61. Wspomnienia i Plotki, plotki.

Najpierw małe wspomnienie: 39 lat temu pierwszy raz w życiu poszłam do pracy. To był PGR, dostałam tam staż jako pomocnica sekretarki. Miałam odbierać telefony, wypisywać jakieś kwity kierowcom.
Kilka dni wcześniej, po imprezie u Darka S coś zrobiło mi się w ucho i przestałam na nie słyszeć.
A siedziałam bokiem do wejścia i oczywiście tym, z której strony nie słyszałam. Jak się doda do tego panikę i przekonanie o własnej niekompetencji… A panowie też mówili różnie: ciszej, sepleniąc, jąkając się…
Nikt mi nie powiedział: spokojnie dziewczyno, to nie jest trudne, uśmiechnij się, przeproś, powiedz, że masz problem… Jesteś młoda i śliczna, panowie cię polubią i będą mili jeśli ty będziesz miła.
Telefon też był straszny. No bo… nigdy dotąd nie miałam go tak pod ręką. Wiedziałam oczywiście co to jest i do czego służy, ale używałam zaledwie kilkakrotnie w moim 20 letnim życiu. No i co zrobić jak ktoś zadzwoni i czegoś będzie chciał, a ja nie będę wiedziała co?
Znowu.. nikt mi nie powiedział tego co powyżej.
Pracowałam od godziny 12 do 20 bo były żniwa i ktoś musiał być obecny żeby te kwity i telefony załatwiać. A byłam tylko ja.
Dziś takie społeczne zachowania są dla mnie oczywistością, wtedy nie wiedziałam, że tak robią normalni ludzie.
Mogę zaśpiewać: 40 lat minęło jak jeden dzień…
Daleką przeszłam drogę. Dałam radę!
A nadal jestem młoda i śliczna 😀
I lepiej mi wychodzi współpraca z mężczyznami.

—–

Plotki…
Moi głupi sąsiedzi, ci od psów, mieli w sąsiedniej klatce koleżankę. Podobno się wspierali w opiece nad psami i nie wiem co jeszcze.
Pani porusza się z trudem, chodzi z chodzikiem. Jeździ czerwoną yariską. Ma dwie wiewiórki dwa małe pieski, jeden brzydszy od drugiego. Oba razem ważą pewnie tyle co tośczyna łapka. Oba na widok Tośki charczą, bo trudno to nazwać szczekaniem. No, wiem, wiem, gabaryty Tośki przerażają nawet niektóre dzieci…
W niedzielę sąsiadka jechała za mną z miasta i za mną parkowała.
Przy okazji ucięłyśmy sobie pogawędkę… A raczej wysłuchałam przemowy.
Że ona się już z nimi nie kumpluje, bo oni źle traktują swoje zwierzęta.
Czy wiem, że w marcu mieli szczenięta od tego doga? Tak, wiem, bo mi się Głupek chwalił. To oni pojechali na jakiś kamping wtedy. I te szczeniaki, zaledwie kilkudniowe zostały w domu, a ich matka była z Głupkami na tym kampingu. I im zaginęła. (Aaa, to dlatego nie widuję doga od jakiegoś czasu). Szukali jej, ale nie znaleźli (moja myśl: wiedziała dziewczynka co robi, spierdzieliła od Głupków, żeby nie robić za maszynkę do rodzenia). Bo oni nie pracują, są na bezrobociu oboje. (Teraz mają pracę sezonową w parku wodnym). I że oni ciągle mają nowe psy (mają – moim zdaniem prowadzą coś w rodzaju nielegalnego hotelu) i że ich własne psy są ciągle wożone do jego matki. A mają też i koty. I jak oni wyjeżdżają to koty są same po całych dniach. A te szczeniaki co mieli to sprzedawali po kilkanaście tysięcy, tak, te szczeniaki to były po to by zarabiać. (A nie mówiłam?).

Kobieta gadała i gadała. Głośno, jakby chciała, żeby cały blok wiedział, co ona myśli. Ja tylko wtrącałam pojedyncze słowa, czasem coś o Tośce ale z całej siły starałam się zachować komentarze we własnej głowie.

Dodam jeszcze, że Głupki… żeby nie nazywać ich gorzej… mają miejsce parkingowe bezpośrednio pod oknem mojej sypialni. Wracają w środku nocy, klepią drzwiami od samochodu aż miło. Gadają na cały głos. To samo na klatce schodowej. Drzwi mieszkania nigdy nie zamykają normalnie, tylko po prostu nimi trzaskają. Latają po schodach wte i wewte. Kilka dni temu, wczesnym rankiem, wracałam z Tośką ze spaceru. Najpierw wyleciała Głupkowa ze dwoma małymi psami. Cofnęłam się więc kawałek, żeby jej psy nie zaczęły się drzeć, bo było wcześnie rano, a sąsiadka z góry też miała otwarte okno od sypialni. A wiem, że ona czasem pracuje w nocy.
Stałam sobie za schowana za żywopłotem, czekałam aż Głupkowa odejdzie. I wtedy wyszedł Głupek ze szczeniakiem-dogiem (prawda: piękny, słodki psiaku). Piesek zrobił kilka kroków, kucnął i walnął kupę na trawniczku prawie pod samym blokiem. Głupek poczekał aż piesek skończy… i ruszył do samochodu. I wtedy weszłam ja: cała na szaro-niebiesko z Tośką i grzecznym:
– Hej, chcesz może woreczek?
Głupek się zdziwił i gorliwie mnie zapewnił, że on ma i już, już zbiera, tylko chciał psa wsadzić do samochodu…
Acha, akurat… Odkąd zniknęła mama szczeniaków, zniknęły i kupska dookoła bloku…

A kilka dni temu, na fejsbukowej grupie polonijnej przeczytałam, że kilka osób miało taką historię:
Pies, który niedomagał – utykał albo coś. Ktoś, gdzieś doniósł. Właściciele dostali telefon od miejscowego weterynarza, że podobno pies jest w złej kondycji, a nie widzą by był leczony, więc proszę się stawić z psem do kontroli. Nie ma, że leczymy w Polsce. Proszę się stawić do kontroli. Po kontroli uznano, że albo pies będzie leczony na miejscu, albo należy go poddać eutanazji, bo cierpi i to jest znęcanie się.
Oczywiście ludzie twierdzili, że pies był leczony w Polsce, ale… czy ja wiem? Trudno mi uwierzyć, że weterynarz z czystej złośliwości i chęci zarobku narzuca konieczność leczenia u siebie. Raczej brakowało przekonujących dowodów na to, że pies jest stale zaopiekowany medycznie…




60. Lato, jakże cię ubłagać?

Kwitną dalie, czerwienieją jabłka, jarzębiny też całe czerwone.
Lipa sypie okwiatem.
A dziś rano ktoś „zniknął” wieżę ciśnień…

Noce i ranki chłodne.
Jesień idzie, nie ma na to rady.
Z pozytywów: dostałam miejsce parkingowe prawie pod domem. Koniec z wbijaniem sobie do głowy: we czwartek postawić samochód na De La Gardie. W niedzielę: na Drejare… I tak co tydzień.
Z negatywów: ranny cukier w kosmos, a byłam grzeczna, nawet zmusiłam się do zjedzenia mięsa… Ale chyba jednak biała buła na kolację to nie to… Ale leżała i nie chciałam żeby wyschła…
Z pozytywów: dziś bez bólu głowy. Testuję pozycję zasypiania NIE-NA-BRZUCHU.
Z negatywów: Tosia rano jest żywa, w południe mniej, a wieczorem – siku pod domem i kładzie się na trawie. Weterynarz musi poczekać do 18 sierpnia.
Dobrze: Booking oddał mi kasę. Bo bukowałam hotel – pobrali kasę z konta, a dopiero potem sprawdzili, czy hotel potwierdza rezerwację. Źle – hotel nie potwierdził, a to 5 minut spacerkiem od miejsca koncertu Hansa Zimmera w Sztokholmie. Muszę szukać innego lokum w pobliżu i żeby był parking. Boję się chodzić w nocy po Sztokholmie.

Bonus: Mel na Pol’and’Roc
Od razu powiem, bo trudno doczytać: Mel ma na koszulce tekst: JESTEM ZE SZWECJI NIE ROZUMIEM DAJ PIWO – mnie śmieszy

Pamiętam jak parę lat temu Misia opowiadała, że chciała Melowi wmówić, że „jestem głupi” znaczy zupełnie co innego – byli wtedy pierwszy raz na tym festiwalu. Mel się zorientował, że jego dziewczyna coś za bardzo się cieszy i nie dał się wpuścić w maliny. Mel wtedy po powrocie chwalił się nabytym polskim: DWA PIWA JEDNO BEZ SOKU.
A na poważnie to bardzo podoba mi się taka impreza na którą zjeżdżają ludzie z całej Europy i nie tylko. Biwakują, słuchają muzyki i robią więcej dla pokoju niż wszyscy politycy razem wzięci.
Ale może jestem naiwna…

59. Szlachetne zdrowie

Kilka dni temu dostałam wiadomość od Ylvy – mojej pielęgniarki cukrzycowej – że mi gratuluje, bo mój długoterminowy cukier spadł do prawidłowej wartości.
Widziałam też, że cholesterol się wyrównał. A jak sobie zmierzyłam ciśnienie to też mieściło się w granicach normy.
Czyli wszystko dobrze, ale znowu wrócił ból głowy – ten nocny, tuż nad karkiem z lewej strony.
Tylko teraz atakuje kiedy chce, a nie tylko w nocy.
Nie pomagają ćwiczenia. Zazwyczaj wystarczyło 2-3 dni z rzędu poćwiczyć i ból znikał. Teraz niestety nie znika.
Wciąż mam jakieś nieuzasadnione niczym podejrzenie, że ten ból ma związek z tym, co jem. A konkretnie z poziomem cukru. Możliwe, że z napięciem też. Bo wczoraj sobie pozwoliłam: kartofelki + cebulka szalotka+ pomidorek wszystko pieczone. Na deser arbuz bardzo słodki oraz mało słodki kawałek pleśniaka z rabarbarem. Zero zielonych liści. Nie mogłam zasnąć, choć nie byłam przejedzona, a od posiłku minęło ponad 2 godziny.
A dziś nad ranem znowu: łup.
Dziś chyba będzie makaron…

Rozważam poproszenie synka o pomoc w robocie. Taką mam extra robótkę…

Zuzu wróciła z Polski.
No nareszcie!

58. W drodze – Skultorp

W drodze
bez wytchnienia
ciągle
bledną przeszłe dni
Z nadzieją w sobie
W drodze
myśli pełne wspomnień
do ostatnich chwil
Tam już tylko my

Jestem zapóźniona w rozwoju bo dopiero odkryłam. Nie tylko to, ale w ogóle artystę. I pomyśleć, że się pognbiewałam na zespół w 1998 gdy odkryłam, że wokal należy do mężczyzny. I po co? Człowiek gupi bywa czasem.
Jak pisał K.I.G
Czasem o byle cień człowiek ma żal do człowieka
a życie jak osioł ucieka.

eM na servisie dowiedział się, że mu się hamulce kończą. I jak to on – mógłby poczekać nawet i parę miesięcy, ale o zabawki się dba i mają być na tip top.
No to pojechaliśmy do Jacka. Miałam nie jechać, bo praca, dużo pracy i w związku z tym panika, że nie zdążę, ale postanowiłam wyjść z formy przetrwalnikowej.
Zabrałam Tosię oraz aparat.
Bo Jacek mówił, że godzinka, to można pospacerować.
A że miasteczko ładne, ciche i na wzgórzach…
Odkryliśmy jeziorko.

Takie malusie, przytulne. Cudne. Choć tak samo zimne jak Wener. No bo jak w nocy temperatura w porywach do 15stopni, to kiedy ta woda ma się nagrzać?
To była przyjemnie spędzona godzinka. Gdybyż mój mąż jeszcze tylko mniej gadał… Co jest z tymi facetami, że na stare lata robią się gadatliwi jak przekupka na targu? Żeby jeszcze mówili coś sensownego… ale eM najczęściej opowiada o polityce polskiej i wszystkim czego się dowiedział z wiadomości… Nauczyłam się słuchać ale nie słyszeć…
Ale zdjęcia mi fajne wyszły.

Z góry

Nenufary!
I jeszcze nenufary!
Były mosteczki … ale mocno padało cały lipiec
Jeszcze więcej nenufarów!
Tosia mówi, że woda bardzo przyjemna
Plażing 😀

57. Buty

Tosia ma własną wizję jak należy urządzać mieszkanie. Miejsce butów wcale nie jest na butowej półce. Miejsce butów jest na środku mieszkania: w przedpokoju, kuchni i salonie. Po jednym w każdym pomieszczeniu. Jak się znajdzie więcej – dokładamy do tych co już leżą.
Wpadłam na genialny pomysł, że zamiast półki postawię szafkę. Ale jak zaczęłam szukać to znalazłam szafki do łazienki…

56. Tryb przetrwania

Ostatnio wciąż widzę posty o wyjściu z takiego trybu.
Tryb przetrwania polega na ograniczeniu aktywności do absolutnego minimum, nawet jeśli chodzi o takie rzeczy, które naprawdę sprawiają przyjemność.
Wygląda na to, że ja jestem w takim trybie.
Dużo śpię, oglądam godzinami durne filmy, pod pretekstem, że dobrze mi się przy tym ściboli na drutach. Nie szyję, choć maszyna stoi na stole w kuchni, bo nikomu nie przeszkadza (a jest o co wygodnie oprzeć książkę przy jedzeniu). Nie piszę w ogóle, blogi zaniedbałam, w zasadzie nie komentuję, często czytam tylko tytuły…
Nie spotykam się ani z Heleną, ani z Gullsum, ani z Sonią.
Pracuję też jakoś mało wydajnie.
Ten stan trwa od kilku miesięcy.
Według wszelkich znaków w internecie powinnam podjąć działania, które mnie z tego stanu wyprowadzą. Problem w tym, że… tak mi dobrze. Nie czuję, że cokolwiek tracę. Wręcz przeciwnie: wiele z tego co zarzuciłam- blogi, spotkania- dają mi poczucie, że nareszcie mam więcej czasu na… nic nie robienie.
W skrócie można powiedzieć, że dziczeję.
Pytanie do ogółu: czy na pewno muszę z tego wychodzić? Skoro nikomu krzywdy nie robię?

55. Nad morzem

Pojechaliśmy w sobotę nad morze, do Lysekill.
Misia, Tosia, eM i ja.
Wiało bardzo mocno i udało mi się sfotografować ten wiatr.

A poza tym to tylko skały, morze i słońce. Nic ciekawego…

A w ogóle to widać, że zaraz będzie jesień

Z Lysekil zajechaliśmy na chwilę do Smögen. Ale dajcie spokój… Parking koło mostu zamknięty i stoją jakieś maszyny budowlane. Więc nie ma zdjęcia z góry, a szkoda, bo to piękny widok.
W samym miasteczku nie chciałabym latem mieszkać za żadne skarby świata.
Tłum ludzi, w większości pijanych w sztok, muzyka z wypasionych jachtów dudniąca w całym miasteczku. Na pomoście taki tłum, że strach by nie wpaść do wody.
Cyknęłam szybką fotkę kolorowych domków…tak dla pamięci i uciekliśmy. Domki są na końcu mola, nie ma tam knajp i sklepów, więc ludzi trochę, ale tylko trochę mniej. Niestety hałas wciąż ten sam.

Te łodzie na zdjęciu pierwszym i drugim od dołu to takie bardzo biedne. W marinie stały takie o powierzchni małego domku… Ale oczywiście to, że ziemia się gotuje, to przez to, że ty zwykły śmiertelniku nie sortujesz śmieci jak należy i jeździsz samochodem po zakupy zamiast rowerem.

PS. Tłumu na zdjęciach nie ma, bo go nie fotografowałam. Ale był, uwierzcie mi na słowo.

54. Pozostałe atrakcje

Przy promie na Fårö
W ogrodzie botanicznym w Visby
i tu też Ogród Botaniczny
Plaża w Visby
Koło „domu”
Blå Lagun – czyli staw w miejscu, gdzie wybrano wapień
nadal Błękitna Laguna
Port przy kolejnych raukach, wieczór
Jeden z tych bardziej znanych
Ten sam port
Nietypowa latarnia morska – niska bo na wysokim klifie
dróżka koło „domu”
Gannarve skeppssättning – czyjeś miejsce pochówku z epoki brązu.
Widok z Högklint
Też Högklint
Panorama Visby z promu