2/2025

Termometr pokazuje -15.
Basil zakopał się w kocyku leżącym na starym fotelu, tuż przy kaloryferze.
Tosia na spacerze biegła, ale do domu nie chciała.
Ja – ubrana w dwie kurtki, wełnianą podwójną czapę, ocieplane spodnie założone na legginsy, dwie pary skarpet- czułam jak po 15 minutach chłód zaczyna ogarniać plecy, kolana, stopy…

Natomiast w nocy powietrze było tak suche, że budził mnie zatkany nos i obolałe gardło. W końcu około godziny drugiej przypomniałam sobie, że mam nawilżacz i go włączyłam. Uchyliłam też okno. Leciutko, na milimetr może, ale dopiero wtedy udało mi zasnąć porządnie.

Poza tym zachciało mi się mięsa! Słyszał to ktoś???
Kupiłam gulaszowe, wrzuciłam do żeliwnego gara i zrobiłam coś w stylu pulled pork. Jem z chlebem, lub bułką hambugerową. Jak wymyślę jakiś sos to zjem jeszcze na obiad z kartofelkami i surówką z kapusty kiszonej lub słodkiej.

Poza tym postanowiłam sprawdzić swoje opcje i założyłam konto na takim jednym portalu. Przymusu nie czuję, ale w sumie co szkodzi sprawdzić, czy rzeczywiście każda potwora znajdzie swego amatora. O czym donoszę z pewnym takim zawstydzeniem.

Nie wiem czy się odważę, ale może od czasu do czasu doniosę o postępach oraz przemyśleniach.

85/2024

Wyprzedaże…
To już nie to samo co kiedyś.
Różnica cen mała a i samych towarów przecenionych nie za wiele.
Mimo to z radością odkryłam jak wiele jest rzeczy, bez których się obywam.
Ciuchy – ale po co mi sweter z plastiku z 2% wełny jak w domu mam wełnę 100% i mogę sobie zrobić?
Co mnie nęci zawsze to bielizna. Gatki -moje ulubione jak zwykle nigdy nie podlegają redukcji cenowej. Skarpetki -jaki kretyn wpadł na pomysł, że skarpetki się rozciągają więc można je robić wielorozmiarowe. I tak, oczywiście, 36-39… co to za różnica? Staniki – na nich nawet się nie zatrzymuję, bo wiadomo, że dla mnie tam nic nie ma.
Ale piżamy… o tak piżamy nęcą.
Kupiłam sobie czerwoną w białe serduszka. Rozmiar porypany i pewnie dlatego przeceniony.
Pościel też nęci, ale hamuję samą siebie. Bo nie potrzebuję. Mam chyba 5 kompletów, a i tak w zasadzie używam dwóch.
Reszty nie potrzebuję. A jeśli nawet – to szukam najpierw w second handach. Skąpa się zrobiłam.

No i mamy koniec roku.
A wiecie… Mam takie poczucie, że to był całkiem dobry rok. Jeden z tych lepszych, więc mogę zaśpiewać razem z Sewerynem Krajewskim
To był rok, dobry rok…

Miejcie się dobrze w następnym.
I bardzo was proszę: nie strzelajcie. No chyba, że korkiem od szampana.

84. O książkach

W tym roku przeczytałam mało. Tylko 44 książki.
Tak, wiem, i tak drastycznie zawyżam średnią.
Wiele książek zaczęłam, wiele – przeczytałam nawet więcej niż 1/4. A potem porzuciłam, bo albo irytował mnie styl, albo fabuła przewidywalna, albo bohaterowie jednowymiarowi. Ale najczęściej szwankuje język. Jakbym czytała wypracowanie na temat dowolny…

No ale dobra. Powiem co mi się podobało w tym roku
(kolejność chronologiczna, od ostatnio do najdawniej czytanej)
1. Wieloryb i koniec świata John Ironmonger – zaczyna się przerażająco, ale warto czytać dalej.
2. Wizyta Helen Phillips – dziwna, niepokojąca
3. Horyzont Jakub Małecki – no, tego autora to chyba nie trzeba uzasadniać?
4. Złote Nietoperze Grazyna Jeromin Gałuszka – jak ktoś lubi realizm magiczny w polskim wydaniu + język + historię niebanalną
5. Tofa. Księżniczka Słowian Grzegorz Gajek – całkiem sprawna powieść historyczna
6. Tove. Królowa Duńczyków Grzegorz Gajek – jak wyżej
7. Sen o drzewie Maja Lunde – najbardziej optymistyczna część Kwartetu Klimatycznego
8. W świetle latarni Zofia Mąkosa – szkoda, że wyszła jak dotąd tylko ta jedna część
9. Szepty Ashley Audrain – wciąż tkwi mi głowie pytanie „i co dalej”
10. Korzenie Miika Nousiainen – ooo, to było dobre, zdaje się że nawet kilka razy się zaśmiałam, choć to nie komedia
11. Wojna, która ocaliła mi życie Kimberly Brubaker Bradley – czasem dziecko rodzi się niewłaściwej kobiecie
12. Czarownica znad Kałuży Artur Olchowy – polskie postapo, dobreee
13. Wpływ gwiazd Emma Donoghue – nieodkładalna
14. Cudowne lata Valerie Perrin – oooo, tak, takie historie i tak napisane to lubię
15. Noc szpilek Santiago Roncagliolo – też nieodkładalna
16. Jutro, jutro i znów jutro Gabrielle Zevin – jak wyżej
17. Drogi Edwardzie Anna Napolitano – o chłopcu, który jako jedyny przeżył katastrofę
18. Dallas ’63 Stephen King – o, ta to dopiero była nieodkładalna, zarwałam noc. I nie, serial nie oddaje nawet połowy…
19. Gra w życzenia Meg Shaffer – pamiętam, że mi się podobała, ale nie wiele więcej
20. Chłopiec pochłania wszechświat Trent Dalton – proza australijska, lata 80, coś całkiem innego – serial równie dobry
21. Mroczna kołysanka Polly Ho-Yen – niepokojąca wizja przyszłości
22. Problem trzech ciał Cixin Liu – naszpikowana fizyką, więc dla mnie trudna, ale warta uwagi. I znowu: serial to nie toooo

Prócz tego było kilka Chmielewskich i jakieś takie co niby skończone, ale wrażenia jakiegoś specjalnego nie zostawiły.

A jak wam minął rok czytelniczy? Dajcie jakieś dobre tytuły


83. +7 stopni

Prawie bezwietrznie, gęsta mgła przechodząca w mżawkę.

Mikołaj przyniósł mi torbę… na narzędzia. I jeszcze parę innych pierdółek.
Święta minęły. Niby miało być spokojnie, ale jakoś tak zleciało.
W Wigilię urządziłam sobie rundkę po sklepach. W 1 dzień pół dnia przesiedziałam u eMa razem z dziećmi, Zuzu i Tosią. Wczoraj z kolei pół dnia byłam z Heleną i Peterem.
Dziś dzień roboczy, włączyłam telefon. Na szczęście nikt nie dzwoni.
Tosia dostaje leki przeciwbólowe, ale weterynarz po świetach – koniecznie.
Kiepsko śpię. Mam problem z zaśnięciem. A jak zasnę budzę się za wcześnie i znowu nie mogę zasnąć.
Do tego chyba jakiś syf się przyplątał i chyba czeka mnie wizyta u lekarza „dowcipnego”. Napisałam pytanie do pielęgniarki dokąd mam się zwrócić, ale czuję czeka mnie wycieczka do Skovde, do poradni ginekologicznej.
Ych… Żeby ten, co zdecydował o likwidacji takiej w moim mieście, sam musiał jeździć i to często, te 50km do poradni…

Nie mam apetytu. Nic mi nie smakuje i w ogóle złości mnie to, że muszę jeść.
Irytuje mnie eM, który w każdej rozmowie koniecznie chce mi opowiadać co mu powiedziała jedna pani… Panią zna może dwa tygodnie, internetowo oczywiście. I pani jest guru od tysiąca spraw…
Ze mną spędził więcej życia niż beze mnie, ale żeby mnie słuchał choć w 1/10 tak, jak teraz słucha owej pani…

Muszę kupić jakąś pastę do moich turkusowych trzewików.

PS. Zrobiłam sobie skarpetki.




82. Wigilia i sny

Jeszcze tylko policzyć jedną wypłatę, zrobić sałatkę i sprzątnąć.
I święta.
100 pierogów ulepiliśmy z Yankiem w niedzielę. Zamrożone -czekają na jutro.
Ciasta nie zrobiłam żadnego, bo nie chcę sobie dawać pokus. I tak jest ich całe mnóstwo. Takie pierniczki z opłatkiem w Lidlu…
U nas w tym roku nie ma kolacji wigilijnej bo Zuzu jest u swojego taty.
Spotykamy się jutro o 13 u eMa.

Znowu bóle napięciowe. Więc ranki bywają trudne.
Że też nic na to nie pomaga…
Śnię wszystkich moich zmarłych… i wciąż się z nimi kłócę.
Dziś wyprowadzałam matkę/siebie/syna od księdza/ojczyma.
„Byłem ci ojcem” powiedział.
„Nie, byłeś mężem mojej matki, ojcem mi nigdy nie byłeś”
Obrzuciłam go obelgami i najwulgarniejszymi słowami, których w realnym świecie nigdy w życiu bym nie wymówiła, choć przecież klnę jak szewc.
Śniłam tak już i matkę, i siostrę i nawet ojca, który od czasu śmierci przyśnił mi się tylko raz. Śniłam ciotkę i nie wiem kogo jeszcze.
W tym wszystkim co rusz pojawia się On i wtedy jest tak, jakby ktoś wylał olej na wzburzone morze. A gdy mnie obejmuje – czuję taką błogość, ulgę, dopasowanie, spokój i przekonanie, że teraz już wszystko jest jak trzeba. I tak się budzę.

Był też bardzo, ale to bardzo sugestywny sen o koleżanku, który mi usunął wyrostek robaczkowy, ale z lewej strony. Cała obolała czekałam potem, żeby mnie ktoś zabrał do domu, w między czasie wędrując szpitalno-hotelowymi korytarzami krwawiąc przy tym obficie.

Tak jakoś potrzebowałam rozmowy ostatnio, nie żeby jakiejś specjalnej, ale tak zwyczajnie… Zagadnęłam starego kolegę Tomasza. Tomasz jest bezpieczny: ma żonę i od lat twardą decyzję, by z nią się zestarzeć. Jest przy tym inteligentny, z poczuciem humoru i miły dla oka oraz ucha.

Tosia mnie martwi. Że nie lubi kombinacji wiatru i wilgoci to żadna nowość. Ale ostatnio sypia na łóżku całe noce. Często – zwinięta w kłębek, więc zaczęłam ją przykrywać, a ona nie protestuje.
Po nowym roku koniecznie weterynarz.
No i rozważam zakup kurtki dla niej.

I taki to misz-masz.
A co u was? Prezenty zapakowane? Ryba, pierogi oraz barszcz gotowe?
Życzę Wam pięknych świąt. I wszystkiego najlepszego na Nowy Rok.
Miejcie się jak Tola na trawie.



81.

Pełnia się kończy, zerwał się wiatr a temperatura z -1 w ciągu kilku godzin przeskoczyła na +10.
No i tak… wiadomo.
Na noc był tylko ibuprofen, ale spałam źle.
Rano już trzeba było zapodać pełny zestaw.
I chyba pójdę spać znowu.
Godzinka snu i jest szansa, że będę żyć.

A poza tym to święta za pasem.
Pewnie zrobię sobie kapustę z łazankami czyli leniwą wersję pierogów.
I może, jak znajdę śliwki, ugotuję kompot a z wygotowanymi owocami upiekę ciasto prawie bez cukru.
Prezenty kupione. Czekam na ostatni, mam nadzieję, że dojdzie na czas.
Jutro Misia przylatuje z Malagi i Zuzu opuści moje gościnne progi.
Choć prawdę mówią, więcej jej nie ma, niż jest. Wpada właściwie jak do hotelu: umyć się, zmienić ciuchy, czasem przespać, ale też nie za często.
Moja wnuczka stara się sprawiedliwie dzielić czas pomiędzy przyjaciółkami, chłopakiem i rodziną taty. Najbardziej mnie cieszy, że nie spędza całego czasu tylko z chłopakiem albo z jedną przyjaciółką. W razie jakiejś katastrofy nie zostanie sama.

Choinki znowu nie stawiam, bo nie mam gdzie. Zresztą… sztucznych nie lubię, żywa… Trochę mnie serce boli wyrzucać drzewko. No i co z tego, że to z plantacji? Więc po prostu ułamałam sobie w lesie cztery malutkie gałązki, wstawiłam do flakonu, ozdobiłam światełkami i jest. Stoi w przedpokoju i robi atmosferę.
W salono-gabinecie w wielkim słoju przekwitają hiacynty, za dzień dwa trzeba będzie kupić następne.

To chyba tyle.
Dobranoc (?)

80. A tak ładnie żarło…

Żadnych migren, bezsenności. Praca w skupieniu do osiemnastej co najmniej… W weekend zasłużone nic nie robienie… no prawie. Pojechałam w niedzielę do klienta Litwina zmienić olej. No i zaprzęgli mnie trochę do roboty. Ale nie szkodzi. Też było okej.
Aż do wtorku.
Od rana coś po mnie chodziło. Ni stąd- ni zowąd spadał mi na głowę dziwny ucisk, taki przedsmak bólu, ale po chwili puszczało, i znowu wracało. I takie dziwne uczucie ni to rozedrgania ni to kręcenia się w kółko.
Przyszedł Yankie, dałam mu robotę i usiłowałam pracować na drugim (gorszym) stanowisku: mały stoliczek, niewygodne krzesło, klawiatura niby miękka i cicha, ale NIE MOJA. Monitor NIE MÓJ, komputer nie mój. Ni otworzyć czegoś w drugim oknie, ni policzyć w excelu, bo przecież nie pamiętam hasła, cały pakiem mam na moim komputerze…
Nie ma lekko trzeba kupić większe biurko/stolik. I krzesło. A potem zainstalować całą resztę.
Biurko znalazłam nawet szybko: mało używane, dobrej firmy. Problem bo z szafeczką na kółkach… na co mi kolejny mebel, już i tak nie wiem gdzie to biurko wcisnę…
I zaczął się kołowrotek w głowie. Myślotok. Potem jeszcze ofukała mnie Miśka, ale zamiast się zezłościć, to się przejęłam i jeszcze bardziej rozdygotałam.
Noc niespokojna, a gdy wreszcie zasnęłam przyśnił mi się koszmar. Nie mogłam zasnąć na powrót ponad godzinę, wreszcie łyknęłam zieloną i zasnęłam.
Dwie godziny później obudził mnie ból.
Bez złudzeń łyknęłam porządną dawkę sumatripatanu + ibuprofenu.
6 godzin później powtórka i tak do wieczora.
A dziś rano jeszcze szpila po lewej stronie.

I nie, noż kurde. Nie, to nie jedzenie. I nie stres.
Odkrywam, że przed atakiem robię się niespokojna, pobudzona.
Pogoda?
Bo jest słonecznie i mróz, choć bez śniegu. Wyż? Ciśnienie?

No nic. Do roboty. Może się uda osiągnąć stan skupienia.