Plotę

Dziękuję za dobre słowa …

Dziękuję za dobre słowa :
wanilce 
selenge ( pamiętasz? to Ty mnie znalazłaś, a jak wprawiłaś mnie w panikę dając uprawnienia do bloga , pamietasz? ale ciemna byłam , hehehe),
iksińskiej;
dianulce (spotkamy się, spotkamy, zobaczysz- skoro obie tego chcemy to tak będzie );
Miśkowi Puchatemu ( wiesz Misiek jak to fajnie się czasem choćby przez net wtulić w Twoje futro i poryczeć czasem ze śmiechu, a czasem …wiesz);
Antrimowi, który jak zawsze mnie zawstydza pochwałami, bo boję się , że do nich nie dorastam ;
krogulcowi, którego nie znam ale on najwyraźniej zna mnie, więc wpisuję go na listę blogów "do poznania" ;
ikroopeczce oj prawda, że dobrze…
eli d, choć powinnam jeszcze podziękować losowi, że ją na moje ścieżki naprowadził i teraz czekam na jej bloga jak na przygodę;
kambuzeli ( naprawdę nawet jak jestem zła to się uśmiechasz? ale fajnie! )
Patekku, krócej ? Ja się łapię na zdziwnieu jak uświadomię sobie, że przecież nawet Cię jeszcze nie widziałam "na żywo". Jakośc sie chyba liczy ?

A w ogóle to kajam się, biję w piersi ( a jest w co, oj jest) i wołam : mea culpa. Bo wiem, że zaniedbuje bloxowisko. Piszę coraz mniej , czytam także. Życie realne nabrało tempa. W pracy pracuję  (słyszał to kto, że tak pracować, żeby nawet na komentarze nie mieć czasu odpowiedzieć ? ) ale tak jest, naprawdę. Żaba się zaczyna zmieniać w poganiacza niewolników, ale przyznaję się bez bicia : sama ją trochę podpuszczam, bo wiem, że muszę mieć ostrogę, żeby ruszyć, a i naszej Rudej i Stażystce też się przyda trochę wychowania. Żaba mobbingować nie będzie, bo z natury albo za łagodna albo za leniwa (albo na odwrót zbyt pracowita) ale troszkę bata, tak z umiarem, dobrze robi na zapał. A panny, jak im kiedyś przyjdzie pracować dla jakiegoś innego szefa (lub Szeficy, co zresztą daj im boże ) docenią jak im dobrze było w Fabryce, cokowiek by teraz na nią nie gadały. Dla mnie najważniejsze na razie w pracy jest to, że się nie boję, nie rozglądam na boki kiedy i w jakim humorze wejdzie szefostwo. W związku z tym odkrywam, że księgowość to fajna praca jest, wymagająca jakiejś gimnastyki umysłowej, wbrew pozorom – daleka od rutyny.
Jutro szwedzki- znów w domu bedę o 21.30. We czwartek integruję sie z koleżankami…I tak dzień po dniu czas płynie, płynie "jak czas". Nawet nie ma czasu na wkuwanie słówek, nie mówiąc już o czytaniu.
Byle do soboty…

Chłop żywemu czyli nie szukaj to znajdziesz

Szukajcie a znajdziecie,…

Szukajcie a znajdziecie, tak mówią. No, to odpowiadam : owszem, znajdziemy, tyle, że nie to, czego szukamy. A w każdym razie nie tak od razu.
Śliczny Andrzejek przyszedł dziś do mnie i poprosił o umowę pani W. Jest jedno, jedyne miejsce, gdzie taki dokument może się znajdować –  niebieski segregator. Przewaliłam go w jedną stronę, przewaliłam w drugą, po drodze jakimś zakątkiem umysłu zanotowałam "o, umowa Ani", poszłam dalej, znalazłam wreszcie. Nie spuszczając podejrzliwego oka z andrzejkowych rąk, pozwoliłam mu dokument skserować. Parę godzin potem przyszła Czarna.
– Gdzie znajdę umowę Ani ?
Zrobiłam mądrą minę i to mnie zgubiło. W niebieskim segregatoorze jej nie znalazłam. Rozpłynęła się ? Zjadłam ją nic o tym nie wiedząc? Może Muchomor mi podstępnie zakosił ?To jest możliwe, bo podstepny i bezinteresownie wredny jest… Nie ma… No nie ma! Przysięgłabym , że widziałam ją w tym segregatorze. Czarna się potem zreflekotowała i okazało się, że potrzebuje czegoś innego. Umowy nie znalazłam. Jutro pewnie będę szukała czego innego to znajdę tę umowę.
Nie ma to jak rozrywkowa praca.
Wieczorem poszłam na strych szukać pomaranczowej włóczki, której motek kiedyś miałam. Zajrzałam do każdego worka w mdłym świetle jednej jedynej żarówki, świecącej przy drzwiach. Ja oczywiście szukałam w kącie przeciwległym do drzwi. W końcu zdesperowana szarpnęłam po czarny "śmieciowy" worek, którego skrawek wyłaniał się spod Młodego ubiegłorocznych podręczników. Szarpnęłam i…połknęłam przekleństwo , bo mi rodzina ostatnio zarzuciła , że nadużywam. Ja ?! Nadużywam ?! Dobra, może i nadużywam, ale zaraz: nie palę, pijam bardzo rzadko w dodatku w śladowych ilościach, słodycze wyliczam sobie niczym sknerus grosze. Żadnych , naprawdę żadnych nałogów już nie mam, to może choć czasem mogę sobie soczyście zakląć? Ot, tak, bo lubię… Cenzor jednak zadziałał i zamiast powiedzieć- pomyślałam, ale wyrazu to już takiego nie miało , oj nie. A należałoby się, bowiem z mroków zapomnienia wtyłoniły się podręczniki do trzeciej klasy gimnazjum. Tak, tak, te, których cała rodzina poszukiwała całe lato…Takie same jakie potem kupiłam za ciężkie grosze w księgarni. Jakim cudem  umknął naszym oczom worek poszukiwany w dziennym świetle ?
Ludzie jak widać, też podlegają takim dziwnym czarom – znajdują się nie szukani, nie gubieni- giną. Najpierw dawna znajoma, taka sprzed prawie piętnastu lat mnie rozpoznała po blogu, dziś zaskoczyła mnie w pracy śliczna, uśmiechnięta dziewczyna
– Pamiętasz mnie ? –
Pamiętałam, pewnie. Ale tylko dlatego, że wcześniej widziałam jej umowę o pracę. Czarna stała nade mną, nie było warunków na odnawianie znajomości. Zamieniłyśmy po trzy zdania. Śliczna dziewczyna okazała się mamą dwójki chłopczysiów, a ja poznałam ją gdy była tuż po ślubie.
Za to zagubiła mi się taka jedna Becia. Może to dla równowagi we świecie ? Eeee, nie mógłby to się zagubić Muchomor ? Parę osób z Fabryki by się pewnie ucieszyło.
Capo di tutti capi zawędrował dziś do nas. Rozsiadł się w moim krzesle i westchnął :
– Ale tu cicho – akurat trafił na jedyne 5 minut gdy tłum przestał się kłębić przed kasą.
– Zaparaszmy częściej – wyrwało mi się lizusostwo.
– Chyba zacznę – ucieszył się wyraźnie ludzkim słowem. Na to weszła Żaba i poinformowała go, że trzy osoby nie dostały wypłaty, bo nie miałyśmy umów o pracę, oraz jedna dostała niesłusznie, bo nie dostałyśmy świadectwa pracy.
– No bo to trzeba patrzeć komu się kończy…- pouczył nas łagodnie. Nie wytknęłam mu, że listy osobiście połozyłam przed nimprosząc z naciskiem o wnikliwe sprawdzenie.Capo ma wszak prawo nie znać wszystkich zatrudnionych, prawda ? Co innego księgowa…
– Kadrowa powinna tego pilnować – warknęła Żaba.
– Faktycznie – przytaknęłam, bo popatrzył na mnie jakoś wyczekująco, ( tak mi się zdawało)jakby liczył, że go poprę. – Trudno robiąc inne rzeczy, jeszcze pilnować komu kończy się umowa, zwłaszcza, że ludzi jest sporo…
Westchnął, wstał, wyszedł prawie bez słowa. Jak to było ? "Chłop żywemu nie przepuści" ale czy to jaki chłop wygrał kiedy z poczwórnym PMSem ?

nudaaaa

Leniwe dni, tak się …

Leniwe dni, tak się sączą powoli. Właściwie to nie lubię tych "długich weekendów". Nie lubię, bo mam uczucie tracenia czasu. Zwłaszcza tak jak teraz- nie poszłam do biblioteki, bo mam co czytać. Mam zaczęte trzy ksiżąki ale …Jakoś żadna nie wciąga.  "Cierpienia młodego Wertera" mogą zachwycać palstyką opisów i jałowością życia, ale na dłuższą metę usypiają. "Mesjasz Diuny" zdaje się być przewidywalny i stąd nie bardzo zajmujący. "Muzyka pop z Vittuli"- nie wiem.
W telewizji za to same horrory albo powtórki ambinych "Jak oni śpiewają " czy "Jak oni tańczą na lodzie" albo coś równie ciekawego. Deszcz siąpi, nawet na spacer się nie chce. Tracę czas, bezmyślnie przewalam strony w internecie, przestawiam garnki w kuchni, walam się po kanapie. Nuda. Kiedy do mnie przyszła ? Kiedyś nie nudziłam się nigdy, nie znałam znaczenia tego słowa. A przecież mam co robić. Powinnam nauczyć się szwedzkich słówek, wypisać księgę podatkową takiemu jednemu, zrobić pastę z makreli, poćwiczyć brzuszki, wziąć psa na spacer. Nie mogę, nie chcę, brak mi zapału. Za dużo wolnego czasu, ot co. Albo za dużo myśli, których wcale nie chcę, one nie daja się skupić na niczym.
Z nudów sięgnęłam po wiersze Jana Twardowskiego. Otworzyłam na chybił-trafił, jak wróżbę. I znlazłam takie coś :

Telefon milczy
zły bo do końca niedobry
listy nie przychodzą
jedna tylko filiżanka na stole
róża niczyja
serce daleko bo obok
prawda tak jasna że nieludzka
kalendarz się nie spieszy
nawet fiołek na odczepenego

Aniele Boży Stróżu mój
mówmy pacierz
bo miłość nie żyje

Aż dziw , że trzy dni minęły bez awantury.
Bachory znów popsuły słuchawki do komputera. Miały może z pół roku. Żegnaj moja izolacjo z muzyki.
Napiłabym się wina w dobrym towarzystwie…A niechby nawet potem i ten drugi dzień bolał. Przynajmniej wiedziałabym co boli i dlaczego.A tak…
Coś uwiera w dusze jak niewidzialny kolec z kaktusa co to go nie widać a jest.

Poranne kawy spijanie

A na moim balkonie …

A na moim balkonie właśnie grasują ptaki. Sikorki bujają się na słonince, pokornie czekając w kolejce aż koleżanka się naje. Łobuzy mazurki, te co zawsze się piorą jak się znajdą w jednym karmniku, lądują na chwiwlę, łapią ziarno i umykają. Jeden zatrzymał się na dłużej- widać jakiś odważniak- przysiadł na balkonie, rozjerzał w koło, podziobał rozsypane proso. Kocio go zauważył , poderwał się. Cały przyczajony, na ugiętych łapkach ze skupionymi wąsami i wyciągniętym ogonem potruchtał do drzwi. "Będę polował" mówi. Siedzi teraz w welonie z firanki i tylko pomiaukuje z cicha.
Dzieci się budzą leniwie.
Na cmenatrz trzeba iść. Wczoraj wieczorej zaskoczyła mnie wiadomość, że być może nie będzie można kupić kwiatów i zniczy przed cmentarzem ze względu na zakaz handlu w święta. I co ja wtedy zrobię? Jak wracam z pracy kwiaciarnie pozamykane, a nie będę przecież kwiatów busem wozić. I komu to rzeszkadzało ?
…to idę , sprawdzę.

Bez dylematu

– Mama mówi, że jak …

– Mama mówi, że jak wyjeżdżam to siedzi całymi dniami sama – powiedział któregoś dnia mąż.
Byłam taktowna i nie użyłam powiedzonka o ścieleniu i wysypianiu się.
Ale poczułam satysfakcję. Głęboką. I nadal ją czuję jak sobie to przypomnę.
…nie, nie jestem złym człowiekiem.Nawet nie jestem specjalnie zawzięta…

Zaprosić kogoś do życia

W skrzynce wiadomość : …

W skrzynce wiadomość : właściciel  bloga przyznał Ci prawo dostępu.

Zawsze kiedy widzę taką wiadomość klikam w link. To znaczy, że przyjmuję. Czuję się wtedy wyróżniona okazanym zaufaniem i zastanawiam się co też kierowało tym kimś, że mi udzielił tego dostępu. Zwłaszcza mam dylematy w odniesieniu do osób, które znam słabo lub wcale. No bo ze znajomymi- czyli takimi co ja ich czytam i oni mnie to sprawa jasna raczej- odkrywamy, że coś nas łączy, jakieś wspólne przeżycia czy podobne patrzenie na świat, chcemy się poznać lepiej, zbliżyć.
Mnie takie "obce" blogi zawsze troche deprymują. Bo myślę sobie: właściciel mnie zaprasza do swojego życia,to miłe, tylko, że…A co będzie jak mi się to jego życie nie spodoba, jeśli nie zaciekawi albo jeszcze gorzej- a jeśli ten ktoś ma wobec mnie oczekiwania , którym nie będę umiała ( lub chciała) sprostać?
Też macie takie dylematy ?
A jak Wy odbieracie przyznany dostęp?

zmiana czasu

Zafundowałam sobie…

Zafundowałam sobie wczoraj o północy rozmowę. Ale nie podziała uspypiająco.
Szafa się otworzyła , wysypało się wszystko pieczołowicie upychane od kilku lat. Znów trzeba upchnąć wszystko do środka, docisnąć kolanem i szybko zamknąć na klucz. I pilnować by jednak tego klucza nie przekręcać w odwrotnym kierunku.

Szybowanie cen

Ostatnio jak kupowałam …

Ostatnio jak kupowałam mleko pani zastrzeliła mnie :
– Dwa czterdzieści pięć- zażądała do mnie.
– A nie ma zwykłego mleka ?- zapytałam głupio, przekonana, że kobieta mi chce podać jakieś super mleko z toną konserwantów co to nawet stojąc na kaloryferze przez miesiąc zachowa walory spożywcze (wątpliwe oczywiście).
– To jest zwykłe – pani wyciągnęła niebieski kartonik z żółtą nakrętką jak jak zająca kapelusza. Musiałam mieć oczy jak stare piątki z rybakiembo pani zapytała litościwie.
– Na jakiej cenie sie pani zatrzymała ?
– No tak…Na złoty pięćdziesiąt- wydukałam. Pani machnęła ręka
– O, to dawno, jakoś tak wiosną musiało być.
Pamiętam jak jeszcze rzed kontraktem Marcepanka czyli gdzieś w kwietniu widzieliśmy masło finlandzkie, którego cena była była niemal dwukrotnie wyższa od masła extra. Marcepanek wziął raz żeby spróbowac i tweirdził, że smaczeniejsze, ale cena powalała. Teraz już nie powala- finlandzkie masło jest o całe 20 groszy tańsze od polskiego. Nie, nie staniało. To polskie tak podrożało. A dzis spojrzałam na cene sera żóltego edamskiego : 22,60 pln/kg.
Ja zapamiętałam cenę 17-18 złotych.
A ja sobie ostatnio wyrzucałam, że sie rozrzutna zrobiłam, bo na tygodniowo wydaję na utrzymanie trzech osób plus pies plus kot ponad 250 plnów, a wiosną wystarczało mi 100 pln…
Tez macie wrażenie, że ceny niewiadomo kiedy poszybowały w górę ?

Bo ja choleryczka jestem

<span style="font-size: …

Ale miałam dzień!
No bo listy płac dokończyć trza było, i jeszcze paroma innymi sprawami należało
się zająć. A tu dziki tłum, Ruda z obłędem w oczach miotająca się od biurka
Madzi do swojego bo usiłowała jednocześnie i jej i swoje obowiązki pogodzić, a
tu jeszcze inni z trudnymi pytaniami to do niej to do mnie. Jakaś mało rozmowna
była aż zaczęłam podejrzewać, że notkę poprzednią czytała, choć adres bloga
chowam jak mogę. Najpierw się trochę zgryzłam, potem machnęłam ręką- jak chce
niech czyta, nic obraźliwego nie napisałam, a prawda czasem gorzka, ale można z
niej nauki wyciągnąć. Skończyłam te płace, zostało mi wyjaśnienie jednej
pozycji. Pani brała od jakiegoś czasu parę złotych za wiele, napuszczona przez
Żabę poszłam do Capo zapytać dlaczego.
– Mam wątpliwości- zaczęłam. Zsunął okulary, spojrzał na mnie
– ja też mam, i to ile…- powiedział, a ja poczułam, że mi miękną kolana. Bo
jak mnie zapyta o coś czego nie wiem ?
Dopiero jak wyszłam zrozumiałam, że to miał być żart. Ale ja się na 
żartach szefostwa nie wyznaję, bo to jak uśmiech rekina. Niby uśmiech a złowrogi.
Podsunęłam mu pod nos papiery i zapytałam jak dziecko :
– Dlaczego?
Patrzył na mnie z namysłem. Ładną ma brodę i fajne oczy – przemknęło mi przez
głowę. I zaraz mi się przypomniała moja koleżanka Gośka co mówiła, że jej
prezes to fajny gość, ale skurwiel. Czemu skurwiel ? Bo prezes…
– A tu masz aneks z tego roku – podsunął mi papier – To jej podpis?
– Nie wiem, nie znam jeszcze wszystkich podpisów.
– Podpisała? To licz jak masz na ostatnim dokumencie – zadecydował.
– Może nie zauważy pięćdziesięciu złotych – dodał z nadzieją patrząc na swego
kolegę Brzuchacza.
– No nie wiem – Brzuchacz wyraził wątpliwość – Gdyby to był kto inny…
Wiedziałam o czym mówi : ostatnio byłam świadkiem jak sama Hrabina 
dopytywała jakiego tytułu ma używać do pani K. a i Madzia przestrzegała, żeby
uważać, bo czuła to osoba na punkcie własnego ego.
– Dobra…jakby się bulwersowała to wyślij ją do mnie- zdecydował Capo di tutti
capi. Miałam chęc go pokochać, ale przypomniałam sobie , że go nie lubię.
Potem przypomniałam sobie, że miałam sprawdzić czy przelew z jednego konta
przeszedł na drugie i dobrze zrobiłam bo przy bankomacie bym się zdziwiła. nie
przeszedł. Niby o śmieszną kwotę chodziło, ale w świetle wypłaty wyłącznie w
postaci cyferek, mógł być dramat. Konto mi zameldowało, ( po raz 4 zresztą) że
wykonanie operacji nie było możliwe. Wczoraj takich meldunków zobaczyłam 3,
oczywiście bez żadnej innej informacji- zatem główkowanie : co zrobiłam, źle to
był pierwszy przelew z tego konta. Panienka na infolinii trzymała mnie godzinę
przy telefonie by wreszcie radośnie mi powiedzieć, że konto mam nieaktywne. jak
może być nieaktywne skoro aktywowałam listę haseł, skoro sama je aktywowałam i
w dodatku ostatnio zamawiałam kartę do niego ? I wtedy nikt nie meldował, że
jest nieaktywne. Po kolejnych minutach dowiedziałam sie, że nie ma mojej umowy.
To jakim cudem dostałam kod aktywacyjny ? I tak w kółko. w końcu dowiedziałam
sie, ze mam po raz kolejny podpisać umowę. Acha i mąż…I tu się zagotowałam:
bo co prawda we wniosku wpisałam Marcepanka, ale potem przy aktywacji prosiłam
o uruchomienie konta bez jego podpisu i dowiedziałam się, że jest to możliwe. A
ta mi tu mówi coś całkiem innego. Świadoma tego, że to jest nagrywane wyrąbałam,
że nie podoba mi się takie załatwianie sprawy, że usiłuję konto uruchomić od
prawie dwóch miesięcy, że tej sytuacji to ja im dziękuję za usługi, bo więcej
wydam na telefony do nich niż spodziewam się obrotów na tym koncie, że co za
głupota, że podpisuje cumowe a po trzech tygodniach dopiero jak pytam to sie
dowiaduję, że wniosek o kartę do bankomatu mam sobie wydrukować z ich strony i
wysłać, że przy prośbie o listę haseł do przelewów jestem proszona o podanie
hasła z tejże właśnie listy itd. W końcu zapytałam jakim cudem na nieaktywne
konto mogą wpływać pieniądze. Odpowiedź mnie powaliła: bo konto jest częściowo
aktywne- przyjmuje wpłaty, tylko wypłat nie realizuje. No żesz! Zażądałam by w
takim razie odesłać pieniądze do nadawcy a konto zamknąć. Nie można tego
zrobić. Bo konto nieaktywne. Trzeba aktywować. I tak w kółko…Do przełożonego
też mnie nie mogła połączyć.
odłożyłam słuchawkę ze słowami, że jestem zbyt wściekła na dalszą rozmowę.
Usiłowałam potem załatwić sprawę w punkcie w Alfie, ale pan powiedział, że żeby
zamknąć konto to muszę je aktywować. I też w kółko to samo.
Jeszcze chciałam neostradę, ale tu się dowiedziałam, że sama neostrada to może
być koszt ok. 30 pln miesięcznie przez pierwsze trzy miesiące, ale do tego
muszę 36,60 płacić za utrzymanie linii. I niby neostrada jest niezależna od TP
SA. A domowy net znów godzinę ładuje jedną stronę. I pewnie znów się dowiem ,
że to wina mojego komputera. Ciekawe, że miesiąc temu nie było takiego
problemu.
Do kompletu radości okazało się, że pracodawca Marcepanka tym razem błysnął
dowcipem i zapewnił im nocleg w…domkach kempingowych! W listopadzie. W
Szwecji. Z wychodkiem na podwórku.  Gdyby
to ode mnie zależało- nie pozwoliłabym mu jechać, ale się uparł, że na miejscu
wywalczy zmianę zakwaterowania.
I nie dziwota, że mnie dziś złość roznosi…

Misz – masz czyli groch z kapustą

Znów wspólne zakupy w …

Znów wspólne zakupy w ulubinym sklepie. Wózek wyładowany po brzegi , ledwie się toczył. Portfel został poddany drastyczniej kuracji odchudzającej. Niechybny znak, że znów czas pożegnania.
"Taki to już los nasz będzie ?"
Pierwszego dnia po przyjeździe nie mogę się nacieszyć, w okolicy piątego zaczynam się niecierpliwić, bo dezorganizuje mi życie, wprowadza nieład w moje nawyki, siódmego zaczynam się przyzwyczajać, dziesiątego lubić…I wtedy nadchodzi czas jego wyjazdu. I mój starannie budowany świat znów się zapada.
Chyba coraz mniej mi się to podoba.
Tak, teraz sytuacja jest jakby lepsza: praca dostarcza mi satysfakcji lecz nie za wiele stresu, hormony jakby się uspokoiły więc nie dręczą żadne PMSy, Miśka też jakoś powoli przywyka, że matce guziki nie działają…
Staram się polubić to, czego zmienić nie mogę, dostrzegam plusy w tym naszym oddaleniu, ale..tak fajnie się razem sprząta albo robi zakupy, albo zwyczajnie spaceruje po lesie.
Ostatnie dwa tygodnie zleciały jak z bicza strzelił, nawet nie wiem kiedy. Zwłaszcza te godziny w pracy mijają ostatnio coraz szybciej, pewnie za sprawą coraz większej ilości spraw, którymi trzeba się zająć. Z sześcioosbowego składu została połowa. Jedna na mcierzyńskim, Żaba chora, Madzia na urlopie, zostałyśmy we trzy: Ruda ,Stażystka i ja.  Capo di tutti capi by Madzi pewnie nie puścił, ale zwyciężył argument o kupionych biletach na samolot. Żaba po zabiegu w sobotę wyszła do domu, a ten już w poniedziałek nerwowo dopytywał kiedy ona wróci. Administracyjny , dziś wyjatkowo w dobrym humorze, błysnął żartem :
– Mam nadzieję, że najważniejszego jej nie wycięli.
Stłumiłam warkot i powiedziałam słodko :
– Z tego co wiem głowę jej zostawili, oraz obie ręce…
Palant. Pierwszego dnia jak przyszłam do pracy i stałam w kuchni z połową administracji, czekając na zagotowanie wody na kawę, wszedł i warknął czy nasz dział nie ma swojego czajnika. Żaba z Madzią wzruszyły ramionami, mnie oczywiscie spłoszyło. Przebywania w kuchni unikałam odtąd jak zarazy. Na kawę, mleko i cukier mnie stać, czajnik mam w pokoju, niech się wypcha tą kuchnią. Przedwczoraj zaszedł i zapytał czemu mnie nie widuje.
– To chyba dobrze, co ? – zapytałam- Jak pracownika nie widać: znaczy siedzi przy biurku i pracuje…
– Bo pan na nią nakrzyczał pierwszego dnia – przypomniała mu Madzia taktownie.
– Eeee, pewnie miałem zły humor- tłumaczył się. – Ale oczywiście, że kuchnia jest dla wszystkich.
I dziś zostałyśmy we trzy. Stażystka, która jest krócej niż ja, Ruda, co pracuje chyba z rok i ja…Oj, będzie się działo – pomyślałam. I słusznie. Stażystka siedziała u siebie i robiła swoje, Ruda miotała się z klientami i opłatami. Ja tkwiłam nad listami płac i za wszelką cenę starałam się robic to dobrze.  Od poniedziałku odpieram coraz natrętniejsze pytania "a kiedy pójdą przelewy". A termin jest na ostatni dzień miesiąca. Dziś co prawda nie usłyszłam, ale poczułam gestniejącą ciszę wokół mnie jak odważnie powiedziałam, że w poniedziałek. Zwaliłam na Żabę i Capo, że tak kazali, bezczelnie licząc, że pani nie poleci pytać.
Ruda tymczasem, która z racji zasiedzenia chocby powinna wiecej wiedziec i znać, co chwila mnie odrywała  bo czegoś nie wiedziała. Ale jak rzuciła mi polecenie :
– To wypiszesz ta fakturkę – to się lekko zagotowałam. Chyba ten rozkazujący ton mi się nie spodobał bo panna mogłaby być moją córką.A może po prostu nie lubię polityki "weźmiemy się i zrobisz". O kochana, nie ma tak…ja nie umiem, ty nie umiesz, nie będziemy "Ewelinki" – załozone raczki, buzia w ciup ‚ nie zrobiłam bo nie umiem". Poczekałam az pójdą stojący klienci.
Wyciagnełam segregator z fakturami.
– W jakim programie robicie faktury ? Odpalaj-  zakomenderowałam stając nad nią z dłonia na jej ramieniu. Ruda odpaliła i łaps za telefon:
– Zadzwonię do Żaby.
– Czego do Żaby, najpierw zobaczymy czy same nie zrobimy, to nie może być trudne…- powstrzymałam ją. Znów ktoś stanął przy okienku.
– Dobra, obsłuż, wrócimy do tego za chwilę. – wykazałam się łaskawością.
Miała szczęście Ruda, bo sprawa wymagała konsultacji z Madzią to i o tę fakturę zpytała. Ale zrobiła ona. A nie ja.
Proszę, nawet asertywna potrafię być. Może choroba Żaby dobrze mi zrobiła ? Zmusiła mnie do zmierzenia się z własnym "nie umiem", "nie mam odwagi".
jak Żaba wróci zobaczymy jakie byki popełniłam. Mam nadzieje, że to będą całkiem malutkie byczki…

A przy okazji : uściskajacie dziś wasze nierodowodowe pieski, bo dziś jest Dzień Kundelka. Własnie rozważam, czy dać P-Suni pętko kiełbasy z tej okazji.