We czwartek. Obolały był cały człowiek. Głowa. Bo jak zawsze. Brzuch – żołądek, wątroba, trzustka…czort wie co, ale bolało jakby ktoś skopał. Plecy – bo jak się tylko siedzi to bolą. Palce bo pokłute.
Wszystko na nie. Kawa zostawiona w połowie, bo wciąż pasukdna, choć tyle czasu minęło, i żadne mleko jej smaku nie poprawia. I jeszcze ten obolały brzuch, który po kawie z mlekiem czy bez boli jeszcze bardziej. Płatki zostawione prawie całe. Bo boli w brzuchu czy gdzie tam. I już się nawet żuć nie chce tych pełnoziarnistych. Nie tylko żuć się nie chciało. Żyć też nie bardzo.
Cały dzień na kanapie, z szydełkiem w ręku i zabawą w kolory. Po południu bunt osiągnął apogeum. I na obiad były racuchy z jabłkami. Z mąki durum i niemal bez cukru (tyle by ciasto urosło). Bo jednak rozsądek jakiś się zachował. Ale bez wieczornej tabletki, bo brzuch nadal bolał.
Piątek był tylko trochę lepszy. Ale bunt trwał. W efekcie wieczorny cukier poszybował w niebo. (Nie pytajcie, uznajmy, że chciałam sprawdzić czy na pewno śmieciowe żarcie jest tak niezdrowe: JEST).
Dziś rano cukier w normie, choć blisko granicy. I noc prawie bezbolesna. Może zestaw ćwiczeń od rehabilitantki pomoże? Najpierw były płatki z jogurtem. Potem czarna kawa. Piję ją pomalutku i sprawdzam czy kopie po „podrobach” (jak mówi Marlena).
Wiosna przyszła, ale zima mówi, że ona ma jeszcze moce przerobowe i Pani Wiosna proszę won! Bo pani Zima ma tu robotę do zrobienia.
Żeby nie było, że tylko o chorowaniu i migrenach 😀 Proszę bardzo: Basil- elegant.
Basil jest cudownym kotkiem. No właśnie nie KOTEM a kotkiem. Jest przytulaśny. Ostatnio nauczył się, przyciągać do siebie moją rękę, żeby głaskała, albo choć przytulała. Bo samo leżenie boczkiem do boczku to za mało. W dodatku Basil nie układa się, jak większość kotów, dupką do twarzy tylko główką. Ja go głaszczę, on patrzy mi w oczy, mruży je, a łapki z pazurkami się wyciągają i chowają. Czasem w nocy popłakuje, zwłaszcza jak Tosia zajmie ulubiony lewy, dolny narożnik łóżka. Wtedy wystarczy rozłożyć róg kołdry i powiedzieć – Basil, chodź do mnie, mam tu kołderkę dla ciebie. Chodź się przytulić… I przychodzi i się przytula. Wprawdzie potem była trochę ciężko bo ciasnawo, bo rozespany kot się rozlewa na pół łóżka. Biorąc pod uwagę fakt, że psisko zajmuję drugą połowę, to dla człowieka miejsca zostaje niewiele. Ale nie narzekamy. Cieszymy się, że mamy wspólne chwile (nawet jeśli rano budzimy się z kłakami na buzi). Lubię budzić się z tą dwójką. Basil śpi rozciągnięty rozlany we wszystkich kierunkach (każdy kto ma kota wie, że kot jest ciałem płynnym a nie stałym), Tosia jeszcze z zamkniętymi oczami, jeszcze na wpół chrapiąca, ale już klepie ogonem. Głaszczę jednego i drugiego. A potem stawiam lewą nogę na ziemi (zawsze lewą! bez względu z której strony łóżka wstaję, może dlatego wiecznie jęczę). A wtedy Basil się zrywa i galopem pędzi do kuchni… Ja mówię, żeby się nie wygłupiał, bo na śniadanie za wcześnie. Tosia złazi z łóżka, robi pozycję „pies z głową w dół”, ziewa, kładzie się w pozycji „waruj” i zaczyna śledzić moje poczynania. I tak się zaczyna nasz dzień. Wczoraj byliśmy na kolacji i Misi i Mela. Mel za tydzień ma urodziny, z tej okazji wyjeżdżają na dwa tygodnie do Bułgarii, więc spotkaliśmy się wcześniej. Fajnie było, bo było nas tylko pięcioro. Lubię rodzinę Mela, ale jak jest taki duży spęd to ja nie rozumiem co kto mówi, więc koniec końców zaszywam się w kącie… i nudzę się jak mops. A wczoraj można było pogadać i pośmiać się z siebie nawzajem. Ze mnie, że jak mi jedzenie nie smakuje to na pewno powiem. Z ojca, że myli rękę prawą z lewą, z Misi, że z zawodu i charakteru jest DYREKTOREM, z Mela, że po co się jej przeciwstawia, skoro i tak zrobi co musi to tylko traci czas, z Zuzu, że nadal jest mało asertywna… Nie są to złośliwe śmieszki, raczej klimat ludzi, którzy znają swoje wady, ale pomimo to nadal chcą się widywać. Fajne uczucie takiego rodzinnego ciepełka. No i przytulaski od wnusi, za którą tęsknię ogromnie, ale jak wiadomo czternastolatki mają inne priorytety niż odwiedziny u babci, która w dodatku mieszka prawie na końcu świata. Ale w święta będę miała wnusię także dla siebie, więc będzie fajnie.
Oraz zaczęłam robić kwiatkowe kwadraty babuni. Jeszcze nie wiem co z tego będzie, ale marzy mi się szary, rozpinany sweter z taki wstawkami na dole i na rękawach.
Cieszyłam się wczoraj rano, że bez bólu głowy. Około 9: 30 poczułam, że robię się senna. Poszłam się przejść, bo było słonecznie, choć chłodno bo zaczęło wiać. Wróciłam, siadłam do pracy, ale strasznie mi się źle pracowało. Zawieszałam się, traciłam wątek, nie trafiałam w klawisze. O 11 zrobiłam sobie naleśniki z pełnoziarnistej mąki orkiszowej oraz jabłek. Zjadłam. Próbowałam pracować, nadal z marnym skutkiem, znowu zrobiłam się senna, ręce ważyły tonę. Uznałam, że pogoda się zmienia i stąd to rozbicie, może jednak powinnam odpocząć, tym bardziej, że zaplanowaliśmy z eM, że po godz 15 pojedziemy popatrzeć na wodospady w słońcu oraz przegonić psa. Zasnęłam. Dwie godziny później zbudził mnie telefon od klienta. A zaraz potem rozszalała się głowa. No więc tak: szklanka wody, potem ibuprofen 500mg, potem 1/2 tabletki na migrenę… Zelżało, ale bolało. Zrobiłam sobie kanapkę z sałatą, zapakowałam serek wiejski. Pojechaliśmy. Słońce dawało po oczach i ból się nasilał. Wodospad piękny, jak zawsze. Łeb coraz gorzej. Zjadłam kanapkę, kilka łyżek serka, połknęłam całą tabletkę sumatriptanu… Jeszcze zaliczyliśmy kolejny wodospad. Ale do domu jechałam modląc się, żeby im eM się zamknął… W domu pozasłaniałam okna, bo światło bolało. Zdjęłam z siebie wszystko, bo wszystko bolało. Wpełzłam do łóżka, łyknęłam kapsułkę voltarenu. Po godzinie ból zelżał na tyle, że uświadomiłam sobie, że chce mi się herbaty z cytryną, mocnej, kwaśnej i bardzo słodkiej. Nie chciałam pić herbaty bo to by znaczyło, że nie zasnę… Wymyśliłam kisiel i chrzanić cukrzycę. Kisiel był kwaśny i bardzo słodki. Zjadłam połowę. A kwadrans później poczułam, że ból mija. Zasnęłam. Obudziłam się dwie godziny później. Zmierzyłam cukier. Za wysoki, oczywiście. Zjadłam resztę zimnego już kisielu. I poszłąm dalej spać. Budziłam się co godzinę, dwie. Zasypiałam… i śniłam dalszy ciąg tego samego snu. Wstałam o 6 bez bólu głowy, ale obolała jakby mnie ktoś obił. Kawę wypiłam czarną i taka wydaje się mniej parszywa, niż zabielana. Spacer z Tośką trwał 20min. Kilka razy się lekko zatoczyłam. Ktoś by pewnie pomyślał, że się nachlałam…
Teraz myślę, że ten ból głowy to był jakiś drastyczny spadek cukru. Tylko dlaczego..? Po tych naleśnikach z pełnej mąki i jabłka chyba nie powinien tak spadać? Ale ewidentnie spadał już wcześniej, zaraz po śniadaniu… Kurczę, fajnie byłoby móc sprawdzać ten cukier częściej niż tylko rano i wieczorem, ale kłucie palców mi się nie uśmiecha. Sensora mi nie dadzą.
Teraz siedzę myśląc, że powinnam popracować, ale strasznie, ale to strasznie mi się nie chce. Za to stawy nie bolą. Ciekawe czy dzięki naćpaniu się prochów czy przez to, że mięsa nie jadłam od kilku dni.
Do tego się ostatnio sprowadza moje życie. Wciąż muszę myśleć co zjeść, żeby cukier nie skakał. Już wiem, że jak godzinę po posiłku zaczynam ziewać to znaczy, że mi spadł, czyli wcześniej musiał podskoczyć. Już wiem, że dobrze wtedy, zaraz po pierwszym ziewnięciu poruszać się trochę. Np. odkurzyć w mieszkaniu. Już wiem, że jak migrena/ból głowy nie chce przejść mimo leków to warto iść na intensywny spacer. Ale wiem też, że spacer zamiast leków nie pomaga na migrenę tylko ją nasila. Ale niestety wiem też, że bardziej urozmaicona dieta nie służy moim stawom. Nawet nie zauważyłam, że stawy przestały boleć. Za to teraz gdy na powrót zaczęły – czuję to. Zastanawiam się co im szkodzi: mięso, nabiał czy kapusta? Stawiam na nabiał… No chyba, że jednak mięso? Bo tak, zaczęłam jeść mięso. Mało, z przymusem oraz pewnym obrzydzeniem. Obawiam się, że jedzenie twarożku, oraz picie kawy z mlekiem dzień po dniu zemści się znajomymi wysypkami w zgięciach łokci i kolan. Tak wiem, wiem, strączkowe są dobrym substytutem, ale kto chce jeść falafel i hummus (albo coś w tym stylu) codziennie? I tak, wiem, że można kupić mleko owsiane czy inne. Ostatnio kupiłam migdałowe, alpro barista. Szału nie ma. No, a w składzie jest cukier albo fruktoza. W sumie, to wkurzają mnie te wszystkie artykuły o diecie cukrzyka. Zalecają pieczywo najlepiej razowe. Acha. Konia z rzędem temu, kto w Szwecji, w zwykłych sklepach czy nielicznych piekarniach znajdzie prawdziwy razowy chleb. Owszem jest ciemne pieczywo, ale okazuje się, że ono jest ciemne tylko za sprawą jakiegoś dodatku, i nie nie są to otręby ani żyto. I tak ze wszystkim. Zadzwoniłam do Litwinki, bo ona piecze chleb już od dawna. Może piecze razowy, może upiecze dla mnie czasem, odpłatnie. Powiedziała, że mam przyjechać i ona mnie nauczy oraz da „zakwaskę”. A chleb wystarczy tylko wymieszać i upiec, nawet zagniatać nie trzeba… No to się wybieram… Potem zostanie mi tylko polowanie na dobrą mąkę.
Ale, żeby nie było, że tylko narzekam. Trzecia czy czwarta noc z rzędu bez bólu głowy, z porządnym spaniem po 8 godzin, po którym budzę się coraz wcześniej.
A wczoraj był piękny, prawdziwie wiosenny dzień. Rano mróz -4. A w dzień czyste niebo i słoneczko, bezwietrznie. Poszłam z Tośką na spacer zaraz po czternastej, bo chciałam się nacieszyć pogodą. Pozwoliłam psu węszyć, zaprowadziłam w oddalone uliczki. Było tak ciepło, że musiałam rozpiąć kurtkę i zdjąć czapkę. Gdy już wyszłyśmy na skwerek koło torów i Tośka zmiarkowała, że wracamy do domu położyła się na trawie, w ramach protestu. W cieniu! Żeby nie było za gorąco. Nie chciało się jej wracać tak samo jak mnie. Ciągnęła w stronę psiej zagrody… No, dobra, na pięć minut – powiedziałam. Chyba zrozumiała. Bo gdy dałam sygnał do powrotu już nie protestowała. Potem pojechałam do sklepu, bo się Basilowi chrupki skończyły, a i saszetek też niewiele. Kupiłam jabłka (mandarynki już są coraz mniej smaczne). Kupiłam też gałązki brzozy oraz żonkile i piórka. Zrobiłam sobie wiosenny bukiet. O, taki.
A dziś piątek, piąteczek. Pogoda w weekend niestety nie będzie taka fajna… Znacie ten dowcip… Jak po dwóch dniach kiepskiej pogody wychodzi słońce to jaki to jest dzień? PONIEDZIAŁEK. No to właśnie tak jest. Ale i tak trzeba będzie psa gdzieś przegonić.
I wymyślić jedzenie na dwa dni… Znowuuuu? Dlaczego człowiek musi tak często jeść? Nie wystarczyłoby raz dziennie?
Cukier powoli spada i wynik zbliża się do normy. Mierzę tylko dwa razy dziennie: rano, zaraz po obudzeniu się oraz wieczorem, przed pójściem spać.
Natomiast mam problem z zasypianiem, bo nie mogę wyłączyć głowy. Na szczęście są audiobooki, które pomagają. Problem w tym, by znaleźć taką książkę, która zainteresuje, ale nie na tyle by się ekscytować „i co dalej”. Obecnie słucham Czarodziejską górę Tomasza Manna. A ponieważ jest dość opasłe tomisko a akcja toczy się wolno, to jeszcze ładnych parę tygodni mi zajmie nim dobrnę do końca. No chyba, że jednak historia mnie tak porwie, że zdecyduję się czytać oczami…
Był pogrzeb dziadka Mela. Dziadek zmarł w styczniu, ale szwedzkim zwyczajem pogrzeb był dopiero teraz. Dlaczego tak? Nie mam pojęcia. Podobno to po to by każdy kto chce uczestniczyć w pochówku miał czas na zaplanowanie tego. Pogrzeb był cichy i skromny, ale przejmujące były dzwony kościelne odprowadzające zmarłego na miejsce spoczynku. Długowłosy, siwy Pastor opowiadał o życiu zmarłego i to nie czytając z kartki, a własnymi słowami, prostymi słowami. Powtarzam po raz kolejny: gdybym kiedykolwiek zatęskniła za religią i wspólnotą religijną wstąpię do szwedzkiego kościoła. Żadnego cyrku i teatrzyku kukiełek tylko zwykły kontakt z drugim człowiekiem. To mnie przekonuje, gdybym jeszcze potrafiła uwierzyć… Pochówek był prosty. Syn zmarłego, tata Mela, osobiście zaniósł drewnianą urnę na miejsce. A gdy już ją złożył w ziemi przygarnął do siebie obu synów i tak we trzech stali przez chwilę… Nie było wieńców. Każdy przyniósł pojedynczą różę i układał ją wokół urny. Nie bardzo wiedzieliśmy jak się zachować, ale gdy złożyliśmy nasze kwiatki (eM i ja) nogi nas same poniosły do Mela i reszty jego rodziny. Widziałam, że byli wdzięczni za naszą obecność i poczułam się jakbym należała do ich rodziny. Dla mnie to ma ogromne znaczenie, bo bardzo ich szanuję i lubię. Choćby za to, że moja wnuczka, jest także ich wnuczką, choć przecież jest tylko przyszywana. Ale po szwedzku mówi się „bonus wnuczka” czyli taka dodatkowa nagroda, i bardzo często dzieci z rodzin patchworkowych tak właśnie są traktowane.
A w weeknd lało. Wczoraj wieczorem na drzwiach klatki pojawiła się kolejna kartka. Już bez wulgaryzmów (znaczy: komunikat dotarł, choć może autorem jest ktoś inny). Teraz chodzi o smród na schodach. Bo tak. Śmierdzi nieziemsko: nie wiem kupą czy sikami, ale smród jest wielki. Oraz o kłótnie i krzyki. Bo w sobotę o 4 nad ranem Mikael i jego panna obudzili chyba cały blok waląc drzwiami co chwila, gadając na schodach oraz pod oknami, latając z psami i bez tam i z powrotem. Kartką się nawet nie przejęłam. Nie mój pies sika na schodach, nie mój smród (trochę mój, bo szparami przez drzwi lekko zaciąga do mieszkania). Nie ja latam po schodach itd. Szkoda mi kurczę tego psa czy tych psów. Ale tak sobie myślę czy może ktoś mógłby temu głupkowi wytłumaczyć, że powinien się bardziej zająć? Jest taka sąsiadka w drugiej klatce z którą się znają. Nie wiem… Może ona mogłaby pomóc? Szczerze? Gdyby Mikael miał mniejszego psa to chętnie zaofiarowałabym pomoc z wyprowadzaniem choćby tylko na siku, bo może on naprawdę nie może inaczej, a psa mi szkoda. Ale boję się, że nie utrzymałabym doga na smyczy. No i nowy tydzień czas zacząć.
Mam nadzieję, że turkusowe pudełeczko nie będzie się wypełniało innymi tabletkami, oraz że zabawek nie przybędzie.
Chorować to trzeba mieć czas. Ludzieee… I wcale nie chodzi o to, że trzeba wydeptywać ścieżki do kolejnych przychodni czy laboratoriów. O nie. Nie w Szwecji. Tu jest tak: wykryli, że mam wypalenie oraz cukrzycę, tak? No to lekarz posłał prośbę do pielęgniarki cukrzycowej oraz do poradni zdrowia psychicznego. Ci od „wariatów” powiedzieli mi, że mam zadzwonić do przychodni rehabilitacyjnej i umówić się na zajęcia z „zarządzania stresem”. Pielęgniarka cukrzycowa przysłała zaproszenie na spotkanie, ale wcześniej zadbała o wystawienie recepty na metforminę. No i wczoraj się skumulowało, bo najpierw musiałam pojechać do tych od stresu a potem do tych od cukrzycy. Ci od stresu pogadali ze mną i ustalili, że trzeba mi zestawu ćwiczeń i zapisali na wizytę do rehabilitanta. Ylva, ta pielęgniarka od cukrzycy, dała mi broszurki, obejrzała stopy, posłuchała jak się czuję, pochwaliła za wdrożony program. Oraz zmierzyła cukier glukometerm. Przy okazji ucząc mnie jego obsługi. Glukometr wraz z zapasem igieł oraz pasków otrzymałam za friko i bez łaski. Tak samo dostałam plik zaproszeń na inne badania oraz spotkanie z Ylvą (zdaje się, że musimy się zaprzyjaźnić). Dostałam też obietnicę wycieczki do Skovde do szpitala, bo trzeba zbadać dno oka. Taaa… jak znam życie zaproszenie będzie na najmniej wygodny czas… Ale też przyjdzie. Czyli wszystko się dzieje „samo”. Nie trzeba chodzić i żebrać o termin, wystawać w kolejkach i kłócić się kto był pierwszy. Dzień, godzina i stawiam się żołnierz na wartę… Więc nie narzekam na organizację, bo jest naprawdę dobra. Narzekam, że ludzieee… ile tego. Toż samo ogarnianie tych badań i spotkań to zajęcie na dobre kilka godzin! Jakbym jeszcze musiała sama to wszystko organizować to nie miałabym czasu na pracę. Pod względem organizacji leczenia Szwecja jest jednak niezawodna, co powtarzałam wielokrotnie. Najsłabsze jest to pierwsze ogniwo: otrzymanie diagnozy, zwłaszcza gdy się nie ma jakichś typowych objawów. Czyli dostać się do lekarza, uzyskać podstawowe badania… No teraz tylko trzymać kciuki, żeby nie znaleźli nic więcej.
Bałam się glukometru. No bo tak z własnej woli zrobić sobie kuku? Ale to jednak zmyślne urządzenie. Pyk. I już. I wiecie co? Jakie to wspaniałe, że ludzie wymyślili takie urządzonko. Odczuwam wdzięczność, że ktoś zadbał o to by utaczanie krwi serdecznej było prawie bezbolesne. Nauka jest niesamowita!
Książka Gukozowa rewolucja też jest niesamowita! Takie poradniki to ja mogę czytać! Nie tylko jest ciekawa, napisana językiem łopatologicznym, ale bywa dowcipna! Jedyny problem ze mną, że szybko się dekoncentruję, a ponieważ książka ma konsystencję piguły (mało, a treściwie) to chyba będę musiała jej wysłuchać raz jeszcze. A najlepiej kupić ją sobie na papierze.
Wygląda na to, że rok 2024 będzie miał tytuł „Rewaloryzacja i restauracja opakowania KasiP”
Trochę mnie ten wynik trzepnął. Bo wiem, że żarty się skończyły i teraz albo na poważnie się sobą zajmę, albo będzie gorzej i gorzej. Co jest dziwne, w sumie, że poza cholernym bólem głowy i migrenami, czuję całkiem dobrze. Nie zasypiam po jedzeniu, nie mam telepek jak zapomnę zjeść w porę, nie mam napadów wilczego głodu. Z drugiej strony (staram się myśleć optymistycznie) utrata 4-6 kg w ciągu 6 miesięcy bez większego starania trochę mnie niepokoiła. Cukrzyca, nawet niezbyt zaawansowana, może to tłumaczyć. Więc lepsze to, niż ta inna alternatywa, której chyba każdy się boi.
Odstawiam cukier. Na szczęście – za sprawą migren – już od dawna nie obżeram się słodyczami. No i mam w domu ksylitol, więc poranna kawa nie będzie aż taką traumą. Muszę znaleźć alternatywę dla porannej porcji płatków kukurydzianych. I nie, płatki owsiane absolutnie nie wchodzą w grę. Nie lubię papkowatego jedzenia, próbowałam owsianki kilka razy, na różne sposoby i wciąż jest obrzydliwa. Całą resztę ogarnę. Muszę tylko zrobić zakupy. Choć jakiś dietetyk by się przydał. Ma się do mnie odezwać pielęgniarka od cukrzyków, to zobaczymy co mi powie.