Integracja z katarem – czyli bredzenie ciężko chorej

Fabryka na dzisiejszy …

Fabryka na dzisiejszy weekend zaplanowała integrację. W ramach integracji przewidziano : wyjazd na Mazury, kłady ( quady?), painboll ( paintball?), oraz wszelkie inne przyjemności jakie się odbywają na tego typu imprezach. Zaraz na samym początku zostałam zapytana czy chcę, a ja równie spontanicznie odparłam , że nie chcę brać w tym udziału. Potem dopiero się zastanowiłam dlczego. Dlatego, że alkoholu nie pije, tańczyć nie umiem i nie lubię, zabawa w wyścigi czy wojnę mnie nie bawi. Gdybyż jeszcze aparat był, to bym mogła liczyć na urokliwe zdęcia twarzy śpiących w sałatkach lub romantycznych wschdów słońca.
Zamiast integracji masowej wybrałyśmy z Żabą-Łopatką integrację indywidualną. Ciepło było, lazłyśmy przez Starówkę nieco niemrawo. Żaba w charakaterze schodzącej na przeziębienie i katar, ja nieco żywsza dzięki wypitemu wcześniej lekarstwu. Ale było tak ciepło, i takie słońce, aż żal było iść prosto do domu. Myślę, że może będzie z kim odnowić ideę łajdackich czwartków. Tyle, że chyba będzie trzeba je przenieść na sobotę co by łajdaczyć się w większym gronie: Aga wraca na studia- pierwszy zjazd już za tydzień.
Tymczasem walki z katrem ciąg dalszy.  Oraz walki z Miśką. Bo panienka nie potrafi uwierzyć, że jak matka mówi, że nie ma pieniędzy to nie ma, a pożyczać zwyczajnie nie chce. Niestety nawet wojna z Miśką nie zmusiła mnie do posprzątania. Usmażyłam piętnaście naleśników na obiad. Po 5 dla każdego. A potem zaległam ciążko zmęczona.
…i teraz tak siedze. Na powórku ciepło słońce, a ja nie mam siły zejść z psem na dół. Dzieciom do głowy nie wpadło. Nawet nie mam siły z nimi dyskutować.
Szczypior się chyba zakochał i to z wzajemnością. Ciekawa jestm wybranki, bo wiem tylko, że "nie żadna disco-laska, bardziej z tych na czarno". Dzięki ci Boże i za to.
A w Agorze maraton bloxowy. Chciałam tam być. Coś mnie powstrzymało. Teraz już wiem: przeczucie, że będę się nie nadawała do użytku.

Przepraszam- wirus

…umyłam głowę i całą …

…umyłam głowę i całą resztę siebie, wyprasowałam bluzkę, pościeliłam łóżko, zparzyłam herbatę jeżynowo-malinową, dokonałam wpisu na blipie, odpisałam Marzence na list, nakarmiłam i wyprowadziłam psy i koty,zostało mi tylko napisać notkę…
KTO ???!
Pytam grzeczenie KTO ??? !! Kto mi wysłał tego wirusa i czemu to zrobił ?  Z miłości czy nienawiści? ( Miłość wybaczę, za wirusa odpłacę).
Zdaje się że jutro będę mówił jak słynny prof Bączyński :
– Bobrosze bączka –
– Niech będzie gawa –
Inaczej mówiąc: wchodzę w stadium nochala. Sponsor chusteczek mile widziany.

Praca wzbogaca

A mówiłam, że praca …

A mówiłam, że praca dobrze mi zrobi?
Dwa dni chandry, smęcenia, marudzenia – dziś rano minęło jak ręką odjął ,wraz z wyjściem z domu. A dzień wstawał słoneczny i ciepły. W pracy aż tak miło nie było – grube mury, wychłodzone przez ostatnie zimne dni, tak szybko owego zimna nie oddają. W dodatku powoli, powolutku, rusza maszyna – znaczy opanowuję programy i zasady panujące w firmie. Niestety Pan Grzesio, który mi życzliwie zczął służyć swym autem i towarzystwem w drodze do pracy od środy wybiera się na urlop. A to oznacza dla mnie dojazdy busami i konieczność wcześniejszego wstawania. Na szczęście to tylko do końca przyszłego tygodnia.
Ciepełko rozlało się Warmii.
Na wieczornym spacerze ani psu, ani mnie nie chciało się wracać. Oparłam się plecami o brzozę na ścieżce pod domem i mogłabym tak stać i stać i stać. Wypłoszyła mnie myśl, że jakiś wścibski sąsiad najpierw podgląda mnie przez firankę i mówi do żony :
– Ty patrz, jak głupia, drzewo przytula, popatrz co tym babom się robi bez chłopa…- a potem przychodzi i składa mi propozycję nie do odrzucenia…
Tak, wiem, że normalnie to się jakoś do mnie nie ustawia kolejka, nawet w panieńskich czasch się tak nie działo, ale pomarzyć zawsze można :p.
Z nudów i weekendowej chandry obejrzałam dwa filmy- w całości, od początku do końca, nie przełączając nawet na przerwy na reklamy. Tomaszek rzekłby, że dzieła muszą być zatem genialne, skoro mnie nie uśpiły. Bo ja filmowy barbarzyńca jestem i zwykle po 45 minutach przestaję skupiać uwagę na filmie. A tu proszę: w sbotę "Zielona Mila" – skończyła się o 2:20, w niedzielę "Rozważna i romantyczna" skończyła się o 1.
Inna rzecz , że największa głupota to program TV. O  godzinie 20, 21 lecą jakieś bzdety, tańczące lub śpiewające gwiazdy, jak film to albo się flaki wloką po ekranie, albo gołe laski uprawiajace przypadkowy seks. A o północy dopiero jest to co warto obejrzeć. Niby fajnie: klimat, bachory nie łażą, telefony nie dzwonią, pies nie szczeka, czasem tylko chrapie. Tylko jak potem wstać o szóstej rano ? No jak ??

PS. Przezwisko dla Szefowej : Przeorysza . Bo tak: szefowa – przełożona – przełożona w babińcu – babiniec – klasztor – przołożona w klasztorze – przeorysza.

Pora spadających kasztanów

Wiatr dziś na …

Wiatr dziś na przemian z deszczem hulał po Miasteczku. Idąc na rynek minęłam dzieci zbijające kasztany. Spadały kolczaste kulki, toczyły się przechodniom pod nogi, by na koniec rozpęknąć i pokazać świeży, lśniący brąz owocu. Jest coś wzruszającego w razchylonej skorupce kasztana, to brązowe oko ma w sobie jakąś moc magiczną, która zawsze każe mi pochylić się i i zabrać ów niezpozrny skarb do kieszeni.  Noszę te kasztany potem w kieszeniach, w torebce, w każdym możliwym  jej zakamarku, czasem aż do późnej zimy, bo jakoś trudno mi się rozstać ze wspomnieniem ich ciepła. Lubię kasztany i szkoda mi, że coraz więcej widzę drzew chorych, z żółtymi, poskręcanymi liśćmi zbyt wcześnie by zwalić na jesień.
A Jesień przyszła w tym roku tak szybko i  nie pomogło zaklinanie jej nowym parasolem i swetrami. Przyszła jak niechciana ciotka, rozsiadła się i siedzi. Nie da się przepędzić i już. Nie ma rady- trzeba się z nią zaprzyjaźnić: podziwiac kolorowe liście, cieszyc się mnogością ( i taniością oraz smakiem)  owoców , zaopatrzyć w miękkie przytulne swetry i szale. Staram się to robić, ale znów dopada nostalgia, nawet tak dokładnie nie wiadomo za czym. Idą długie wieczory, przydałby się na nie ktoś bliski, swój, a tymczasem ci najbliżsi, rozumiejący w pół westchnienia są tak daleko.
W uszach typowe jesienne grania : Sting, Katie Melua, Sinead O'Connor.  Może na rozruszanie powinnam sobie Nomad Iron Maiden włączyć, ale jakoś mi dobrze robi ta muzyka z tęsknotą w tle. Może dlatego, że gra do rytmu moim uczuciom. Chciałoby się…westchnięcie…ech…Jakiś fragment piosenki się kołacze :
Coś by się chciało
Gdzieś by się gnało.
żyłoby się wśród ptaków
Coś by się śniło
Coś tam marzyło
bo drzemie coś w Polaku…

Nawet nie wiem czyje, ale trafne. 

Nietoperze dziecię we mgle

Mieliście kiedys taki…

Mieliście kiedys taki sen, że ktoś do was mówi, w dodatku mówi w języku znanym od lat, nawet rozróżniacie pojedyncze słowa tylko nijak ich zrozumieć nie potraficie ? No to ja się dziś tak czułam będąc pierwszy dzień w nowej pracy. Moja szefowa usiłowała mnie wprowadzić w specyfikę firmy, a ja po godzinie poczułam , że nie tylko nic nie rozumiem ze spraw nowych, ale nawet nie pamietam jak się uruchamia komputer, a następnie program, który rzekomo tak dobrze znałam. Potem dostałam faktury do zaksięgowania i…okazało się, że mam problem z najprosztszą fakturą. Poczułam się jak nietoperz albo dziecko we mgle. Na dodatek świadomość, że pracy jest moc, bo nagle z pięcioosobowego zespołu zostały osoby trzy, w tym szefowa. I jak w tej sytuacji latać z byle duperelą do kogokolwiek?
A potem szefowa ( tak, tak znów trzeba wymyślać przydomek) powiedziała, że ona sama przez kilka tygodni nie bardzo wiedziała o co chodzi…Odetchnęłam. Pomyślałam, przywołałam wspomnienia. No tak: moje ostatnie dwa miejsca pracy niczym się od siebie nie różniły po za osobami szefów, a ja byłam sobie sterem i okrętem, a i firmy były były jednorodne, małe, bez podziału na różne działy. Teraz moim pracodawcą jest firma, która zatrudnia ponad sto osób, jest podzielona na różne działy i zadania…Po za tym, nawet u Pryncypała od razu nic nie wiedziałam. Pocieszyłam się, że Marzenka rok temu zapewne czuła się podobnie jak ja, choć pracowała w innej firmie…
Nie wiem jaka może być tam atmosfera- wygląda na to, że raczej normalna- znaczy spokojna i koleżeńska, choć są  podobno dni, gdy w biurze kłębia się tłumy. Moja koleżanka z pokoju była dziś raczej zdystansowana , ale narzekała na ból zatok, no i jako jedyna na okragło niemal przyjmowała interesantów W tej sytuacji raczej trudno się zaprzyjaźniać.
Za to się okazało, że jeden pan dojeżdża z Miasteczka i już się z nim umówiłam na wspólny dojazd rano. To mi się bardzo podoba, bo to da mi pół godziny snu więcej, co, zwłaszcza zimą, jest czymś cennym.Są tylko dwie rzeczy które mi  trochę nie pasują :
po pierwsze: przez kilka dni będę się czuła trochę jak mucha w szklance- oglądana przez wszystkich, nie znając niemal niekogo.
po drugie: w pokoju gra radio, a ustawiona jest jakaś jazgotliwa stacja grająca jakiś mix disco i pop, a radio stoi mi za plecami i gra niemal do ucha. Gdy moja koleżanka wyszła wcześniej- z ulgą je wyłączyłam. Na razie zacisnę zęby i postaram się ogłuchnąc. W dalszej perspektywie zaproponuję przestawienie, sciszenie, zmianę stacji (na jedynie słuszną :P). Ale to za jakiś czas, żeby nie było, że ledwie przyszła i już rządzi.
Padnięta jestem jak "koń po westernie" mówiąc językiem Marcepanka, bo po pracy poszłam szukać nowych butów. Stare nie wytrzymały wędrówek tatrzańskich. Szukałam butów najlepiej skórzanych, o grubej, solidnej podeszwie, pod kostkę. Niestety jak zwykle w sklepach jest wszystko na jedno kopyto: buty balerinki lub eleganckie pantofelki o podeszwie grubości papieru, lub kazaczki na szpileczce. O cenie nawet nie wspominam, bo większości tych butów nie chciałabym nawet za darmo, a za praiwe trzsta złotych to już całkiem nie.
W końcu, w ostatnim sklepie koło dworca znalazłam. Buty typu "łapeć" jakie zawsze wzubudzały politowanie u mojej matki, a uznanie u mnie, czarne, niestety zamszowe, ale cudne. Na dodatek kosztowały mniej niż sto złotych.
I zimno. Dzieci chore- Szczypior wczoraj walczył z katarem i widząc jak męcząca jest ta walka zdecydowałam się zostawić go w domu. Wiadomo: facet. Kobieta zniesie poród, pmsa i migrenę łącznie. Facet umiera na katar. Miśka za to z rana napędziła mi stracha , bo przysłała alarmującego smsa, że nie może poruszyć głową. Nim zaczęłam mysleć najpierw zobaczyłam ją jak Stefcie Rudecką z zapaleniem opon mózgowych. Lakarka stwierdziła, że zwyczajnie ją zawiało.
I tyle…

się gwiazdą bywało i się gwiazdą przestało

Poszłam do Biura …

Poszłam do Biura Pracy. Już w progu znajoma mnie przywitała eleganckim:
– Czego?
– Bo ja się przyszłam pochwalic , że od jutra idę do pracy – rzekłam skromnie przysiadając na brzeżku krzesła.
Jak ich trzy było, tak nagle wlepiły we mnie oczy
– Przecież mówiłas, że nie?
– Chciałas na angielski
– Jak , kiedy znalazłas??
Mówiły naraz.
– Mówiłam, ale musiałam zmienić zdanie, bo nie dam rady pogodzieć angielskiego i pracy jak mnie ona sama znalazła – odpowiedziałam skrótem.
– Dostaniesz dodatek – pochwaliła mnie znajoma.
– Jak miło- będzie na bilety – ucieszyłam się.  Pogwarzyłyśmy sobie miło, podpisałam co mi kazały, obiecałam, że faksem doślę umowe o pracę. I poszłam do lekarza. Poprosiłam o recpetę i zastygłam w oczekiwaniu przed okienkiem. Jak mi pani pod nos podsunęła jakis papier dotarło do mnie, że nawet nie powiedzialam jak się nazywam- szczyt arogancji, naprawdę. Jakoś zapomniałam. Ja je znam te panie z rejestracji to uznałam, że one mnie też…Okazało się, że się nie myliłam. Nawet żeby było śmieszniej- pamiętały co biorę i w jakiej postaci.
W Urzędzie Miasta chciałam skorumpowac jedna panią od dowodów osobistych przy pomocy czarującego uśmiechu i namówić ją żeby się zgodziła, żebym podpisała wniosek mojego dziecka u niej, a potem przysłała samo dziecko żeby też sie podpisało. Pani miała obiekcje, ale na to wyszła inna pani :
– O, dzien dobry- ucieszyła się do mnie.
– O, dzien dobry! Ty tu pracujesz ?- zdziwiłam się, bo pamietam panią jak niewinnym dziewczęciem będąc przychodziła na praktykę  do Pryncypałowej. O tu – proszę- Pani urzędniczka. Ten czas to jak głupi leci… Pani od dowodów popatrzyła na nas
– Ty znasz córke tej pani- zapytała dziewczęcia
– Znam, no pewnie
– To możemy tak zrobić jak pani chce. Dziewczę mi powie, że to pani córka.
Potem się okazało, że jednak nie ma potrzeby korumpowac pani urządniczki, załatwiłyśmy  z Miśką ten dowód zgodnie z zasadami. I się skoczyło gwizdowanie bo pędem poleciałyśmy do Olsztyna zapisywac się na kursy językowe- ona na angielski średniozaawansowany, a ja na podstawowy szwedzki. Jak już dokonałam zapisu i portfel mi znacząco pocieniał to się okazało, że to wcale nie będzie tak wesoło : jedyna pasująca pora to pora pomiędzy  17:15 a 19:00. Dwa razy w tygodniu. To oznacza, że we wtorki i czwartki będę wracać do domu około godz. 20-tej. Czyli po 13 godzinach.
Czeka mnie intensywny rok, już to widzę. Moja pschika mówi
"i dobrze, jak masz za dużo czasu to wymyslasz sobie depresje". A moje lenistwo na to
" zaraz, a ja to sie tu już w ogóle nie liczę?"
I żeby mi nie było za wesoło odzywa sie poczucie obowiązku :
"ciekawe jak ty w tym miesiącu zapłacisz rachunki"
No, naprawdę. Ja mam i tak ciężkie życie,  mogłoby choć sumienie sobie odpuścić, ale nie wyjeżdża ze swoim :
" szwedzki to by sie i Szczypiorowi przydał"
Migrena stresowa przedpracowa tez chciała wtrącić swoje kilka groszy.  Zaczęła jednak od migotania w oczach i się zdradziła. Załatwiłam ją tabletka przeciwbolowa czerwoną, potem poprawiłam dwiema zielonymi ziołowymi i na koniec zaaplikowałam mocna herbate z cytryną.
No i czego sie trząchasz, Migrena ? Toż nie ma się czego bać – mówię
Ty sie nie boisz ?-pyta
Nie, czego mam sie bac Nie zjedli mnei w dziesięciu miejscach pracy, nie zjedzą i w jedenstym- tłumaczę.
Tupie nogą aż mi z lewej strony dekielek podskakuje.
A ja się boję i chcę tak zostać –  buntuje się. Naprawdę, niewdzięczna taka…

No to tak :

Do pracy idę we czwartek…

Do pracy idę we czwartek na ósmą rano. Czy to bardzo zły omen, że to będzie trzynastego ? Bo ja uznałam, że to dobra wrózba. Widziałam nawet biurko które przyjdzie mi zająć i już sie z nim związałam emocjonalnie. pewni dlatego, że pełno było na nim paierów, a bałagan to stan znajomy. Dziś w pokoju nie było nikogo więcej, ale normalnie powinna tam być jeszcze jedna osoba.
Wypłata mi wreszcie wpłynęła, ale niewiele z niej zostało, niestety. Młodemu posypały się okulary a miały już dwa lata więc czas był najwyższy na nowe. na szczeście wzrok mu sie znacząco nie popsuł przez te dwa lata. Okularki mnie kosztowały wraz z badaniem ponad 450 plnów. Za to Młody ma ubezpieczenie na uszkodzenia mechaniczne z jego winy, oraz bardzo twarde szkła z filtrem UV oraz antyrefleksem. Znaczy – pełen wypas. No, ale jestem zdania, że na szkłach oszczędzać się nie powinno. a super modne i oczywiscie bardzo drogie oprawki Młodego nie zaciekawiły : wybrał bezpieczne, podobne do tych jakie już mial. właściwie od pierwszych okularów trzyma sie tego samego fasonu i za nic nie daje namówic na coś innego. Mimikra, żeby nikt nie miał okazji zwrócic uwagi i nie daj boże znaleźć okazji do komentowania.Szkoda, bo całkiem ładny ten mój Szczypior rosnie, jakby sie trochę  mniej przejmował opiniami innych miałby lżejsze zycie. I widzę, że dziewczyny go lubią.
Zakupiłam też dziś dwa swetry – czrny i pomarańczowy za łaczną cene 60 plnów oraz żółtą, składaną parasolkę za 8 złotych. W związku z czym przewiduję w najbliższych dniach poprawę pogody  na bardziej słoneczna i cieplejszą. Jak znam przekorę aury to przewiduję nawet powrót upałów.
musze jutro odwiedzić : lekarza, żeby wypisac recepte na antyalergeny, urząd pracy, żeby się pochwalic, że idę do pracy i przypomnieć o dodatku aktywizacyjnym, urząd Miasta, że by złozyć Miśce wniosek na dowód osobisty oraz szkołe językową żeby się na szwedzki zapisać .
Pracowity będzie ten ostatni dzień wolności, ale…chyba mi sie to podoba. W domu gnuśniałam, obajadając się nad miarę i zaczęły mnie kusić seriale.
Ze spraw mniej miłych : Prószyński i Sk-a nie chca drukowac mojego Kocia. Dziś dostałam maila. trudno. Będę szukac dalej. skoro tu sie podoba, to może i w realu znajdzie chętnych.

Tak se…

Karkówka w cebulce …

Karkówka w cebulce pachnie na cały dom.Z wczorajszych kartofli zrobię kluski śląskie i będę miała obiad pyyycha. Bachory oczywiście prychały i fukały na moją propozycję, zatem dostaną zwykłe kartofle i kotlet panierowany z kurczaka. I niech się cieszą, bo zdaje się, że za chwilę czeka je powrót do obiado-kolacji w tygodniu, jeżeli jednak pójdę do tej pracy.To znaczy- jak mnie zechcą. 
Dzwoniłam do Marcepanka. I mnie zastanowiło. No bo jak dzwoniłam niemal co dzień to ciagle miałam mu coś do powiedzenia, a jak ustaliłam z nim i ze sobą, że tylko raz na tydzień to jakby tematów brak…
Spotkałam wczoraj znajomą. I tak się zastanawiam : miałam szczęście czy byłam szybsza od nałogu ? Znajomej mąż jest na etapie wynoszenia z domu. A znajoma- walczy. O siebie , o dzieci, o spokojne dla nich życie. I znów widzę to, co tyle razy mnie zaskakiwało. Że póki facet pije, a kobieta cierpi w milczeniu to jest godna współczucia. Ale jak zaczyna wlaczyć z nałogiem to się okazuje, że zimna z niej, wyrachowana suka. Bo np. chce pijaka eksmitować. Znajemej teściowa czyli mamusia pijaka wprowadziła się do i tak ciasnego mieszkania by…bronić syna! Bo go skrzydzić chce żona i dzieci. Żesz…! Mnie się od razu moja tesciowa przypomina, która była strasznie oburzona, jak jej powiedziałam, że sobie nie życze by częstowała mojego męża alkoholem.
–  To ja się z własnym dzieckiem nie mogę nawet napić ? – pytała mnie. 
To są zmory, które już, mam nadzieję za mną, ale one są, wracają zawsze gdy spotykam się znów tak żywo z problemem alkoholizmu. Nie wiem czy miałam lepszy materiał czy wcześniej zaczęłam. Mnie się udało wygrać z nałogiem. Czy na zawsze ? Nie wiem. Tego się nigdy nie wie. Można tylko wierzyć. I mieć nadzieję. I trzymać kciuki za innych. Tak ja za A.i jej dzieci.

The Nomad Iron Maiden

sobie słucham. Jeden z …

sobie słucham. Jeden z tych utworów, który raz wysłuchany nie zaspokaja tylko roznieca apetyt. Gram go po raz trzeci …czwarty ? I zdaje się, że pop nim przyjdzie czas na "Bema pamięci żałobny rapsod". Może to jakieś maniactwo?
Sobota się sączy powoli. Wczoraj posprzatałam, dziś tylko zakupy, obiad i wolne… Tylko co mi z tego ? mrzenka była, spędziłyśme z soba ze dwie może cztery godzinki, zleciało nie wiadomo kiedy i znów nie ma z kim sie wina napić.
Ot, los…
Pójdę zagram w literaki z Tomaszkiem. Potem się wina napiję do monitora, jak kot mnie nie skrzyczy.
Czuję się jak singiel do kwadratu.

Mamona nie cieszy , nie cieszy gdy jest lecz kiedy jej nie ma …

Listonosz to był kiedyś …

Listonosz to był kiedyś piękny zawód- nosił listy, ważne wiadomości, telegramy i pieniądze. Ludzie go wyglądali z nadzieją, witali radośnie zazwyczaj bo listonosz znaczył, że ktoś o nich pamięta. A dziś ?
Ja np. nie przepadam za wizytą listonosza. Bo zwykle nie ma on dla mnie nic miłego. Monity, wezwania do zapłaty, rachunki lub śmiecie reklamowe. I jak tu się cieszyć na coś takiego ?
Dziś w skrzynce znalazłam rachunek za gaz. Wreszcie! Jakos długo go nie było tym razem. Normalnie przychodzi co drugi miesiąc. Patrzę na fakturę : "za okres od 09.05.2007 do 05.09.2007" Żesz..!!! Cztery miesiące! Specjalnie czekali, żeby im się ta data tak ładnie przestawiła ? I termin płatności : 19.09.
Ogarnia mnie furia, bo kwota jest oczywiście podwójna. Kolejny przykład na to, że monopoliści robią co chcą, a ja nie mogę nic z tym zrobić. Kiedyś chciałam – usłyszałam, że sobie powinnam była odłożyć…Znów mi się nie chce. Polarny by mnie pewnie znów skarcił, że w taki sposób to zawsze tak będzie.A ja po prostu nie lubię, nie umiem i nie chcę walczyć o swoje. Ja chcę to co moje dostać bez walki. Bez przekupczego jazgotu i walki na paragrafy. Psiakrew. Ja muszę zapłacić w terminie, ale Wielki Monopolista nie musi w terminie mi wystwić faktury.
…Zadzwoniłam. I co ? Proszę złożyć skargę. Tylko co mi z tej skargi? Rachunek zmaleje ? Ciekawa jestem czy na całym świecie tak jest, czy to też nasza polska specjalnosc: traktować klientów lekceważaco i z buta. Masz chamie i się ciesz, że ci w ogóle dajemy.
A tu wrzesień. Młody przysłał smsa – ubezpieczenie: 32, klucz do szafki: 10.U Młodej pewnie będzie podobnie. No, może bez klucza do szafki. Jeszcze jakieś zesztyty, ćwiczenia. Książki Miśki dwa lata temu zapakowane i opisane miały czekać na swój czas, z Młody zacznie ich potrzebować. Okazało się, że nie czekały- wyparowały w tajemniczy sposób, nie wiadomo gdzie i kiedy. Następne pieniądze.
A tu zimno. Miśki kurtka marzy o emeryturze…
Ech…A miało być tak miło : spokoje przeglądanie blogów, herbatka grejfrutowa w ulubionym kubku. I po co ja do tej skrzynki zaglądałam? A, prawda: czekam na płytę Portera, już powinna być lada moment.
Jalu Kurka Księgę tatr kupiłam na allegro, bo w bibliotece nie ma i panie nawet nie wiedzą co to za pozycja. Mówiłam- żadne z nich bibliotekrki, one tam pracują.
Chciałabym mieć własny antykwariat. Lubię stare książki, one mają duszę. I żeby w tym antykwariacie można było przysiąść przy stoliczku nad filiżanką dobrej herbaty. Albo kawy. I poczytać na miejscu, żeby zobaczyc czy to tego się szuka. Tylko czy z takiego czegos da się wyżyć ?