Małe tęsknoty – sponsor dnia dzisiejszego

<div …

Jak dzwon który zaledwie tylko tknąć a już śpiewa


Jak zabłąkanych ptaków głos


Jak liść przez chwilę piękny nim go wiatr strąci z drzewa


tak w nas głęboko skryte śpią



Małe tęsknoty krótkie tęsknoty


znaczące prawie tyle co nic


nagłe i szybkie serca łopoty


kto by nie znał ich

a bo…tak mi jakoś.
Małe tęsknoty. Jakieś urazy i smuteczki i obawy.
Czyjeś milczenie. Czyjeś słowa.
Moje jestestwo zachowuje się jakby zrzuciło stary naskórek, a teraz nagie i nadwrażliwe kuli się pod dotykiem innych.
Z rzeczy dobrych, które w takich razach koniecznie należy sobie przypomnieć:
Fajna rozmowa z synem. Zapamiętać koniecznie : mam fajnego syna. Mądrego, z ogromnym poczuciem humoru, z samokrytyką na miejscu. Tylko czasem on sam o  tym zapomina i trzeba mu przypomnieć. Zwłaszcza jak ogarnia go złość.
Córcia. Coraz częściej zamiast kłótni i stawiania na swoim po prostu wypracowujemy kompromis. Jak się wściekam o bałagan to ona przez kilka dni sprząta.
Przyjaciele. Przecież są i to wcale nie mało. To nic, że może nie tak blisko. To nic, że są nieidealni. Są. I to ich największa zaleta.
Perspektywy…
albo lepiej nie. Bo w tle perspektyw pojawia się strach o to co to będzie.

Nie wiem czemu mi nijak. Może to rajzenfiber ?

Dziś znów szwedzki na 19. czyli trzy godziny wędrówek po mieście i powrót do domu o 21:30. A jutro wyjazd "na zaświatku" (przeczytałam to kiedyś w jednej książce, w której moje miasteczko wymieniono pełna nazwą)  Na zaświatku. Będę przez okno autobusu patrzyła jak wstaje słońce. A potem jak idzie spać.
…a tak się marzy pusta plaża nad morzem.  I głos mruczący do ucha  piosenkę Gary’ego Moora. Still got the blues for yuo.




Nie wiadomo skąd zjawiają się zakatarzone

wyproszą łzę i żalu łut

posiedzą podumają i jak gość nieproszony

nim się rozwidni znikną już



Małe tęsknoty krótkie tęsknoty

znaczące prawie tyle co nic

nagłe i szybkie serca łopoty

kto by nie znał ich



Małe tęsknoty ciche marzenia

zwiewne jak obłok kruche jak dym

nieodgadnione w nas duszy westchnienia

kto by tam nie znał ich …

Drut w oku

Około 10 zaczęło mnie …

Około 10 zaczęło mnie dźgać rozpalonym prętem w prawe oko. Dwa apapy nie dały absolutnie żadnego efektu. Słoneczko gadu zaczęło denerwować. Dźwięki miały natężenie jak przy starcie samolotu…
Poszłam do domu. Przelazłam przez Stare Miasto, bo nie miałam siły czekać 20 minut na autobus. Kupiłam bukiet żonkili za sześć złotych. W busie zaczęło się ziewanie, łzawienie i kapanie z nosa.
Spałam całe popłudnie. Nie poszłam na szwedzki.
Kot spał na mnie.
W końcu drut się cofnął…
Ugotowałam zupę z kalafiora i brokuła.
Teraz bym zjadła coś kwaśnego. I słodkiego. Najlepiej cytrynę z cukrem. Mniam. Nie mam cytryny. I cukru nie za wiele.
Po takich atakach wstaję i się dziwię, że świat taki piękny, jakbym go widziała po raz pierwszy na oczy. Jakby mu się kolory wyostrzały.
Ciekawe co ja będę robiła w nocy?
A w sobotę jadę do Warszawy.
Do Marzenki.
I do Eli.
I jeszcze do kogoś. Do kogoś kogo zobaczę po raz pierwszy choć tak dobrze ją znam.
Już nie mogę się doczekać.

Długi weekend

We czwartek było słońce….

We czwartek było słońce. Przyjechała Aśka z córką i jej koleżanką i poszłyśmy na wystwę psów. Nie naładowałam baterii i niewiele zrobiłam zdjęć. Najbardziej byłam o zła na siebie na pokazie agility, bo była Ewa ze swoim hovawartem. Ech…a było na co popatrzeć.
Po powrocie z wystawy, gdy Aśka piła kawę, ja kombinowałam obiad, co nie było łatwe. Kiedy we środę wyszłam z pracy w sklepach nie było już chleba, surowego mięsa, wędliny innej niż salceson i mielonka drobiowa. W Alfie w spożywczym kolejka ciagnęła się aż do nabiału, a lady wyglądały na opustoszałe. No więc obiad był z gatunku kombinowanych i bardziej służył ukojeniu mojego sumienia niż napełnienia żołądków. Sphagetti z produktów kupionych w jedynym czynnym sklepie było łagodnie mówiąc- mało smaczne.
Aśki dziewczyny ( obie lat 8 ) hałaśliwie bawiły się z P-Sunią co bardzo zdenerwowało kota. Kocio nauczył wszystkich, że w JEGO domu to się siada grzecznie w jednym miejscu,  nie lata i nie wrzeszczy. Wtedy Gospodarz może spokojnie usiąść na przeciwko i pilnować. A jak upilnować dwie krzyczące Strzygi ? Kocio się przecież  nie rozerwie, a co  ma zrobić jak jedna krzyczy w pokoju a druga leci do kuchni? Zdenerowował się, jadem pluć zaczął, syczał, prychał i warczał cały najeżony z ogonem jak szczotka. Nawet ostatni plasterek polędwicy , wyjęty przez Pańcię niemal spod serca Kociowego stresu nie ukoił. W końcu trzeba było biedaka odseparować od towrzystwa za drzwiami łazienki. Przynajmniej miał pewność, że do jego kuwety żadna Strzyga mu nic nie podrzuci. O miskę był spokojny bo wcześniej sam ją pracowicie wylizał.
Jak się towarzystwo zebrało do domu to się okazało, że czytać nie ma co, a w telewizji jakieś beznadziejne filmy z azjatami. Na wszystkich dostępnych kanałach.
W akcie desperacji zrobiłam to, do czego się przymierzałam już dawno : wywaliłam z kuchni starego "gołegoleona". Gumoleum, w  końcówce lat osiemdziesiatych, zostało mi wspaniałomyślnie darowane przez administrację. Uznałam, że z dwojga złego wolę łyse kafelki szamotowe niż dziury i zadziory z poczepianymi ciągle kotami z kurzu i kłaków.
Kafelki szamotowe jako podłoga w kuchni wystpują chyba tylko w moim bloku, który w latach pięćdziesiątych był stawiany jako pierwszy i eksperymentalny…Czasem miałam marzenie żeby załpac tego radosnego socjalistycznego twórcę i kazać mu tu zamieszkać  na rok…
Po wyrzuceniu "leona" okazało się, że wcale nie jest lepiej. Mimo, że bez dziur…I z tą pozytywną myślą poszłam spać.
W piątek wstałam napełniona optymizmem, że jak ludzie we środę wykupili wszystko, to w piątek już kolejek nie będzie i spokojnie kupię coś do jedzenia. Optymizm był jednak nieuzasadniony. Nawet lejący deszcz nie powstrzymał tych tłumów  w  sklepach. Nie wiem : przez  jeden dzień zeżarli wszystko  czy też były to ofiary losu, takie jak ja,  co się  we  środę nie załapały ? Na  szczęście była czynna biblioteka.  Pani  łaskawym gestem wskazała mi półeczkę z nowościami. A tam na około dwadzieścia pozycji tylko jedna polska i jedna europejska. Reszta amerykańska.  Nie lubię amerykańskich powieści.  Problemy jak dla mnie opisują ni z góry ni z chmury, do tego ten nachalny patriotyzm i hurra optymizm albo nieuzasadnine bolączki egzystencjalne.
No, nie lubię. Wyraziłam moje zdanie głośno, na co pani :
– No bo przedstawiciel jak przyjeżdża to ma to w ofercie…
O matko kochana! One tam mają internet! A bazują na przedstawicielu…
Na szczęście  znalazłam kilka ciekawych pozycji. W tym "Słońce Scortów" Laurenta Gaude. Na deszczowy weekend – książka pełna słońca południa i mrocznych dusz. Miód.
Kawę u Basi piłam dwie godziny, z czego pół poświęciłam na zabawę z Szymonem lat trzy. Wszytsko fajnie, ale już wiem, że z kręcenia się na krzesełku zdecydowanie wyrosłam. Po trzech obrotach zafundowanych mi przez Szymona błędnik mi zaczął robić figle. Ma dziecko talent, wiedziało czym unieszkodliwić koleżankę na dłuższą chwilę.
W drodze do domu, idąc przez rynek kupiłam chodnik "wiejski" do kuchni. Oraz odkryłam, że gumaki są wcale nie drogie a nawet występują w innym niż czarny i zielony kolorze. Poszukam sobie żołtych i będę w nich do pracy jeździć. Może nareszcie nie będę miała mokrych skarpetek.
Chodnik oblicza kuchni niestety za mocno nie poprawił.
W sobotę byłam na wsi.Deszcz przestał lać, już tylko kropił i siąpił. Zrobiłam zdjęcie kościoła. Pooglądałam świeżo posadzone drzewka: brzozy i dęby. Pobawiłam się z Antkiem, popławiłam w ciepełku domu, poglądałam sceny z życia wiejskiego w postaci stada krów galopującego przez posesję moich przyjaciół. Ala z filozoficznym spokojem oznajmiła :
– Jak się mieszka na wsi to trzeba się z tym pogodzić…
Wcale nie chciało mi się wracać…Za to zasnęłam jak kamień tuż po dzisiątej.I wcale nie chciało mi się wstawać, tylko ten Koci Budzik mnie zerwał.
Bo dziś już niedziela. To znaczy, że jutro praca. I Hrabina. A potem  szwedzki i późny powrót do domu. I we środę też. I niewykluczone, że w piątek.
Chyba chciałabym być obrzydliwie bogata. Żeby nie musieć pracować.
Nie wiem co będę robić. Nie mam planów. Pewnie to, co w każdą niedzielę:  czytać, obiad, spacerować z psem, oglądać seriale.

Pitu- pitu czyli kwiatek za 1600

<p …

Najpierw się zarzekałam :
– O nie, nie ma głupich, w tym roku w żadne pitolenie nie dam się wrobić.
No bo tak :
robienie pita to właściwie żadna robota zwłaszcza jak się ma na komputerze
program. No to wstyd za żadną robotę brać pieniądze. Tym bardziej, że  nigdy nie mam pewności, że to co zrobiłam
bezbłędne jest i nikt się do najmniejszej kropki przyczepić mógł nie będzie.
Dobra, Odwodnik, wiem co powiesz- że perfekcjonistka jestem. Obawiam się, że
masz rację, niestety. Błędy wybaczam innym, ale nie sobie.
No więc postanowiłam, że absolutnie nikomu : tylko Marcepanka i swój. A i
Miśki. Znaczy – tylko tym najbliższym. No, ale potem Baśka powiedziała, że
właśnie mi wysłała kwity. No to zrobiłam, bo Baśka to siostra moja jedyna, i
błędy mi wybaczy jakby co. Mam nadzieję, że w tym roku siostra nie przegapiła
terminu składania, jak to było dwa lata temu. Potem Szwagier –pasożyt
powiedział, że to przeze mnie stracili nadpłatę, bo w picie błąd był .
Potem zadzwoniła Ala z pytaniem czy bym im nie pomogła. No jakbym mogła odmówić
– Ala to przecież przyjaciółka z lat dawnych. Nakłoniłam do odliczenia ulgi na
Antka oraz na rozliczanie się z dzieckiem skoro wg ustawy może. Ala trzęsła
portkami, ale skapitulowała przed agitacją w postaci złotówek.
Potem przyszła Żaba i zapytała czy chcę fuchę, ale za darmo. Bo ona czasu nie
ma, a jeden z naszych pracowników prosi. No to też zrobiłam, bo Szefowej się
nie odmawia, a już na pewno nie odmawia się Szefowej, która dłubie w bilansie,
a już na bank nie odmawia się Szefowej jak nienajgorsza jest i zamiast kazać
grzecznie prosi. Zrobiłam, bez emocji, bez stresu, bo prościej być nie mogło,
odniosłam do Żaby i udawałam, że to nie ja.Zaraz potem przyszedł następny pracownik, ze słowami, że pani Żaba to go
do mnie odesłała…No dobra- wzięłam jak moje. Ledwie wrzuciłam w program – omal
się nie zabiłam dziurkaczem. Dopłata 12 tys. Oczy mi urosły, nerwowo
sprawdziłam czy odliczyłam wszystko jak trzeba. Odliczyłam. Cholera- to może
gość próg przekroczył, a ja mu 19 % liczyłam ? Nie. U mnie nie przekroczył. I w
żadnym innym z kilku miejsc pracy…Aaaaa, znaczy – albo nie wiedział, albo
chciał być cwańszy niż ładniejszy i teraz go będzie bolało – uspokoiłam się
wreszcie. „Kolega z pracy” przyszedł, na niedopłatę zareagował spokojnie :
– A tak, wiedziałem, że mniej więcej tyle będzie .
– To ja się inaczej odwdzięczę – obiecał, gdy odmówiłam przyjęcia zapłaty i
zaproponowałam w zamian za to przekazanie 1% procentu. Jeszcze tego nie zrobił
i pewnie nie zrobi. I co mu szkodziło ten 1 % przekazać ? Nie, bo już go raz za
to kontrolowali i się boi.
Kwiecień się kończy, pomyślałam któregoś dnia i ucieszyłam, się, że tak ładnie
z obietnicy danej samej sobie się wywiązałam w tym roku.
Zaraz potem przyszedł Grześ i rzucił we mnie kalumnią, że jego pit 11, zrobiony
przeze mnie, jest z błędem. Sprawdziłam. Było dobrze. Ale Grzesia znajomej
wychodziło 300 złotych dopłaty. Wrzuciłam do swojego programu i wyszło 3 złote
nadpłaty. W tej sytuacji Grześ przychylił się do mojej wersji.
Wczoraj przyszedł Muchomor. Bo jego Żaba też odesłała do mnie. Niemal widziałam
go jak tańczy przede mną niczym P-Sunia. Na dwóch łapkach, przebierając
przednimi. Bo to kobieta, bo sama dzieci wychowuje, bo mąż jej zmarł dwa lata
temu, a jedno dziecko chyba chore…
Potem zadzwoniła Marta. Bo jej wychodzi 4 tysiące dopłaty i czy to możliwe ?
Najpierw analizowałam sprawę przez telefon, ale jak mnie zapytała :
– Jakie koszty uzyskania ? – to kazałam sobie kwity dostarczyć pod Alfę.
Potem wieczorem, jak już wróciłam, rozwiązałam jeszcze jedną pitową zagadkę
przez telefon. No, ale jak się pita robi pierwszy raz w życiu, a ma się tylko
22 lata to można nie umieć.
I to już chyba wreszcie wszystko.

A dziś dostałam kwiatka za 1600 złotych. Od Marty. Kwiatek nazywa się fi(s)kus.

Wiosny ciąg dalszy

Byłam wczoraj na spcerze…

Byłam wczoraj na spcerze koło zamku. Z aparatem – zdjęcia będą dziś, albo jutro.
Wiosna się rozszalała temperaturowo i kwieciście. Co żywe zieleni się i kwitnie na potęgę, jakby przetrwanie gatunku od tego zależało. ;))
Już Marcepanek mnie nie poszczuje wieściami typu :"U mnie upał, właśnie jem śniadanie na tarasie" jak to ostatnio miewał we zwyczaju. Teraz i ja  będę sobie mogła pozwolić na spokojne wypicie porannej kawy na balkonie. No dobra – widok z jego pracowego tarasu jest o niebo ładniejszy niż mój z domowego balkonu, ale w końcu temperetura dogoniła tę niby chłodną północ.
Piątek w Fabryce jakiś dziwny jest . Mam uczucie, że przez to słońce za oknem każdy już myśli tylko o tym, żeby opuścić jak najszybciej te grube mury. Co nie wykluczone, że się spełni i to nawet bardziej niż sobie życzymy. Możliwe, że zaraz nas ewakuują, bo jakaś ściana podobno pękła. Ha! Ciekawe czy w tej sytuacji będę miała gdzie w poniedziałek iść do pracy? Nie, no bez wygłupów, w poniedziałek to ja bym chciała przelewy z wypłatą wypuścić bo w portfelu przeciąg …Żeby było weselej to w lodówce też. Czy to naprawdę musi iść parami ?

Z dylematów zyciowych dręczy mnie dziś jedno :
Okulary zakładamy bez większych oporów, a czasem nawet ze śpiewem na ustach.
Dlaczego zatem mamy opory w odniesieniu do innych protez ? Aparaty słuchowe kryjemy pod włosami, do zastępczych zębów to już w ogóle się nie przyznajemy. Czy to naprawdę aż taka różnica który zmysł nam szwankuje ?

Wiośniane

Nadeszła wreszcie…Pani…

Nadeszła wreszcie…Pani powolna, pani kapryśna, pani kwitnąca. Wiosna. Rozlała się słońcem po kałużach, cieniem po zaułkach, kwiatami na załomkach murów i skwerach. Przyszła, długo czekana, wytęskniona , wymodlona niemal. Przegląda się oczach dzieci, migocze radośnie w strumieniach.
Wiosna, wiosna ? Ech to ty…
Ciekawe jak długo zostanie ? A niechby i jak najdłużej. Mimo alergii, piekących oczu i siąpiacego nosa(mojego oczywiście), który wyraźnie denerwuje Hrabinę bo wczoraj zażądała, bym "coś " z tym zrobiła. Jak zawsze w takich sytuacjach straciłam refleks i nie przyszło mi do głowy żeby powiedzieć, że to efekt alergii na jej towarzystwo lub cokolwiek innego, równie miłego, np. na temat jej hałaśliwego śmiechu. Może też by mogła "coś" z tym zrobić?
Zdaje się jednak, że przeliczyłam się z własną odpornością psychiczną na Hrabinę, bo zaczynam o pracy myśleć z coraz większą niechęcią. Ale  jeszcze tylko 159 dni i 23 godziny…
Pies trącał Hrabinę, dziś środa, jeszcze tylko dwa dni i weekend, a potem znów tylko trzy dni i długi weekend. Pojechałabym dokądś, ale niestety portfel i konto jakimiś przeraźliwymi pustkami świecą i nie naprawi się to nawet po wpłynięciu mojej wypłaty.
Marcepanek pierwszą szwedzką wypłatę dostanie dopiero 25 maja. Ciekawe czy do tego czasu uda mu się otworzyć tam konto i dostać dwie karty do bankomatu?
Po za narzekaniem, to dzieją się dobre rzeczy,  jak już będę mogła to się pochwalę, a na razie staram się nie paplać, żeby nie zapeszać. Wychodzi mi to z różnym skutkiem. Na wszelki wypadek – trzymanie kciuków wskazane.
Szczypior już po testach, melduje, że były łatwiejsze niż te próbne. A tak naprawdę to zobaczymy w połowie czerwca.
Idę sobie, bo słońce takie, że aż żal siedzieć w murach. Posiedzę na ławce na Starówce, będzie miło, choć może nieco samotnie…

Odkopać hobby

Deszczem zaniosła się …

Deszczem zaniosła się Warmia.
Pada, mży, siąpie, leje, kapie.
Zimno i zimno, w miejscu nieba szara szmata…
Dobrze choć, że przyroda nie próżnuje – drzewa owocowe zaczynają kwitnąć,  ptaki śpiewają jakby zgiełk miasta przekrzyczeć chciały.
Tylko tego słońca mało i mało.
Wyszło we wtorek i środę i znów się schowało.
"Słoneczko nasze rozchumurz buzię
bo nie do twarzy ci w tej chmurze
słoneczko nasz rozchmurz się
maszerowac z tobą będzie lżej"-
śpiewałam kiedyś wraz z koleżankami z zespołu Marionetki. Na występy szkoła zafundowała nam białe bluzki i spódniczki czerwone w białe kropki. Wszystkie niestety w jednym rozmiarze. I tak moja spódniczka ledwie mi tyłek zakrywała, ale ponieważ była mocno za luźna, nosiłam ją opuszczoną nisko na biodrach. Bluzka z to na odmianę była za ciasna w wiadomym miejscu, więc zamiast niej wkładałam koszulkę gimnastyczną. ( Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że kiedyś w szkole na WF obowiązkowo zakładało się czarne majtki z gumami nieco niżej niż pachwiny, nazywało się to szorty i obowiązkowo było z błyszczącej tkaniny typu podszewka czy safian. Do tego nosiło się białe, bawełniane koszulki z krótkim rękawkiem i okrągłym wycięciem).
…tak sobie smętnie wspominam moją odzież na różne okazje i wychodzi mi że odkąd wyrosłam w dziecięctwa skazana jestem na noszenie ubrań z gatunku " z braku laku".
20 kilo temu, gdy moja waga wykazywała złośliwie bilans mocno ujemny (co najmniej 13 kg za mało) nie mogłam chadzać w spodniach bo zawsze zwisały mi na tyłku. Lycry wtedy nie znano w Polsce. Za to bluzki mi się dopinały i pacha była pod pachą a nie w pasie. Zrezygnowałam ze spodni na rzecz spódnic, choć z nimi też nie było łatwo. Te w sklepach były "starobabowate" – proste, gładkie, do półłydki z obowiązkowym rozcięciem z tyłu. Do takiej to tylko buty na szpilce oraz trwała na głowie. Szpilek i trwałej też nie lubiłam. A spódnice marzyły mi się sute, marszczone, kolorowe, z wielkimi kieszeniami, takie żeby pasowały do butów typu "łapeć" albo kamasz. No, elegantka byłam, tyle, że nieco niekonwencjonalna.
Pierwszej, uszytej przeze mnie spódnicy nie pamiętam. Może to była ta w błękitne irysy z żółtymi środkami ? A może ta ciemna, w wianuszki drobnych kwiatków, półprzezroczysta, do której nosiłam halkę z haftem angielskim ?  Przerobiłam ją  z  długiej do ziemi, na taką za kolano,  obcinając górę  i wciągając gumkę, żeby się marszczyła.
Potem poszło…Miałam całą kolekcję spódnic : wszystkie niby szerokie i  marszczone, a każda inna. W kratkę, w pasy, w kwiaty, z kieszeniami, bez…Potem była niebieska, lniana sukienka z wycięciem w szpic na plecach (bo moda była na dekoldy z tyłu) oraz bluzka w trzy pasy o różnych odcieniach różu.
W sklepach nie było zbyt wiele, ale bywały materiały, z których szyłam. Nie było zamków błyskawicznych więc robiłam zapięcia na guziki. Nie było gumek – to wypruwałam je z innych części garderoby.
Właściwie jak sobie przypomnę to wszystko trzeba było kombinować i jakoś prędzej czy później zawsze się skombinowało. Tylko jednego nigdy nie udało mi się zdobyć : maszyny do szycia. Wszystkie moje ciuchy szyłam ręcznie. Miałam wprawę i chyba dryg. Ciuch na bal dożynkowy wyczarowałam dzień przed balem- skróciłam spódnię, uzyskany w ten sposób pas materiału przyszłam do dołu bluzki, odpowienio umarszczywszy bo akurat modne były baskinki…
Moje ubrania może nie były perfekcyjnie wykonane, ale za to były oryginalne. Miałam pewność, że nawet na największej imprezie nie będzie dziewczyny ubranej tak samo jak ja.
Pomyślałam, że w związku z trudami w zaopatrzeniu się w odzież któraby mi odpowiadała powinnam wrócić do dawnego hobby.
Czy ktoś ma może na zbyciu maszynę do szycia ? Chętnie przygarnę.

Ot tak…

Nigdy nie byłam …

Nigdy nie byłam najlepsza matką. Tak o sobie sądziłam.
Bo :
– nie bawiłam się z moimi dziećmi
– nie miałam cierpliwości
– nie miałam czasu albo nie chciałam go mieć
– nie dałam im wielu rzeczy które były im potrzebne
– czasem się na nie złościłam i krzyczałam.
Ale z drugiej strony :
– one czasem były naprawdę nieznośne
– nie słuchały
– marudziły
– nie uczyły się
– nie chciały pomagać w domu
– miały wygórowane wymagania
– były do mnie niegrzeczne

A jednak…
Moje dzieci to najlepsze co mogłam od życia dostać.
Są : inteligentne, zdolne, zdrowe, pogodne, otwarte, wrażliwe, dowcipne i miłe. Kocham je takimi jakie są i za to , że są. Tak po prostu.
Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy nie doceniają skarbu jaki mają.

Wrednieje mi charakter?

Człowiekowi to naprawdę …

Człowiekowi to naprawdę mało do szczęścia trzeba…
Wczoraj zmieniłam miejsce "zapracowania". Znaczy pokój, nie Fabrykę. teraz mam jedyne, wyjątkowe i niepowatarzalne szczęście siedzieć w pokoju w którym od nielubianej Hrabiny dzieli mnie półściany ceglano-szklanej. Bez możliwości zamknięcia drzwi.
Wychodząc naprzód koleżeńskim niesnaskom przyznałam się do krótkich planów w temacie zasiedzenia i zaproponowałam, że w związku z tym to ja się skażę dobrowolnie na to towarzystwo. Smaczku aferze dodaje fakt, że Żaba uprzednio cichutko zapytała
– To co, losujemy która?
I wtedy ja się wyrwałam. Że też mi jęzora nie odebrało…Wczoraj dzień był z gatunku sądnych.
A dziś rano…
A dziś rano uświadomiłam sobie, że Hrabina też mamrotała pod nosem do innych różne inwektywy na temat zmiany towarzystwa. Z czego wniosek, że też nie jest zachwycona. W związku z tym, mnie się od razu sytuacja zaczęła podobać. Bo ja wiem , że to tylko kilka miesięcy, a ona nie. I mogę się cieszyć na myśl ile jej krwi zepsuję.
Człowiek to naprawdę byle czym się cieszy…

List, którego nie wyślę

bo wiesz…
tak …

bo wiesz…
tak właściwie to ja bym chciała, chyba nawet bardzo, bo jakoś nie miałam okazji zrobić tego we właściwy sposób, bez zapierania się w sobie " jakoś to będzie". Nie chcę "jakoś". Chciałabym , żeby to było święto od początku do końca, poczucie, że oto dotyka mnie (nas!) coś niezwykłego, coś o czym tak wielu ludzi może tylko marzyć.
ale wiesz…
ja mam tyle lat ile mam. Ty też nie młodniejszesz. Starość się zbliża coraz szybciej, a wraz z nią zagrożenie różnymi chorobami.
a jeszcze wciąż jest , cholera, bagaż wspomnień, a ty wiesz, że one w większości nie są najmilsze, w większości są nawet bardzo złe. To nie dziw sie, że się boję, że mi czasem oddech utyka w gardle, bo nie wiem jaka bym była ani jaki ty byś był.
no i jeszcze wiesz…
los wylosowalismy raczej ten z gatunku pustych. jesli coś nam ten los daje to częściej kłody pod nogi niż płatki róż i ja się boję także i tego, że jakby się okazało, że my że sobą już umiemy to, że przewrotny los cos nam nagmatwa.
a ja bym tak chciała, jeden jedyny raz przeżyć coś takiego wspolnie z tobą i z radością, entuzjazmem, przekonaniem, że nic się nie kończy, a tak wiele zaczyna.
…a będzie co ma być.