1.2024

Nowy rok już od tygodnia – a ja nic?
Zaczęłam pisać dziennik ręcznie. Może dlatego?
A może dlatego, że nic się nie dzieje?
A właściwie dzieje się cały czas to samo: zima.


I owszem: ładnie jest tak biało. Dziś jest szadź i świeci słońce na czystym niebie. Jest bezwietrznie. No pięknie.
Ale i tak mam wciąż w głowie:
zimo, wyp…pani Biała Glisda proszę WON … a może byś już sobie poszła?
W Skanii kilka dni temu był prawdziwy kataklizm. Ludzie tkwili po kilkanaście godzin na drodze. A telewizja szwedzka pokazywała polskich kamikadze: ciężarówki na oponach letnich. Co oczywiście nie jest winą kierowcy tylko właściciela samochodu…
U mnie kilka dni wiało i to mocno. Przy -5 dawało odczuwalną na poziomie kilkunastu stopni. Teraz ucichło, ale jest -12. Tylko. Bo są miejsca (wcale nie tam wysoko, w Laponii) gdzie dochodzi i do -30.
Przymroziło.
A ja ze zgrozą obserwuję ludzi w kusych kurteczkach i szmacianych butach.
Ale w czwartkowe przedpołudnie widziałam też kobietę w futrze. Fakt: kobieta miała na oko lat około 70-80. Widziałam ją w ICA. W ogóle dziwnie było, bo we czwartek, w godzinie wczesno popołudniowej ICA była oblężona, cały parking i z przodu i z tyłu był zastawiony samochodami. A średnia wieku tego tłumu wynosiła jakieś 75lat.
Wyglądało jakby ICA miała jakiś Dzień Seniora czy coś.
Z kolejnych dziwnych rzeczy to cena oleju napędowego spadła o jakieś 3 kr za 1 litr i tak się trzyma. Czy cena benzyny też – nie wiem.

Cieć Anioł czyli Björn zapowiedział się na jutro. Ma mi naprawić umywalkę i drzwi od balkonu. W piątek było mi tak zimno, że pooklejałam drzwi folią, papierem i taśmą… A potem się okazało, że z niewiadomych powodów dostałam gorączki. Przy 37,8 się poddałam i sięgnęłam po prochy, bo miałam wrażenia, że albo zamarznę, albo dostanę zawału, albo wylewu, albo wszystko na raz.
Ale wczoraj było okej. Żadnych objawów choroby, poza lekkim bólem głowy.
Spanikowałam jednak, bałam się, że wieczór nadciągnie z gorączką, a mnie się ibuprofen kończył. A tu Trzech Króli! Okazało się, że moja ulubiona apteka na drugim końcu miasta jest otwarta. Pojechałam. Okazało się, że wszystko jest otwarte więc jeszcze zaszłam do Jyska popatrzeć na lampę. A potem Malutek zrobił yk-yk-yk i tyle.
Zadzwoniłam do eM. Przyjechał z kablami. A ja się modliłam, żeby to był akumulator, a nie co innego. Odpalił jednak z kabli. Wstawiliśmy go do garażu na noc, na ładowanie.
Do -5 dawał radę, ale poniżej już nie. Muszę go od czasu do czasu przegonić tak ze 30km, żeby popracował i silnik i alternator.
Oglądam nowsze autka. Malutek w tym roku kończy 6 lat. Ale póki co nie mam jakoś przekonania do zmiany… Może wiosną?
Dziś chcemy wziąć Tosię na Kinnekulle. Chyba wezmę aparat.

79. Życie rodzinne

Na facebooku, w jednej grupie, ktoś zadał pytanie czy święta były udane.
Odpisałam, że owszem, ale lepiej niech nie pyta o szczegóły.
Bo:
W święta spędziłam 2 godziny z córką, wnuczką i prawie zięciem.
Oraz 2 godziny z mężem i synem.
Oraz 24 z zupełnie obcymi ludźmi i tak się nam spodobało, że jesteśmy umówieni na 1 stycznia 😀

78. Drugi dzień świąt

Zasnęłam na jakieś dwie godziny… a potem się walałam po łóżku. Wreszcie się poddałam, zapaliłam światło i czytałam do 4 czy 5 nad ranem.
Skończyłam Towarzyski przewodnik po skandalach.
Po dość nudnawej pierwszej połowie, druga zrobiła się ciekawa więc nie przestałam póki nie skończyłam.
Zasnęłam na kolejne dwie godziny, ale około 7:30 obudziło mnie poczucie obowiązku.
Nawet nie piłam kawy, ubrałam się i poszłam z Tośką, bo cały czas mam w głowie świadomość, że ona może czuć parcie na pęcherz.
Pół roku temu zesikała się w domu i była to dla niej straszna trauma, bo nawet jak przypadłość minęła to jeszcze kilka dni wciąż dopraszała się o spacer o nieoczekiwanych porach.
Wyszłam na mroźny ale zamglony świat, jeszcze mroczny. Na ulicy nie było żywego ducha, wszystkie domy w okolicach ciemne poza zwyczajowymi światełkami adwentowymi.
Miałam nadzieję, że zimne, świeże powietrze wsparte ibuprofenem rozgoni ten znajomy ból w potylicy … Niestety. Po półgodzinnym spacerze już wiedziałam, że popełniłam błąd nie biorąc sumatriptanu.
Migrena objęła całą głowę i ciało. I jedyne co mogłam to drzemać… Sumatripatan dwie tabletki + voltaren… ból zelżał jedynie, ale głowa nadal była jak w imadle, bolało światło, bolały dźwięki, zapachy…
A tu jak na złość niebo się wyczyściło i wyszło jaskrawe słońce, przebijając się przez białe zasłonki w mojej sypialni.
Mieliśmy z eM zabrać Tosię na Kinnekulle, ale nie odważyłam się wypuszczać z domu tak daleko. eM pojechał sam. A ponieważ miałam zabukowaną pralnię to nastawiłam pranie. A potem pomyślałam, że może świeże, zimne powietrze da mi trochę ulgi, więc wzięłam aparat i poszłam na spacer.
Przez pierwszy kwadrans myślałam, że światło rozsadzi mi głowę, ale starałam się oddychać głęboko i równo. Potem zaczęłam WIDZIEĆ, ale każde przyłożenie aparatu do oka też bolało.
Ale po półgodzinie zrobiło się dużo lepiej.
Przypomniałam sobie, że lubię widzieć świat przez wizjer.
Nie wiem dlaczego przestałam fotografować…
Telefon to nie to samo.
Migrena nie odpuściła do wieczora. Zasnęłam tuż po 22…a o znajomej 3:20 byłam świeża jak skowronek.
Dziś już normalny dzień, ale strasznie nie chce mi się pracować. Po południu jedziemy w gości, więc powinnam przynajmniej dokończyć księgowanie u jednego klienta.
Znalazłam wreszcie autoryzowanego księgowego, który mi zrewiduje księgi u moich dużych klientów. W Szwecji taka rewizja jest wymagana co roku dla firm, które spełniają warunki dla tzw dużej firmy przez dwa lata z rzędu. Znaleziony przeze mnie tzw. auktoriserat konsult czyli odpowiednik biegłego księgowego podał cenę 20 tys koron + 25% VAT. Czyli 25 000. Za przejrzenie ksiąg i podpis. Miesięczne wynagrodzenie średnio zarabiającego robotnika. Sara mówi, że to nawet nie jest jakaś wysoka cena, raczej dość przeciętna.
Ale z drugiej strony takim biegłym też nie zostaje się ot tak… Są to lata studiów oraz pracy. Do tego dochodzą obowiązkowe składki do stowarzyszenia księgowych, specjalne ubezpieczenie, obowiązkowe poddawanie się superwizji.
Nie mówię, że mi się to podoba, ale rozumiem dlaczego to musi kosztować. Ale jedna klientka zaniemówiła i chyba się wkurzyła, choć od dwóch lat mówiłam, że będzie musiała to zrobić, oraz że to naprawdę dużo kosztuje. Podsuwałam też pomysł, żeby firmę podzielić na dwie mniejsze…
No nic. Będzie co będzie.
W poniedziałek wpadła Olga z Timem i życzeniami oraz prezentem.
Prawdziwy róg obfitości mam w tym roku. Naprawdę to, że pójdę z kimś do banku i pomogę w otwarciu konta to jest aż tak niezwykłe? Albo, że nauczę jak zrobić przelew?
Ludzie uparcie chcą mi za to płacić! A ja uparcie proszę, żeby lepiej też komuś pomogli w czym, co potrafią. Po prostu: podaj dalej. Więc rewanżują się jak mogą… Wiem, że są tacy co biorą całkiem grubą kasę za takie „przysługi”
Jestem naiwną frajerką?
Ostatnio zadzwoniła kobieta, która zajmuje się ziołami i medycyną naturalną, chce napisać ebooka i sprzedawać, pytała jak od strony podatków ma to załatwić. Pogadałyśmy miło 10 minut. Chciała mi płacić…
Nie umiem wziąć pieniędzy za powiedzenie tego, co mogła jej powiedzieć pierwsza lepsza urzędniczka w urzędzie skarbowym, albo co sama mogłaby przeczytać w internecie.
Może jestem naiwną frajerką…
Ale czasem mam takie poczucie, że od TEJ osoby nie powinnam brać pieniędzy.
Była sytuacja, że inna pani, za podobną poradę, no może nieco dłuższą, dostała fakturę. Ale pani sprawiała wrażenie, że w swojej działalności nie kiwnie paluszkiem za friko oraz, że ja się powinnam zadowolić tym, że ona jest znana w pewnych kręgach…
Nie umiem powiedzieć właściwie na jakiej podstawie jednym ludziom pomogę za darmo, a od innych wezmę pieniądze. Pewnym kryterium jest tu samo zadanie. Jeśli jest to zadanie księgowe – zazwyczaj kasuję. Jeśli pomoc w zakresie językowym – to nie, bo nie jestem tłumaczem. A wizyta w banku to bardziej usługa tłumacza niż księgowej…

A poniżej kilka przypadkowych zdjęć z wczoraj.

77. Boże Narodzenie

W ciągu minionego tygodnia każdego dnia gratulowałam sobie zakupu butów z gwoździami.
Bo było mniej więcej tak:

Przy czym ten ostatni orkan przyniósł znowu plus, która szybko zmienił się w minus. I puszysty biały śnieżek znowu zmienił w czysty lód. A w moim mieście nie używa się soli. Solankę leje się tylko na obwodnicy oraz drogach za miastem. Podrzędne dróżki …są jakie są. Ale ponieważ większość jeździ na oponach z kolcami, nie jest to jakiś dramat. Ja też mam opony z kolcami.
A teraz także i buty. I tylko dzięki nim udało mi się przeżyć codzienne spacery z Tośką.
Dziś jest +2. Wszystko płynie, z nieba siąpi mżawka, ale lód na chodnikach wciąż ma się dobrze, może tylko odrobinę zmiękł.
Tak że buty z kolcami (gwoździami) są najlepszym prezentem jaki sobie w tym roku sprawiłam.

23 grudnia byliśmy na kolacji u Misi.
Miała być Wigilia u eM, ale potem się pokręciło.
Bo Misia i Mel mają święta tylko gdy jest Zuzu, a Zuzu ma 4 domy do obskoczenia. Bo u taty, u mamy, u rodziców Mela no i mnie (teraz to w sumie pięć bo i u dziadka).
Pamiętając kwasy z lat ubiegłych kazałam córce ustalać z ojcem co, gdzie i kiedy, ja się dostosuje, bo dla mnie to nie ma większego znaczenia. A niech oni sobie się sami między sobą ścierają.
I dobrze zrobiłam, bo chwilę później eM poinformował mnie, że kolacja 23 grudnia u Misi…
Byliśmy tylko w sześcioro.
Misia zastrzegła, że żadnego jedzenia mam nie przynosić, ona wszystko zorganizuje. Zatem spodziewałam się typowego, szwedzkiego świątecznego menu: kiełbasek książęcych, klopsików, zapiekanki ziemniaczanej oraz kaszki ryżowej z pomarańczami. Dziecko się postarało, naprawdę. Na pewno wydała masę kasy… Nie miałam sumienia jej powiedzieć, że wszystko to jest OHYDNE. Skubnęłam kartofli i buraczków, zjadłam jedną kiełbaskę. Nadgryzłam klopsika…i tu nawet moje w miarę dobre wychowanie się poddało. Tego się nie dało jeść… Pilnowałam się, żeby nic nie pokazać po sobie, bo córka się naprawdę starała.
Prezenty się wszystkim spodobały, choć sweter który wydziergałam z mohairu z jedwabiem oraz alpaki z jedwabiem córka określiła mianem „taki po domu”. Dobrze, że prócz tego dałam jej piżamę bo to naprawdę polubiła. Mel dostał trzy książki z gatunku SF: Fiasko Stanisława Lema, Kwiaty dla Algernona oraz Autostopem przez Galaktykę. Zuzu wymarzony pierścionek oraz lustro do makijażu z żarówkami. Yankie – nowy wok oraz drewniane łyżki. EM czapkę z odblaskową nicią oraz azjatyckie koszulki podróbki (Misia i Mel wrócili zaledwie dwa dni wcześniej, więc prezenty kupowali w Azji). Ja płyn do kąpieli (do wanny) oraz szal, podobno 100% kaszmiru. Szal jest lekki, gładki i ciepły, więc może to naprawdę kaszmir. Prócz tego dostałam od eMa osłonę na szybę dla Malutka, żebym nie musiała jej wiecznie skrobać, oraz małą patelenkę. Czyli przyziemnie.
Moje zapotrzebowanie na szmatki i nitki w pełni zaspokoiła moja Kasia ze Skanii. Przez 23dni otwierałam paczuszki od niej i znajdowałam rozkoszne pierdołki, słodycze, zawieszki ale także i różne ciekawostki jak magnetyczny łapacz do igieł czy cudowne zawieszki w kształcie kotów.
Wczorajsza, ostatnia, paczka zawierała wełnę farbowaną roślinnymi barwnikami, cienką bawełnę w motylki, czekoladę Makowiec, ptaszki – zawieszki, kolejną czekoladkę, zakładkę do książki oraz przepiękną kartkę.
A że Wigilia upływała mi spokojnie jak nigdy to miałam czas żeby pomyśleć i napisać osobiste życzenia dla najważniejszych dla mnie osób. Kilku z nich podziękowałam za to, że są przy mnie, że wpuściły mnie do swego życia i pozwalają w nim być.
Wieczorem przyszli Yankie z ojcem na pierogi. Posiedzieliśmy ze dwie godziny, potem każdy poszedł do siebie. Misia, Mel i Zuzu byli u rodziców Mela.
I trwałabym sobie w błogostanie…
Ale po godz 22 Tośka się ożywiła. Patrzyła na mnie leżąc w progu w pozycji „waruj” . Usiłowałam czytać „Towarzyski przewodnik po skandalach” ale wyczekiwanie psa mnie rozpraszało.
Wreszcie zapytałam ją czy chce na dwór…
Chciała, jeszcze jak.
Ledwie siknęła… i uświadomiłam sobie, że mamy problem. Bo siknęła na różowo. Fakt, że już na popołudniowym spacerze miałam wrażenie, że przysiada jakoś częściej i bez rezultatu, sprawił, że zaniepokoiłam się mocno.
Jeszcze miałam nadzieję, że to tylko światło latarni… ale dziś rano, w dziennym świetle, nadal sikała na różowo. Zatem mamy powtórkę z czerwca, tylko w odwrotnej kolejności: wtedy najpierw było zapalenie dróg moczowych potem parchy na brzuchu. Wtedy też miała cieczkę. Teraz najpierw pojawiły się parchy na brzuchu, a teraz infekcja dróg moczowych. Parchy zatrzymałam (chyba) przy pomocy szamponu antybakteryjnego.
Najbliższe pogotowie weterynaryjne mam prawie 100km stąd.
Zadzwoniłam, zapytałam czy mogę z kim po polsku (wiem, że pracują tam polscy weterynarze) i bingo! Dziewczyna w Polsce była weterynarzem, tu na razie jest pielęgniarką. Jeszcze miałam nadzieję, że uda mi się wyżebrać receptę na antybiotyk bez badania, ale tu nawet zwierzętom nie podaje się antybiotyku bez badań. Ale ponieważ to są początki uzgodniłam z dziewczyną rozmówczynią, że podam onsior czyli niesterydowy lek przeciwzapalny, który ma też działanie przeciwbólowe. I będę obserwować. Może onsior zahamuje stan zapalny. Jeśli jutro nie będzie pogorszenia to we środę pójdę do naszego weterynarza. Ale gdybym zauważyła, że się pogarsza to jutro zgłoszę się do nich z psem.
ych… A mieliśmy jechać do koleżanki Adasia…

No nic. Zobaczymy co dalej. Na razie nie jest źle, więc może się uda …

„Towarzyski przewodnik po skandalach” jest moją 64 książką w tym roku.
Dociągnę do 65?


76. Koniec adwentu

O ile święta są mi coraz bardziej obojętne o tyle lubię lubię adwent. Lubię tę atmosferę oczekiwania, na magię (która w końcu się nie dzieje). Lubię światełka, lubię skromne hiacynty i pyszne amarylisy. Lubię piosenki świąteczne i nawet Mariah Carey mnie nie wkurza…
Natomiast same święta… no są. Trzeba się koniecznie spotkać z rodziną, Trzeba zmusić wszystkich żeby dopasowali swoje plany, znieść kwaśność tych, którym to nie odpowiada. Nagiąć do uśmiechów i wyrozumiałości, kupić prezenty, znieść zawód, że nie takie. Narobić żarcia… czyli wykonać ciężką robotę, żeby tradycji stało się zadość.
W efekcie mam poczucie, że to JA odwalam najcięższą część roboty. A reszta i tak kręci nosami i zgłasza pretensje.
Moje poczucie humoru oraz tolerancja dla najbliższych w okolicy świąt zanika całkowicie.
Może to kwestia ilości?
Detalicznie kocham każdego z mojej rodziny. Ale gdy mam ich w hurcie trudno opanować chęć mordu…
Dziś pożegnałam Zuzu – jej matka wraca w tym tygodniu.
Odwiozłam Zuzu do szkoły, a po powrocie wygarnęłam ze wszystkich kątów jej rzeczy, spakowałam do walizki, kosmetyczki oraz torby na zakupy.
Nie mam zdrowia do nastolatek.
Do zapaćkanych kosmetykami, świeżo powieszonych ręczników.
Do brudnych ciuchów, wymieszanych z tymi prosto z prania.
Do pozostawianych wszędzie papierków po cukierkach, czipsach itp.
Do wiecznie upaćkanych luster. Zapachu ciężkich, tanich perfum, wymieszanych z zapachem wszystkich kosmetyków.
Do gnuśnienia w wyrze przez dwa dni. Do zniecierpliwionych syknięć gdy coś mówię. Do fochów, nawet jeśli nie ja jestem adresatem.
Nie mówiąc już o tym, że moja piękna, kwiecista kanapa jest wygodna do spania tylko przez jedną noc.
Wśród tych wszystkich atrakcji doszła mi jeszcze cieczka Tośki. A jak Tośka ma cieczkę to to jest najprawdziwsze morze czerwone.
Rozważam zakup najmniejszych pampersów…
Lub kradzież majtek Zuzu.
Nie wiem co praktyczniejsze.
Póki co wszystko w domu mam pookrywane kocami oraz narzutami. Ale ścian się nie da przykryć, a jak Tośka macha ogonem to ogon macha nią…
Muszę psu umyć tyłek, bo śmierdziało dziś w nocy tak, że mnie budziło.
Myślę sobie: jeszcze tylko tydzień… a potem znowu będzie normalnie.

Z rzeczy pozytywnych: eM zamontował mi wreszcie wannę. A na podwórku znikł lód, bo temperatura +8. Mimo to, w sobotę kupiłam buty na gwoździach. Zastanawiałam się czy kupić takie z chowanymi, czy stałymi.
Ale z chowanymi – były tylko firmy Rieker, a ja jakoś nie mam przekonania do ich butów. W dodatku były ciężkie bardzo.
Inne, z gwoździami stałymi były albo Icebug albo Eskimo. Cena podobna. Waga też, oraz rozkład gwoździ. Icebug były całe czarne, w środku lekko ocieplone. Eskimo miały w środku futerko i były czerwone. Ale niestety wyglądały bardzo topornie.
Wzięłam Icebug bo firmę znam i wiem, że ma dość dobre opinie.
Nie są z goretexu, ale spryskane sprajem będą odporne na przemakanie, o ile nie będę wskakiwać do basenu (powiedziała mi sprzedawczyni).
Pod koniec tygodnia znowu mają być minusowe temperatury, a ponieważ teraz jest mocno wilgotno, to zdaje się, że okazja by przetestować gwoździe przyjdzie bardzo szybko.

Oglądam The Crown. I tak sobie myślę: jak bardzo zmienił się świat w ciągu ostatnich 20lat. I nie chodzi o technologię, choć to też.
I właśnie kończę 61 książkę w tym roku.
Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze. Tak mnie wciąga, że czytam przy porannej kawie, zamiast jak zwykle scrollować facebooka.
Ych…
Popracować trzeba…



74. Zaraza

Cały tydzień upłynął mi na zmaganiu się z dziwaczną infekcją.
Dziwaczna… Wyglądało tak, jakby każdego dnia, jakiś wirus atakował mi kolejne punkty organizmu.
Jednego dnia gorączka, a raczej stan podgorączkowy – ale ja jestem chorobowym mężczyzną i przy 37umieram. Przy tym klekot serca i koszmarne pobudzenie, więc nie było mowy o przespaniu dolegliwości.
Innego dnia potworny ból całego ciała.
Jeszcze innego migrena.
Suchy kaszel.
Gardło.
Wreszcie katar, ale z gatunku tych Niagara.
Każdy objaw występował pojedynczo, trwał jeden dzień, a następnego czułam się dość dobrze (w każdym razie lepiej w porównaniu do dnia poprzedniego).
Jedno utrzymywało się przez cały czas: zmęczenie.
Wreszcie w piątek, gdy nie mogłam rozpoznać smaku mrożonych pierogów, a i zapachy jakoś słabiej docierały uznałam, że mam covid, bo chyba tylko ten wirus może być taki… nieprzewidywalny.
Całą sobotę i niedzielę umierałam na katar. W dodatku katar aktywowany przez światło! Jak tylko próbowałam czytać lub oglądać natychmiast wzmagało się kręcenie w nosie i łzawienie oczu.
No i w sobotę utraciłam węch na amen – nawet przy sprzątaniu kociej kuwety nic nie poczułam. A sprzątałam ją pierwszy raz od kilku dni…
Smak niby mam, ale dziwnie. Np. znajomy jogurt z Lidla jest gorzki.
Albo znajomy kompot z wiśni okazał się być tak słodki, że aż piekło gardło od słodyczy.
Kartofle okazały się niesłone, choć soliłam, a potem nawet dosalałam na talerzu, a kwaśny smak soku z cytryny zaginął…
Byłoby śmiesznie, gdyby nie to, że jutro 12 a to oznacza, że muszę wysyłać deklaracje VAT. Prawie płacząc z bólu i zmęczenia zmusiłam się do pracy – żeby przynajmniej jedną firmę dziennie zrobić.
Na dziś zostały dwie – maleńkie.
Na jutro kolejne dwie, równie małe, ale nie dostałam jeszcze dokumentów.
Testu nie robiłam bo go w domu nie mam. A jechać do sklepu nie miałam siły poza tym szkoda mi kasy na test, który pokaże lub nie prawdziwy wynik a i aspekt społeczny też ma swoje znaczenie. Po co iść i rozsiewać wirusa?
I tak we czwartek musiałam wyjść z domu, korzystając z lepszego dnia, bo groziła mi śmierć głodowa.
Oczywiście mogłam poprosić męża lub syna o zakupy… problem w tym, że kompletnie nie wiedziałam czego chcę, co będę jeść, ani czego potrzebuję. W efekcie wróciłam do domu ze zgrzewką wody z Lidla, przypadkowymi owocami i smaczkami dla futrzaków.
Dobrze, że w zamrażarce były jakieś kupne pierogi z polskiego sklepu, zupa ogórkowa sprzed miesiąca oraz chleb i dorsz w panierce (ostatni kawałek). Makaron i kostki rosołowe wegetariańskie mam zawsze, tak samo jak tuńczyka w puszcze.
Przez dwa wieczory zajadałam się kanapkami z majonezem, tureckim korniszonem i czosnkiem. Wczoraj zjadłam ostatnie trzy kartofle, resztkę sałaty z ogórkiem i śmietaną.
Dziś wygląda na to, że będzie ten lepszy dzień, więc muszę pojechać i kupić coś do jedzenia.
Zuzu miała mieszkać u mnie w tym tygodniu…
Zadzwoniłam w sobotę.
– Jestem chora – powiedziałam – Słyszysz mój głos?
Na co Zuzu
– Nieee… nie mówi mi tego, co chcesz powiedzieć…
– Muszę. Nie mogę cię zarazić. Ale może w takim razie pomieszkasz u dziadka…
– TAK!! U dziadka! To tylko na jeden dzień bo potem mam być dwa dni u Ellie, pamiętasz?
Tak, pamiętam: mają dwa dni obchodów Santa Lucia, zaczynają szkołę później, lekcji normalnych chyba nie mają, rodzice Ellie zgodzili się, żeby Zuzu u nich pobyła dwa dni z rzędu.
Tak więc Zuzu sprzedana do dziadka. Może do czwartku już będę się miała lepiej?
W sobotę z rana poczta kwiatowa dostarczyła mi kwiaty od mojej Izy ze Skanii. Powiadam wam: w Skanii mieszkają fajne dziewczyny…

W międzyczasie mróz zelżał, teraz jest w granicach zera. Na ulicach slush…
No nic, popracuję…

72. są takie noce…

Są takie noce, że odkładam książkę, gaszę światło, chwilkę się układam, a potem zasypiam i śpię kilka godzin bez przerwy. Budzę się, idę siku, kładę i zasypiam ponownie.
Budzę się trochę po szóstej… Nie wstaję z przyjemnością, ostatnio nigdy nie mam tak, że już się wyleżałam, nie, ale jednak…
Dni po takich nocach są dobre. Bez bólu głowy, bez tej męczącej senności i uczucia zmulenia.
Nie mam pojęcia od czego te dobre noce zależą, bo w zasadzie moje dni są do siebie tak podobne, że dzień tygodnia rozpoznaję po napisie na klapce na pudełku z tabletkami Tośki.