Synonim szefa

Przecież muszę go …

Przecież muszę go jakoś nazywać.
Prosiempana – padła propozycja zaczerpnięta ze Zmienników przez Tomasza . Mnie się skojarzyło z Kriszanem.
Raritan podpowiadał Wezyr. Mnie się kojarzy Sułtan. Albo Kacyk. Albo Aga.
Teraz mi przyszło do głowy : Capo di tutti capi. Ale to bardziej pasuje do Dyrektora Staszka.
Jakie znacie synonimy szefa???!

Wiem, wiem, jak człowiek nie ma zmartwien to sobie wymyśli.
Ale czasem jak ma ich nadmiar a każde nie do rozwiązania- to wymysla problem zastępczy. Jak nasz rząd. Czyli co – onie moga a ja co? Od macochy?
No to jak? Pomożecie?

I światła szarego blask sączy się senny

Mgliście i …

Mgliście i wilgotno.
Wczorajszy powrót z pracy przysporzył mnie i mężowi adrenalinki, bo tuż za maską samochodu zaczynała się biała , gęsta wata. Dobrze, że drogę z Olsztyna do Miasteczka właściwie znamy na pamięć, zatem wystarczyło zwolnić. Nie wiem jak jechali ci co tej krętej drogi nie znają. To znaczy- wiem jak jechali. Po drodze dwuktrotnie minęliśmy migające koguty, a jęk karetek pogotowia i policji rozlegał się jeszcze kilkakrotnie w ciągu wieczora gdy bezpiecznie siedzielismy w domu.
Dziś miało być słonecznie. Ale nie jest. Szaro, w miejscu nieba ktoś powiesił starą ścierkę.
Kaloryfery  w Dziupli nie działają. Nie wiem czy administrator nie grzeje, czy może to tylko atrapa. Na dole, w budynku mieści się piekarnia. Odór rozgrzanego tłuszczu snuje się po korytarzu- na szczęście w Dziupli go jakoś nie czuć. Zimno tu- szaro i bezbarwnie.  Białe ściany oblepione plakatami, w kącie dogorywa jakis samotny bluszcz. Trochę czasu upłynie nim oswoję to miejsce, nim naznaczę ten pokój moją obecnością.
Myślę nad przemeblowaniem, ale chyba powinnam zapytać R. mojego nowego Pryncypała. Zastanawiam się nad  imieniem dla R. Pryncypał już był, Szef jest zbyt oklepane…On ma takie mongoidalne rysy, jakbym go zobaczyła w innym miejscu pomyślałabym, że ma Zespół Downa. I gadatliwy jest… o matko! Ale może się stresuje przy mnie? Bo mnie jakoś nie rusza.
R.dzwoni do mnie kilka razy dziennie, chyba targany wyrzutami sumienia, że od pierwszego dnia zostawił mnie samą i przez telefon istruuje jak mam rozmawiać z  niecierpliwą klientką.
– I powiesz jej, wiesz, że strajki na poczcie, i że Bank jest czepialski, i że…
– R. spokojnie – uspokajam – Wiem jak rozmawiać.
– Bo ja bym ci chciał stresu oszczędzić – tłumaczy rozśmieszając mnie. Mogłam zaproponować by zmienił mi drukarkę w ramach oszczędności stresu.

Dziś jakoś spokojniej. Po wczorajszym młynie – dziś sączy się kroplami. Zdążyłam nagadać się klientami.
– Skarbie- mówiła do mnie jedna pani. – Skarbie, przepraszam, ale jakoś nie umiem się odzwyczaić. Ale dam pani cukierka…
Wzięłam, ale nie mam na niego chęci. Chyba chrom działa.
Zdążyłam zadzwonić do dwóch zakładów.
– Nie, nie mogę potwierdzić czy pani X. tu pracuje. Ochrona danych- usłyszałam w drugim. Nawet mnie złośc nie ogarnęła. Tylko rezygnacja. Klientka jutro pójdzie do pracy i podpisze, że wyraża zgodę, i ja wtedy zadzwonię. Tylko skąd ta pani, tak od razu, z miejsca, wiedziała, że klientka nie ma tej zgody podpisanej? W zakładzie pracują setki kobiet…Jutro się tym pomartwię.
Zmarzłam w nogi. Chyba pójdę zapytać co z tym ogrzewaniem.
W nocy miałam sny nieprzyzwoitej treści…:p

W nowej pracy

W nowej pracy jest …

W nowej pracy jest plus taki, że robię to, co dobrze umiem i w związku z tym nie straszno mi. Gorzej mi się zrobiło, gdy drukarka oświadczyła, że ona już dziękuje. Bo jej się tusz własnie skończył. Na szczęście znalazłam zapas, z drżeniem serca załadowałam i modliłam się żeby zadziałało. Nie zadziałało. Pól godziny szarpałam się z jędzą na oczach klientki. W końcu poprosiłam klientkę o przyjście jutro ( co za wstyd!!), po czym przystapiłam do łągodnej perswazji…
– Tyyy- zaczęłam ugodowo- nie bądź taka…Co? Weź się rusz, proszę…
A ona nic.
Podociskałam jej kabelki, porobiła wyrównania i te inne, jak krzyczał program od niej a ona jak zaklęta.
Wkurzyłam się,w ostatnim akcie desperacji zresetowałam komputer i poszłam siku. Jak wróciłam mrugała do mnie oczkiem. Puściłam jej wydruk na czuja.Zaszemrało, zazgrzytało….po-szło!
Dokonczyłam drukowanie.
Ale nie ma tak dobrze. Zdaje się, że to nie spokojne Miasteczko, gdzie był czas na bloga, gagulce i plotki. Nie miałam czasu zjeść kanapki, zatem jest szansa , że zwalę tą dyszkę com ją sobie przez ostatni rok spokoju uchodowała. I dobrze!
Ale uchetana jestem dziś jak koń po westernie. Najbardziej kończeniem umów co je zaczęli moi poprzednicy.

Ale, ale!
Cud! Nie słyszałam tupania obcaów! Hurra!

Sprint niedzielny

W związku z pogorszeniem…

W związku z pogorszeniem się wzroku (bo przestałam widzieć forsę w portfelu) obiad był z gatunku tych tanich czyli czasochłonnych. Narobiłam od rana kopę pierogów. Dokładnie 60 sztuk, liczyłam układając rządki na ściereczce. Rządków było pięć a w każdym dwanaście sztuk. Zawsze tyle się ich mieści. Jak wrzucałam do garnka to też odliczałam po kolei każdą parę, bo wrzucam obiema dłońmi. Mam chyba w sobie coś z Adasia Miauczyńskiego.
Do kompletu, żeby napaść rodzinę i mieć z głowy zapał na miesiąc ( czyli do Wigili) narobiłam jeszcze pięćdziesiąt kołdunów. I ugotowałam barszcz.
Najadłam się. Wszytko sprintem.
Teraz bym poleżała, ale nic z tego: mąż ma wezwanie do US i trzeba jego dokumenty przygotować ( czyt: uzupełnić, bo zwykle robię to na koniec roku). A jutro termin Vatów i muszę zrobić deklarację „lewizny”
O Boże, spraw, żeby mi się choć w połowie tak chciało jak mi się nie chce!

Imieninowo

Ostatnie dni …

Ostatnie dni dostarczyły mi emocji w nadmiernej ilości.
Wczoraj było pożegnanie z aktualną koleżanką- szefową. Atmosfera się zrobiła nieco napięta przez ostatnie dwa tygodnie. Tak to jest jak ktoś sobie coś wymyśla zamiast zwyczajnie zapytać lub powiedzieć.Na szczęście- wczoraj garnek się wylał, wyjaśniłyśmy sobie to i owo i rozstajemy się w zgodzie, co mnie cieszy. Było trochę łez bo przez prawie dwa lata zżyłyśmy się ze sobą, a też i całkiem sporo przeżyłyśmy wspólnie.
Dzisiejszą noc w końcu przespałam snem sprawiedliwego.
Aż rano mąż miał uciechę, że chrapałam. Zlośliwiec. Ściemnia pewnie żeby wmówić, że to nie on. Bo ja na pewno nie chrapię. Jak się budzę w nocy to zawsze słychać tylko jego. 😛
A dziś cały dzień u Marleny.
Zjedzony obiad.
Wypita prawie cała butelka wina.
Jej tata postawiony na nogi na całe kilkadziesiąt sekund.
Nagadana jestem do obucha.
Ona , cholera, pewnie za mało.
" Ci, których dotknęło nieszczęście są zawsze samotni" – śpiewał Gintrowski słowami Herberta.

I odebrałam dziś kilka miłych telefonów i sms-ów od znajomych. A jeden był zaskakujący. I, nie ukrywam, ten sprawił mi radość większą niż inne. Sms od siostry i siostrzenicy. Pamiętały o mnie…
Do mamy zadzwoniłam wczoraj. Ot, tak na wszelki wypadek, jakby znów zapomniała o dacie.
Bo ja jestem z tego starego pokolenia co świętuje imieniny.
Miałam prababcię imienniczkę. W jej imieniny zawsze był spęd rodzinny, przychodził jej brat ze swoim synem i wnukami, był syn mojej prabaci, przyrodni brat mego dziadka – dla mnie zawsze Wujek Paweł. Jakaś dalsza rodzina, rodzina ze strony żony wujka Pawła. Był gwar, ścisk, my dzieci ganialismy po schodach, szczypalismy dorosłych w łydki pod stołem, czekaliśmy na łakocie.
Dziś kiedy myśle "Rodzina" widzę stary poniemiecki domek Babci Katarzyny, z żółto rozświetlonymi oknami, z jego zapachem, skrzypiącymi schodami "na górkę" i ciemną czeluścią zimnej piwnicy gdzie stały torty. Z  tym gwarem, ściskiem i rozgardiaszem.
Odeszło.  Najpierw zmarła babcia, 6 lat potem mój tata i  brat babci – Franciszek co mając 17 lat uciekł ze szkoły żeby się zaciągnąć do Legionów Piłsudskiego. 

Pracowo-pieskiego dnia ciąg dalszy?

Dalej było równie …

Dalej było równie ciekawie.
Pani, ze znanej każdemu spółdzielni zarządzającej sklepami , do której zadzwoniłam w celu potwierdzenia zaświadczenia, odmówiła mi podania swojego imienia, nazwiska i stanowiska motywując to tym, że nie lubi szastać nazwiskiem a imienia nie lubi w ogóle (!).
I odnoszę wrażenie, że to co się u nas mówi na temat demokracji, kapitalizmu to bzdura jest totalna. Bo może i ten kapitalizm panuje, ale nie w Polsce Prowincjonalnej i nie w żadnej instytucji państwowej.
Co dzień wykonuję po kilka telefonów do różnych firm, mniejszych i większych tych prywatnych i tych państwowych. W tych ostatnich ewidentnie czuć brak kultury oraz szacunku dla drugiego człowieka.
Moja kultowa pracodawczyni Baśka Ka. uczyła mnnie, że jak odbieram telefon to mam sie przedstawić z imienia , nazwiska ( nazwę firmy recytował automat juz na wstępie) by klient wiedział z kim rozmawia. I niemal w każdej prywatnej firmie tak właśnie odzywają sie pracownicy. Ale jak już mam dzwonić do zakładu państwowego, to…Nóż się w kieszeni otwiera.
Siedzi sobie takie babsko, palcem w nosie dłubie, jak podniesie słuchawkę to burknie, jak nie umie odpowiedzieć sama – to zamiast oddać słuchwke komuś kto potrafi wydziera się jak ta wczoraj:
– Hankaaa! A ta Kowalska to brała zaświadczenie?
– Hankaaa! A od kiedy ona robi ?
No i na koniec zastrzeliła mnie tym tekstem i imieniu. Gdzie ja żyję???
Coś mi się porobiło. W takich chwilach budzi sie we mnie agresja, taka złośliwa chęć dokopania. Pomyślałam o telefonie do prezesa…Ale szybko mi minęło: już niestety wiem, że kultura pracowników idzie zawsze w parze z kulturą szefa.Skoro tamta się tak zachowuje to jej szef jej na to pozwala , bo gdyby nie- to już by jej tam nie było.
A w domu czekał na męża list polecony z Urzędu Skarbowego. Trzeba będzie się tłumaczyć dlaczego nie płacimy podatków jak trzeba.  To nie będzie miła wizyta, oj nie…Kolejny powód by zniknąć stąd, bo jak żyć w kraju gdzie ma się alternatywę niemal co miesiąc: zapłacić Skarbowi Państwa czy utrzymać rodzinę? Na obie fanaberie niestety nie wystarcza.
Pewnie dlatego spałam dziś w sumie może ze 4 godziny. Od 12 do 3 i od 7 do 8.
Może też dlatego mam dół jak kopalnia Halemba? Czarny, groźny i złowrogi?

Z rzeczy pozytywnych: podpisałam wczoraj umowę z nowym pracodawcą. Ludzie u niego pracują od kilku lat ci sami. Podobno prawie nie ma rotacji kadr. Jeżeli to prawda- to gość musi być niezłym szefem.

PS. Jutro ostatnie spotkanie z Mądrą Panią i boję się tego co dalej…

Łajdactwo

<p …

Łajdactwo to to, co tygryski lubią bardzo.
Wczorajsze łajdactwo z Marzenką znów zostało okupione ciężarem w żołądku.
No bo Marzenka jęczała:
– Odchudzam się od dziś. Nie idziemy do ZEN-ka, bo tam szarlotka…
Nie pomogły moje tłumaczenie, że przecież zawsze jest nadzieja, że nie będzie, bo to mocno chodliwy towar. Nie i nie. Poszłyśmy na zupkę.
Gulaszowa węgierska była mniej pyszna niż ostatnio, ale jeszcze całkiem znośna. Z napełnionymi brzuszkami siedziałysmy w miłym zacisznym ciepełku, lokalik był niewielki, gdzieś tam w tle mruczało radio, a poza nami nie było nikogo więcej. Było błogo i leniwo.
I wtedy weszła czwóka ludzi- dwóch starszych panów, jedna pani w podobnym wieku i młoda dziewczyna. Jeden z panów miał czerwona śliwkę pod i nad okiem, drugi widząc, że wgapiam się w nich ukłonił mi się jakoś tak ceremoniałnie. Marzenka nic nie widziała, bowiem siedziała tyłem. ( Nie chciała usiąść ze mną na miękkiej kanapce narożnej, chyba się bała, że będę się do niej publicznie przytulać). 
Zapytała mnie zatem:
– Co się tak wgapiasz ?-
– Cichooo- mruknęłam bo ludzie właśnie zaczęli rozmawiać, a ja nie mogłam zrozumieć dlaczego nie rozumiem ni słówka. I wtedy zadzwonił telefon, dziewczyna zaczęła przez niego rozmawiać. I dotarło do mnie.
Oni gadali po francusku! Wybierali stolik, coś chyba ustalali…A ich głosy brzmiały dla mnie jak najpiękniejsza muzyka. 
– To Francuzi- wyjaśniłam Marzence po chwili.
– No słyszę…
– Ale  posłuchaj…posłuchaj tylko, jak pięknie mówią…
Siedziałam z brodą opartą na dłoniach aż moja przyjaciółka nieco nerwowo powiedziała:
– Nie gap się tak się tak mnie
– Ja się nie gapię – ja słucham- zaprotestowałam.
– Tak, ale wiesz jaką miałaś minę? Wiesz co ci ludzie sobie o nas pomyślą jak widzą ciebie wpatrzoną we mnie z taką miną?- Marzenka zademonstrowała minę.
– Dobra to chodź – powiedziałam niechętnie. Gdy wychodziłyśmy jeden z Francuzów potrącił Marzenkę.
– O,pardą,skuzymła!- powiedział.
– Ty to masz szczęście – westchnęłam zazdrośnie – Francuz się do ciebie dotknął.
Z zemsty namówiłam ją jednak na herbatkę u ZEN-ka.
– Bez szarlotki, niech ci będzie – dodałam kłamliwie. Marzenka parsknęła śmieszkim krótkim acz wymownym
– Naiwniaczka!
– Oj…Może jednak nie będzie? No i zawsze możemy wziąć bez lodów – pocieszyłam ją.
Szarlotka była. Zamówiłyśmy do niej herbatkę zieloną cynamonowo-migdałową. I lody, bo szarlotka i lody wszak nie tuczą, a szarlotka bez lodów to się w ogóle nie liczy.
Nasz stolik był zajęty, siedziałyśmy przy innym, dzięki czemu tym razem Marzenka miała widok na całą salę. Przybrała minę rozanieloną.
– A nie mówiłam, żeby jednak na szarlotkę?- zatriumfowałam. Spojrzała na mnie jakbym się z wieszaka urwała.
– Jaki ja mam piękny widok- westchnęła.
Właśnie napawałam się smakiem, zapachem i widokiem mojego talerzyka więc podzieliłam jej zachwyt.
– Nooo, mnie też się podoba…
– Ale ja mówię o tym co ty masz za plecami- wyjasniła. Obejrzałam się oczywiście, no bo skoro ma być tak ładne jak to co na talerzyku…Przyznaję, też to był całkiem miły widok. Wróciłam do jednak szybko do szarlotki, bo jakby to powiedzieć: lepsza ciepła szarlotka na własnym talerzu niż ładne, ale cudze widoki.
– Pęknę – stęknęłam, gdy już wylizałam pieczołowicie talerzyk z ostatniej kruszynki ciasta. – Zaturlasz mnie na dworzec? – poprosiłam.
– Dobrze – Marzenka zgodziła się ochoczo – To w ramach spalania kalorii, ale uprzedzam- najpierw sturlam cię w dół, potem dookoła aż na dworzec – wykonała sugestywny ruch rękami, który skojarzył mi się w wałkowaniem ciasta na kopytka.
Ucieszyłam się.
– Ooooo, może dzięki temu mnie wydłużysz?
–  I będziesz miała 190 zamiast 165…
– Popatrz, nareszcie będę miała wagę dobrą! – zastanowiłam się chwilę.
– Nie, słuchaj, już wiem. My mamy wagę dobrą. To wzrostu mamy za mało.- odkryłam.

I co? Nie doturała. Potem stwierdziła, że zapomniała.

No i dobra!

Mam tę pracę. …

Mam tę pracę. Loozik…
Mam za tyle za ile chciałam, czyli na tej zmianie nieco zyskam.
Mam też perspektywę i dość bliską- że okiełznam to czego dotąd w tej dziedzienie nie udało mi się okiełznać a co , nie ukrywam, przynosi całkiem porządny zarobek.
Mam też perspektywę, że moje zarobki mogą wzratstać.
A wymagania zostały postawione całkiem realne.

Czyli na pierwszy rzut oka- sytuacja wygląda zachęcająco.
Zobaczymy co z drugim rzutem, który już po 27 listopada.

Różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną ( szefem naturalnie)

<span …

A dziś o 18 mam spotkanie w sprawie nowej pracy.

I mam mieszane uczucia bo :
Praca byłaby tego samego rodzaju co tu, czyli coś co robię od dwóch lat z dość dobrym skutkiem. Jednocześnie praca dająca możliwości rozwoju, bo pracodawca ma w ofercie to, czego dotąd nie robiła a czego z chęcią się nauczę. Firma ma kilka punktów porozrzucanych po Polsce Północnowschodniej ( proszę, ile się można dowiedzieć wpisując w google nazwisko potencjalnego szefa) zatem wygląda, że stoi solidnie.
Ale- ale szefem jest mężczyzna a ja mam raczej niemiłe skojarzenia.
Z kobietą szefem można się pospierać w razie różnicy zdań, można przedstawić swoje racje. Z każdym facetem z którym pracowałam nie było to możliwe. Zwykle gość miał swoją wizję i z uporem maniaka tej wizji się trzymał.
Z kobietą można się dogadać w razie jakichś perturbacji w domu, gdy nagle trzeba wziąć urlop czy zwolnienie.
Facet zwykle miał jeden argument: że nie ma nikogo na zastępstwo i w związku z tym nic go nie obchodzą moje potrzeby.
Kobieta nie czepia się ubioru- pod warunkiem, że jest on estetyczny.
Facet- to by najchętniej widział pracownice w butach na obcasie ( nie umiem) i w spódnicy ( nie mam) bez względu na temperaturę.
Faceci maja tez tendencję do robienia planów mocno wyrośniętych a potem winą za niewykonanie obarczają pracownika. Bo się źle stara.
Kobiety są realistkami, mocniej stoją na ziemi.
Inna rzecz, że kobiety bywają czepliwe drobiazgów z punktu widzenia całości właściwie nieistotnych. Mają dążenia do doskonałości.
Facet drobiazgów nie dostrzega- zwykle jak podoba mu się tekst to nie czepia się przecinków.
I tak sobie teraz siedzę i sie boję.
I nie wiem czego bardziej: że mnie nie zechce czy że jednak da mi tę pracę.