Łajdactwo to to, co tygryski lubią bardzo.
Wczorajsze łajdactwo z Marzenką znów zostało okupione ciężarem w żołądku.
No bo Marzenka jęczała:
– Odchudzam się od dziś. Nie idziemy do ZEN-ka, bo tam szarlotka…
Nie pomogły moje tłumaczenie, że przecież zawsze jest nadzieja, że nie będzie, bo to mocno chodliwy towar. Nie i nie. Poszłyśmy na zupkę.
Gulaszowa węgierska była mniej pyszna niż ostatnio, ale jeszcze całkiem znośna. Z napełnionymi brzuszkami siedziałysmy w miłym zacisznym ciepełku, lokalik był niewielki, gdzieś tam w tle mruczało radio, a poza nami nie było nikogo więcej. Było błogo i leniwo.
I wtedy weszła czwóka ludzi- dwóch starszych panów, jedna pani w podobnym wieku i młoda dziewczyna. Jeden z panów miał czerwona śliwkę pod i nad okiem, drugi widząc, że wgapiam się w nich ukłonił mi się jakoś tak ceremoniałnie. Marzenka nic nie widziała, bowiem siedziała tyłem. ( Nie chciała usiąść ze mną na miękkiej kanapce narożnej, chyba się bała, że będę się do niej publicznie przytulać).
Zapytała mnie zatem:
– Co się tak wgapiasz ?-
– Cichooo- mruknęłam bo ludzie właśnie zaczęli rozmawiać, a ja nie mogłam zrozumieć dlaczego nie rozumiem ni słówka. I wtedy zadzwonił telefon, dziewczyna zaczęła przez niego rozmawiać. I dotarło do mnie.
Oni gadali po francusku! Wybierali stolik, coś chyba ustalali…A ich głosy brzmiały dla mnie jak najpiękniejsza muzyka.
– To Francuzi- wyjaśniłam Marzence po chwili.
– No słyszę…
– Ale posłuchaj…posłuchaj tylko, jak pięknie mówią…
Siedziałam z brodą opartą na dłoniach aż moja przyjaciółka nieco nerwowo powiedziała:
– Nie gap się tak się tak mnie
– Ja się nie gapię – ja słucham- zaprotestowałam.
– Tak, ale wiesz jaką miałaś minę? Wiesz co ci ludzie sobie o nas pomyślą jak widzą ciebie wpatrzoną we mnie z taką miną?- Marzenka zademonstrowała minę.
– Dobra to chodź – powiedziałam niechętnie. Gdy wychodziłyśmy jeden z Francuzów potrącił Marzenkę.
– O,pardą,skuzymła!- powiedział.
– Ty to masz szczęście – westchnęłam zazdrośnie – Francuz się do ciebie dotknął.
Z zemsty namówiłam ją jednak na herbatkę u ZEN-ka.
– Bez szarlotki, niech ci będzie – dodałam kłamliwie. Marzenka parsknęła śmieszkim krótkim acz wymownym
– Naiwniaczka!
– Oj…Może jednak nie będzie? No i zawsze możemy wziąć bez lodów – pocieszyłam ją.
Szarlotka była. Zamówiłyśmy do niej herbatkę zieloną cynamonowo-migdałową. I lody, bo szarlotka i lody wszak nie tuczą, a szarlotka bez lodów to się w ogóle nie liczy.
Nasz stolik był zajęty, siedziałyśmy przy innym, dzięki czemu tym razem Marzenka miała widok na całą salę. Przybrała minę rozanieloną.
– A nie mówiłam, żeby jednak na szarlotkę?- zatriumfowałam. Spojrzała na mnie jakbym się z wieszaka urwała.
– Jaki ja mam piękny widok- westchnęła.
Właśnie napawałam się smakiem, zapachem i widokiem mojego talerzyka więc podzieliłam jej zachwyt.
– Nooo, mnie też się podoba…
– Ale ja mówię o tym co ty masz za plecami- wyjasniła. Obejrzałam się oczywiście, no bo skoro ma być tak ładne jak to co na talerzyku…Przyznaję, też to był całkiem miły widok. Wróciłam do jednak szybko do szarlotki, bo jakby to powiedzieć: lepsza ciepła szarlotka na własnym talerzu niż ładne, ale cudze widoki.
– Pęknę – stęknęłam, gdy już wylizałam pieczołowicie talerzyk z ostatniej kruszynki ciasta. – Zaturlasz mnie na dworzec? – poprosiłam.
– Dobrze – Marzenka zgodziła się ochoczo – To w ramach spalania kalorii, ale uprzedzam- najpierw sturlam cię w dół, potem dookoła aż na dworzec – wykonała sugestywny ruch rękami, który skojarzył mi się w wałkowaniem ciasta na kopytka.
Ucieszyłam się.
– Ooooo, może dzięki temu mnie wydłużysz?
– I będziesz miała 190 zamiast 165…
– Popatrz, nareszcie będę miała wagę dobrą! – zastanowiłam się chwilę.
– Nie, słuchaj, już wiem. My mamy wagę dobrą. To wzrostu mamy za mało.- odkryłam.
I co? Nie doturała. Potem stwierdziła, że zapomniała.