Malutek w kwietniu ubiegłego roku przeszedł drobną kolizję, jesli pamiętacie. Poza tym nic mu nie było. Od trzech lałam paliwo, raz w roku zmieniałam olej i filtry i nic się nie działo.
A nie, w zeszłym roku odmówił mi współpracy gdy na mrozie zdechł mu akumulator. Jedna noc w ciepłym garażu, porządne naładowanie akumulatora i do końca zimy już nie było problemu, a była mroźna i długa.
Potem wiosną eM zmienił samochód na takie fullwypas. Gdy pod koniec lata wracałam z lotniska po odwiezieniu Italieńców odkryłam jako to cudnie mieć taki tempomat, albo np. to coś co pilnuje linii na drodze.
I odkryłam w sobie potrzebę posiadania takich na stanie.
No, ale Malutek wciąż miał odrapany nos, a warsztat zwlekał.
Całą jesień i początek zimy krążyłam myślami wokół zmiany i ciągle przechodziłam od „a nie, a po co mi” do „ale ten się starzeje i za rok będzie już dużo mniej wart”.
Wreszcie na początku stycznia Malutek trafił do warsztatu. Odebrałam go po trzech dniach, nos miał jak nowy. I znowu było: ale po co?
Ale poprzedni właściciele byli niechlujami. Malutek miał kilka starych, i bardzo głębokich rys, bardzo podrapaną przednią szybę, oraz zajechany lakier przy klamkach. No i był CZARNY. Nim z myjni przyjechałam do domu już wyglądał jakby nigdy na niej nie był.
Zaczęłam codziennie przeszukiwać ogłoszenia.
Chciałam I10, ale nowszy (max 3-5 letni), z czujnikami parkowania, tylną kamerą, tempomatem i tym stróżem linii. I NIE CZARNY. Nie chciałam całkiem nowego, bo podatek drogowy na takie auta zabija, a do tego dochodzi jeszcze koszt serwisu w autoryzowanym warsztacie.
Owszem bywały, ale w okolicy Sztokholmu. Nie będę po samochód jechała do Sztokholmu, a nie odważę się kupić bez oglądania, bo na zdjęciach nie widać wszystkiego. No i chciałam od sprawdzonego sprzedawcy, najlepiej takiego co ma autoryzację, bo wtedy auto jest porządnie sprawdzone przed wystawieniem.
eM twierdził, że powinnam też oglądać i20. Bo one tylko trochę większe… Ale za to droższe, niestety.
Któregoś dnia, gdy mróz sobie wesolutko przekroczył -5 i dalej rósł, zawiozłam Zuzu do jej domu, żeby zabrała parę rzeczy. Ona się pakowała, ja stałam na mrozie. Wyłączyłam silnik, bo co będę środowisko truć, nie zamarznę przez pięć minut. A gdy Zuzu przyszła, Malutek nawet nie zakaszlał.
Potem wiadomo: telefon do eM, kable, rozruch… Uff. Jednak akumulator, bo bałam się, że coś innego. Musiałam kupić nowy akumulator, jeśli miałam przetrwać zimę. Kupiłam, no bo co innego miałam zrobić? Nie chciałam mieć okazji do awaryjnego wołania eks-męża co chwilę, bo mnie to boli w honor.
Odkryłam, że w moim mieście jest autoryzowany sprzedawca Hyundaia i w sobotę, dwa tygodnie temu, podjechałam tam.
Był wczesny ranek. Sprzedawca nie miał nikogo innego, więc całą uwagę poświęcił mnie. Ledwie bąknęłam, że chciałabym zamienić samochód pociągnął mnie do drugiej hali ze słowami
– I 10 nie mam, ale mam fajny I20, może się skusisz?-
Poszłam za nim.
Samochód stał kącie, wszystkie drzwi otwarte, łącznie z tylnymi.
Wydawał mi się duży. Z drugiej strony: skoro ma kamerę i sensory, to czy wielkość ma znaczenie? I z trzeciej: może Tośka dałaby się namówić na wsiadanie?
Wsiadłam, położyłam dłonie na kierownicy, spojrzałam do tyłu… nie, aż tak wielki nie jest. Ale cenę ma wyższą o jakieś 30tysięcy. No ba. Niespełna trzylatek… Kurde, podatek… i serwis.
Sprzedawca zrobił mi kilka wariacji kalkulacji raty. Każda wydawała się ZA DUŻA. A cena Malutka – za niska.
Poprosiłam o czas namysłu do poniedziałku, żeby wyjść z twarzą, bo już wiedziałam, że sorry, ale nie.
W poniedziałek zadzwoniłam i podziękowałam.
Znów grzebałam po różnych stronach. Pogadałam z Koleżankiem. (A jakbyś tak na firmę?) Pogadałam z Koleżanką. (No, jak nie czujesz, to nic na siłę, przecież nic cię nie goni). Pogadałam z eM (ja bym brał, ale jak chcesz, to twoja kasa i twój problem – w domyśle: tylko potem nie przychodź do mnie z problemem, że coś się dzieje, zrobię, ale będę mógł mówić A nie mówiłem? ).
Postanowiłam rozszerzyć zakres na Kię Picanto. Jacek – klient mechanik powiedział, że Kie są jeszcze lepsze niż Hyundaie. A za tę samą cenę bardziej wypasione na pewno.
Ale im bardziej zaglądałam do internetu tym bardziej ani Kii ani Hyundai nie było.
A na stronie mojego lokalnego sprzedawcy cena tego, którego oglądałam spadła o 10 tys.
Jakby mi jeszcze dał troszkę więcej za Malutka…
W sobotę rano, na spacerze z Tośką, włączyło mi się myślenie:
a może faktycznie na firmę? Wprawdzie musiałabym zapłacić podatek za to że go używam do celów prywatnych, ale jak to się ma do ewentualnych kosztów? Bo kosztów mi zawsze brakuje. A tu bym sobie VAT i od paliwa i od przeglądów, opon itd… odliczała?
W domu wykonałam obliczenia.
Dochód z użytkowania prywatnego wyniósłby jakieś 57 000
Czyli podatek dochodowy podniósłby się o jakieś 28tys rocznie.
Koszt samochodu: amortyzacja 38 000
Koszt paliwa: 6000 -1200VAT = 4800
Podatek drogowy w tym roku pewnie około 2000
Ubezpieczenie 5000 rocznie
Serwis 4500rocznie -900VAT=3600
Więc w sumie zapłaciłabym o jakieś 1500-2000podatku dochodowego więcej… To nie jest dużo. To jest tyle, ile bym odliczyła VATu…
Czyli co? Mogę sobie pozwolić?
Weszłam na stronę. Bo ja tu się napalam, a może już go nie ma?
Jeśli będzie – to znaczy, że przeznaczenie, że na mnie czeka.
Był. Salon otwierano od 9.
Z nawyku zapytałam eM czy pojedzie ze mną popatrzeć na samochód.
Zgodził się.
Salon znowu był pusty. Był tam tylko jeden sprzedawca, ale inny niż w ubiegłym tygodniu. Młodszy, bardziej komunikatywny i lepiej go rozumiałam.
– Biorę – wskazałam palcem. Dałam mu klucz od Malutka, żeby mógł się przejechać. Wrócił. Powiedział, że faktycznie to dobry samochód.
Poszliśmy do biura. Znowu robił kalkulację.
– Wiesz… a nie dałbyś mi troszkę więcej za Malutka? No bo patrz: dziś w internecie widziałam dokładnie taki sam jak mój, z takim samym przebiegiem… Cena 124 tysięcy. Więc w najgorszym razie sprzedasz go za podobną kwotę. No, może 10 tysięcy mniej… – zaczęłam targi.
– Noooo może mógłbym… – powiedział ostrożnie – Zależy ile więcej chcesz
– 5 tysięcy?
– Tyle mogę ci dać odparł bez wahania – (ty frajerko! było zacząć od 10 000 – zganiłam się).
Dalej były kalkulacje… i dałam się namówić za spłatę 50% w trzy lata. A za trzy lata: albo wymienię znowu, albo rozłożę resztę na kolejne trzy lata. W ten sposób rata spadła o 500kr.
Postanowiłam liczyć koszty w skali miesięcznej, a nie całościowej, skoro to nie ja będę płacić tylko moja firma.
– Chcesz go dziś zabrać? – zapytał mnie domyślnie sprzedawca.
– No pewnie! Ale wiesz co, mój… eee… mój mąż (jeszcze -dodałam w duchu) pojedzie po opony letnie i drugi klucz.
Machnął ręką.
– Nie pali się, możesz to przywieźć po weekendzie.
30 minut i dwa podpisy elektroniczne później wyjeżdżałam z parkingu nowym samochodem.
Ale zanim – poszłam zabrać rzeczy z Malutka. Cmoknęłam go w kierownicę i szepnęłam „Byłeś dobrym samochodzikiem. Dziękuję ci. Niech następni też o ciebie dbają”
A potem sprawdziłam, że przychód z tytułu użytkowania samochodu prywatnie obliczony jest na kwotę 42 000. A kosztów będzie więcej, więc zapłacę dzięki temu mniej podatku. Niewiele, ale mniej.
No to chyba jednak dobrze zrobiłam.
10. I20
Malutek odszedł w siną dal.
Jego miejsce zajął On.

Ma niespełna trzy lata i niespełna 25tys km na liczniku. Ma też kamerę i wszystkie te elektroniczne zabawki pomagające w jeździe.
Ma też coś takiego co się nazywa miękka hybryda.
Że niby częściowo elektryczny, ale bez potrzeby ładowania z zewnątrz. Co niby ma dawać mniejsze zużycie paliwa oraz mniejszy wyrzut CO2.
Nie wiem jak z tym CO2, ale kurde paliwa żre więcej niż Malutek, choć może mi się tylko tak wydaje…
Silnik 1l ale 100koni, to podobno sporo.
No i ten… Jak wsiadam to się ze mną wita.
Chyba mnie lubi…
Oraz, co w sumie najważniejsze: nie jest CZARNY!
Chcecie posłuchać jak Kasia samochód zmieniała?
9. Wesołość
7 czyli Wesoły Romek odezwał się ponownie i namówił mnie na wideorozmowę przez Messenger.
I wtedy pojęłam czemu on jest taki radosny i otwarty…
Rozmawiając ze mną popijał piwko. (Jakbym zapytała pewnie by mi powiedział, że to tylko jedno).
Ponadto na wszystkim się zna. Wszystko wie. Wie także i to, że kobieta ma problem z nauką jazdy samochodem… Ale książki w mieszkaniu – ani jednej.
A nie mówiłam, że z tej mąki chleba nie będzie?
Zabezpieczony: .
8.
Dziś w nocy śniła mi się wiosna.
Taka wczesna, z zieloną mgłą na drzewach i tym jedynym zapachem…
Będzie lepiej.
7. Odwilż
Czy to możliwe, by kombinacja wiatru, zmiany pogody oraz pełni sprawiła, że moja dusza spadła gdzieś w gigantyczny dół?
Bo w niedzielę miałam nastrój „rzucę to wszystko i zniknę”. Miałam chęć uciec od własnej rodziny. Od każdego jego członka z psem i kotem włącznie.
No to w poniedziałek około 5 obudziła mnie franca migrena. Ta z góry, czyli nie od napięcia mięśni szyi.
Łyknęłam pełen zestaw prochów, po 45minutach udało mi się zasnąć, a gdy wstałam o 7:30 było tylko gorzej.
Łyknęłam kolejny zestaw.
A potem usiłowałam pracować. Choć kiepsko mi szło. Żułam słowa eksa. Gryzłam się unieruchomionym Malutkiem, bo w niedzielę po południu wziął i stanął u Zuzu pod domem i trzeba było schować dumę do kieszeni i zadzwonić do eksa.
Musiałam zainwestować w nowy akumulator.
W dodatku musiałam odmówić Helenie, że zawiozę ją weterynarza z chorym Kotem Zorro. A szykowało się niestety pożegnanie…
Źle, czarno, chęć ucieczki. Tośka latała jak wściekła pod drzwi i darła japę jak tylko zaczynałam się skupiać na pracy.
A za oknem wiało jak durne.
W dodatku na koncie pusto, rachunki się piętrzą, a u klientów na kontach też przeciąg. Styczeń.
Skończyłam najpilniejsze. Poszłam z Tośką na spacer.
Wróciłam i zrobiłam to, o co eks się upomniał.
„Nie ma pośpiechu, mnie nie zależy, ale mówiłaś, że lepiej” – odwracał kota ogonem.
Dzięki temu, że mam jego elektroniczny podpis na swoim komputerze mogłam to zrobić za nas oboje. Zapłaciłam 900kr. I teraz tylko czekam.
Za kilka tygodni będę oficjalnie wolną kobietą.
Potem posprzątałam w domu. I nagle w głowie zabrzmiała mi Edzia G.
To nie ja byłam Ewąąąąąą…
To nie ja skradłam niebo
Nie dodawaj mi win, to nie ja, nie ja jestem Ewą…
Uśmiechnęłam się krzywo pod nosem.
Gdzieś kiedyś przeczytałam zdanie: Prawda, że życie jest całkiem jak w piosence?
O tak.
Przede mną była Ewa. Po mnie też jest Ewa, choć inna. I może to to jest moja największa wina: nie byłam tamtą pierwszą…
Przykro trochę.
6.
Trójkę chyba przekonała moja deklaracja majątkowa… bo milczy.
Przyszło mi do głowy, by w profilu tak napisać, może w ten sposób wyeliminuję naciągaczy?
Siódemka milczy także.
Odezwał się do mnie kolejny pan. To chyba już 8. Nick niepokojąco podobny do imienia Trójki… Oczywiście whatsapp. Odpisałam standartowo: najpierw trochę anonimowo popiszmy maile, potem zobaczymy.
9. widać nie ma konta płatnego, więc wysyła durne emotki, no ale innych opcji nie ma, więc staram się zrozumieć. Podaje, że ma lat 65, ale na zdjęciu profilowym co najmniej o 25 mniej. Na innych – okulary przeciwsłoneczne (to plaga -80% pozuje w takich okularach). Napisałam wiadomość z adresem email. I zapytałam co chowa, za tymi okularami.
Mam do końca miesiąca opłacony abonament, więc doczekam te dwa tygodnie, a potem skasuje, bo faktycznie czuję się jak w second handzie – masa badziewia, nie mam cierpliwości tego odsiewać.
——————
Natomiast w realu zmieniło się światło. Nawet w pochmurne dni nie jest tak ciemno, a w pogodne jasno jeszcze o 15:30.
Słyszałam sikorkę… Idzie sobie wiosna…
—————
Rozmyślam nad zmianą miejsca zamieszkania. Rozglądam się po okolicy, bo chciałabym wyprowadzić się z tego miasta.
Po pierwsze wolałabym ograniczyć kontakty z Eksem, bo co drugie spotkanie kończy się tym, że mnie telepie ze złości lub urazy.
Wczoraj się dowiedziałam, że jego nałóg to moja wina… Noż…
Po drugie chciałabym nie być ekstra rodzicem, gdy moja córka realizuje swoje plany. Owszem kocham wnuczkę, ale nie chcę mieć jej pod opieką przez kilka miesięcy w roku.
Tak więc zaczynam się rozglądać za inną miejscowością, ale co najmniej 30km od tego miasta.
5. Poszukiwany… poszukiwana?
Trójka – przenieśliśmy komunikację poza portal, ale pan nie ma facebooka, więc komunikujemy się przez inny komunikator powiązany z numerem telefonu.
Owszem kierunkowy z odpowiedniego kraju.
Pan zapytany wprost powiedział(napisał), że nie pisze i nie mówi po polsku, posługuje się translatorem.
Bardzo gorąco przekonywał mnie, że bariera językowa to nie jest bariera jak dwoje ludzi chce się porozumieć. I że na pewno odrobinę mówię po angielsku, a on będzie mówić powoli.
Pisze długie epistoły, ale wciąż ogólniki i w stylu: wierzę w przeznaczenie, wspólna podróż przez życie, nie szukam ideału, oraz jestem normalnym, porządnym, hojnym facetem. I że dotąd trafiał na same wyrachowane damy lub wręcz oszustki. I czy byłam kiedykolwiek tak oszukana. Odpowiedziałam, że nie, a w duszy mi coś odpowiedziało męskim głosem „no to teraz będziesz”.
Po kolejnej wzmiance na temat oszustw, napisałam wprost: nie szukam sponsora. Wprawdzie nie jestem zamożna, żyję z tego co zarobię, oszczędności nie mam, ale cenię sobie niezależność i wolność ekonomiczną. Mam nadzieję, że „aluzju poniał” i nie będzie liczył, że się na mnie obłowi.
Pół dnia cisza.
Teraz dotarło zdjęcie zaśnieżonej uliczki, że niby to widok zza okna z wczoraj. Bo chyba to dla mnie ważne skoro się dopytuję…
Jeszcze się chwilę pobawię póki mnie nie znudzi.
Szóstka odpisał, że czytał coś o Żydach… Skomentowałam, że trudny temat, podałam tytuł książki, którą właśnie skończyłam. Ale nie odpisał.
7. Polak ze Szwajcarii. Zostaliśmy facebookowymi znajomymi. Umówiliśmy się na pogawędkę przez messenger. Powiedziałam, że pasuje mi czas między pomiędzy 17 a 19. Odparł, że zadzwoni.
Zadzwonił o 18:54.
Miło, owszem, się rozmawiało, ale z tej mąki raczej chleba nie będzie. Bo ja szukam kogoś o podobnych zainteresowaniach, a on chyba z całkiem przeciwległego biegunka. Choć brzmi sensownie i pewnie to całkiem fajny facet…dla jakiejś innej kobiety.
8. Kilka dni temu dostałam wiadomość: mam whatsapp + nr. Zadzwoń. Odpowiedziałam, że wolałabym najpierw popisać anonimowo. Zadał jakieś pytanie w stylu jak długo tu jesteś, czego szukasz… Odpisałam.
A dziś rano nowa wiadomość „Mam whatsapp” + całkiem inny numer.
Idiotom serdecznie dziękujemy 😉
Tak więc póki co na tapecie są dwaj panowie 3 i 7 choć wiem, że nic z tego nie wyjdzie.
Ale uważam, że słusznie wolę rodaka, bo w języku polskim fałsz i ściemnianie wyczuję od razu.
Zaczyna mnie to coraz bardziej nudzić. To jest jak szukanie pracy… trzeba mieć dużo czasu i grubą skórę.
PS. Dziewczyny! Która mi kiedyś pisała, że bierze jakiś błonnik w kapsułkach? Noż kurde! Niedługo będę chyba się żywiła wyłącznie kapustą i sałatą, żeby mieć ten cholerny błonnik … Ile bym nie żarła zieleniny guzik z tego wynika. Pomocy.
4. Do zakochania jeden krok, jeden jedyny krok nic więcej…
1. Miał nick związany z polskimi górami. I twierdził, że jest Polakiem z Polski. Ale pisał albo przez translator, albo na zasadzie kopiowania kawałków zdań… Odpowiedziałam grzecznie, że nie wygląda mi to prawdziwie, więcej nie odpisał.
2. Polak z Polski. Wysyłał emotki „prezenty” kwiatek, buźka, szampan, serduszko… W końcu wiadomość: Zadzwoń + nr telefonu. Kilka godzin później: zadzwoń, czekam. I za chwilę: zadzwoń… Odpowiedziałam, że nie jestem zainteresowana. Umilkł.
3. Imię ma niby polskie ale pisownia z rosyjska. Podobno za sprawą mamy Polki i ojca Duńczyka. W Polsce był trzy razy w życiu. Pisze po polsku DOSKONALE. Bogaty, dobrze ustawiony… Wietrzę jakieś oszustwo, ale piszemy dalej.
4. Polak z Malty. Bez wstępów zadał krótkie pytanie czy mogę przyjechać na Maltę (ta, już rzucam wszystko i lecę). Odpisałam, że mogę, ba! mogę nawet sama sobie kupić bilet i zapłacić za hotel, ale może najpierw się lepiej poznamy? Odpowiedź „to odezwij się jak będziesz na Malcie.”
5. Polak ze Szwecji. Imię typowo polskie. Napisał krótko, podał numer telefonu – zadzwoń, ale ostrzegam, że mogę cię zagadać na śmierć.
Odpisałam, że nie zadzwonię i numeru telefonu też nie podam bo po nim łatwo mnie zidentyfikować, a ja nie wiem kim on jest. Popiszmy i zobaczymy co z tego wyniknie.
Obraził się i odpisał, że przecież nie jest oszustem, a w ogóle to po co mu kobieta tak daleko…
W profilu ma miejsce zamieszkania… i bingo. Znalazłam pana na facebooku, znam dokładny adres i wiem, że mieszka z kobietą w podobnym wieku. Zakładam, że tą kobietą jest pulchna blondynka, która się do niego przytula na zdjęciu na fejsie…
Miałam chęć odpyskować, ale dałam se spokój, bo po co mam tracić energię na kogoś takiego. Odpisałam „Powodzenia w szukaniu”.
6. Jedyny, który w zainteresowaniach ma czytanie. Napisałam. Odpisał, że czyta już tylko literaturę faktu. I czy bywam w Polsce. Odpisałam dyplomatycznie, że bywam, jeśli mam powód.
Netflixowy serial „Tęsknię za tobą” był baaaardzo sugestywny…
cdn… chyba.
3. W drodze
Rano. Wstaję. Idę do łazienki. Zakładam coś cieplejszego, bo w domu chłodno, zwłaszcza jak mocno wieje.
Odwracam się – w progu stoi Tosia. Mruży oczy jeszcze zaspana. Ale gdy się odwracam robi takie coś z uszami, opuszcza je i chyba lekko przesuwa. Kąciki warg się podnoszą. Ogon się kołysze, biały pędzelek na jego końcu rysuje uśmiechy.
Uśmiecha się całą sobą.
– Mamusia? Ja tylko sprawdzam czy jesteś…
Całuję wystającą kość na czubku głowy. Głaszczę aksamitne uszka. Głaszczę biały pyszczek.
– Dzień dobry śpioszku. Jestem, jestem, nigdzie się nie wybieram.
Tosia podnosi nos w górę, węszy, sprawdza? Czy ja to ja? Czy może wciąga mój zapach z lubością? Mamusia=bezpieczeństwo. Fuka przez nos, znaczy: szczęśliwa.
Być dla kogoś całym światem to wielka odpowiedzialność. Nawet jeśli, jak mówi wielu, „to tylko pies”.
———————







Byliśmy wczoraj oglądać wodospady. W takich okolicznościach przyrody jak powyżej.
Pomyślałam: eee, po co będę aparat ciągnąć, ciężki, a słońca nie ma…
A teraz żałuję, bo jak zawsze telefoniczne zdjęcia nie zaspokajają moich wymagań.