41.

Wpadłam w jakąś niemoc umysłową. Noż kurde jednego zdania porządnie sklecić nie mogę. Gdy próbuję cokolwiek napisać – myśli się rwą jak zleżałe nici.
To samo z czytaniem.
Nie wiem ile zaczęłam książek by porzucić wcześniej lub później.
Albo ile filmamów.

Tak naprawdę jedyne co jest w stanie mnie wciągnąć to jakieś historie post-apo lub s-f czyli to, co jest kompletnie oderwane od rzeczywistości.
Możliwe, że potrzebuję resetu.
Gorzej, bo mam to samo z pracą. A tu na koncie zaczyna hulać przeciąg a sterta spraw do załatwienia rośnie.

Czytam zaprzyjaźnione blogi… ale nie jestem w stanie nic napisać.

Co robię?
Układam pasjanse. W kółko i kółko. Albo bazgrolę mazakami. Albo oglądam jakieś niestworzone historie i dłubię na drutach.

Gdzieś mignęła mi jakaś reklama jakiegoś mindfullness czy innych czary-mary i padł zwrot „tryb przetrwania” . No to chyba jestem w takim stanie.

A za oknem deszcz, szaro-srebrno, 19 stopni bez wiatru.
Ulga po wczorajszym dniu. Wczoraj było 28stopni, niby wiało, ale powietrze było tak ciężki,e że cały dzień miałam uczucie jakbym miała imadło na głowie. No i oczywiście ból głowy, stopniowo przechodzący w migrenę.
Gorąco, które zwykle mi nie przeszkadza wczoraj doskwierało bardzo. Moje ciało zareagowało tak, jak na gorączkę czyli: potrzebujemy sił na walkę z wrogiem – zwiększamy zapotrzebowanie na energię czyli po ludzku: nie mogłam się najeść. Jadłam, jadłam i jadłam. Prawie całe popołudnie coś żułam. Nie dało się tego oszukać wodą (gorąco, może mylę pragnienie z głodem). A najdziwniejsze, że dziś w ogóle tego nie czuję…

W ogóle ostatnio mój układ grzewczo-chłodniczy wariuje, miewam uderzenia gorąca, jakich nie miałam nawet w czasie menopauzy.
I wyostrzył mi się węch. (Dlaczego tak wielu ludzi po prostu śmierdzi?! I to nie tylko w upalne dni…)

Skończyłam ostatnią firmę z roku 2023.
Może będę mogła odetchnąć i może sprawność umysłowa wróci.



40. Midsommar

Dziś drugie, najważniejsze szwedzkie święto” Midsommar Afton” czyli Nocy Kupały (chciałam napisać „wigilia nocy świętojańskiej” ale święty ma z tym tyle wspólnego co pięść z nosem ;).
Skąd wiadomo, że jest to najważniejsze święto? Bo dziś po południu oraz jutro rano są zamknięte wszystkie sklepy. Tak się dzieje tylko w Wigilię Bożego Narodzenia, Sylwestra i właśnie Midsommar Afton.

Dla mnie to lekki smuteczek bo właśnie kończy się wydłużanie dnia. Teraz będzie się skracać…A to znaczy, że idziemy w stronę zimy. Ych.

Ale na razie jest lato i mam nadzieję, że jeszcze będzie przepięknie.
Prognostycy obiecują ciepło i słoneczko… ale zobaczymy co z tego będzie.

Zostało mi jedno zakończenie roku do zrobienia. Muszę się z tym uporać przed poniedziałkiem. A znowu sobie skopałam robotę i nie wiem czy wiem jak to naprawić więc na wszelki wypadek omijam wielkim łukiem. Znając siebie – zrobię to rzutem na taśmę w poniedziałek i świcie i dziej się wola nieba.

Dziś nie robię, dziś jest święto.
Zaraz posadzę wiszące pelargonie na balkonie. Tylko nich mi ręce przestaną drżeć po ćwiczeniu.
Bo przypomniałam sobie, że żeby zmęczyć ciało, wcale nie muszę chodzić. Mogę np. ćwiczyć jogę. Parę lat temu robiłam to systematycznie i pamiętam, że po kilku tygodniach łatwiej mi się wstawało z podłogi i po 30 min ćwiczeń nadal nie sapałam jak miech kowalski.
Dziś ćwiczenia trwały minut 17. Spociłam się przy tym i sapałam… a i tak przerywałam ćwiczenie po jednym oddechu a nie po trzech -czterech.
Tak… taka jestem mądra: dwa miesiące zajęło mi zrozumienie, że aktywność fizyczna nie musi polegać na przemieszczaniu się.
W dzień planujemy z eM wywieźć Tosię gdzieś w plener, bo dawno nigdzie nie byliśmy.
A wieczorem idziemy do Misi na grilla. Mnie tam grill średnie kręci, ale Tosia poleży na trawce albo pogania za dzieciakami, bo ma być spora gromadka. Wolałabym wprawdzie posiedzieć na kanapie ale wtedy myślałabym, że szkoda, że nie jestem z bliskimi…
Tak najchętniej to spędziłabym ten wieczór z koleżanką Adasiem i spółką…
Tak, miała matka rację: nie dogodzisz.

Glad Midsommar!



39.Moja ulubiona piosenka o lecie

Posłuchajcie Letniej pioseneczki Idy, bo jest naprawdę słodka.

Myślisz, że lato nadejdzie
jeśli nikt mu nie pomoże,
sprawi, że pojawią się kwiaty.
To ja sprawiam, że kwiaty kwitną
że pastwiska się zielenią
i właśnie przyszło lato
bo ja usunęłam śnieg.

Napełniam strumienie wodą
tak, że pieni się i pryska.
Sprowadzam fruwające jaskółki
i komary dla nich
Wywołuję nowe liście na drzewach
i ptasie gniazda tu i tam
A pod wieczór maluję pięknie niebo
bo sprawiam, że staje się naprawdę czyste.

I poziomki robię dla dzieci
bo uważam, że powinny je mieć.
I wszystkie inne małe, wesołe rzeczy,
pasujące do małych dzieci.
Ja tworzę ciekawe miejsca
dla dzieci biegających w około
żeby napełniły się latem
a ich nogi się wybiegały.

(słowa Astrid Lindgren. Przekład – moja radosna tfurczość)

Wczoraj w Szwecji zaczęły się wakacje.
I niby już nie chodzę do szkoły nawet jako rodzic, ale wakacje sprawiają, że łagodnieję i więcej się uśmiecham.

W sypialni śpi Zuzu, którą wczoraj około północy odebrałam z dyskoteki dla małolatów. Za miesiąc moja wnuczka kończy 14 lat. Wyobrażacie to sobie? 14 lat! Kiedy to zleciało?
Rzadko ją teraz widuję, bo taki wiek: babcia jest ostatnia w kolejce do wolnego czasu. Ale wciąż się przydaje :D. Ale nie szkodzi. To przejściowe przecież.

Więc chodzę na paluszkach i uśmiecham się zerkając na drzwi sypialni.

Lato. Trochę chłodne, ale lato już tu jest.

Młodzież woli inną piosenkę:

Ale ja jestem staromodna i wolę Piosenke Idy.
Albo tę:

Życzę wam udanego lata!

38.

Cieszę się pralką.
Ojej. Już zapomniałam, że posiadanie jej na własny użytek to ogromna wygoda. Jednak są i „plusy ujemne” w tej sytuacji. Takie malutkie ziarenka piasku.
Np pytanie: o ile podskoczy rachunek za prąd?
Oraz: pranie NIE suszone w suszarce wymaga prasowania. Raz dlatego, że jest pomięte. Dwa, że jest sztywne.
Płynów do płukania nie używam, odkąd przeczytałam, że nie są dobre dla ubrań.
Zamiast tego zaczęłam dodawać ocet. A wczoraj wpadłam na pomysł i do octu dodałam kilka kropli olejku zapachowego. Pranie pachnie lekko cytrynowo, jest bardziej miękkie, ale wciąż nie takie jak z suszarki bębnowej. No nic. Trzeba przywyknąć. Nie, suszarki bębnowej nie zainstaluję, no chyba, że ktoś wymyśli małą, lekką i przenośną. Tak więc teraz w salonie zainstalowała się zwykła suszarka.
Miała stać na balkonie, ale właśnie się popsuła pogoda. Mamy coś na kształt jesieni. Logicznie nawet: dotąd było lato, jak się kończy lato to się robi jesień.
Przelatują deszcze, czasem nawet ulewne. Temperatury w granicach 15 stopni, nawet jak świeci słońce. No i zimny, bardzo zimny wiatr…z POŁUDNIA.
Noż zgłupieli chyba, z południa, zimne?
Ano tak.
Na spacery z Tośką wychodzę w bluzce, swetrze i kurtce.

A tak poza tym to mam jakiś taki czas, że nic mi się nie chce.
Do pracowania się zmuszam. Ustaliłam absolutne minimum, które muszę zrobić w ciągu dnia a czasem i to jest trudno wykonalne.
We środę był u mnie ten nowy klient. Siedzieliśmy trzy godziny ustalając różne rzeczy.
Gdy pojechał – po prostu padłam jak zabita i spałam dwie godziny.

Ostatnio zobaczyłam takie pytanie:
Wracasz do domu, gdzie nikt na ciebie nie czeka.
Dotkliwa samotność?
Czy nareszcie święty spokój?
U mnie: święty spokój.

Zawsze, od dziecka lubiłam być sama. Co nie znaczy – samotna. Póki mam kilkoro przyjaciół w zasięgu telefonu, póki mam moją rodzinę w pobliżu nie czuję się samotna.
Lubię spotkać innych ludzi, ale jeszcze bardziej lubię wracać do mojego mieszkania. Do jego ciszy i spokoju. I to chyba tłumaczy mą niechęć do wychodzenia. Po co mam wychodzić jak tu, pod ręką mam wszystko to, czego potrzebuję. No, może poza jedzeniem.
No właśnie. To jedzenie to zmora.
Wczoraj stałam przed lodówką i się zastanawiałam co zjeść na kolację.
Skończyło się na makaronie z masłem i czosnkiem oraz surówce z kapusty. Jem z rozsądku. Czuje głód, ale gdy się zastanawiam na co miałabym ochotę to mi nic nie przychodzi do głowy.
No może poza szarlotką z bezą. Albo samą bezą. Albo ptysiem…
To już lepiej mnie nie pytać.
W złą godzinę powiedziałam, że lubię warzywka… Złośliwy los zachichotał i powiedział: sprawdzam.
I o.

Czy ja bym mogła iść spać? Mimo, że jest godzina 08:40 rano?

37. Orzeł wylądował

Jednak latanie do pralni jest strasznie upierdliwe.
Lecisz z rana żeby nastawić dwa pierwsze prania. Na drzwiach kolejna kartka w stylu „Hej psiarze, sprzątajcie po sobie, bo nie chcemy kłaków na naszych ubraniach”.
Oglądana za każdym razem – wciąż budzi złość. Tym większą, że jakiś nie-psiarz znowu nie wypłukał szufladki na proszek i płyn, na podłodze pusta butelka po jakimś detergencie, jakaś folia, w pralce na uszczelce czyjś włos. Niby nie dużo tego, ale w kontekście kartki urasta do problemu. Masz chęć napisać: ja po sobie i moich zwierzętach zawsze sprzątam, ale chyba tylko ja.
Wracasz. Siadasz do roboty, ale kątem oka śledzisz zegar, bo masz jeszcze cztery kupki i chcesz zdążyć ze wszystkim, nim timer ci powie: Twój czas minął, przyjdź innym razem.
Może ktoś potrafi się skupić w takiej sytuacji, ale nie ja.
Najpierw nie mogę, bo ten zegar. Gdy wreszcie w coś się wciągnę to okazuje się, że właśnie pora iść do pralni. Zabieram kolejne dwie kupki, schodzę na dół.
Wyjmuję jedno i drugie, ładuję do suszarki, trzecie i czwarte do pralek.
Wracam i próba skupienia się powtarza. Gdy nareszcie zaczynam się wciągać… Tak, znowu trzeba zejść na dół.
Schodzę. Pralki się zatrzymały. Ale suszarka pokazuje, że ma jeszcze minutę. Czekam. Ile może trwać minuta? Według suszarki nawet i 5 i 10minut.
Tośka na górze zaczyna jazgotać. Znowu wyczuła, że jestem blisko, ale poza zasięgiem. Zniecierpliwiona komunikatem „Chłodzę” wracam do górę. Ochrzaniam psa. Odczekuję 15 minut – znowu schodzę. Suszarka się zatrzymała. Chciałabym wyjąć pranie… ale niespodzianka: koszyk na kółkach zniknął. W suszarni obok też go nie ma. Noż… Został sam stelaż z kółkami. Wyciągam pranie – wciąż mocno wilgotne, jak zawsze. Znowu, nim schowam do szafy, muszę rozłożyć na wierzchu, żeby doschło. Nie, nie ma opcji, żeby było całkiem suche. Próbowałam wszystkiego.
Tośka znowu jazgocze, więc się zaczynam spieszyć. Lecę na górę, rozkładam ciuchy na łóżku, nakrywam prześcieradłem, żeby kot się na tym nie układał i pies nie nosił w paszczy.
Do kolejnego zejścia zostało jakieś 30minut. Za mało by się za coś brać (skaranie boskie z ta koncentracją, no!) za dużo by siedzieć bezczynnie. Kręcę się po domu. Opróżniam zmywarkę, tu przetrę, tam przegarnę…
20 minut do zejścia…
I tak jeszcze ze dwa razy…
Po wrzuceniu ostatniej partii do suszarki, czyszczę pralki. Płuczę szufladki, wycieram drzwiczki. Odginam uszczelkę i wyciągam zgromadzone kłaki.
Na koniec, gdy wyciągam ostanie pranie z suszarki, czyszczę i ją. Filtr, drzwiczki, uszczelka. Wyjmuję kłaki ze zlewu, zamiatam podłogę, przy okazji zgarniam cudze śmieci. Przecieram blaty, wierzchy urządzeń…
Robię to wszystko w poczuciu bezsensu, bo jak znowu za kilka dni zejdę na drzwiach będzie kolejna kartka… Co z tego, że JA wiem, że po sobie sprzątam?
No i to szczekanie Tośki. Czasem uda się całe pranie zrobić i nie mruknie. A czasem jazgocze za każdym razem jak tylko wyjdę za próg.
No i cały dzień pracy stracony. Nic nie zrobione, bo weź się skup…

Zmierziło mnie to wszystko doszczętnie.
Wpisałam w wyszukiwarkę „najmniejsza pralka”. Trudno: pozbędę się wanny, kupię głęboki brodzik oraz taką szklaną ściankę-parawan. Wcisnę tę pralkę jakoś…
Googiel pokazał te chińskie, plastikowe „franie”. A pomiędzy nimi jakiś electrolux. Już się poddawałam, bo jednak nie chce mi się całej łazienki na nowo urządzać. No i kasa: pralka + brodzik + parawan…
Hm… Hmmmm… Sprawdziłam wymiary tego electroluxa. A jakbym tak wcisnęła pralkę pomiędzy kibelek a umywalkę? Zmieści się? Na szerokość – tak, ale wysokość? Musi wejść pod umywalkę. Metrówka pokazuje, że wejdzie, ale ja znam moje zdolności, uznam, że 1mm to nic takiego a potem się okaże, że jednak coś.
Wzięłam mój pomocnik biurkowy. Szerokość ma podobną, wysokość – jest wyższy trochę. Głębokość… Czy to ma znaczenie? No ma, bo jakoś przy umywalce stanąć trzeba – zęby umyć, ręce itd…
Wywaliłam wszystko spod umywalni, wytarłam podłogę. Taśmą papierową wykleiłam kwadrat o odpowiednich wymiarach. Przeturlałam pomocnik (super, że ma kółka).
Mieści się na wysokość i szerokość. Jednak wystaje z przodu. Ale nie na tyle by utrudniać dostęp do umywalki…
Więc..?
Ale jak ją podłączyć? Skoro przyłącza są za wanną?
– Damy radę – eM jak zawsze niezawodny.
Więc?
Model 1351 jest tylko w jednym sklepie, 1352 w kilku, ale cena około 7tys. Kurde. Dużo za samą pralkę. Na 1353 już nawet nie patrzę… albo spojrzę.
O. Sklep firmowy ma jakieś rabaty.
O!O! 3 lata gwarancji gratis. Transport – gratis. Wniesienie do domu? Też gratis. O!!! Dodatkowy rabat po wpisaniu hasła widocznego z boku?
5400?
Biorę! Ale z opcją zapłaty po dostawie. Nie ma głupich. Już wiem, że jak się zapłaci z góry to się dłużej czeka.
Zamówiłam. Miała być w ciągu 3-10 dni roboczych.
Jak znam życie będzie po 11-14.
Minęły 4 dni. We czwartek sms od BRING: wybierz datę dostawy twojego zamówienia: dostępne albo najbliższy poniedziałek albo czwartek. PONIEDZIAŁEK! No wiadomo. Będą w godzinach między 8 a 15.
Choć tyle dobrze, że wiem w jakich granicach czasowych mam czekać.
Jak ostatnio zamówiłam żarcie psie i żwir koci i zapłaciłam 99kr za dostawę do domu… to przyszli akurat jak byłam w przychodni. Bo powiedzieli, że będą, ale nie powiedzieli o której. I i tak musiałam odbierać paczkę z poczty. Do doopy z taką dostawą.
W poniedziałek z rana sms: będziemy u ciebie najpóźniej do godz 10 00.
Wow! Coraz bardziej mi się podobasz, Bring.
30 minut później kolejny sms: jesteś następna w kolejce, przewidywany czas: 8:30.
Przygotowałam się – zablokowałam Tośkę w pokoju, zabrałam z przedpokoju wszystko co można.
8:35 podjechała ciężarówka, bez logo.
Wyszłam.
Dwóch panów wyładowywało kartonik.
– Chyba macie coś dla mnie?
– Mamy… zmywarka, tak?
– Nieee, pralka…
– Pralka? Taka malutka?
– Ano malutka.
Weszli, wnieśli. Postawili w przedpokoju.
Jeszcze tylko podpisik na telefonie…
„Myślisz, że mogę ją rozpakować?” napisałam sms do eMa.
No pewnie!
No to… nadejszła wiekop… chwila prawdy.
Usunęłam karton, usunęłam styropian. Została folia i podstawa ze styropianu, na której stała.
Cześć maluśka.
Em przyszedł około 17. I zaczął od tego, że dziś mi nie podłączy. Bo trzeba …coś tam. No tak – woda do, woda z, prąd.
Prąd mam w szafce – ciekawe czy korek wytrzyma jak podłączę pralkę?
– Jak nie wytrzyma, to zrobię ci dojście do tego właściwego gniazdka.
Wylew może być do umywalki lub kibelka…
– Nie, wylew można tu pod umywalką, od razu do syfonu, zobacz tu jest nawet dojście. Ale musisz kupić taki uchwyt, spójrz: tu masz rysunek.
Najtrudniej podłączyć wodę. Muszę pomyśleć.
Jak eM mówi, że to trudne to trudne. Ja jednak kombinuję.
Ale…Jakby tak….
Eee, to pewnie głupi pomysł… Ale jakby tak podłączyć do tego przyłącza co już jest, nad wanną? Tylko jakiś wąż trzeba by chyba?
– A ty wiesz, że to jest dobry pomysł? Jadę po szlauch ogrodowy i złączki.

240kr i 2 godziny później nastawiłam pierwsze pranie.


No dobra, przyznam się: przez dłuższą chwilę siedziałam na podłodze i się gapiłam w okienko. Ca za fascynujący widok!
Można rzec, że z okazji Dnia Dziecka kupiłam sobie nową zabawkę. I cieszę się jak dziecko.





36. CHBW

Ależ ten zapiernicza!
Maj przeleciał że tylko świsło, błysło i zakwitło.
A ja z robotą w lesie i ciągle nie mogę się odkopać.
Mam trzech nowych klientów, ale chyba tylko z jednego będzie pociecha (czyt: zarobek) dwaj inni póki co nie robią zbyt wiele…
Za to ten jeden…
Oj cała historia.
Jak zaczęłam się na nowo ogłaszać, zgłosiła się do mnie koleżanka z pytaniem czy może dać swojemu koledze kontakt do mnie . Kolega się się odezwał, powiedział, że nie jest zadowolony z biura z którym współpracuje. Bo wystawili mu fakturę że ho-ho-ho, nie ma z nimi kontaktu bo telefonów nie odbierają i nie oddzwaniają, na jego mailowe pytania odpowiadają albo po 2-3 tygodniach albo wcale, na wystawienie faktury dla klienta czeka tygodniami, nikt z nim nie rozmawia, nie omawia wyniku…
Zapytałam o nazwę biura. Pogadałam, przedstawiłam warunki, ale chyba go nie przekonałam, lub nie spodobało mu się, że nie robię samodzielnie sprawozdań finansowych w spółkach. Nie zdecydował się.
Chwilę po nim… tzn po kilku dniach zadzwoniła pani. Też z rozwiniętą firmą, też narzekała na biuro i to dokładnie na to samo co poprzednik. Biuro okazało się też to samo. Pani też się nie zdecydowała, ale tu czułam od początku, że tak będzie… Można rzec, że nie mam podejścia do kobiet.
No, a potem zadzwonił ten trzeci. Tak, był klientem tego samego biura. Jego trzasnął ogromny podatek. Jak grom z nieba. No i to samo co dotychczas: brak kontaktu.
Nie interesowała go cena, zobaczył dobre opinie i stwierdził, że się przenosi.
I wtedy okazało się, że biuro robi mu schody. Na początek podali jakieś wygórowane koszty za elektroniczne pliki księgowości zwane SIE. Oburzyli mnie tym, bo uważam, że wydanie klientowi SIE to obowiązek, bez względu na to, co stanowi prawo. Bo prawo bez sensu mówi, że pliki SIE należą do biura. Ja uważam, że jeśli klient zapłacił fakturę to pliki należą do niego, bo jeśli nie … to za co zapłacił?
Zapytałam moich kolegów na FB i nie było ani jednego, który by powiedział, że biuro ma rację. Wszyscy twierdzili to samo: lojalność zawodowa, dbanie o dobry wizerunek oraz zwykła przyzwoitość nakazują przekazać następcy wszystko, co może mu ułatwić przejęcie pracy. Oczywiście pod warunkiem, że klient się z biurem rozliczył.
Ja też tak zawsze robiłam, choć nie raz mnie skręcało z rozczarowania czy złości. Nigdy też nie krytykuję pracy innego biura bo wiadomo, że to kij który ma dwa końce. Nikt nie jest perfekcyjny, każdy ma lepsze i gorsze okresy. A klient ma prawo szukać, gdzie mu będzie lepiej.
Klient powiedział, że jak trzeba to on zapłaci nawet za wszystkie lata, ale go pohamowałam. Wystarczy rok ubiegły i obecny.
Potem się okazało, że klient ma napisać wymówienie, choć wcześniej dostał maila, że u nich nie ma okresu wymówienia…
Moja telefoniczna przyjaciółka Iza zarechotała tylko, gdy zadzwoniłam oburzona i w emocjach:
– A widzisz frajerko? UCZ SIĘ! Tak się robi kasę.
Odpyskowałam
– Powiedziała ta, co za friko lata z klientami po bankach i urzędach, bo ludziom trzeba pomagać. Sama jesteś FRAJERKA!
A potem przyszła sobota i pojechałam do Eli dentystki…
Nastawiłam się na ból szczęki i portfela. Choć miałam nadzieję, że nie będzie zbyt dotkliwy, bo tylko jeden ząb i tylko z wierzchu…
Ela ząb zrobiła, nawet bez znieczulenia się obyło. Jak mi powiedziała cenę to wywaliłam na nią oczy:
– ILE?! Chyba zwariowałaś?!
Bo to nawet nie było 500kr. A powiem szczerze. U szwedzkich dentystów jest jak w taksówkach. Płacisz za „trzaśnięcie drzwiami”. Stomatolog może nawet nie spojrzeć w twoją paszczę, wystarczy, że siądziesz na fotelu i już masz na liczniku co najmniej 700kr.
I potem wieczorem mnie olśniło.
Jesteśmy Chujowe Businesswoman. Jak Chujowa Pani Domu uczy, że wszystko da się spierdzielić i że najprostszą czynność można zamienić w spektakularną katastrofę (pamiętacie Iksińską?) tak Chujowa Businesswoman uczy jak się narobić, a nie zarobić.
Oczywiście poinformowałam Izę (bo dzień bez rozmowy z Izą jest dniem straconym), że tworzę elitarny klub CHBW i że jest pierwszym członkiem …ekhem… członkinią. A Ela dentystka jest zaraz za nią. Ela jeszcze nie wie, poinformuję ją o tym przy następnej bytności. Możliwe, że nawet wymaluję jej dyplom.

A potem miałyśmy gorącą linię z Sarą, tą co mi robi te sprawozdania.
Tak pomiędzy służbowymi zdaniami przemknęło się nam kilka zdań o tym, że przecież nie można klienta, który ma niewielkie obroty i mały dochód kasować na kwotę, która zje mu cały zysk… Trzeba być LUDZKIM.
Nie było rady. Sara musiała zostać kolejną członkinią naszego elitarnego klubiku. Bardzo ją to ucieszyło (a bałam się, że nie pojmie mojego poczucia humoru). A potem przyjęła ode mnie maksymę, że ten się nie myli co nic nie robi. Bo przyznała się, że zrobiła błąd u klienta, i myśli, że ona chyba się nie nadaje do tego zawodu.
Kazałam jej wydrukować sobie tę maksymę i powiesić nad biurkiem. Bo jeśli ktoś ma wykonywać tę robotę to tylko ona: jest dokładna, dociekliwa i uparta. No i ma wiedzę, że hohoho!
Maksymę pojęła, przerobiła z „mojego” na prawdziwy szwedzki i wysłała mi, żebym też sobie powiesiła.

Czy mam dodawać, że Sary nigdy dotąd nie spotkałam na żywo? Izy też nie.
Moje relacje są wirtualne, ale czy mniej realne?

W następnym odcinku powinnam napisać o ludziach, którzy sądzą, że księgowość można zlecić nawet małpie…

35. Strzeż się tych miejsc

Ciemnych przejść,
późnych pór,
zakamarków schodów wind…

No to mamy problem, bo okazuje się, że mamy bandytę na dzielni.
Bandyta ma wywalone za zasady, bandyta ma wywalone na wszystko, łącznie z własnym życiem.
Bandycie narazić się można samym swym istnieniem.
Pierwszy raz zobaczyłam go pod trzecim blokiem, tym bez balkonów, szarym, należącym do innego administratora.
Było popołudnie, ciepło. Słońce już się przesunęło i chodnik przed blokiem był w cieniu.
Bandyta leżał sobie na środku. Chyba spał, ale nie na pewno. Za to na pewno nie zareagował na przechodzącego obok człowieka. Już to wzbudziło moje zainteresowanie, bo jednak jak ktoś cię mija to zawsze choć uchylisz powiekę. A ten nic.
Pociągnęłam Tośkę na pobliski skwerek.
Leży niech leży, chyba u siebie jest.
Kilka dni później dostrzegłam go w pobliżu tego skwerku. Był po drugiej stronie ulicy i patrzył wprost na nas. Też spojrzałam mu w oczy. Uśmiechnęłam się do niego cicho powiedziałam Hej!
Zatrzymał spojrzenie na mnie a potem leniwie przeszedł na naszą stronę. Ale nie, nie podszedł do nas, skręcił na chodnik, gdzie kilka dni temu beztrosko sobie leżał. Przystanął przy krzaczkach, ale czułam to, że się gapi. I nie było to spojrzenie przyjazne.
Pociągnęłam opierającą się Tośkę, bo co się będę narażała na jakieś konfrontacje? Unikamy konfliktów.
Wczoraj wieczorem poszłyśmy znowu na ten sam skwerek. Obeszłyśmy go dookoła. Na chodniku przed blokiem jakaś pani siedziała na krzesełku i dziergała. Straszną miałam chęć ją zagadać, ale jakoś nie śmiałam. Bandzior wyrósł znikąd. Przeszedł przez ulicę i skręciły w podwórze jednego z domów. Pomyślałam, że tam mieszka. I, przyznaję, bezmyślnie poszłam w tym samym kierunku. Nie wiem co sobie myślałam. Chyba chciałam zobaczyć czy na pewno tam mieszka, no i może przyjrzeć mu się z bliska. Zniknął.
Minęłam dom, szłam wzdłuż kolejnego. Nie wiem co usłyszałam, że się odwróciłam. Jednocześnie na nodze poczułam piekący ból.
Ten drań mnie zaatakował! A Tośka stała, patrzyła na niego i… się cieszyła jak głupia! Bo przecież Tośka kocha wszystko i wszystkich. No chyba, że większe od niej to nie.
Stał bokiem do mnie, jakoś tak wykrzywiony, patrzył mi w oczy i syczał.
Chciałam odejść, ale ledwie się odwróciłam poczułam, że się zbliża.
No to się zatrzymałam znowu, odwróciłam i też zaczęłam na niego syczeć.
I wtedy nadeszła Dziewiarka. Powiedziała coś do bandziora. Stanęła przed nim odgradzając nas od niego. Mówiła spokojnie, a potem zaczęła go głaskać. Odeszłam kilka kroków, ale odwróciłam się żeby skontrolować czy za nami nie leci. Bo to wiadomo co takiemu do głowy przyjdzie?
Dziewiarka zawołała:
– Förlåt! – znaczy „przepraszam”.
– Okej, nic takiego! Odważny jest! – odpowiedziałam i wskazałam na Tośkę. No bo żeby atakować kobietę z ogromnym psem to trzeba być naprawdę kamikadze.
Uspokajające głaskała Bandziora, który jakby nieco stracił impet, ale wciąż był w pozycji wskazującej, że jeśli zrobię krok do przodu to znowu mi pokaże, kto tu rządzi.
Zaczęłam się śmiać (ja się zawsze śmieję w chwilach wielkiego stresu)
– Miałam kiedyś podobnego! – dodałam nie wiem po co. I poszłam.
W domu podciągnęłam nogawkę spodni. Tuż nad kostką widniała jedna, głęboka szrama, z której leciała krew oraz dwa płytsze zadrapania poniżej.
Charakternik… pomyślałam dezynfekując ranę. Ciekawe czy dadzą się oswoić Bandzior i Dziewiarka. Kiedyś jednego takiego Mecenasa udało mi się oswoić… No dobra, nie-oswoić, ale przekonać do siebie na tyle, że nawet pozwalał się trzy razy pogłaskać.



Tak. To był kot. Biało czarny, spory, puchaty, z mordką w połowie czarną a w połowie białą.


33. Śniadanie

Na śniadanie były naleśniki z mąki gryczanej i orkiszowej. Z ricottą, erytrolem i truskawkami.
Kategoria: zjem.
Żeby weszło do LUBIĘ musiałoby nie być mąki gryczanej, która ma gorzkawy posmak.

Poza tym od soboty seksownie chrypię. A dziś zaczyna boleć gardło i mam chęć tylko spać.
Ale najpierw musze obrobić choć jedną firmę.
W Szwecji Zielone świątki (chyba, albo coś innego religijnego) i w związku tym jest długi weekend. Jest szansa, że nikt nic nie będzie chciał.