Byle do jutra

Jutro o tej porze …

Jutro o tej porze prawdopodobnie będę dojeżdżać do Stolicy. Ale to jutro. Dziś muszę się spakować. I w końcu pójść do rodzinki. I zerknąć na ten strych w celu uprzątnięcia tego co tam zostało.

Prawdę mówiąc mam telepkę jak jeszcze nigdy przed podróżą. Już od trzech nocy śnię, że pomyliłam autobusy, że zgubiłam bagaż, że nie znam numeru do Marcepanka ( nie znam) i sama nie wiem co jeszcze.Wstaję zmęczona i coraz bardziej zdenerwowana. Chciałabym, żeby już była środa.
Nie wiem od czego zacząć pakowanie, nie wiem które książki mam wziąć, bo nie wiem za którą będę tęsknić najbardziej, a wszystkich nie mogę choćbym pękła. Na pewno wzięłam Gałczyńskiego Lirykę i Groteskę, choć połowę z tego znam na pamięć. Ale zostaje jeszcze druga połowa.
Mam dylemat, którym autobusem jechać. Jeden mam sprawdzony wielokrotnie, ale wyjeżdża z Miasteczka o 4:40 i jest w Warszawie o 8:30. Siedem godzin czekania na odlot ! Zwariuję! Następny mam  o 6:00 i kolejny o 6:13. A jak będą pełne ? A jak się nie zatrzymają ? Nigdy nie jechałam żadnym z nich. Ale przecież to wtorek, nie powinno być tłoku. Teoretycznie…
I tak się miotam, nie umiejąc podjąć decyzji. Są oczywiście jeszcze pociągi, ale ich tempo jest przerażające – mogłoby się okazać, że wyjechawszy o siódmej nie zdążę na lotnisko.
Oj wiem, wiem, marudzę , przynudzam, nie potrafię się zdecydować. Samą mnie to denerwuje.
Wczoraj pożegnałam się z moimi wieśniakami. Antek z rączkami rozrzuconymi na boki i długimi rzęsami na jasnym policzku spał w samochodzie, gdy Jurek mnie odwoził do domu.
Potem przyszła Basia z Szymonem. Mały był taki kochany, bardzo spokojny, dał nam pogadać i sam z nami pogadał.
Kiedy ich zobaczę znowu będą zupełnie inni, a ja nie zobaczę kolejnych etapów ich dorastania, obrastania w świadomość. Tego mi najbardziej żal.
Marcepanek wczoraj późnym wieczorem przysłał SMS : Mam klucze.
To znaczy, że jutro przyjadę do naszego domu. I zaczniemy jak dwadzieścia lat temu : od pierwszej łyżki.
Gdyby tak wraz z rzeczami udało się zostawić złe wspomnienia…

Rzewnie i melencholicznie – 4 dni i 2 godziny

W Trójce Piotruś …

W Trójce Piotruś Kaczkowski gra The Cure. I się klimatycznie robi, za sprawą muzyki i za sprawą tego magicznego głosu.
Ludzie dopominają się o Halloween, ale ja wolę nasze Zaduszki z melancholią, wspominkami i ogieńkami lampek na grobach. Mam wrażenie, że Zaduszki są bliższe naszej polskiej mentalności, że  nasze słowiańskie dusze tak nacechowane romantyzmem i brakiem pragmatyzmu właśnie w Zaduszkach odnajdują właściwy sobie klimat. Halloween to takie typowe tradycyjne amerykańskie święto, z tendencją do robienia show nawet z pogrzebu. Błeee…Na myśl o tym, że miałabym zamiast zadumy chichrać się nad grobami bliskich skóra mi się marszczy na plecach jak Kociowi, gdy spadnie nań zimna kropla deszczu.
Byłam już na cmentarzu, zaniosłam jedną z czterech doniczek. Na grób mojego ojca wybrałam w tym roku niskie i krzaczaste złote chryzantemy i pęk fioletowego wrzosu. Teść dostanie jasno żółte chryzantemy, wybrane przez Miśkę.
Jaki ruch na cmentarzu, ile ludzi. Groby toną w kwiatach a ludzie wciąż dostawiają nowe. Wiatr hula w gałęziach drzew, osypując na świeżo pozamiatane alejki żółte liście z brzóz i lip, których tu najwięcej.
U Babci Katarzyny wypalone znicze i sztuczne kwiaty we flakonie- choć raz nie będę się czuła jak ostatni leń i niedbaluch wobec cioci Wandy i wujka Pawła.
Wiatr mało głowy nie urwie, porywisty i zimny, wywiał ze mnie ostatnią kroplę ciepła, usmażyłam na szybko cztery naleśniki, zrobiłam kawę, muszę odtajać przed kolejnym kursem na cmentarz.
A wczoraj było tak ciepło- pociłam się pod moją kurtkę w drodze do Olsztyna choć pod spodem miałam tylko koszulę. Byłam pościskac jeszcze raz koleżanki (i kolegę)w Fabryce. Madzi brzuszek już się wyraźnie rysuje pod bluzeczką. Moje dziewczyny obdarowały mnie na pożegnanie książką "Jedz , módl się, kochaj" a ja siebie obdarowałam pierwszym numerem Miesięcznika dla kobiet "Bluszcz". Ale nie czytam jeszcze, zacisnąwszy zęby odłożyłam jedno i drugie na telewizor – będę czytać dopiero w Krainie Trolli.
(Piotruś wspomina zmarłego przedwczoraj Wiliama Whartona…To co, że krytycy go nie kochali ? Ja lubię jego pisarstwo, i porwało mnie wszystko co czytałam, choć nie czytałam ani Ptaśka, ani Spóźnionych kochanków. Ostatnio czytałam Rubio i otrząsnąć się nie mogłam kilka dni.)
Wczorajszy dzień, jego pogoda, był chyba specjalnie dla mnie.Wracając z fabryki przespacerowałam się pod wiaduktami, przez park, koło zamku. Zajrzałam na dziedziniec pusty bez lipy, zajrzałam do studni, pośledziłam błysk słonecznego promienia na szybach, popatrzyłam na powiewanie proporców na szczycie. Mikołaja (Kopernika) ręka była ciepła gdy ją ścisnęłam "cześć Mikołaj, pilnuj tu wszystkiego". Moja najkochańsza Okopowa lśniła brukiem w słońcu, wiatr rozpędzał żółte liście. Gołębie spod fontanny frunęły do góry z szelestem skrzydeł, jakiś grajek przed Rossmanem znów grał i śpiewał, a jego głos niósł się długo i daleko. Pod Wysoką Bramą jak zawsze tłum przechodniów, a kurant z Katedry grał jakąś kościelną melodię.
Czy to ten wiatr wycisnął mi łzy z oczu czy kurz? Bo przecież nie wzruszenie, głupie, sentymentalne wycisnęło mi łzy, gdym ostatni raz odwróciła głowę by objąć wzrokiem znajomy widok.
Obcięłam dziś włosy. Krótko i mocno strzępiasto. To był dobry pomysł. Pięćdziesiąt minut na fotelu fryzjerski da mi przez jakiś czas komfort w zadbaniu o głowę. Wystarczy umyć, wysuszyć i rozczochrać. Ciekawe czy Marcepanek mnie pozna, bo nic mu nie powiem.

PS. z ostatniej chwili : Mamy mieszkanie! Marcepanek właśnie podpisał umowę. Hurra!

6 dni – forma przetrwalnikowa

Leje, no leje.<br …

Leje, no leje.
Miałam iść na cmentarz. I do kuzynki. Ale leje. I jakoś nic się nie chce.  Pisać. Czytać. Oglądać telewizji. Tylko radio tak ładnie gra i jakoś tak dopasowuje się do klimatu.
Kiedyś marzyłam o pracy w radio. O tworzeniu klimatycznych , niszowych audycji z piękną muzyką i pięknymi tekstami. Nawet nie spróbowałam…
Czy da się słuchać Trójki przez internet ? Tak , wiem, że teoretycznie da, ale jak to będzie w praktyce ?
Właściwie to nie mam nic do powiedzenia.
Bo nic się nie dzieje, bo wewnętrznie już jestem spakowana do wyjazdu, choć czarna waliza w kącie wciąż czeka by odemknąć swe wieko i przyjąć do swego wnętrza moje rzeczy.
Jutro jadę do Fabryki.
I wciąż się zastanawiam czy na Krainę Trolli otwierać nowy blog, czy ciągnąć ten, tu. Ale otwierać ? Właściwie po co ? Mam ostatnio kłopoty z podejmowaniem decyzji, pewnie to efekt uboczny formy przetrwalnikowej.

7 dni i 18 godzin – serwis aktualności

Deszcz się rozpadał, a …

Deszcz się rozpadał, a ja nie wzięłam parasola jadąc do Olsztyna (w markecie, jakiś czas temu, widziałam zieloną walizkę). O parasolu przypomniałam sobie gdy wyszłam z domu, a wiadomo , że wracanie przynosi pecha. To nie wróciłam.
Zielonej walizki nie kupiłam. Nie było już, co zresztą nie było zaskoczeniem. Ładna była, ech…Kupiłam czarną, wielką jak szafa,nijaką i praktyczną.
Przy układaniu paneli, gdy Marcepanek robił wycinanki przy otwartych drzwiach balkonowych wpadło trochę zimnego powietrza, a że siedziałam na wprost, w cienkiej koszulce i zgrzana zatem od czwartku męczy mnie katar i wszystkie przyjemności z tym związane.
Marcepanek już w "domu" i odpoczywa w pracy. Zagnałam go do roboty przy panelach, strychu i piwnicy, nic dziwnego, że wyjeżdżając wcale nie miał zmartwionej miny. Coś drgnęło w temacie mieszkania , ale ciii, póki nie będzie podpisana umowa.
Muszę iść do fryzjera. Włosy mi się łamią kilka centymetrów od skóry, jak stanę przed lustrem to wokół głowy widzę sterczące, coraz gęstsze afro. Najlepiej byłoby ściąć na krótko, ale mi szkoda żegnać się z marzeniami o bujnych warkoczach. Mała Kasia się odzywa, ta co marzyła o warkoczach, a którą tata notorycznie kazał ścinać "na chłopaka".
Święto Zmarłych za pasem – trzeba kupić chryzantemy, pójść na groby. I do rodzinki trzeba , bo to ostatnia wizyta przed wyjazdem, będzie im przykro, że się nie pożegnałam.
Odebrałam paszport i zdziwiłam się, że jest czerwony.
I to by było chyba na tyle.

Do wyjazdu 11 dni i 18 godzin

Poszanowanie dla słowa …

Poszanowanie dla słowa pisanego i drukowanego doprowadzi  mnie kiedyś do zguby albo do zabłądzenia w labiryntach z ton papierów.

Bo tak:
Wczoraj rano, radośnie i z werwą, rozpoczęliśmy z Marcepankiem układanie paneli na podłodze w pokoju. I naraz Marcepanek, który po coś tam wychodził na dwór wrócił z miną na bakier.
– Musimy posprzątać piwnicę. Bo będą stawiane na nowo ścianki działowe.
Że będą to się ucieszyłam, bowiem nasz blok przez lat pięćdziesiąt miał  ogromny kamień w miejscu burzownika  i woda podmywała fundamenty(wydało się gdy ktoś wreszcie zdecydował się na zaizolowanie fundamentów), czego efektem było systematyczne zapadanie się jednego z narożników. W mieszkaniach troszku popękały ściany, w piwnicach podłoga obrała kąt około 45 stopni, w związku z czym ścianki działowe właściwie stoją sobie tak samo stabilnie, jak ściana z klocków. Tyle, że te klocki to cegły.
Niestety, to właśnie moja piwnica znajduje się w owym najbardziej zapadniętym narożniku. I w tej to piwnicy jest jakieś 10 metrów kwadratowych przydasiów zbieranych najpierw przez mego tatę, potem przez mamę, potem przez Marcepanka.
Na szczęście nigdy nie miałam zapędów masochistyczno-kulinarnych i nie bawiłam się w robienie setek słoików z przetworami na zimę. Zatem w piwnicy znajdują się głównie
"opony, dętki,
śruby, nakrętki",
stare doniczki,
puste słoiczki,
ze dwa sagany,
stół malowany,
rower Oskara,
gumaków para,
dobra glazura,
i szmelcu fura.
(Przepraszam dusze wrażliwe )
Więc Marcepanek dziś, jak już około 18 skończył z podłogą, powędrował do piwnicy walczyć z potworami.
Tymczasem ja ogarnąwszy nieco chałupę, starając się nie poddawać ani panice, ani katarowi poszłam zerknąć na przydasie na strychu. Bo tam też musimy posprzątać. I właśnie w związku z tym strychem ogarnęło mnie przerażenie.
Matko, ile jest tych książek! Już te co mam w domu ledwie mieszczę, a co z tymi ?
Niemniej zaczęłam pakować do koszyka, smętnie dumając, że te dwie półeczki, które Marcepanek mi zwolnił zabierając swoje modele samolotów, to jest kropla w morzu potrzeb. Cóż, pochodzę z rodziny moli książkowych. Ojciec czytał, matka czytała, siostra czytała, obie babcie też. Czy można w takiej rodzinie nie nabyć kultu słowa drukowanego ? Raz mi się zadarzyło rzucić książką i raz w życiu  usłyszałam, że już był taki jeden co książek nie szanował i palił na stosach. Hitler mu było. Gorszą burę dostałam tylko za rzucenie kromką chleba…
Efekt taki, że w tej stercie pieczołowicie przemieszane leżą sobie komunistyczne "produkcyjniaki", stare kalendarze, stare podręczniki, klasycy, poezje i kto wie co jeszcze. Nie brak także pozycji w których brak stron tytułowych jak i zakończenia. Boć to też książka. 
Ciężka noc przede mną : mam jakieś 10 godzin na przekonanie siebie, że wyniesienie na śmietnik niektórych pozycji naprawdę nie stawia mnie w równym rządku z Adolfem. Gdyby choć w miesteczku był skup makulatury…

205 dni

minęło odkąd się …

minęło odkąd się widzieliśmy w marcu. Czuję się dziwnie – jakbym poznawała kogoś wirtualnego. On jest chyba jakiś inny. Ja na pewno też się zmieniłam. Przez ostatnie miesiące wzbierały i dojrzewały we mnie różne poglądy . Moje własne. W nim pewnie też. Doświadczenie poznawania się od nowa może być ciekawe.
Tak czy siak donoszę : Marcepank przyleciał.

Do wyjazdu 17 dni i 18 godzin.

Że też mnie głupota …

Że też mnie głupota kopnęła czy sama nie wiem co i kupiłam Marcepankowi bilet na lot do i z Gdańska. No jasna, bita, niespodziewana, nagła…!
A, prawda! Wzięłam ten Gdańsk bo Warszawa do listopada miała startować o szóstej rano. W związku z tym zachodziła realna obawa, że nawet przenocowanie w stolicy nie umożliwi Marcepankowi dotarcia na czas odlotu na lotnisko.
Tymczasem dziś pół popołudnia spędziłam na wyszukiwaniu wszelkich możliwych połączeń między Miasteczkiem a Gdańskiem. Pierwsza wersja była taka, że Basia i Szymon robią sobie wycieczkę do Oliwskiego ZOO,  a w drodze powrotnej zahaczamy o lotnisko, pobieramy Marcepanka i jedziemy do domu.
Basia ma autko nie w formie, brak kasy by naprawić, otwarcie nowego biura na karku i chorego Szymona.
Aśka ma na karku dwudziesty dzień miesiąca który to okres, jak wszystkie księgowe wiedzą,  jest porą wzmożonej pracy księgowej. Aśka księgową jest.
Jurek ma dyżur w pracy.
O Żabie nie pomyślałam, bo i tak co tydzień ma szkołę.
Odwodnik ma do mnie 80 km i koszt jazdy jej autem byłby naprawdę głęboką rozrzutnością. Zresztą też ma szkołę i obowiązki rodzinne.
Tym sposobem zostałam skazana na komunikacje publiczną. W sobotę!
Komunikacja międzymiastowa kursuje w miarę normalnie. To znaczy dalekobieżne autobusy i pociągi. Gorzej jest z komunikacja miejską i podmiejską.
Wyjazd w sobotę z Miasteczka to naprawdę nie lada wyczyn jak się nie ma własnego auta. Autobusów PKS jest mało, a busy kursują sobie tylko wiadomym rozkładem. Już kilka razy trafiło mi się 45 minut kwitnąć na przystanku w oczekiwaniu na cud w postaci busa. Oczywiście rozkład jest, wisi sobie a jakże, na nim wszystkie kursy są oznaczone jako kursujące w soboty, ale to ściema. Zatem jutro wychodzę z domu o 30 minut wcześniej niż by należało. I będę się modlić o cud.
Autobusy na lotnisko kursują trzy. Dwa z Gdańska, jeden z Gdyni. Tyle, że w soboty kursują z częstotliwością co godzina albo rzadziej. A my z Marcepankiem o 16:02 mamy ostatni, bezpośredni pociąg do Olsztyna, który nam umożliwi złapanie ostatniego, hipotetycznie kursującego w soboty busa. Już dziś wiem, że ten cud nie jest możliwy. Zatem o 16:30 mamy autobus jadący przez Miasteczko. To byłoby możliwe przy założeniu, że ani samolot, ani bagaż, ani autobus nie będą mieć ani minuty opóźnienia. Ostatni autobus odjeżdża o 17, ale jedzie do Olsztyna i ma być na miejscu około 20:30. Może być problem z dojazdem do domu.
Zmęczyło mnie samo opisywanie tego, zatem nic dziwnego, że "pożar w burdelu to cicha msza żałobna w porównaniu do tego co tu się dzieje"*.Mogłabym egoistycznie machnąć ręką i kazać Marcepankowi radzić sobie samemu, w końcu aż tak nie zeszwedział by sobie w ojczystym kraju nie poradzić, ale żal mi się biedaka zrobiło, na myśl, że jak nie załapie się na żaden z tych transportów to będzie się potem do 19:10 pętał samotnie po dworcu. No i ten…No dobra. Liczyłam na choćby krótką kaweczkę w miłym towarzystwie, w końcu coś mi się od życia za tę emigrację należy, nie ?
A za tydzien powtórka z rozrywki, bo Marcepanek odlatuje. Tyż z Gdańska, tyż piknie…!@#$ !!!

* kto wie skąd to cytat?

Z frontu robót budowlanych

W Szwecji mogę się zająć…

W Szwecji mogę się zająć malowaniem. Nawet mi się ta fucha podoba, gdyby nie konieczność suwania meblami tam i nazad, wrrr.
Biorąc pod uwagę fakt, że w marcu "tymi ręcyma" złożyłam z części i zamontowałam! baterię łazienkową (czyli kran do wanny i natrysku) jest duża szansa, że mogę powtórzyć sukces polskiego hydraulika w Anglii.
Jakby co,  w razie czego, to zamiast zmieniać pampersy szwedzkim staruszkom poszukam pracy w ekipie remontowej :))
To tyle na dziś bo teraz to już ni rączką ni nóżką…

A nie mówiłam ?!

 Siedzenie w domu jest …

 Siedzenie w domu jest dla mnie zabójcze! Zaczynam wymyślać strachy (kryzys ekonomiczny idzie!) i choroby (twarz mnie boli, znaczy- przeziębiłam zatoki szczękowe).
Dwa dni z rzędu wstawałam coraz bardziej zła i zniechęcona, z coraz bardziej bolącą głową. Wczoraj to już było apogeum. Wróciłam z rynku z koszem pełnym wiejskich jaj, kapusty i marchwi oraz przemysłowych jabłek, pomidorów, sałaty lodowej oraz mięsa. O przepraszam : kapustę niosłam nie w koszyku, a w drugiej ręce, pod pachą. Pod drzwiami domu o mały włos byłabym se już te ręce przydeptała a tu Miśka drzwi zamknęła na zamek. Więc jeszcze musiałam znaleźć trzecią rękę, żeby klucz wyciągnąć. Złość zalała mi wszystkie posiadane szare komórki. Jakby mało było tego, że ostatnio złapałam się na tym, że coraz częściej wchodząc do domu mam ochotę rzucić cytatem z Teściowej :
– Ale mnie wkurzyli! – Na litość boską niech ja się nie stanę taka dzidzia – piernik i cnota umęczona. Skupiona na swojej(wyimaginowanej) krzywdzie, swoich zachciankach i swoich urazach i pretensjach do świata.
Miśka, rozsądne dziecię, ewakuowała się z pola rażenia jadem na bezpieczną odległość. Dzień spędzony w całkowitej samotności i izolacji od innych boleśnie uświadomił mi , że wcale nie lubię być ciągle sama. I że życie bez rodziny wcale nie jest fajne, bo na dłuższą metę nudzą nawet książki i komputer.
Dziś rano Marcepanek obudził mnie smsem z pytaniem o pogodę i zdziwił się wielce, że o 8:53 jeszcze śpię. No spałam, bo co co mam robić ? A za oknem było słońce i wiatr.
Machnęłam ręką na zatoki, gwizdnęłam na psa, łapnęłam aparat i nad rzekę. W między czasie zadzwoniłam do Basi, ale nie odebrała. Oddzwoniła jak byłam w połowie drogi. Umówiłyśmy się na "za godzinę".
Przyszli oboje : czyli Basia i Szymon. Do piętnastej łaziliśmy po lesie oglądając żuki i liście, szukając żołędzi, dzięciołów i dziupli, rzucając psu szyszki i gadając na dwa tematy jednocześnie ( na jeden z Basią, na drugi z Szymonem).
Nareszcie nie mam poczucia straconego dnia.
W tym tygodniu umówiłam się z Szymonem, że wrócimy z przedszkola pociągiem.
A jutro kupuję farbę i zaczynamy z Miśką malować pokój. To znaczy – jak znam życie to ja będę malować, a Miśka będzie wydziwiać. Biorąc pod uwagę moją całkowitą niewiedzę w zakresie malarstwa tak ściennego jak i artystycznego, zabawa może być nieziemska a efekty piorunujące.
Na piątek zaplanowałam wyjazd do Stolicy. Pożegnalny.
Pytanie które mnie nurtuje brzmi : jak zabrać ze sobą do Swecji Antka, Szymona i Marzenkę ?

PS. Dostałam mandat w kwocie 84+1,20 za brak biletu MPK właściwej wartości. Ja miałam bilet za 2,10 zamiast za 2,40. Bo była podwyżka o której informowała prasa lokalna i lokalna telewizja.Nie czytam i nie oglądam jak wiadomo ani jednego ani drugiego. Idę na wojnę, bo uważam, że skoro MPK potrafi o zmianie tras przejazdów autobusów informować wielkimi płachtami papieru wywieszonymi w każym autobusie to mam pełne prawo oczekiwać, że o zmianie cen biletów też się dowiem w ten sam sposób, a nie od "kanarka".

Myśleć pozytywnie

Zapowiadali w TV i Radio…

Zapowiadali w TV i Radio (tak, nadal używam tej staroświeckiej nieodmiennej formy, kakao też nie odmieniam, a nazwisko naszego słynnego kompozytora piszę Chopin- wiem, wiem, mam tylko …dzieści trzy lata, a manie jaka stara panna). Tak czy inaczej – miał być najcieplejszy weekend tej jesieni. I co ? Oszukaństwo i tyle. W sobotę ( po południu) nie powiem- nawet kurtkę zdjęłam jak szłam do kuzynki Ani, żeby jej całkiem świeżego szczeniaka obejrzeć.  Szczeniak słodki, zresztą uważam, że szczeniaki są najradośniejszymi stworzeniami na świecie. Ale i tak najbardziej rozczuliła mnie Ania i jej mąż, bo się spierają o metody wychowawcze. Jak delikatnie zasugerowałam, że chyba im brakuje kogoś kim mogli by się opiekować, bez wahania przyznali,że chcieliby już wnuki mieć, ale syn się nie śpieszy, zresztą słusznie…
Wytarzałam się w rodzinnym cieple, nachłonęłam atmosfery domu. Szłam do domu i pewnie znów świeciłam jak lampa z tej dobrej energii.
Niebo było gwiezdne, migocące obietnicą. Nastawiłam budzik na siódmą – bo wszak słońce miało być, a nie ma piękniejszego widoku niż jesienny las , zamglony i prześwietlony słońcem.
Obudziłam się kwarans przed budzikiem. Na niebie czerwieniały zorze. Wyskoczyłam z łóżka i w dwadzieścia minut potem już wychodziłam.
Niebo było szare.
– Nic to, zaraz się przetrze…- pocieszałam samą siebie.
Akurat!
Dwie godziny potem jak wracałam- nadal było szare. Wyniebieszczyło się na chwilę około południa, a potem znów zsnuło.
Ale zdjęcia wyszły mi i tak pikne! Cito świadkiem.
A z pogody jakiś pożytek może będzie :będę mogła jutro założyć tę śliczną kurtkę.