59. Szlachetne zdrowie

Kilka dni temu dostałam wiadomość od Ylvy – mojej pielęgniarki cukrzycowej – że mi gratuluje, bo mój długoterminowy cukier spadł do prawidłowej wartości.
Widziałam też, że cholesterol się wyrównał. A jak sobie zmierzyłam ciśnienie to też mieściło się w granicach normy.
Czyli wszystko dobrze, ale znowu wrócił ból głowy – ten nocny, tuż nad karkiem z lewej strony.
Tylko teraz atakuje kiedy chce, a nie tylko w nocy.
Nie pomagają ćwiczenia. Zazwyczaj wystarczyło 2-3 dni z rzędu poćwiczyć i ból znikał. Teraz niestety nie znika.
Wciąż mam jakieś nieuzasadnione niczym podejrzenie, że ten ból ma związek z tym, co jem. A konkretnie z poziomem cukru. Możliwe, że z napięciem też. Bo wczoraj sobie pozwoliłam: kartofelki + cebulka szalotka+ pomidorek wszystko pieczone. Na deser arbuz bardzo słodki oraz mało słodki kawałek pleśniaka z rabarbarem. Zero zielonych liści. Nie mogłam zasnąć, choć nie byłam przejedzona, a od posiłku minęło ponad 2 godziny.
A dziś nad ranem znowu: łup.
Dziś chyba będzie makaron…

Rozważam poproszenie synka o pomoc w robocie. Taką mam extra robótkę…

Zuzu wróciła z Polski.
No nareszcie!

58. W drodze – Skultorp

W drodze
bez wytchnienia
ciągle
bledną przeszłe dni
Z nadzieją w sobie
W drodze
myśli pełne wspomnień
do ostatnich chwil
Tam już tylko my

Jestem zapóźniona w rozwoju bo dopiero odkryłam. Nie tylko to, ale w ogóle artystę. I pomyśleć, że się pognbiewałam na zespół w 1998 gdy odkryłam, że wokal należy do mężczyzny. I po co? Człowiek gupi bywa czasem.
Jak pisał K.I.G
Czasem o byle cień człowiek ma żal do człowieka
a życie jak osioł ucieka.

eM na servisie dowiedział się, że mu się hamulce kończą. I jak to on – mógłby poczekać nawet i parę miesięcy, ale o zabawki się dba i mają być na tip top.
No to pojechaliśmy do Jacka. Miałam nie jechać, bo praca, dużo pracy i w związku z tym panika, że nie zdążę, ale postanowiłam wyjść z formy przetrwalnikowej.
Zabrałam Tosię oraz aparat.
Bo Jacek mówił, że godzinka, to można pospacerować.
A że miasteczko ładne, ciche i na wzgórzach…
Odkryliśmy jeziorko.

Takie malusie, przytulne. Cudne. Choć tak samo zimne jak Wener. No bo jak w nocy temperatura w porywach do 15stopni, to kiedy ta woda ma się nagrzać?
To była przyjemnie spędzona godzinka. Gdybyż mój mąż jeszcze tylko mniej gadał… Co jest z tymi facetami, że na stare lata robią się gadatliwi jak przekupka na targu? Żeby jeszcze mówili coś sensownego… ale eM najczęściej opowiada o polityce polskiej i wszystkim czego się dowiedział z wiadomości… Nauczyłam się słuchać ale nie słyszeć…
Ale zdjęcia mi fajne wyszły.

Z góry

Nenufary!
I jeszcze nenufary!
Były mosteczki … ale mocno padało cały lipiec
Jeszcze więcej nenufarów!
Tosia mówi, że woda bardzo przyjemna
Plażing 😀

57. Buty

Tosia ma własną wizję jak należy urządzać mieszkanie. Miejsce butów wcale nie jest na butowej półce. Miejsce butów jest na środku mieszkania: w przedpokoju, kuchni i salonie. Po jednym w każdym pomieszczeniu. Jak się znajdzie więcej – dokładamy do tych co już leżą.
Wpadłam na genialny pomysł, że zamiast półki postawię szafkę. Ale jak zaczęłam szukać to znalazłam szafki do łazienki…

56. Tryb przetrwania

Ostatnio wciąż widzę posty o wyjściu z takiego trybu.
Tryb przetrwania polega na ograniczeniu aktywności do absolutnego minimum, nawet jeśli chodzi o takie rzeczy, które naprawdę sprawiają przyjemność.
Wygląda na to, że ja jestem w takim trybie.
Dużo śpię, oglądam godzinami durne filmy, pod pretekstem, że dobrze mi się przy tym ściboli na drutach. Nie szyję, choć maszyna stoi na stole w kuchni, bo nikomu nie przeszkadza (a jest o co wygodnie oprzeć książkę przy jedzeniu). Nie piszę w ogóle, blogi zaniedbałam, w zasadzie nie komentuję, często czytam tylko tytuły…
Nie spotykam się ani z Heleną, ani z Gullsum, ani z Sonią.
Pracuję też jakoś mało wydajnie.
Ten stan trwa od kilku miesięcy.
Według wszelkich znaków w internecie powinnam podjąć działania, które mnie z tego stanu wyprowadzą. Problem w tym, że… tak mi dobrze. Nie czuję, że cokolwiek tracę. Wręcz przeciwnie: wiele z tego co zarzuciłam- blogi, spotkania- dają mi poczucie, że nareszcie mam więcej czasu na… nic nie robienie.
W skrócie można powiedzieć, że dziczeję.
Pytanie do ogółu: czy na pewno muszę z tego wychodzić? Skoro nikomu krzywdy nie robię?

55. Nad morzem

Pojechaliśmy w sobotę nad morze, do Lysekill.
Misia, Tosia, eM i ja.
Wiało bardzo mocno i udało mi się sfotografować ten wiatr.

A poza tym to tylko skały, morze i słońce. Nic ciekawego…

A w ogóle to widać, że zaraz będzie jesień

Z Lysekil zajechaliśmy na chwilę do Smögen. Ale dajcie spokój… Parking koło mostu zamknięty i stoją jakieś maszyny budowlane. Więc nie ma zdjęcia z góry, a szkoda, bo to piękny widok.
W samym miasteczku nie chciałabym latem mieszkać za żadne skarby świata.
Tłum ludzi, w większości pijanych w sztok, muzyka z wypasionych jachtów dudniąca w całym miasteczku. Na pomoście taki tłum, że strach by nie wpaść do wody.
Cyknęłam szybką fotkę kolorowych domków…tak dla pamięci i uciekliśmy. Domki są na końcu mola, nie ma tam knajp i sklepów, więc ludzi trochę, ale tylko trochę mniej. Niestety hałas wciąż ten sam.

Te łodzie na zdjęciu pierwszym i drugim od dołu to takie bardzo biedne. W marinie stały takie o powierzchni małego domku… Ale oczywiście to, że ziemia się gotuje, to przez to, że ty zwykły śmiertelniku nie sortujesz śmieci jak należy i jeździsz samochodem po zakupy zamiast rowerem.

PS. Tłumu na zdjęciach nie ma, bo go nie fotografowałam. Ale był, uwierzcie mi na słowo.

54. Pozostałe atrakcje

Przy promie na Fårö
W ogrodzie botanicznym w Visby
i tu też Ogród Botaniczny
Plaża w Visby
Koło „domu”
Blå Lagun – czyli staw w miejscu, gdzie wybrano wapień
nadal Błękitna Laguna
Port przy kolejnych raukach, wieczór
Jeden z tych bardziej znanych
Ten sam port
Nietypowa latarnia morska – niska bo na wysokim klifie
dróżka koło „domu”
Gannarve skeppssättning – czyjeś miejsce pochówku z epoki brązu.
Widok z Högklint
Też Högklint
Panorama Visby z promu