Mają dziś obywatele leniwą niedzielę

Zgnilizna…<br …

Zgnilizna…
Wczoraj Synek i jego drużyna znów grali mecz w sąsiednim mieście, które dla nich jest miastem "domowym". Pojechaliśmy i my – Marcepanek, Misia, ja, no i naturalnie Zozol. To był jej pierwszy mecz. Połowę przespała i nie budziły jej nawet trąby jerychońskie, które produkowała panna od tablicy wyświetlającej wyniki.
Przeciwnikiem była drużyna chłopaczków na oko w wieku do 16 lat. Dobrze się bronili ale ataki im szły kiepsko. Może dlatego, że niscy wszyscy…Wygraliśmy 3:0.
Dobra, ustalmy jedno: to nie jest żadna licząca się drużyna, ich poziom jest daleki od poziomu polskiej ligi podwórkowej. Ale i tak od tego co widziałam na pierwszym meczu jest zdecydowana poprawa. Jakby lepiej rozumieli czego się od każdego oczekuje pod siatką.
Już nie miałam wrażenie to Synek gra a reszta czeka na piłkę.
Wyjechaliśmy wcześniej, bo chcieliśmy obejrzeć miasto. Najpierw pomyliliśmy zjazdy, potem zaplątaliśmy się w uliczki. Informacja turystyczna była zamknięta więc mapę mieliśmy tylko w postaci stojącej planszy.
Deszcz padał grubymi, gęstymi kroplami. Przed miastem nad pobielonymi śniegiem polami snuły się gęste mgły. W mieście już tylko padało, ale aura pewnie spowodowała, że miasto wydało się nam szare i nieciekawe. Choć pagórkowaty teren, brukowane uliczki i stary kościół zdają się mieć jakiś potencjał. No i Mariestad leży nad tym samym jeziorem- widok na  nie ma ładniejszy niż nasze Miasto. Ale chyba eksplorowanie zostawimy do lata…Albo przynajmniej do stycznia-lutego, gdy dni będą dłuższe i bardziej słoneczne.
 A tymczasem wstał Zozol.
Przeciągającą się wyniósł POSynek na rękach żeby zmienić pieluchę. Rano nasz dzidziś jest najfajniejszy. Najchętniej gada, śmieje się w głos, uśmiecha. Jest taka słodka jak się przeciąga, jeszcze nie do końca rozbudzona.
No to wicie, rozumicie…
Lecę.

Zadymkowo

Okna od rana powleczone …

Okna od rana powleczone wilgocią. Za tymi oknami regularna zadymka – wicher miotający śniegiem, szarpie moją brzozę za czuprynę. Śnieg pada poziomo.
Musiałam iść do Skatteverket (Urząd skarbowy) uzupełnić dokumentację Zozola.
Na zewnątrz było wilgotniej i wietrzniej niż się to wydawało przez okno. I ta mokra, lepka, śliska breja pod butami. M. się zlitował, odwiózł mnie i przywiózł kosztem swojej przerwy na lunch. Jak widać – nie zeszwedział jeszcze ze szczętem, bo dla Szweda przerwa jest święta.
Ja chcę na południe Europy, nad ciepłe morze, do zielonych drzew, do słońca, niechby sobie nawet było zaledwie 19 stopni…
Ale. Ale.
Zadzwoniła Camilla czyli doradca zawodowo-edukacyjny czy jak tam inaczej to tłumaczyć. Jest w mojej szkole kurs angielskiego organizowany przez jakąś inną instytucję. Mogę do nich dołączyć, oni mają początki -początków. Pójdę, zobaczę, a jakże. Mam nadzieję, że tam więcej mówią, więcej robią ćwiczeń.
Gramatykę doczytuję sobie na fajnej stronce którą mi dała Misia, słówka na tej co sama znalazłam. Tylko ćwiczyć nie mam z kim. Gulsum jest jednak kapryśna a może i ja też. Ale mnie nauka najlepiej przychodzi rano, do południa, a ona wstaje teraz około południa. Nawet ją rozumiem – jakbym co rano miała w perspektywie rzyganie to też by mi się pewnie nie spieszyło do wstawania.
Ciśnienie spadło na ryj.
Czy ktoś wie jak to się ma do ciśnienie krwi ?  Jak na zewnątrz jest niskie to w człowieku wysokie ? Czy jak ? Bo głowę mam ściśniętą obręczą, którą najbardziej czuję na potylicy i w oczach. Potylicę mi wgniata, oczy wypycha. I w sen po obiedzie zapadłam prawie na stojąco.
Misia wczoraj przeczytała przepowiednię jakiejś bułgarskiej wiedźmy, która przepowiedziała wcześniej zatonięcie Kurska i jakieś inne nieszczęścia. Teraz zapowiada wybuch III wojny światowej na jutro. Podobno zgodnie z Nostradamusem.
Teoretycznie to ja w takie rzeczy nie wierzę, ale…
Misia przyszła wczoraj wieczorem roztrzęsiona, i cały dzień dziś widziałam, że przeżywa. Ja jej się nie dziwię. Refleksje mnie naszły przed zaśnięciem, że krucha ta nasza ziemia, pogoda się robi coraz bardziej anormalna. Jesteśmy coraz bogatsi, coraz więcej produkujemy, a ludzie wciąż umierają z głodu lub od braku czystej wody. Naukowcy ostatnio odkryli sposób na pokonanie wirusa w komórce. A wciąż nikt nie wynalazł metody na ludzką złość, małość, pęd do władzy i kasy. A III wojna światowa już trwa – wojna religijna między światem chrześcijańskim a muzułmańskim. Wojna partyzancka.
I …"guzika się lękam,
tak, tego guzika co go po pijanemu
jakiś sierżant niechcący naciśnie
i tylko świśnie i zabłyśnie" ( powtarzam za Marianem Załuckim).
Nie macie wrażenia, że świat coraz bardziej robi się nieprzyjazny ?
Bo ja coraz częściej.

Znacie ? Nie ??? To posłuchajcie :
Marian Załucki "Poproszę o rozbrojenie"
 

Mordercze żądze

obudziły się we mnie …

obudziły się we mnie dziś w nocy…

Powiedzcie jak przekonać męża do zrobienia porządku z jego trąbami jerychońskimi ?
Bo przecież chyba można coś na to poradzić ?

Tak, wiem.
Dwadzieścia lat temu mi nie przeszkadzało. Ale wtedy to ja mogłam spać w każdych warunkach i o każdej porze i jedyne co mnie wybudzało to było głośniejsze westchnięcie któregoś z dzieci, po za tym można mi było koło ucha strzelać z armaty.

Słowotok

Leje.
Nic nie dała…

Leje.
Nic nie dała zmiana czasu – tylko w niedzielę o ósmej było w miarę jasno. Zaraz potem potem niebo przybrało kolor papieru toaletowego, tudzież pasztetowej i takie trwa. Celowo nie piszę, że niebo kolor ścierki bo po 1. jest to tak powszechnie stosowany zwrot, że aż się wstydzę go używać więc usiłuję błysnąć poranną formą, po 2. moje ścierki są kolorowe – zarówno te kupowane w sklepie jak i te stosowane okazjonalnie, sporządzone naprędce ze starej koszulki.
Pisze się naprędce ??? Nie wiedziałam, edytor mi podkreśla.
W każdym razie jest szaro. O ósmej rano mam zmierzch. I o dwunastej mam zmierzch.Że nie wspomnę o piętnastej trzydzieści kiedy następuje zmierzch zmierzchu.
No tak, i teraz wszyscy wielbiciele prozy o wampirach będą tu zaglądać.
A przy okazji mam pytanie. Może ktoś czytał owe dzieło w oryginale i jest w stanie mi powiedzieć, czy po angielsku jest to równie ubogi język jak po polsku? Bo ja dobrnęłam do połowy 1 części i wymiękłam. Nie mogłam znieść tego, że dziewczyna na każdej stronie wbijała wzrok w ziemię a chłopak, Edward?, z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn wciąż się wściekał. Tak sobie siedział, prowadził luźną konwersację o wampirzym życiu i nagle robił się wściekły. Nie wiem w końcu czy był wampirem czy nie, ale na pewno był bardziej niestabilny uczuciowo niż Judyta w filmowej wersji "Nigdy w życiu".
Ale ja przecież nie o tym…
Zaczęłam afirmować ciepłe kraje. W góglu (Szwedzi tak śmiesznie wymawiają "gógiel") pogoda ustawiłam sobie podgląd pogody na Gran Canaria, i Aix-en-Provece.  Żeby afirmować. Zwłaszcza tę Prowansję, o której marzę o dziecka. W końcu trzeba zacząć spełniać marzenia. To, że zaczynam afirmować, znaczy, że zaczynam wierzyć, że TO jest możliwe. Bo mnie się w te szarości marzy ciepła woda przy ciepłym piachu i ciepły wiatr na twarzy. I słońce. Ale nie upał. A w Aix na jutro zapowiadają 19 stopni i słońce.
I właściwie to ja nie miałam nic do powiedzenia, po za stwierdzeniem faktu pogodowego. I braku sensu w zmianie czasu w Szwecji.
Najgorzej, że wiem, że teraz tak będzie co najmniej do połowy stycznia.

Kościół

Kiedy Viola powiedziała …

Kiedy Viola powiedziała o mszy nie byłam zachwycona. Moja antyklerykalno-kościołowa postawa otrząsnęła się ze wstrętem.
A jednak pojechaliśmy do Skovde, zabierając naszych pogrążonych w żałobie przyjaciół.
Są sytuacje gdy przekracza się progi, których nie chce się przekroczyć. Robi się to w imię przyjaźni. Im ta msza była potrzebna a my, ich przyjaciele i znajomi, ludzie którzy mają stać się erzacem rodziny pozostałej w Polsce, my czuliśmy, że powinniśmy tam być.
I byliśmy. Mała grupka dorosłych i troje dzieci.
Msza była piękna.
Taka…ludzka.

Tak. Misjonarski Kościół Katolicki w Skovde godzi mnie z kościołem.
 

Lepsza od gógla

Marcepanek przywlókł …

Marcepanek przywlókł wczoraj kilkustronicową ankietę z okazji pracowniczych badań okresowych u lekarza.
I zdziwiłam się, bo wypełniłam toto medyczne tałatajstwo niemal nie sięgając do słownika. To niemal – oznacza w większości medyczne terminy typu : miażdżyca, choroba wieńcowa. Googiel dał sobie z tym radę. Wymiękł dopiero przy przegrodzie nosowej. Bo wszystko tłumaczyliśmy ze szwedzkiego na polski, ale tę jedną jedyną rzecz – w druga stronę. Kubicki nie wiedział, bo Kubicki na ogół tłumaczy słowa a nie frazy, googiel nie wiedział. Został nam telefon do przyjaciela. Zaznajomiony w ostatnich czasach medyk z Karlskrony telefonu nie odbierał. Została Madzia. I wiedziała.
Z tej okazji naturalnie opadł mi cały entuzjazm. No bo kiedy ja będę tyle wiedziała ? I kiedy zyskam pewność co do jakości mojego języka? I kiedy u licha zyskam pewność co do rozumienia tego co do mnie mówią. Mam takie dni, że nie rozumiem nikogo. Słowa ulatują w przestrzeń…
Kocio się zrobił płaczliwy i zaczepialski.
Za oknem szaro, mokro, wieje i leje.
Wczoraj założyłam czapkę.

Misz-masz

Zrobiło się …

Zrobiło się …normalnie? Ludnie i małoprzestrzennie. Usiłuję odzyskać własny rytm, ale gdy w domu jest niemowlę to ono wyznacza ten rytm. Dziecko zasypia, a ponieważ sen ma lekki, my zamieramy ze swoimi czynnościami. Nie zmywamy, nie sprzątamy, a już na pewno nie odkurzamy. Telewizję oglądamy na paluszkach.
Synek grał wczoraj mecz, ale tym razem przegraliśmyyyyy.
Załapał się do takiej chwilowej pracy. Na trzy dni tylko, ale to coś. Jaki był zadowolony gdy wreszcie dokonano ostatnich ustaleń.
Nie będzie z tego z tego zbyt wielu pieniędzy, ale będą referencje i kolejny kontakt.
Młody nieodmiennie zadowolony ze szkoły. Są w tygodniu dni, w których nawet umierający by tam pobiegł. To dni gdy ma zajęcia z fotografią lub filmem. Jego pierwsze, własnoręcznie wykonane  od początku do końca zdjęcie, czyli od naciśnięcia migawki po zdjęcia odbitki z suszarki, napawa go dumą. Zdjęcie jest blade, ma jakiś maz, a w ogóle jest odwrócone…Ale ja go rozumiem. Chwila w ciemni, gdy na białym papierze pokazuje się wreszcie obraz jest chwilą magiczną. Cyfrowa fotografia, choć o wiele łatwiejsza w obsłudze, tej magii nie posiada.
Pamiętacie "Viki, Kristina, Barcelona" ? To tam Maria Elena (Penelope Cruz) mówi do Cristiny (Scarlett Johansson) że bez opanowania sztuki analogowej fotografii nigdy w pełni nie poczuje się fotografką, po czym zabiera ją do ciemni.
Tak w ogóle to zazdroszczę tym młodym w Szwecji. Zazdroszczę im szkoły. Tego, że nauczyciel nie jest postrachem monstrum tylko przewodnikiem i pomocnikiem. Tego, że szkoła nie jest źródłem stresu, że daje możliwości odnalezienia i wypróbowania różnych zainteresowań, że daje też możliwość samorealizacji. Z Synkiem w drużynie gra chłopak, 19 lat, ostatnia klasa gimnasium, profil muzyczny. Gra z kolegami, nakręcili teledysk, umieścili go w internecie.  Niezły rock, profesjonalnie zrobiony teledysk. Jedni mieli dobry sprzęt by zagrać, ktoś inny miał dobry sprzęt by nagrać i zmontować.
Ale coś za coś: tylko jedna lekcja WF w tygodniu i matematyka na poziomie polskiej podstawówki. Dlaczego, mimo wszystko, nie żałuję, że mój syn nie wkuwa chorób układu kostnego, za to montuje właśnie swój pierwszy filmik ?
…A po za tym jesień. I zima idzie. Krysia z dalekiej północy przysłała zdjęcia śniegu. U nas na razie tylko mroźne noce. Ranki wstają pełne barw z czerwonymi łunami na wschodnim niebie. Niebo jeszcze niebieskie nad coraz bardziej łysymi koronami drzew.A trawa jeszcze zielona, choć rankami jest sztywna i biała od szronu.
Wczoraj wyciągnęłam czapkę. Rękawiczek używam już od kilku tygodni.  I ciepłych butów. Lekkie kurtki chyba trzeba już schować – nie przewiduję używania ich przez najbliższe pół roku.
Ale co tam…Przecież to tylko 9 miesięcy zimno. A potem to już lato i lato…

Zagęszczenie

Zozol już ze mną. <br …

Zozol już ze mną.
Jest …Piękna, słodka, rozkoszna ? Banał. Ale każdy uśmiech który nam posyła sprawia, że odkładamy na bok to co robimy i nieruchomiejemy w zachwycie. A mała cwaniara strzela okiem na boki kogo by jeszcze upolować.
Zozol. Tak to jest to co najlepsze. Po za tym – mnóstwo spraw urzędowych i trochę dylematów natury prawno-moralnej. Nie ma co szklić – dylematy dotyczą pozycji POSynka.
Czy możemy go ujawnić ? Jak zalegalizować jego pobyt skoro nie ma zatrudnienia? Czy to, że jednak się do tego przyznamy wpłynie na obniżenie naszych planowanych dochodów ?
Ja wiem, że w eleganckim świecie nie mówi się o pieniądzach. No to nie jestem elegancka. Co mi tam…
Stan naszych finansów nie jest rewelacyjny.  Co prawda starcza  nam na jedzenie, opłaty i pieluchy dla Zozola. Ale tylko na tyle. Budżet napięty do granic. Choroba, jakiś niespodziewany przypadek, spodziewana konieczność zakupu opon zimowych – i nasza równowaga runie na pysk. Zatem każdy grosz się liczy. Grosz z gatunku należnych jak psu miska. Żadnych kombinacji na granicy legalności nie chcemy. Zbyt nerwowi jesteśmy by żyć z garbem "a co jak się wyda".
Za zalegalizowaniem pobytu POSynka stoi jeszcze jego fakt grania. Upadnie, dozna kontuzji, będzie konieczna pomoc lekarska – i co ?
Ale czy to się da ? Czy jest możliwy stały, legalny pobyt w sytuacji braku zatrudnienia ?
Zbyt wiele pytań. Zbyt wiele do rozwiązania.
A na głowie jeszcze szkoła. I kłopoty z mamą.
…nie mogę spać, choć wczoraj zasnęłam około 3, bo czekałam na rodzinkę. A wstałam przed ósmą bo o 10 pisałam sprawdzian ze szwedzkiego. I zależało mi, żeby dobrze napisać, żeby Maja nie zmieniła zdania w kwestii mojego ukończenia kursu szkoły podstawowej. I w kwestii ukończenia kursu A szkoły średniej.
Nie wiem po co mi ten pośpiech ? Chyba tylko dla ambicji, bo niestety – z powodu braku angielskiego nie będę mogła zacząć studiów wcześniej niż na wiosnę 2012(wersja optymistyczna).
Kocio nie może się odnaleźć w okrojonej powierzchni mieszkalnej. Nagle do mieszkania ma znów tylko jeden pokój. I pralkę w łazience. Ba. On ma chociaż pralkę…
Nie, no.To nie jest tak, że się nie cieszę, że są. Jeszcze jak się cieszę. Ale jeszcze bardziej bym się cieszyła jakby byli w innym mieszkaniu. Albo jakbym wiedziała kiedy będą. Koszmar mieszkania z własną matką wciąż mnie straszy po nocach i boję się powtórki z rozrywki. To, że nie nadużywam używek nie daje mi gwarancji na NIE-bycie matką toksyczną. Ale może myślenie trochę zabezpiecza. Taką w każdym razie mam nadzieję.
Póki co, przed snem, na uspokojenie wymyślam kreacje moim aniołom. I myślę o zmywarce do naczyń, która tam samiutka w Polsce została i pewnie tęskni za mną.

Chyba już można iść spać,
dziś pewnie nic się nie zdarzy.
Chyba już można się położyć,
marzeń na jutro trzeba namarzyć…

Taką kartkę z wczorajszej nocy
trzeba zdjąć i położyć w koszu
i na nowej, niepisanej kartce
pisać nowy, niemiłosny list to losu

Albo donos napisać na życie,
bo należy mu się swoją drogą,
i podpisać zgryźliwie "żyćliwy"
tylko gdzie to wysłać , do kogo ?

Chyba już można iść spać,
dziś pewnie nic się nie zdarzy.
Chyba już można się położyć,
marzeń na jutro trzeba namarzyć…

(tak śpiewa A. Poniedzielski)

Dobranoc