Życie zaczyna się po … ?

W czwartek, akurat …

W czwartek, akurat stałam przy kasie w sklepie, gdy zadzwonił mi telefon. Żaba.
– Słuchaj- wychrypiała, a ja wiedziałem już co powie dalej i się nie pomyliłam.
– Umieramy z Guśką na katar.
Zatem piątkowa impreza została odwołana. Z jednej strony trochę mi żal, z drugiej myśl : o, fajnie! Miśka znów wybywa, wolna chata , wolny komputer – ta noc będzie moja!
Piątek w pracy sączył się niemrawo. Dyrektor administracyjny oszczędza na ogrzewaniu, w związku z tym w pokojach chodzą grzejniki, a na korytarzu i w toalecie lodówka. I od razu efekty: Madzia Mała-chora, Madźka-chora, Żaba-chora,  Andrzejek-chory. Andrzejek przyniósł zwolnienie do piątku za tydzień. Szliśmy razem z sekretariatu, gdy się nagle zreflektował :
– Ojej! To my się już nie zobaczymy.
No faktycznie, cholera. A ja go tak polubiłam. Nie dość, że najładniejszy chłopak w Fabryce, to jeszcze dziwak, co to np. Chłopów czytywał dla przyjemności. Kochający Trylogię, napadł mnie kiedyś pytaniem o imię Bohuna, a że je znałam, to chyba zyskałam w jego oczach.
Padliśmy sobie w objęcia. Ucałowałam go szczerze i czułam jak szczerze mnie przytula. Kurde! Człowiek musi się z pracy zwolnić, żeby poczuć, że jego sympatie są odwzajemniane…Inna rzecz, że w żadnej pracy nie miałam takiej sytuacji, że polubiłam i związałam się emocjonalnie z większością pracujących…
Tymczasem na korytarzu trwało malowanie lamperii, czego efektem był wszechobecny smród farby, a mój Kosmita zaczął wybudzać się z hibernacji, w której trwał od kilku tygodni. Poczułam dwa kopnięcia w prawą stronę czaszki i zażądałam otwarcia okna.
Z pracy szłam piechotą. Z głupia frant zaszłam do sklepu. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo tam rozmiar XXL zwykle odpowiada przeciętnemu rozmiarowi 36. Ale zaszłam. I od razu, natychmiast, na wieszaku zobaczyłam moją kurtkę, którą widziałam w marzeniach. Drelich szaro-zielony. Pikowana od środka, do połowy bioder, z kapturem , obszyta białym "miśkiem". Ciepła, lekka, wygodna! Cudna. Dobra! I w dodatku po przecenie za 44,90! Cuda się jednak zdarzają.
No a potem, jak już siedziałam w autobusie to się zagapiłam na czule żegnającą się parkę. I coś mnie zaciekawiło w dziewczynie. Spojrzałam uważniej. Włosy, kurtka, torba…Miśka! A to ci dopiero. Na wszelki wypadek odwróciłam się od okna, co będę dzieci płoszyć. Chłopiec całkiem ładny, gdybym gustowała w osiemnastolatkach.
W domu bałagan. Pusta lodówka. Miska szykująca się imprezę co wykluczało z mojej strony jakiekolwiek ruchy, więc zasiadłam w fotelu z książką.
Wreszcie poszła. Zebrałam kubki ze stołu. Powiesiłam dwie pary majtek. Schowałam jeden sweter. Zaczęły się Gwiezdne Wojny. Poszłam do wanny. Potem do łóżeczka. Film do końca obejrzałam siłą woli. Ledwie pokazały się napisy opadłam na poduszkę. Ostatkiem świadomości wyłączyłam telewizor.
Miśki powrotu do domu nie słyszałam. Spałam do siódmej jak zabita.
Tak wyglądają piątkowe orgie …dziestolatki.

Prawie jak jelonki na rykowisku

Na pulpit w pracy …

Na pulpit w pracy wyciągnęłam z przepastnych czeluści komputera zdjęcie złotej jesieni. To było w zeszłym tygodniu, gdy nad głowami od świtu do nocy wisiały chmury jak stara szmata schnąca całe lato na płocie. Obrazek mnie zachwycił, bo jest na nim kolor żółty- mój ulubiony, i dróżka zasłana liśćmi i powykrzywiany wiejski płot. Kto ten się nie zdziwi, kto nie wie nich słucha.Uwielbiam jesień. Jesień od zawsze jest moją ulubiona porą roku. Wiosną, w kwietniu lub maju z jesienią konkuruje wiosna, bo wtedy mi się zdaje , że to ją (wiosnę) lubię najbardziej. Nigdy nie lubiłam zimy, bez względu na to czy śnieżna czy nie, a lato przestałam lubić odkąd kilka razy zapadłam na porażenie słoneczne oraz gdy z wagi piórkowej przeszłam w wagę hm…Powiedzmy : bardziej zbliżoną do normy.
Dziś, gdy patrzę za pracowe okno zza którego rozciąga się błękit jak oczy Marcepanka o poranku, na złote ( i nie chore) liście kasztana, na kolczaste kulki kryjące się w liściach, dziś nie mam najmniejszych wątpliwości : jesień i tylko jesień jest porą idealną. Zwłaszcza ta złota.
Dziś rano słońce wstawało w płaszczu z mgły, pola  w tym rozproszonym mgłą złoto-srebrnym świetle nabrały jakiegoś magicznego wyglądu, a pajęczyny na niskich świerkach pobłyskiwały migotliwie i srebrzyście. Czerwono migotały liście klonów, jabłka w sadach i owoce na krzewach głogu. Jesień maluje świat złoto-purpurową farbą, dodając tu i ówdzie brązową plamę  kasztanów, żołędzi i kapeluszy grzybów. "A wszystko to przepasane niby wstążką" zielenią liści.
Ciekawe czy dziś, na skraju lasu, znów będą się pasły sarenki…

Jeszcze tylko 6 dni

Czas płynie w takim …

Czas płynie w takim tempie, że czasem mnie zaskakuje. Wyjazd , który zdawał się tak odległy i nierealny jest coraz bliżej. W pracy zaczął się tydzień pożegnań, który zamierzam z hukiem i koleżankami z działu zakończyć w piątek parapetówą u Żaby. Coraz intensywniej odczuwam potrzebę podzielenia się całą wiedzą, pieczołowicie zgromadzoną przez rok. Człowiek nawet nie zauważa kiedy porasta w rzeczy materialne, a jeszcze bardziej nie zauważa gdy chodzi o te niematerialne. Moja następczyni przez kilka dni zasiadała przy mnie z miną tak zbolałą i cierpiącą, że w piątek miałam chęć powiedzieć :
– Wiesz, kochana, ja mam jeszcze kilka dni urlopu więc je wezmę , a ty sobie radź jakoś beze mnie…
Może moje myśli jakoś podświadomie wybrzmiały w jej głowie, bo dziś już się obyło bez min, choć kilka uszczypliwości się koleżance wyrwało.Heh. Traktuję z humorem bo jeszcze tylko sześć dni roboczych, więc zniosę. W końcu wytrwałam pół roku z Hrabiną w jednym pokoju przegrodzonym szklaną ścianą. W nowym pokoju z lodówką i kącikiem do śniadań, obiecanym nam przez Capo, już nie zamieszkam…
To moje odchodzenie z pracy ( i z różnych innych miejsc w życiu) kojarzy mi się ze stratą arcyciekawej powieści przed doczytaniem jej do końca. Mam świadomość, że nie poznam losu wielu osób, które mnie zaciekawiły. Pewnie- są maile, jakieś kontakty mi zostaną, więc się dowiem o różnych zdarzeniach, ale to tak jakby mi ktoś opowiedział zakończenie powieści. Niby wiem, ale jakoś taka wiedza mimo wszystko niepełna.
Tymczasem mija rok od chwili, gdy żegnałam się z K. Żegnałam się w poczuciu, że choć dokonałam wyboru i taką decyzję podjęłam, to nie jest to czego chciałam, że robię to z poczucia obowiązku i chęci lojalności wobec kogoś innego.
Rok temu nie potrafiłam sobie wyobrazić jak będę żyła dalej, więc na wszelki wypadek zadbałam o to bym nie miała szans na kontakt : wywaliłam bilingi, wywaliłam numer telefonu, skrzynki mailowe. Jednocześnie zostawiłam otwartą furtkę w drugą stronę. Nikt nie skorzystał z tej furtki. A ja dziś idąc do sklepu, w wilgotnym mroku, wciągnęłam nosem zapach jesieni i jakoś myśl mi poleciała w stronę K.  I naraz poczułam ulgę. Że już nie czekam, że nie wymyślam pretekstu by nawiązać kontakt, że nie wymyślam sposobu na okłamanie samej siebie. I zrozumiałam, że teraz to mam jedno marzenie : by K. już na zawsze został w mojej głowie jako wspomnienie – miłe, prawda- ale i przestroga. Wyzdrowiałam. Dziś wiem, że zrobiłam to dla siebie i jestem samej sobie, za to wdzięczna.
Dotarło do mnie to co słyszałam setki razy : życie jest TU i TERAZ.
Dlatego z uporem maniaka powtarzam sobie, że Kraina Trolli może być zesłaniem, a może być ziemią obiecaną. Tylko ode mnie zależy czym się stanie.
Dlatego uprasza się wszystkich życzliwych o trzymanie kciuków, by wiara we własne siły i zdolności kształtowania własnego losu została przy mnie nawet gdy przyjdą chwile bardzo trudne ( bo przyjdą).

Na wywiadówce

– Która godzina ? …

– Która godzina ? – zapytałam Anię wczoraj.
– 15. Chyba powinnaś się zbierać.
Zrobiłam minę spaniela. Złożyłam ręce.
– A nie mogłabym na przykład placu zamieść ? Albo może jakiś węgiel do piwnicy
trzeba wyrzucić ?
– Nie! – Ania była stanowcza. – Musisz iść na tę wywiadówkę.
Sadystka jedna… Cwana, bo dzieci ma w wieku żłobkowo-przedszkolnym. Ale jak
mus- to mus. W bramie zahaczyła mnie Marzenka jadąca autem
– Dokąd ? – zapytała przez otwarte okno

– Na wywiadówkę…Do Miasteczka
– To chodź, na dworzec cię podwiozę.
Tym sposobem w szkole byłam o 16:10. O dwadzieścia minut za wcześnie. Pętałam
się po szkole szukając właściwej sali w nadziei, że wychowawca Miśki będzie
gorliwie czekał. Nie czekał, za to coś szumiało i szeleściło za otwartymi
drzwiami sekretariatu. Zajrzałam.
– O cześć Kaśka ! – ucieszyła się na mój widok pani Jasia, odwracając się od
drukarki wypluwającej kolejne kartki. Obok nich ( Jasi i drukarki) stał  pan Henio – wychowawca Misi. Z Jasią
pracowałam jeszcze w PGRze. Ja miałam 20 lat, ona ze 40. Wg mnie ona była
zgrzybiałą staruszką stojącą nad grobem. Z tego okresu zostały jej maniery
iście pgr-owskie – między innymi bezceremonialne tykanie oraz wytykanie. Jak
teraz.

– O, coś tak spuchła ? – zapytała.

Wzruszyłam ramionami. Już mi się nie chce w tym temacie
dowcipnych odpowiedzi wymyślać.
– Wiek – rzuciłam jedno słówko.
– Co wiek ? Jaki wiek ? – oburzyła się. – Ty jeszcze młoda dupa jesteś.
– Taaaa…- oparłam się o futrynę. – Czy ja bym mogła z panem słówko przed
zebraniem ? – zapytałam pana Henia.
– Zaraz, dobrze, tylko tu dokończy – Jasia nie dopuściła pana do głosu. – Ty! A
ile ty masz lat? – pan Henio spojrzał z zaciekawieniem.

– Jak mi pani może zadawać takie niedyskretne pytania przy
mężczyźnie ? – oburzyłam się.

– Jakim mężczyźnie ? – zdziwiła się Jasia i powędrowała za
moim wzrokiem. Spojrzała na wychowawcę mojej córki.
– E, to przecież Henio – uspokoiła mnie. Henio dyskretnie udawał, że go tam nie
ma. W tej sytuacji nie było innego wyjścia.
– Zwykle mówię, że trzydzieści pięć…- zaczęłam nieśmiało
– No co ty! To byś nie miała córki w wieku maturalnym – nie uwierzyła mi.
Zeznałam więc prawdę. W tej chwili nauczyciel mojego dziecka rzekł :

– To już sobie pani poradzi , pani Jasiu ? To pójdziemy –
ruszył do sali, ja za nim. Otworzył, wszedł. Ja za nim. Usiadłam na najbliższym
krzesełku. Pan Henio tuż obok. Zajrzał mi w oczy i zapytał niedowierzająco acz
żarliwie
– Dziewczyno…! Naprawdę masz tyle lat ? Przecież wyglądasz na dziesięć mniej…

W godzinę później moja córka zapytała niedowierzająco :
– Tyyyy? Naprawdę poszłaś tylko z nim do sali ?
– No, a co ?
– Ja bym się bała…Henio to stary erotoman !– rzekła moja niewinna jak lelija
córeczka.
Westchnęłam. Potem jeszcze raz westchnęłam. Co będę bachorowi tłumaczyć, że to
tylko kolejny erotoman – gawędziarz czyli mówiąc z pgr-owska : jebak-teoretyk.

Niestety.

Chiquitita, tell me what’s wrong ?

Rano wgrałam sobie w …

Rano wgrałam sobie w telefon ABBĘ. Bo wciąż jeszcze jestem w klimacie Mamma Mia, a i coraz bliższy wyjazd do Szwecji jakoś mnie nastraja abbowo i muminkowo…
Kilka minut oczekiwania na Grzesia wyjątkowo spędziłam nie na nerwowym przytupywaniu, a na radośnie-rytmicznym do Chiquitity, którą lubię chyba najbardziej ze wszystkich piosenek. Grzesiek , odkąd zmienił samochód z czerwonego na granatowy( jak wiemy kolor jest najważniejszy) podjeżdża o 7:44, zamiast o 7:30. W efekcie w pracy bywam zwykle około dziesięciu minut spóźniona. Już uprzedziłam Rudą , że jakby tak kiedy Capo zjawił się o ósmej to ma mówić, że właśnie smsowałam, że się spóźnię. Grzesia  już nie zmienię, skoro nie udało mi się to przez 11 miesiećy to  przez 11 dni tym bardziej.
Dzisiejszy ranek, mimo Chiquitity nie zapowiadał sie optymistycznie.
Dyr.Adm dopytywał nerwowo czy ten przelew to juz poszedł.
Nie poszedł, bom najpierw czekała na fakturę a potem na Capo z podpisem. Powiedziałam, że wysłałam , ale nie mam potwierdzenia i…odpaliłam program bankowy.Modem powył, poćwierkał i pokazał mi środkowy palec. E, nie będzie mi tu jakiś modem pluł w twarz. Kliknełam raz jeszcze. Powył. Poćwierkał, napisał coś co ja tłumacze jako środkowy palec. Hm…No dobra. Żaba mówi, że jak coś nie wychodzi to trzyna wysiąść i wsiąść. Wyłączyłam program. Włączyłam. ( Bydlę uruchamia się jakieś 5 minut). Kliknęłam…Środkowy palec. Reset ? I w ten deseń przez godzinę.
Żaba posłuchawszy ćwierkania orzekła : nie łączy się bankiem , cos u nas. Grzesiek jej przytaknął.
– Ale taki sygnał to czasem mówi „linia abonencka uszkodzona”
– Nie – zakrzyczeli mnie- Mówi ” nie ma takiego numeru”
Grzesiek sprawdził linię. Działała.
– Może jednak na infolinię zadzwonię ?- zasugerowałam sięgając po słuchawkę. Znów mnie zakrzyczeli.
W międzyczasie zadzwonił Dyr.Adm, że przelew.Rozłożyłam bezradnie ręce.
– Jakaś awaria.
Dzięki temu Grześ na moje bankozłącze dostał priorytet. Dzięki temu objechał pół miasta w poszukiwaniu modemu, zamiast naprawiać wariującą centralkę. Kiedy już załozył nowy modem, kiedy swoimi sposobami stwierdził, że musi działać, a nie działa, nie pytając zadzwoniłam na infolinię i usłyszałam , że wszyscy konsultanci są zajęci. Poprzedni raz taki komunikat usłyszałam przy poprzedniej awarii.
Żaba zadzwoniła do oddziału Banku. Awaria serwera- usłyszała.
– Nie mów Grześkowi bo nas zabije- ostrzegła.
Grzesiek niestety zadzwonił z pytaniem
– I co ?
I nie ukuwszy sobie wcześniej kłamstwa ” Nie dodzwoniłam się” ( jakie kłamstwo ??? Przecież JA się nie dodzwoniłam!) odruchowo powiedziałam :
– Mają awarię serwera…
Na swoje usprawiedliwienie mam to, że mógł sam jednak do tego banku zadzwnić.
Ciekawe kto mnie jutro zabije ?

Ewidentnie koniec lata

Wczoraj Capo di tutti …

Wczoraj Capo di tutti Capi wrócił z urlopu, który spędził w kraju bardzo egzotycznym. Natychmiast zebrał u siebie cały dwór, łącznie z Żabą. Gdybym go szanowała – pomyślałabym, że tak mu pilno do pracy. Ale nie szanuję, więc sądzę, że chodziło o popuszenie piórek, o zebranie porcji zachwytów oraz błysków zazdrości w oczach innych. Bo oczywiście Machu Picchu piękne jest, a jakie robi wrażenie. Zwłaszcza jak się od niechcenia pokazuje jego zdjęcie ze sobą na pierwszym planie…
No wiem, wiem. Złośliwa i zawistna jestem. Facet zwyczajnie się cieszy, daj mu bozia zdrowie.  
 Po pracy, niespodziewanie dla samej siebie, wylądowałam na lotnisku na Dajtkach.
Bo jak wyszłam z pracy to usłyszałam kalkson, z obcego samochodu śmiał się do mnie Szymon i jego mama. To wsiadłam nie pytając czy mogę.
Szymona tata robi licencję na szybowce.
Siedzieliśmy na trawie, tuż koło miejsca startu i lądowania. Start to nic, ale lądowanie szybowca to piękne zjawisko. Ląduje z takim cichym "szuuuu" , od ruchu powietrza na skrzydłach, duży, biały ptak. Ma smukłą sylwetkę, wydłużony ogon i wąskie skrzydła. Jest w nim gracja i jakaś dostojność.
Dziwne , że przy moim lęku wysokości uwielbiam samoloty , helikoptery a zwłaszcza szybowce i wciąż marzę o tym by móc polatać w czymś takim. Na dodatek – nie boję się. To znaczy boję, ale nie bardziej niż wsiadając do samochodu. Trudno to nawet nazwać strachem. Bardziej jest to poczucie, świadomość, że wszystko się może zdarzyć, bo przecież się zdarza.
I naraz taka frajda : szybowiec z bliska. Jeszcze nie miałam odwagi go dotknąć, zajrzeć do kokpitu, ale może przyjdzie taki czas, że zafunduję sobie z jakiejś okazji przyjemność polatania.
Gdy potem byłyśmy w Alfie Basia nie mogła zrozumieć, czemu histerycznie łapię Szymona za rękę, gdy spogląda w dół szybu windowego przez przeszkolone drzwi. Mój lęk wysokości naprawdę chadza dziwnymi ścieżkami.Tak, jakby budził się wyłącznie w zetknięciu z budynkami.
A dziś już pochmurno i siąpi. Kasztan za oknem pożółkł i zaczyna sypać kolczastymi kulkami. Lipy też coraz bardziej żółte.
"Lecz nie na zawsze z rozpaczy,
ale na krótko- z rozkoszy".
Lubię jesień. Powtarzam się, chyba…

Spacer

Rano wstałam jak …

Rano wstałam jak szczygiełek. Za oknem słońce i niebieskie niebo. Na zegarku 8:34. 
Zatem kawa. Ale tak ostrożnie, bo nie wiadomo jak zadziała. Zadziałała jak trzeba. Przepędziła resztki snu, dodała wigoru. Prysznic, mycie głowy. P-Sunia snuła się nerwowo pod nogami. Pomiędzy łazienką a drzwiami wyjściowymi złapałam jedną kanapkę. Jeszcze aparat. I smycz. A i portfel, bo pić się zachce, trzeba zajść po wodę.
Na ścieżce pod brzózką chwila zastanowienia : na rzekę czy do lasu ?
Na rzekę bliżej, ale brzegi dość strome, pies się nie wytapla, no i często tam chodzimy.
Do lasu ? Strumyk po drodze, i ciekawe co u Brzozy słychać.
Zatem do lasu.
Uch, jaki skwar choć ledwie po dziesiątej. W kępie tego czegoś żółtego słychać brzęczenie owadów. Poza tym na łące dziwna cisza. Głogi czerwienieją. Nie ma jazgotu aut, z daleka zanosi się pianiem jakiś kogut. W ogrodzie samotna jabłoń czerwona od owoców. Wysokie trawy kołyszą posrebrzonymi wiechami. W powietrzu fruwają pojedyncze srebrne nitki, oklejają gołe przedramiona- babie lato. Pajęczyny porozpinane w trawie czasem lśnią resztką rosy.
W lesie też cisza. Tylko miarowe postukiwanie dzięcioła rozlega się tuż nad moją głową. Nieruchomieję na ścieżce, upuszczam smycz, która z cichym "pac" spada na ścieżkę. Włączam aparat i po raz pierwszy błogosławię Miśkę, że znów mi wszystkie dźwięki w aparacie wyłączyła. Pstrykam. Chyba się udało, drugiej szansy nie ma. Dzięcioł zmienia położenie, jakby wyczuł moją obecność , chowa się za gałęzią.
Brzoza tkwi nieruchoma na skraju ścieżki. Jej kora jest chropowata, kłuje przytulony policzek, mech łaskocze w nos, spod palców ucieka spłoszony pajączek. Dziś nie będzie tańczącej pod stopami ziemi : nie ma wiatru, nie ma komu kołysać jej koroną i moją ziemią.
Na skraju lasu, na stoku wzgórza,w głębokiej trawie rosną fioletowe osty. I chyba głóg. A to granatowe ? Wygląda jak borówka…
Jak pięknie! Oczy się cieszą…tylko przez chwilę.
Czarno pobłyskuje zgnieciona puszka po piwie, niebieskim i czerwonym blaskiem błyszczy torebka po czipsach, pod stopami szeleści "ekologiczna" jednorazówka. Śmieci są jak blizny po zarazie której na imię człowiek. Las je wchłonie, ukryje, przetrawi.Tylko jak człowiek po każdej kolejnej chorobie, las, po każdym śmieciu, staje się słabszy. Szkoda, że tego nie rozumieją ci panowie, których spotkałam po drodze. Wyszli na spacer z dziećmi i psem  rasy amstaff. Stanęli w jednym miejscu popijając piwo. Dzieci sobie, pies sobie. Panowie zajęci piwem i pogawędką. Jak miło. Musiałam z daleka poprosić by psa wzięli na smycz : P-Sunia bywa zaczepna, a z amstafem, nawet najbardziej uległym szans nie ma. Gdy ich mijałam wydawało mi się, że ten  który trzymał psa za obrożę, drugą ręką rzucił puszkę po piwie w trawę.
Nie zareagowałam. Mógł przecież puścić psa, a P-Sunia – patrz wyżej.
Cholera. Do Ligi Ochrony Przyrody się zapisać czy co ? Tylko, że musiałabym mieć przynajmniej uprawnienia do wypisywania mandatu.

Dlaczego ludzie jesteście tak bezmyślni ?

Zdjęcia  na odmianę TU

Kończy się urlop

ale jakiś taki …

ale jakiś taki intensywny był.
Nim opisałam jeden dzień, a tu już mknęły następne.
W sobotę -niedzielę -byłam w Ełku.
Od poniedziałku do środy – nad morzem.
We czwartek – opiekowałam się Antkiem.
Wczoraj czipowałam psa i kota. Oraz walczyłam z jakąś zarazą. Rotawirus czy co ? Biegunka + wysoka gorączka.
Dziś jest "bylejak". Łamią kości i ogólna niemoc. Kocio do czipowania został uśpiony, ale nim się udało dać mu zastrzyk walczyliśmy z nim z godzinę, ja i weterynarz. Kocio chodzi dziś śnięty tak jak ja.
Boli mnie brzuch, bolą kości, jestem głodna.
A pojutrze trzeba do pracy, błee.
Zdjęcia znad morza wyszły piękne – będą tradycyjnie na http://www.prowincjuszka.blox.pl  już za chwilę

Ciekawostki turystyczne

Pociąg osobowy z …

Pociąg osobowy z Olsztyna do Ełku przez Giżycko jedzie 3 godz 4 minuty. Bilet normalny, 2 klasy kosztuje 22 złote.
Pociąg pospieszny w odwrotną stronę jedzie tylko o 3 minuty krócej, ale bilet za to kosztuje 34 złote.
Pociąg osobowy z Olsztyna do Gdańska 189 km pokonuje w 2 godz 55 min a bilet kosztuje 23 złote.
Pociąg pospieszny powrotny jadący nieco inną trasą, pokonuje 179 km w 2 godz 52 min, ale bilet kosztuje 34 złote.

Koniec lata

Spędziłam na wsi dwa i …

Spędziłam na wsi dwa i pół dnia. Wieś ma to do siebie, że czas płynie jakoś tak niezauważalnie, a szybko. Kalendarz myli kartki, książka zawierusza się pomiędzy tysiącem przekładanych rzeczy, radio i telewizor kurzą się nie ruszane. A zajęć jest tyle i wszystkie takie ważne, najważniejsze. Bo trzeba z Antkiem piłkę potoczyć, powarczeć samochodami, poćwiczyć -ko ko- jak mówi kurka , bebebe- jak baranek. Bo trzeba jeszcze w piachu pokopać i sprawdzić co tam fascynującego się skryło. I psa trzeba po łbie sto razy poklepać przechodząc, i jabłka spadłe podnieść, i obejrzeć nowe drzewka, i posłuchać jak ptaki świergoczą, i pod sklepem gruszki od pana Andrzeja odebrać, i w pole iść trzeba(na spacer, nie do roboty) i na palc zabaw.I przed deszczem zmykać. I od upału się chować. A pomiędzy tym wszystkim jeszcze jest tyle spraw do omówienia, tysięce ważnych spraw : komu się urodziło dziecko, a kto się rozwiódł. I jeszcze gości przyjąć trzeba i odłożyć na bok nieufność, i chęć ucieczki, żeby za dzikusa nie robić.
Ale i tak napiękniejsze na wsi są poranki.
Antka buzia rumiana od snu, wspólne czytanie książeczek w których on wypatruje na przemian żab i aut. Cieplutki dotyk malutkiego ciałka, ufne wtulanie się w siebie. Uśmiech taki, że niech się schowa tysiące słoneczek.
Ranne łażenie z aparatem po trawie mokrej i zimnej od rosy.Polowanie na ptaki i owady aparatem.
I wieczory są piękne. Z zachodzącym wielbarwnie słońcem. Z cieniem długich rzęs na policzkach Antosia, z psem chrapiącym pod stołem, z lampą nad stołem , ze wspólnym siedzeniem w kuchni.
Ech.
Powrót do miasta bywa bolesny. Upał, spaliny, kurz. Nagle zaczynasz myśleć o rachunkach, o pracy, obowiąkach.
Jedyne pocieszenie, że dziś właśnie przyszły moje wymarzone butki, w sam raz na zbliżająca się jesień. Bo jak wiadomo ( lub nie) ja jestem z gatunku tych co preferują solidne stanie na ziemi. Zatem żadne obcasy, cienkie podeszwy, delikatne, subtelne piękno. But ma być stabilny, z grubą podeszwą, żeby w stopy kamienie nie uwierały. Ma NIE PRZEMAKAĆ w deszcz, ale  ma filtrować pot, żeby mi w bucie nie
 chlupało.
To co jest w sklepach, nie spełnia ani jednego mojego wymogu. Więc sobie zamówiłam buty trekkingowe od Badury. Na cenę spuśćmy litościwą zasłonę milczenia. Ale mam nadzieje, że przynajmniej posłużą mi kilka sezonów. Taki prezencik sobie zrobiłam. Ot tak, z powodów, którymi się nie pochwalę nikomu.Powiem tylko, że tych powodów jest 43, choć oficjalnie mówię, że 35.
Zdjęcia ze wsi będą tu : http://www.prowincjuszka.blox.pl za chwilkę.