Poniedziałek

W sobotę poganało nas do…

W sobotę poganało nas do Kowali Oleckich.Mąż jak zawsze służbowo, ja w charakterze stróża prędkości , damy do towarzystwa, otwiercza termosu i czego tam jeszcze. Po drodze zajrzałam na szybkiego buziala do siostry. Dosłownie. Uściskać i w drogę. Zmęczeni byliśmy oboje po intensywnym tygodniu, pełnym emocji, niespodzianek, zwrotów akcji itp. Chciało się nam do domu, na własną kanapę. Do powolnego popołudnia przed telewizorem, bez pośpiechu i obowiązku. Do domu wyjątkowo ściągnęliśmy około 16. Zwykle z wojaży wracamy dobrze w nocy. Starzejemy się?
A na mazurskich jeziorach jeszcze widać lód…

 

Powoli

Jest piątkowe …

Jest piątkowe popołudnie. Ucichł gwar głosów na korytarzu. Słoneczko gg świeci na żołto, ale nie pojawia się już żadna kopertka. Telefon milczy, chyba zmęczony. Radio dostało czkawki więc też dałam mu odpocząć. Przesyłki odebrane przez kuriera, inne , w zaklejonych kopertach czekają na swoją podróż. Zza okna dobiegają stłumione krzyki chłopców kopiących piłkę na szkolnym boisku. Na podwórku znów rozpanoszyła się szarość.
Bezruch. Tkwię przed ekranem, bezmyślnie otwierając i zamykając kolejne okna, nic nie zatrzymuje mojego wzroku, nic nie przyciąga uwagi. Jakbym na coś czekała.  A nie czekam.
Jesienny na dobre pożegnał bloxa i nas, tyle zanotował mój umysł. Idź Jesienny, znajdź swoją Wiosnę, i niech ci tam…"przestrzennie będzie".
A ja po prostu jeszcze poczekam na swoją. W końcu przyjść musi. I przyjdzie. Wiem , że przyjdzie. Tylko teraz ta przemożna chęć zniknięcia. Rozpłynięcia się w szarówce dni…
Tkwię w dziwnym zawieszeniu od tylu dni. Nie ma we mnie emocji: radości ani gniewu. Nic nie ma. Jakby wszystko zawisło, zatrzymało się, jakby wielka guma wytarła we mnie wszystko.
I tak sobie żyję.

To nie była moja trasa

Z samego rana Ela …

Z samego rana Ela mnie zaczepiła na gadu czy aby to nie był mój bus, który wczoraj staranował drzewo. Zatem spieszę dnieść, że nie, nie mój bus. Wypadek zdarzył się po przeciwnej stronie Miasteczka. Na szczęście. Także na szczęście – nikt nie zginął.
Swoją drogą i tak jestem pełna podziwu, dla małej ilości wypadków jakie mają miejsce na trasie Miasteczko-Olsztyn.Trasa do Olsztyna jest wąska, bardzo kręta , dziurawa i mocno zatłoczona. Jeżdżą auta osobowe, busy, autobusy, TIR-y polskie i rosyjskie bo droga prowadzi do przejścia granicznego. Cudem naprawdę wydaje mi się, że wypadków z udziałem busów na tej trasie jest tak niewiele, bo co dzień dojeżdżam tym środkiem lokomocji  i widzę co się dzieje. Normą jest, że kierowca zabiera do pojazdu tyle osób ile jest chętnych. Nawet jeżeli te osoby potem stoją upchnięte jak sardynki. Normą jest, że bus jeździ z prędkością większą niż dopuszczalna. I to nie chodzi o te głupie 10km. Siadam zwykle blisko kierowcy to wiem ile ma na liczniku. Normą jest wyprzedzanie na podwójnej ciagłej, bo on zna tę drogę i wie, że dwie sekundy już będzie widział…Normą jest ścinanie zakrętów. Tak samo jak normą jest przemykanie na czerwonym świetle, bo zaraz za nim jest przystanek. Gdyby wczorajsza katastrofa miała miejsce przed Miasteczkiem mogłoby nie skończyć się tak jak się skończyło- bo w busie prócz siedzących ponad 20 osób byłoby co najmniej kilka stojących.
Od lutego rozpoczęły się prace przy budowie nowej drogi, omijającej niektóre wsie. Wycięto długi pas przydrożnego lasu, na polach pojawiły się spychacze. Plan zakłada , że przygotowywana trasa będzie gotowa do grudnia tego roku. Ja aż taką optymistką nie jestem, ale w końcu trasa będzie szersza, równiejsza i prostsza. Tylko, że wtedy, już nic nie będzie powstrzymywało znudzonego kierowcy pokonującego tę samą trasę po raz 5 czy 10 w ciągu dnia od przyciśnięcia gazu do dechy.
Zaczynam dojrzewać do zdnia w końcu tego egzaminu z prawa jazdy. Może wtedy będę miała choćby i w ogranicznym stopniu, ale jakiś tam wpływ na bezpieczne dojazdy do pracy.

Rozważania o wychowaniu

Osoby Dramatu: Młody, …

Osoby Dramatu: Młody, Miśka, Matka oraz Ojciec.

– Nie pij z butelki!- Krzyczy Młody na Miśkę.
– … – Miśka milczy, bo pije.
– Miśka, Młody ma rację – włącza się Matka.
– Faktycznie, dużo sobie z tego robi..- zrzędzi Młody.
– A co mam niby zrobić?- Matka wlepia w Młodego zaciekawione spojrzenie.
– Pewnie przyłożyć z piąchy?- Włącza Ojciec swoje trzy grosze.
– Ja bym kazał odstawić butelkę i kazał iść sobie po szklankę.
– Hahaha, a ona by mi powiedziała spokojnie : Nie – Matka śmieje się teatralnie.
– Wychowywanie dzieci jest takie proste – mówi Młody równocześnie Matką.
– To sobie zrób i udowodnij – proponuje Miśka z triumfem w głosie.

Ojciec dał mi czekoladę a ty?

– zapytała wczoraj <a…

– zapytała wczoraj Selenge męża.
Jak to jest z tym Dniem Kobiet? Wybrzydzamy,że komunistyczne, feministyczne, głupie, niepotrzebne…Ja przez całe lata też. Bo też mi to było święto, gdy w pracy nielubiany szef wręczył mi kwiatka głośno komentujac, że to głupota… Bo zwykle jak wracałam z pracy w wazoniku tkwiła czerwona róża, czasem był do niej dołączony jakiś podarek, a mój mąż pochrapywał na kanapie rozsiewając wokół znajomą woń. Bo po drodze z pracy widywałam dwóch mocno podpierających się kolegów z obowiązkowymi tulipanami w dłoni. No i jeszcze na dodatek moje własne kłopoty z tożsamością, z samoakceptacją też nie pomagały tego dnia zaakceptować. Z jednej strony był jakiś żal, że nie ma mi kto tego bukietu kwiatów podarować, z drugiej strony zżymanie się na durne baby co to raz do roku kwiatka dostaną i myślą, że są szczęśliwe.
Wczoraj rano było jakoś odświętniej. Może to słońce i błękit nieba? Może to syn cmokający rano w policzek i szepczący : wszystkiego najlepszego? Kupiłam potem sobie te żonkile i się cieszyłam. Że mam. Że są takie śliczne. Że nie oczekuję , że ktoś się domyśli i mi je da. Że wiem…Tak! Że wiem o co mi chodzi. Szczęście znów mi spadło na oczy w postaci  uświadomienia sobie własnych potrzeb.
Po południu Marcepanek przyjechał do mnie pracy. Pod bankiem rzucił od niechcenia, jakby dopiero sobie przypominajc:
– A, zajrzyj do bagażnika, co tam jest…
Zajrzałam i zdębiałam: statyw! Cudny, leciuśki, rozkładany na wysokośc mojego wzrostu, moje marzenia i westchnienia, że muszę sobie kupić.
– Ale to nie z tej okazji – wytłumaczył się mąż – Zrobiłem lewiznę…Wiesz, że nie uznaję tego święta …
Poczułam się szczęściarą. Widać materialistka jestem  

O majtkach, żonkilach i ptasich trelach

Wiosna, to już nie żadne…

Wiosna, to już nie żadne fiku-miku tylko najprawdziwsza wiosna.
Marcepanka zajętego wczoraj sprzataniem w kuchni zaniepokoił dziwny dźwięk. Dźwięk był piszczący, przenikliwy i przebijał się nawet poprzez szum lejącej się wody z kranu oraz hałas zmywarki. Marcepanek się zanipokoił, bo drzwi na balkon zostawił otwarte i błysnęła mu straszna myśl, że Kocio-niezguła jednak jakimś cudem jakieś ptaszka upolował i teraz go morduje. Wpadłszy do pokoju, Marcepank ujrzał taki widok:
przed uchylonymi drzwiami, z firanką na głowie i latającym na wszystkie strony ogonem leżał Kocio i powarkiwał. Na karmniku siedziało coś wróblopodobne ( Marcepanek nie rozróżnia) i darło się jak opętane…Wróblopodobne nic sobie nie robiło z polującego Kocia, nie przejęło się też Marcepankiem, który na wszelki wypadek jednak zamnkął Kociowi drzwi przed nosem, takie było zajęte trelami.
Zatem- wiosna. Dzień Kobiet dziś. Z tej okazji kupiłam sobie po drodze do pracy dwie pary czarnych bawełnianych majtek (majtasów! żadne stringi , śliniący się panowie niech sobie sami je noszą ! Majtasy mają być wysokie, pod pępek i bez żadnych fiu-bździu w postaci koronek , bo te gryzą i drapią, najlepiej też bez szwów)  oraz doniczuszę z maluśkimi, żółciótkimi żonkilami, bo postanowiłam wziac sprawy w swoje ręce. Co będe narzekać, że nie dostaje fajnych kwiatków? Sama je sobie zacznę kupować. O!

Czy ja się czepiam

Weszła i od progu …

Weszła i od progu zameldowała:
– To ja.
– ???
– To ja do pani dzwoniłam- wyjaśniła.
– A o co chodzi?
– No kredyt chciałam…- zdawała się być urażona, że nie nie wiem o co jej chodzi.
Zaprosiłam by usiadła i rozpoczęłam pytania. Nadal miała te samą urożoną minę, że ją wypytuję, że przecież mi mówiła przez telefon. Cierpliwie wyjaśniłam, że zbyt wielu ludzi dzwoni bym miała ich pamiętać szczegółowo. Poprosiłam o dokumenty. Wyciągnęła dwie kserokopie.
– A gdzie trzeci?
– W głowie…
– ??? Ja prosiłam o dokument potwierdzający…Oraz oryginały tych dwóch.
– Ale dlaczego? Przecież to jest czytelne –
– Owszem, ale ja muszę potwierdzic, że zgodne z oryginałem, jak mam to zrobić, jak oryginału nie widzę? 
– Ale to głupie…wszędzie wystarcza kserokopia.
Nie wdałam się w dyskuję, bo już nie mam cierpliwości.
– Ja muszę zobaczyć oryginał – ucięłam.
– Czy ma pani telefon?- zadałam kolejne standartowe pytanie.
– Ale po co?
Wytłumaczyłam, że Bank wymaga, że przy prostszej procedurze, jest to fakt potwierdzający np. wiarygodność klienta lub czynne istnienie jego firmy.
– Ale to głupie, po co? Przecież przedstawiam dokumenty…
– Kserkopie…
– Ale wszędzie wystarczają…
– Ale to bank…
– Ale to głupie…
I tak w koło Macieju.
Nie cierpię tłumaczyć klientowi, że nie jest pępkiem świata, że Bank to nie instytucja charytatywna, że jak pożycza pieniądze to chce mieć pewność, że dostanie je z powrotem bez większych ceregieli.
Czasem mam chęć powiedzieć całkiem poważnie:
– Wie pani co? Zróbmy kredyt o 2 tysiące większy, bo też potrzebuję pieniędzy, ale nie mogę sobie samej go udzielić. To nic , że mnie pani nie zna, ja na pewno będę spłacać, bo mam z czego. Niech pani spojrzy w moje piękne piwne oczy i mi uwierzy na słowo.
Już widzę jak klientka puka się w czoło…

Testosteron

Ślub się nie odbył. …

Ślub się nie odbył. Panna Młoda zwiała sprzed ołtarza. Na ucztę weselną zjeżdżają więc panowie: pan młody, jego ojciec, jego brat, jego przyjaciel oraz dwóch innych facetów niewiadomego pochodzenia. Tymczasem kucharz jest pijany, kelnerka nie potrafi gotować, sprzątaczka- stara szkoła , ale też niewiele potrafi, a sytuację próbuje ratować kelner obficie polewając…
Przez dwie godziny filmu zgromadzeni w domu weselnym panowie prowadzą swoisty wykład, uzmysławiając jeden drugiemu, że tak naprawdę całe ich życie  polega na polowaniu na kobiety. Naukowe wywody dotyczące obrzędów godowych różnych gatunków przeplatają się z osobistymi historiami bohaterów. Cóż, my, kobiety w tych historiach nie wypadamy najlepiej…
Film momentami się dłuży, ale w sumie jest o wiele bardziej śmieszny od "Rysia" i niesamowicie tekściarski. Obsada jest naprawdę rewelacyjna, ale mnie powalił na kolana Tomasz Kot, rozśmieśmieszając do łez i bólu brzucha sceną symulowanego uwodzenia kobiety. Film jak dla mnie porównywalny z kultową "Seksmisją". Myślę, że jeszcze bardziej by mi się podobał w towarzystwie innych kobiet.
Do powtórki.

Klik >>WSZYSTKIE<<

Mam wrażenie, że spadła …

Mam wrażenie, że spadła mi poczytność. Nie ma co się kokietować: piszę bo ktoś czyta.
Zatem jeszcze raz informacja: nowe notki można przeczytać klikając albo na kategorię "Wszystkie" ( na górze, pod tytułem) albo z boku po lewej stronie "Ostatnie notki".
Kategoria "Anonse" otwierać blox będzie do 30 kwietnia, bo zależy mi na zebraniu jak najwiekszej kwoty dla Synka Reiwsz.
Za utrudnienia- przepraszam.

Poniedziałkowe ple-ple

Za oknem słońce i …

Za oknem słońce i błękitne niebo. Światło jest nieco zimne, jak na marzec przystało, ale zawsze to i tak lepszy widok od tej brudnej szmaty wiszącej nad naszymi głowami od dobrych kilku tygodni.
Jestem z lekka oszołomiona. Wczorajszy wieczór nie należał do przyjemnych ,oj nie. Czeka mnie wizyta u doktora "dowcipnego", a lubię ja tego, nie lubię. Dostałam jednakże kopa na przyspieszenie w postaci dotkliwego bólu wczorajszego wieczoru. Smętnie myślę, że chyba się starzeję. Kiedyś boleści kobiece nie były mi znane. Ale to było kiedyś. 
Jestem chyba przykładem tego o czym się mówi w psychologii: póki czułam, że mogę liczyć i opierać się wyłącznie na sobie byłam okazem zdrowia ( nie licząc migren),  dziś, gdy mam zaplecze w postaci ciepłej dłoni Marcepanka, jego ewidentnego wsparcia w każdej sytuacji- dziś się zaczynam "sypać". Zatem trzeba sobie zorganizowac przegląd kompleksowy, tak, jak sugerował pan Jan. I nie biadolić. Za wszelką cenę nie biadolić.
Duszę mi za to ciągnie gdzieś w pola i lasy, albo choć w jakieś obce miasto, już mi się ckni za tą atmosferą wyczekiwania, pakowania plecaczka, studiowania planu jazdy PKP albo mapy samochodowej. Niespokojny mój duch przeciera oczy i zaczyna przebierać nerwowo nóżkami.
A tymczasem Boss zapowiedział sie z wizytą na jutro i łapię się na tym, że odruchowo robię w myśli rachunek sumienia i na wszelki wypadek się niepokoję. Stare schizy, czy ja je kiedyś z siebie wyplenię?
Spragnionych letniej atmosfery zapraszam na
<<Prowincja Fotoblog>>.