną, wymienił akumulator, dopompował koła bo po długim okresie bezruchu moped wcale nie chciał startować).
Teraz w garażu zastartował od jednego przyciśnięcia. Kobieta objechała garaż, oko jej się świeciło… Ale wynalazła popękane siedzisko i zażądała rabatu. Dałam 500kr na początek, choć nastawiona byłam na tysiąc. Złożyła błagalnie ręce, że ona biedna, nie ma kasy… Rozśmieszyła mnie, machnęłam ręką na pozostałe 500. Ale zastrzegłam, że 5000 to cena ostateczna. I w gratisie dostaje nowiutki kask (którego nie używałam, bo był na mnie za mały) oraz zbiornik na benzynę. Więc niech nie marudzi.
Umowę kupna sprzedaży częściowo przygotowałam w domu. Tzn. wpisałam dane moje i skutera. Teraz musiałam wpisać jej.
Światło w garażu nie jest najlepsze a literki na jej ID nie były za wielkie. Odczytałam jej pesel. Urodziła się 1958 roku!
Odcyfrowałam imię: Phangyada. Spoko…. to teraz nazwisko….
– Powiesz mi swoje nazwisko? – poprosiłam w końcu.
– Nie dam rady tego wymówić- powiedziałam potem.
Przesylabizowała. Sylabami powtórzyłam za nią. Ale co z tego jak to było coś w stylu fan-lan-kan-wat… Weź to napisz… Kobiety rechotały patrząc na moje wysiłki.
– To teraz ty powiedz moje imię – zaproponowałam.
– O nie, nie!
– No weź… będzie śmiesznie. Ja twoje wymówiłam. No…Ka-ta-rzy-na
– Nie! Nie… kat…aszi…na
-Brawo, widzisz wcale nie takie trudne. Ale można do mnie mówić KASIA. KA-SIA
– Kasza… A na mnie Ami…
Zapłaciła i zaczęła się szykować do wyjazdu. Okazało się, że nie jest z Miasta. Ba! Nie jest nawet z naszej komuny! Do domu miała 50km!
Poprosiłam, żeby mi wysłała wiadomość jak dotrze. Uściskała mnie serdecznie. (ja ją też! Mówiłam, że mam wiele sympatii dla Azajtów, a dla Tajek szczególnie?). Poklepałam mopeda po lampie i, jak kiedyś Astrę, poprosiłam, żeby się dobrze sprawował.
Amy późnym wieczorem przysłała wiadomość, że dotarła. Oraz kilka zdjęć.

Mam nadzieję, że przejedzie z nią jeszcze wiele kilometrów.
50.
1 sierpnia ktoś zrobił PSTRYK i wyłączył ptaki. Nawet mewy. Tak, nawet mewy.
A 2 sierpnia po niebie przesunął się pierwszy klucz gęsi.
Nadal jest ciepło, ale jest to takie typowe szwedzkie lato.
Jak w tym memie „Uwielbiam szwedzkie lato. W zeszłym roku było we wtorek”.
Wszystko powoli zmierza do swego celu.
Jeszcze Zuzu wróci z wakacji.
Jeszcze tylko jeden wyjazd do Polski…
A zaraz potem cała reszta.
Sobota
Pierwszy od miesiąca całkiem ciepły ranek. Zamieniłam kurtkę puchową (taką pikowaną, z tych lżejszych) na bluzę. A t-shirt z długimi rękawami, na taki z krótkimi. A i tak było mi za ciepło.
Dajcie spokój! Co to za lipiec, żeby w nocy było około 10stopni.
I pada niemal każdego dnia, choć to akurat to wcale nieźle. Bo pada spokojnie, jak u Jasnorzewskiej „deszcz niebo przyszywa do ziemi”. Popada, potem zaczyna wiać i chmury odchodzą. A potem wiatr nawiewa następne. I tak w kółko.
Spotkałam Olgę Ukrainkę, wracała z pracy.
I taką znajomą, co ma pudla Jerry’ego (po szwedzku się wymawia Jerry a nie: Dżerry). Dawno jej nie widziałam.
Czekam na telefon z Polski z hasłem, że mam przyjechać podpisać dokumenty. I staram się pracować wydajnie. Ale z eM, który ma urlop bywa trudno.
Niby nic, ale…
Najpierw śpi do 10-11. Więc chodzę na paluszkach, staram się nie używać zszywacza i drukarki, bo hałasują. Szepczę przez telefon, gdy jakiś klient zadzwoni.
Potem eM wstaje, otwiera drzwi i zaczyzna mnie dobiegać głos szczekaczki telewizora. Nie, żeby głośno. Nie słyszę treści, ale słyszę jednostajne gadanie, które mi przeszkadza, zwłaszcza jeśli leci jakiś program polityczny (czyli prawie zawsze). Bo wciąż słyszę agresywnie podniesione tony, bleee.
Włączam muzykę by zagłuszyć, ale wtedy mam problem z koncentracją.
Drzwi zamknąć nie mogę bo wtedy Tośka sapie, poszczekuje i miota się – niezależnie po której ich stronie się znajduje.
Potem eM zaczyna żyć. Wchodzi, wychodzi, krząta się, je… Tośka się podnosi, kładzie, sprawdza, poszczekuje, mruczy… eM o coś pyta, czegoś potrzebuje…
I tak po całych dniach.
Kiedy któregoś dnia oświadczył, że idzie na grzyby/ryby/kajak/przejść się byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Niestety: wrócił szybciej niż się spodziewałam, bo deszcz…
Na rynku pojawiły się mieczyki. Sierpień za progiem, jesień nadciąga.
Do września 33dni.
Zabezpieczony: .
48.
Miałam rację w poprzednim wpisie: lato już było.
Jak z końcem czerwca zmieniła się pogoda tak zmienia się do dziś.
Pada, siąpi, leje. Wieje. Czasem na pół dnia wychodzi słońce, ale najczęściej co godzinę mamy inną pogodę.
No i nie ma upałów. Temperatura rzadko przekracza 21 stopni. Z tym, 21 stopni u mnie, to nie to samo co 21 stopni w Polsce.
W Polsce 21stopni to dość chłodno, trzeba mieć coś z długim rękawem pod ręką. W Szwecji , a przynajmniej tu u mnie, 21 stopni to ciepło. Tak przyjemnie ciepło: nie marznie się w letnich ciuchach i nie trzeba nic dodatkowo na siebie zakładać. Jest to temperatura LAGOM jak dla mnie. Przy 17 stopniach da się chodzić w T-shircie i lekkim sweterku.
Taki fenomen.
No ale jednak nie miałabym nic przeciwko gdyby pogodna stała się bardziej letnia. Bo listopad za oknem będę miała przez następne 10miesięcy, więc byłoby miło, na dwa miesiące mieć coś innego dla odmiany…
W Polsce byłam. Tydzień.
Ulatałam się, urobiłam… Nie miałam czasu na życie towarzyskie. Miałam dla siebie tylko niedzielę, którą spędziłam na wspominkach, z przyjaciółką z lat szkolnych.
Nie załatwiłam spraw do końca i w początkach sierpnia będę musiała pojechać raz jeszcze. Termin dla mnie fatalny , bo do 17 sierpnia muszę poskładać raporty kwartalne, więc już mam stres. Przełożyć na drugą połowę sierpnia nie mogę, bo… nie mogę. Siła wyższa.
Tosia, gdy wróciłam, po prostu się rozpłakała. Matko jak ona łkała, skamlała… nie wiem jak to nazwać. I ktoś mi powie, że pies nie rozumie upływu czasu..?
Znowu coś się z nią dzieje.
Już po ostatnim badaniu wyszło, że wątroba coś nie tak. Teraz na odmianę zaczęła gubić sierść, odkryłam w jednym miejscu łysy, okrągły placek. A do tego jakieś liszaje na brzuchu, wokół sutek… Martwię się…
Basil na szczęście dobrze. Dwie noce spał ze mną, wtulony w zgięcie kolan i tylko pomrukiwał z zadowolenia jak go głaskałam.
Głowa lepiej.
W nocy pilnuję spania na jednej poduszce tylko, bez jaśka. Zaczęłam zwracać uwagę na naprężanie mięśni głowy i twarzy – gdy czuję ucisk w szczękach i skroniach – biorę paraflex zamiast ibuprofenu i zazwyczaj pomaga. Muszę jednak znaleźć sposób na rozładowywanie napięcia i stresu, na rozluźnianie mięśni, bo moja wątroba też nie jest ze skały, a lata swoje już ma.
Wczoraj zrobiłam sobie listę co kiedy zrobić w pracy, żeby się wyrobić… A dziś rano odkrywam nowe maile w skrzynce. Klienci jak zawsze zweryfikowali plany. Szfak.
No to biorę się do roboty.
47. Przychodzi baba do lekarza
Lekarz się naraził na samym wstępie, bo wywołał po drugim imieniu. Mariola.
– Katarzyna – zawarczałam.
Ja rozumiem, że RZ dla Szweda jest niewymawialne, ale kurde no, zapiszcie sobie „reaguje na Katarina” i nie ośmieszajcie mnie w poczekalni tą nieszczęsną Mariolką.
Ale zaraz zapunktował, bo przynajmniej przeprosił. Stara szkoła (na oko miał lat ze 75, a to inna kultura).
Pokazał mi krzesło, sam siadł na przeciw. Spojrzał na kartkę.
– Ból głowy..? – powiedział i uśmiechnął się ciepło.
– Ból głowy – potwierdziłam. Dałam mu szansę na pytania… ale nie pytał. To pokazałam potylicę. I powiedziałam: noc w noc.
Zerwał się jakby miał 25 lat, nachylił się nade mną. Nacisnął, zapytał czy tu, kazałam przesunąć lekko w górę… I trafił.
– Poczekaj – powiedział i poleciał.
Wrócił z jaką planszą z grafikami.
Pokazał jedną.
Ten mój bolesny punk był na niej zaznaczony krzyżykiem. A na pomarańczowo dokładnie ten obszar, na jaki ten ból się rozlewa nim obejmie całą głowę. Dokładnie tak, jak u mnie!
Napięcie mięśnia. Jak w nocy mięsień stygnie to boli. Mała tableteczka chlorzoxazon czyli paraflex ma pomóc.
I o.
Pogadaliśmy o zaletach posiadania psa, który wyprowadza na spacer „jednako dzień czy mgła nocna”. Doktor ma goldena dwulatka.
Doprawdy chciałabym mieć tyle optymizmu co ostatnio spotykani Szwedzi. Jeden w wieku lat 75 buduje dom, drugi bierze psa…
Trzeba się od nich uczyć!
Pani w aptece nastraszyła sennością i innymi przyjemnościami i powiedziała, że pomaga po godzinie, a działa ze dwie…
Hm… sumatriptan pomaga po kwadransie i działa do następnej nocy. Najczęściej.
To nie wiem… ale chyba wezmę przed snem..? Na wszelki wypadek?
Zaczęłam ćwiczyć z ciężarkami.
A poza tym leje i wieje. Lato zdaje się już było.
46. 62 dni
Znacie ten dowcip o Jasiu co wraca ze świadectwem szkolnym do domu i myśli sobie „Jeszcze tylko lanie i wakacje”?
No to ja myślałam sobie po południu: jeszcze tylko migrena i wakacje.
Zrobiłam… Nie, Sara zrobiła, a ja przygotowałam zamknięcie roku 2022 w dwóch ostatnich spółkach.
Przedwczoraj z uporem wysyłałam Sarze kwit inny niż prosiła. W końcu zrozumiałam, że ona chce co innego, dosłałam. Przeprosiłam za gapiostwo.
Napisała „Haha! życie czasem jest ciężkie”
Odpisałam. „Haha! jakie życie jest ciężkie dowiesz gdy zobaczysz jakich głupot narobiłam w tej ostatniej”.
Bowiem skopałam księgowość jednej firmie. Tak jest to skomplikowane, że nie podejmuję się tłumaczyć, w każdym razie zapowiadało się ciężko. Wiedziałam o tym, że nie będzie lekko już od roku, gryzło mnie to okropnie i nie znalazłam innego sposobu jak tylko „SARA! RATUJ!”.
W skrócie powiem, że chodzi o zmianę programu księgowego oraz przenoszenie plików elektronicznej księgowości.
Samo księgowanie roku było całkiem poprawne, ale żadne salda nie grały…
A potem okazało się, że wystarczył jeden krótki czat z supportem Fortnoxa… i… No kocham ten program!
Reszta już była całkiem prosta, choć wymagała skupienia i mozolnego spunktowania kont rozrachunkowych.
Nastawiłam się na ciężką orkę do wieczora… a tu w południe Sara zameldowała, że skończyła, i że co ją straszę, przecież nic takiego nie było…
Z radości rozliczyłam maj jednej z największych firm. I już mogłam odetchnąć. I wreszcie zacząć cieszyć się latem.
No i tę porę wybrała sobie pani weterynarz Helena…
No nie lubię jej! Bo mówi do mnie DRUKOWANYMI LITERAMI jakbym była upośledzona. Kurde no… Ja tylko mam lekki niedosłuch oraz jestem cudzoziemką. Może i nie znam całego zasobu szwedzkich słówek, ale jestem na tyle inteligentna, że potrafię zrozumieć z kontekstu o czym mowa.
W każdym razie Tosia nam schudła 1,5kg w ciągu miesiąca i zaczęło mnie to niepokoić. A że znowu kontrolowaliśmy poziom hormonów tarczycy, to poprosiłam o badanie ogólne. No i coś z wątrobą szwankuje…
Helena ma tendencję do wyolbrzymiania i straszenia. Jak ją zapytałam co to oznacza, że ma przekroczone wartości, jak bardzo? Trochę? Czy mocno? Czy to jest poziom alarmujący czy taki, który sugeruje, że coś się może zaczynać i trzeba sprawdzać? Nie odpowiedziała mi, tylko zaczęła snuć wizje, że wiesz to może być guz, a u psów się tego nie leczy… Grrrr…
A byś tak USG w Skara, w jakiejś tam przychodni, zrobiła.
Powiedziałam, że skoro Tosia jest żywa, psoci jak zawsze, chodzi na spacery, je normalnie, wydala też, futro ma piękne to może dajmy jej spokój. Za miesiąc będziemy sprawdzać tarczycę to i tę wątrobę przy okazji. I czy to brzmi rozsądnie?
O co jej chodzi z tym USG u licha? Poprzednio jak Tośka miała zapalenie dróg moczowych to też już gotowa nas była wysyłać. U psa takie badanie to nie jest taka bułka z masłem. Pewnie trzeba psa unieruchomić, czyli uśpić… Nie będę jej straszyła, stresowała bez sensu. Poobserwujemy przez lato i zobaczymy.
No, ale niepokój zasiała… Ych.
Skończyłam pracować, poleżałam na plecach gapiąc się w sufit (dzięki Lucia, naprawdę nie wpadło mi do głowy, żeby sobie na ten luksus pozwolić, mówię szczerze) jakieś 5 minut.
A potem się podniosłam, bo obiecałam Oli zobaczyć czemu jej telewizja nie działa. Miałam się przejść, bo Ola mieszka niedaleko, ale przypomniałam sobie, że muszę do sklepu po żarcie kocie i do apteki po jakieś elektrolity. Upał + stres sprawiły, że najpierw mi zaczęła drgać powieka, a w nocy złapał skurcz za łydkę. To wyciągnęłam samochód.
I jak zawsze po kilku dniach nie jeżdżenia ucieszyłam się, że go mam.
Wreszcie mogłam zasiąść w fotelu, z drutami i serialem na godzinną porcję odmóżdżenia.
No i przyszła… franca jedna.
Myślałam, że ją oszukam voltarenem. Popatrzyła mi w oczy, uśmiechnęła się wrednie i powiedziała „Poważnie?”.
Sumatriptan, cała tabletka.
Wreszcie można pójść spać.
Do 1 września zostało 62 dni.
45. Pęd
Za dużo.
Czuję się jak kołowrotku. Że wszystko na mojej głowie. Że ciągle ktoś czegoś chce. Że wokół mnie ciągły wir i hałas.
Nie mam czasu na to co lubię.
Nie mam na to siły.
Każdego dnia ktoś czegoś chce.
Świat domaga się mojej uwagi, a ja mam poczucie, że nie wyrabiam na zakrętach.
A przecież … nic takiego.
Oldze trzeba pomóc ogarnąć telewizję. I wesprzeć, bo jej synowie, 19letni bliźniacy właśnie wracają do Charkowa. Uparli się, dorośli są przecież, jadą do siebie. To co, że na wojnę..? No i co z tego, że matka płacze („matka płacze, ale matki zawsze płaczą”).
Innemu chłopakowi trzeba pomóc otworzyć konto w szwedzkim banku.
Przyjąć wizytę dwóch klientów, bo uparli się na osobisty dowóz papierów.
Przyjąć wizytę nowego klienta, bo dzięki system zabezpieczającym nie zrobię tego, co dotąd robiłam przez telefon, klient musi osobiście.
Jeszcze zakończenie roku w dwóch spółkach, Sara chciała do końca czerwca, bo cały lipiec będzie na urlopie. Wysłałam jedno w zeszłym tygodniu a tu zonk, odpowiedź automatyczna: że na urlopie do końca tygodnia. A dziś środa i nadal nic.
Jeszcze wypisać fakturę klientce, która sprzedała biznes…
Jeszcze z Tośką do veta, a potem odebrać telefon od veta żeby dowiedzieć się czy wszystko jest okej, bo Tośka w niecały miesiąc straciła 1,5kg i to nie jest już miłe, bo robi się po prostu za chuda.
Więc nadzieja, że dawka leku na tarczycę nadal za duża, i żeby to nie było to, czego każdy się najbardziej boi.
Sprawdzić czemu Basil rzyga. (Kłaki, przejada się, chory?)
Jeszcze odbębnić Zuzi przyjęcie urodzinowe.
Jeszcze wcisnąć się do notariusza z poświadczeniem pełnomocnictwa co wiąże się z załatwieniem sprawy z moją córką, więc jest nerwowo, irytująco i bardzo, bardzo stressogennie.
Po drodze zaksięgować maj, pomóc mężowi z jego sprawami, ogarnąć chałupę, bo wstyd komuś na oczy pokazać …
4 lipca wizyta u lekarza… i chyba trzeba będzie poprosić o tabletki szczęścia, bo coś to wszystko za bardzo przytłacza. Ale jak powiem, że za bardzo, to lekarz chętnie uzna, że migreny to z tego powodu i znowu go nie zmuszę do jakiejś pracy myślowej, nie mówiąc o skierowaniu na dalszą diagnostykę.
Przepraszam, że mnie nie ma, ale zaczyna mnie to wszystko przerastać.