60. Kolejna zachcianka-zabawka

Wczoraj w second-handzie zobaczyłam małe, stołowe krosna. Stały sobie na podłodze, w kąciku, niepozorne i niezauważalne. Przykucnęłam przy nich usiłując odgadnąć jak to działa. Przesuwałam to, co dawało się przesunąć obserwując co się „zadzieje” w nadziei, że mnie olśni.
– Piękne są – usłyszałam głos nad głową.
Stała nade mną kobieta, której twarz wyglądała na mniej pięćdziesiąt lat. Chyba miałam niepewny wyraz twarzy, bo nachyliła się nade mną i dotknąwszy krosien powtórzyła
– Piękne. I całe. Całkowicie sprawne.
– Acha. Rzeczywiście wyglądają dobrze –  zgodziłam się.
Przykucnęła koło mnie.
– Ale musisz je obrócić, o tak, tą stroną do siebie.
Teraz widok mi się poprawił, bo zobaczyłam to, co widziałam w miejskiej tkalni tylko w pomniejszonym rozmiarze. Ale nadal nie rozumiałam jak to działa.
Kobieta tłumaczyła:
– Tu zakładasz, tu nawijasz, tak dociskasz. I masz wtedy taki wzór- obejrzała się za siebie, poszperała wzrokiem na półeczce z różnymi tkaninami. – O, coś takiego, widzisz? Mamo, to taki wychodzi? – podniosła do góry rękę starszą niż jej twarz. Mama, której nie widziałam, mruknęła coś potakująco.
– Nic nie wiem na ten temat – przyznałam – A chciałabym.
– Zapisz się na kurs – poradziła mi – Szybko się nauczysz, bo to proste.
Podniosła się.
– Ale jak lubisz takie rzeczy to możesz też szydełkować to też ładne i szybciej się widzi efekt.
Pokręciłam głową.
– Lubię szyć. I tkać też chyba bym lubiła – powiedziałam.
– To jest ciekawe – przyznała mi rację – Jak ktoś ma czas
Westchnęłam.
– No właśnie…Chyba dopiero na emeryturze będę miała czas.
Uśmiechnęła się do mnie i pokiwała głową.
– Oj tak…
– Dziękuję ci za pomoc. To było miłe – powiedziałam. Odwróciła się przez ramię i uśmiechnęła pożegnalnie
– Miłego dnia!
– Tobie też miłego dnia.
Odeszłam od krosien. Ale czułam jakby już oplątały mnie swoją osnową, bo ciężko się od nich odchodziło. Odwracałam się i zatrzymywałam jeszcze kilkukrotnie.
Rozsądek mówił: nie umiesz, nie wiesz jak, na kurs nie pójdziesz, bo nie masz ani za co ani kiedy, kupisz następny grat, który będzie stał i zbierał kurz
Serce płakało.
Rozsądek wygrał. I poszłam.
Jeśli w środę nadal tam będą to je wezmę!
Adam Słodowy pokazał mi „jak to się robi”!
Wszak lepsze krosna niż kolejne puzzle.

O, podobne do tych na obrazku poniżej.

59. Sobota

Zachciało mi się czerwonego wina.
Poszłam do System Bolaget i długo krążyłam pomiędzy półkami.
System Bolaget to jedyna w Szwecji firma zajmująca się sprzedażą alkoholu. Sprzedaż odbywa się tylko specjalnych sklepach. A sklepy te są czynne od poniedziałku do soboty, w godzinach dziennych. Czyli jeśli ktoś w sobotę do godziny 14 lub 15 (zależy od miasta) nie zaopatrzył się w alkohol to musi się obejść smakiem aż do poniedziałku. No chyba, że się zna kogoś kto handluje alkoholem pokątnie czyli tzw metę lub „babcię”, jak to bywało w Polsce za dawnych lat. Jak się nie zna – trudno.
W sklepach spożywczych można kupić piwo o bardzo niskiej zawartości alkoholu (nie wiem w praktyce czy to oznacza 0,5% czy 4,5% ale chyba bardziej 0,5%).
Zatem poszłam do System Bolaget zakupiłam karton czerwonego wina, ale wybór zajął mi dłuższą chwilę, bo w Szwecji nie ma podziału na wina wytrawne, półwytrawne, półsłodkie, słodkie…Można sobie na etykiecie poczytać różne rzezy i pewnie jak ktoś się nieco częściej raczy takimi napojami to mu owe informacje coś mówią.
Mnie nic nie mówiły…
Kupiłam kierując się zawartością cukru na gram bo koniecznie nie chciałam kwaśnego wina.
Dobre jest, dość łagodne, z pięknym kolorem.
Niestety: wypiłam w ciągu całego popołudnia dwa kieliszki, takie całkiem małe.
A dziś boli mnie głowa.
Może nie od tego, może z tysiąca innych przyczyn, ale raczej jednak od wina.
O piątej zapodałam sobie wielką kobyłę paracetamolu jaką wypisał mi doktor Sameer.
O jedenastej poprawiłam zwykłym alvedonem czy innym apapem.
I boli.
Kawy bym się napiła. Albo spać poszła. Albo do lasu na grzyby, bo pada ale nie wieje i jest ciepło. Ale najchętniej to spać.
I o.

58.

Wczoraj wzięłam Tosię do weterynarza.
Nic jej nie jest, tyle, że strasznie gubi kłaki. Ale jak! Futro wyłazi garściami, a podłoga wygląda jakby nie wiedziała co to odkurzacz choć odkurzyłam przed godziną. Kłaki na wszystkim i wszędzie.
Doktor Katarina: starsza, bardzo dokładna, nieco szorstka zbadała psa …No właśnie.
Pies na jej widok schował tyłek pod moje kolana i udawał, że jego tam nie ma. Dał się wsadzić na stoliczek do badań i spokojnie bez strachu poczekał, aż stoliczek podjedzie do góry by z niego zeskoczyć. Przemocą wsadzona ponownie i unieruchomiona moim ramieniem już nie dała rady powtórzyć wyczynu (pomijam niedogodności przy badaniu, ale od tego zeskakiwania z poziomu stołu kuchennego mogła se stawy, wariatka, uszkodzić).
Już oglądanie futra i skóry Tośce się nie spodobało. Wyciąganie martwego futra, a właściwie podszerstka już ją denerwowało. Ale Katarina poszła nico dalej i lekko szarpnęła sierść, żeby zobaczyć czy tez tak wyjdzie. Tośka kłapnęła paszczą…Potem Katarina chciała zajrzeć do uszu…Skończyło się na kagańcu, bo teraz już Tośka nie na żarty kłapała. A ucha i tak nie dała sobie zobaczyć. Znaczy: dała, ale gołym okiem, to na wziernik reagowała tak nerwowo.
Diagnoza brzmiała: nic jej nie jest, kłaczy bo taki sezon. Czesać. Czesać i Jeszcze raz czesać. A potem znowu czesać. 550kr, dziękuję.
Noż kurde…Ta Katarina nic jej nie robiła, nie zadawała bólu, a ten pies durniał. Ale dobra – naruszanie jej przestrzeni osobistej przez obcą, pewnie śmierdzącą strachem innych zwierząt, osobę to może wzbudzać frustrację.
Sama źle się czułam gdy leżałam na kozetce a dr Sameer się nade mną pochylał…
No ale jednak pies powinien opanowywać emocje choć trochę. Jak każę usiąść na wagę to ma usiąść. Jak każę siedzieć spokojnie – to ma siedzieć. Jak nie wolno się rzucać obcym ludziom na szyję to nie wolno.
Jak mam ją tego nauczyć? Gdzie znaleźć trenera?

57.

Nie sądziłam, że po czterech godzinach w pracy można być tak zmęczonym, że się nie ma siły dojść do domu. I że tego zmęczenia wystarczy na całe popołudnie.
Tak mam.
Cztery godziny dreptania. Drep, drep, drep. Przysiąść na chwilkę, napić się zimnej wody. Drep, drep. Z powrotem. Temperatura w pomieszczeniu pewnie jakieś trzydzieści stopni. Okna- brak. Wentylacji nie czuć. W roli dodatkowej atrakcji napady gorąca tak znane paniom po pięćdziesiątce.
A do tego smród ryby, bo szwedzka tradycja nakazuje jeść rybę, która śmierdzi rybą do potęgi dziesiątej. Ale nie, nie w wyznaczony dzień tygodnia jak na przykład naleśniki w każdy czwartek. Nie ma tak. Każdego dnia ktoś inny je rybną mamałygę.

Nienawidzę tę pracy.

56.

Wkurza mnie semantyka w tekstach na temat przestępstw.
Ostatnio głośno jest o polskiej parze, którą we Włoszech napadnięto. Jego pobito, ją zgwałcono.
Naprawdę nie chcę wyobrażać sobie jakie piekło przeszli oboje. Bo przeszli i to bezdyskusyjnie. Zdarzyło im się coś niewyobrażalnie strasznego i można mieć tylko nadzieję, że z pomocą terapeutów ludzie ci jakoś wyjdą z tej traumy i będą mogli normalnie żyć.  Winni, których dość łatwo złapano powinni być bardzo surowo ukarani. Jak każdy inny sprawca napadu na innego człowieka. I tak też mają być ci ludzie traktowani: jak każdy inny człowiek.
Tymczasem ludzie dławią się z nienawiści i machają tym wydarzeniem jak sztandarem żeby wszystkim ukazać jacy to ONI dzicy. Oni czyli uchodźcy.
I naraz wszystko staje na głowie, bo okazuje się, że uchodźcami są wszyscy Muzułmanie a wiadomo, że wszyscy Muzułmanie to bandyci i terroryści. Ergo uchodźca równa się bandzior.
No i oczywiście wychodzi też motyw polskiej martyrologii.
Bo pojechali na wakacje i takie nieszczęście! Jak mogli bandyci zaatakować parę na wakacjach? W dodatku polską parę?
Jakby wracali z pracy to byłoby lepiej? Bo jak się wraca z pracy to trzeba się liczyć z tym, że można zostać napadniętym? A jakby sprawcami byli rodacy to trauma byłaby mniejsza?
Opad rąk po prostu.
Ludzie. Przestańcie słuchać i czytać polskie media. Zacznijcie myśleć samodzielnie.

55. Deszcz

Zrobiło się mocno jesiennie. Lipy na parkingu koło mojego domu nie tylko są żółte, niektóre mają już łyse korony. W parku pod nogami plączą się kolczaste kulki. Jeszcze nie pękają, ale już wiatr je strąca. Jeszcze tydzień – dwa i brązowe złoto kasztanów posypie się na trawniki. Aż szkoda takiego dobra, tutaj nikt ich nie zbiera. A ja zawsze, póki zimno się nie zrobi mam w kieszeniach kurtek choćby po jednym takim.
Fajne są wieczory w domu, gdy za oknem deszcz. Upiekłam ciasto z nektarynami, choć jeszcze nie to, do którego się przymierzam. To wczorajsze to takie szybkie ciasto na oleju. Pięć minut pracy mikserem, potem niecała godzinka w piecu i już. Ale mam taką recepturę, na bazie której robię różne ciasta. Najczęściej jest to szarlotka, bo jabłka są zimą najtańsze, wczesnym latem rabarbar, jesienią śliwki. Teraz zobaczę jak będzie wyglądało z nektarynami, które teraz obłędnie tanie, a które uwielbiam.
Kolega A. wczoraj wieczorem zadzwonił z podziękowaniami, bom mu niechcący pomogła. Duperelka taka, przypadkiem spotkałam człowieka, który miał potrzebę. A wiedziałam, że A może tę potrzebę  zaspokoić.
Panowie interes ubili.I dobrze. Zadowoleni obaj.
Pogadaliśmy chwilkę, ustalili mniej więcej termin następnego spotkania, tym razem już u nas. Pożegnali.
Aż tu piszczy mi telefon, że mi ktoś pieniądze przelał. Patrzę a tu kolega.
Miałam chęć nakrzyczeć, obrazić się, robić cyrki z odsyłaniem.
Po czym syn mi wytłumaczył, że to jest okej, że skoro ktoś uznał, że chce się podzielić ze mną tym, co przy mojej maleńkiej pomocy zyskał, to powinnam ładnie podziękować.
Mój syn ma zadziwiająco zdrowo-rozsądkowe podejście do wielu spraw i często służy mi za odnośnik.
Przyjęłam, podziękowałam wyraziwszy uznanie dla hojności.
Ale niewygodnie mi z tym. Obiecałam najeść się za tę kwotę włoskiej pizzy oraz napić włoskiego wina.
Do Neapolu 30 dni.

54. Deszczowo

Obudziło mnie walenie w parapet. Ja lubię jak pada, lubię odgłos kropel na szybie, no ale żeby od razu walić w metalowy parapet jak w perkusję? I to jeszcze w nocy?
Obudziłam się rześka jak skowronek.
Zegarek pokazywał jakąś 3:40. Byłam, cholera jasna!, wyspana. Po pięciu godzinach snu!
Walałam się chyba godzinę, wreszcie łyknęłam walerianę, która mnie łagodnie ukołysała na powrót.
A teraz piasek w oczach i chętnie wróciłabym do łóżka.
Ale kawę trzeba.
Potem Tośkę na spacer.
Potem coś zjeść, coś co utrzyma sytość na dłużej.
A potem do pracy na cztery godziny.

Wieje z północy.
Wczoraj było jeszcze słonecznie, ale już czuć było lodowate jęzory północy. Po południu nad plażą, gdzie wywozimy psa zaczynały się kłębić granatowe chmury. Jezioro miało białe grzywy a na nich radośnie jeździli kitesurferzy. Ależ malownicze są te latawce!
Pies węszył niespokojnie, oglądał się zaciekawiony, aż musieliśmy pójść na „ludzką” stronę, żeby nie popędziła owym surferom kota. To znaczy ona by poleciała dać buzi i rzucić się na szyję, ale rozumiem, że pędzące czterdzieści kilo może wzbudzać respekt, szczególnie u ludzi mających na sobie dość cenny sprzęt.
Po każdej takiej akcji obiecuję sobie, że zajmę się na poważnie wychowywaniem mojego psa, ale potem, zwłaszcza jak Tosia nie ma chęci na współpracę a mnie się kończą pomysły na zmotywowanie jej to i moja motywacja spada.
Jestem złą”pańcią”.

53. Ale co tam, przecież taka jesień złota nie jest zła

U mnie już jesień.
Wszystko żółknie, kolory płowieją.
Byłyśmy wczoraj z PannąS na festynie w pobliskim gospodarstwie należącym do naszej gminy. Największą atrakcją festynu był skok z wieży na stertę siana. PannaS po półgodzinnym namyślaniu się zdecydowała się sprawdzić atrakcję. Skoczyła. Potem jeszcze raz. A potem już chciała do domu, bo Molly ma przyjść. I żeby się nie spóźnić.
I naraz człek widzi jak w dzieciaku odzywają się geny przodkiń.
– Bo ja jeszcze muszę się ładnie ubrać- przekonywała mnie, gdyśmy szły po rowery.
– A to co masz na sobie jest brzydkie? – trochę mi się przykro zrobiło, bo miała na sobie koszulkę, którą ja jej kupiłam.
Spojrzała na mnie z wyższością.
– Babciu! SPODNIE! – powiedziała na naciskiem dla pewnością ciągnąc różowy materiał.
– Achaaaa. Ładnie to znaczy, że trzeba w sukienkę? – zrozumiałam.
Dzieciak mruknął coś potakująco i pospiesznie odpiął rower.
– A ile mamy czasu?
– Dwie godziny – usiłowałam ją uspokoić.
– A mówiłaś, że godzinę?
– Mówiłam, że do wyjazdu, żeby zdążyć na spokojnie.
Strasznie ciężko tłumaczy się czas komuś, kto pyta czy godzina to dużo. Uch…
Już prawie pod domem, Panna S dała wyraz swej frustracji
– A czemu oni nie zadzwonili? Mogli na mnie wpaść! Co oni, nie widzą, że jestem dzieckiem? Tak sobie jadą? A jakby na mnie wpadli?
Tu już geny leciały po całości.
ONI to dwaj panowie, którzy minęli nas na osiedlowej uliczce. Nie pierwsi, którzy nas minęli, dlaczego ich zachowanie nie spodobało się praworządnej do bólu dziewczynce? Nie mam pojęcia. PannaS ewidentnie spinała się przed wizytą przyjaciółki.
Burczała na na ukochaną Babcię, na piesia malutkiego, który się rzucał na szyję, na tablet.
Jeszcze lat kilka i będzie jak prababcie, babcia i mama cierpiała na niewyjaśnione bóle głowy.
Trzeba było lat pięćdziesięciu dwóch bym wreszcie dostała leki zmniejszające napięcie mięśni i skończyły się bóle głowy jak ręką odjął. Bóle, które okresowo potrafiły nękać nawet po kilka tygodni. Może i te nocne ataki sobie pójdą?
A tymczasem grzyby.
Tubylcy ich raczej nie zbierają: boją się. Wiadomo, że tubylcy to cieniasy. Trawę,nawet u siebie w ogrodzie, koszą w słuchawkach wygłuszających i okularach ochronnych! Nawet jak robią coś na pierwszym piętrze na zewnątrz to ustawiają  rusztowania lub biorą podnośnik. I jeszcze dodatkowo się przypinają. Noszą kaski na rowerach! I na lodowisku I na rolkach. I kapoki na jachtach i łodziach. Grzybów nie zbierają, bo się na nich nie znają.
Cieniasyyyyyy, nie?

52. Codziennik

Za oknem wstaje jesienny dzień. Dziś noc była chłodna, choć wyjątkowo bez deszczu.
Wczoraj wieczorem wpadła Madzia z Julką i górką zebranych grzybów, żeby eM je obejrzał, bo on się zna.
Madzia i Julka tę górkę jesiennego szczęście zebrały w pięć minut na spacerze koło domu. I za pięknie to wyglądało, by mogło być prawdziwie. Ogromne ciemnobrązowe kapelusze na białych nogach. Dwa wielkie, przyrośnięte do siebie, Mama i Tata, a w okół nich rozsypane coraz mniejsze dzieci. Najmniejszy wyglądał jak borowikowy noworodek, taka szpileczka prawie. Borowiki i podgrzybki. Podgrzybki i borowiki.
Julka z PannąS, po chwilowej nieufności, spowodowanej długim niewidzeniem się, zamknęły się razem w pokoju i tylko dobiegały stamtąd piski i śmiechy. Dogadały się.
A my usiadłyśmy przy stole w kuchni, pomiędzy nami pachnące lasem grzyby, a za oknem czerniała noc. Nad wieżą, nieco z boku pojawiło się nagryzione, białe lśniące ciastko.
EM robił sobie późną kolację a pies durniał i nie wiedział gdzie ma się podziać. Czy usiąść na ławce i uczestniczyć w babskich pogaduszkach, czy pilnować eM, bo może mu jakiś kawałek sera spadnie, a może dobijać się do dziewczyn, bo co one tam robią? Może coś ciekawego i jeszcze psu umknie okazja do szaleństwa.
Madzia z Julką wsiadły potem na rowery i pojechały w ciemną noc.
PannaS zasnęła nim ja wróciłam po kąpieli.
A teraz jest ranek. Mała w moim łóżku, gra na moim komputerze, Tosia rozciągnięta u niej w nogach drzemie, ale słyszy wszystko.
Za oknem wstaje słoneczny, czysto jesienny dzień.
A rok temu byłam w Oberchofen. I gdy oglądam zdjęcia serce ściska mi przejmująca tęsknota. Nie tylko za widokami, ale za uczuciem jakie mi wtedy towarzyszyło…
Do Neapolu 32 dni.

51. Chuligaństwo

Jest taki rasistowski dowcip:
Mały Murzynek łapie rybkę czy może wypuszcza dżina, w każdym razie ma szansę na spełnienie swojego życzenia. Prosi o to być zostać białym. No i staje się. Szczęśliwy Murzynek leci do mamy z nowiną, ale ta go odsyła, bo nie ma czasu. Murzynek, ale teraz już biały, leci do taty, dziadków…do każdego w rodzinie, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. I wtedy Murzynek mówi:
– Pięć minut jestem biały i już mnie te czarnuchy wkurzają…

No to ja mogę w zasadzie tak o sobie: pięć minut jestem nie-tylko-Polką, a już mnie ci Polacy wkurzają.
No dobra, może nie wszyscy.
Wiecie, mieszkam na tym parszywym zachodzie lat prawie dziesięć. Generalnie usiłuję nie wiedzieć na jakim świecie żyję, ale bliźni starają się jak mogą by mi się nie powiodło. Co chwila ktoś w realu lub facebooku przemyca do mojej bańki treści, których znać nie chcę, a bez których to moje życie jest egzystencją o dwa nieba lepszą. No, ale od zawsze wiadomo, że bliźni lepiej wiedzą co człowiekowi do szczęścia potrzebne.
Ostatnio gdzieś mignęła mi informacja o tym jakoby polskie szkolnictwo było tak doskonałe, że wręcz najlepsze na ziemi a ci inni, kształceni w tych „pożal się boże Sorbonach”* to naszym absolwentom do pięt nie dorastają. I wiecie co? Noż…przepraszam bardzo, ale przysłowiowy męski organ płciowy mnie trafił.
Zastanawiam się skąd w moim narodzie tyle arogancji i zarozumialstwa? Na jakiej podstawie niemal każdy  rodak z którym rozmawiam ma się za lepszego od kogokolwiek na świecie?
Nie będę się bawiła w statystyki, bo te sobie można wygooglać, ale jakoś badania osiągnięć naukowych rozmaitych uczelni nie plasują polskiego szkolnictwa na szczytach rankingów.
Moi współplemieńcy lubią się chwalić tym, że Polacy to mają taaaaką wiedzę. No owszem. Mają. Znają nazwę najwyższego szczytu, a często nawet i jego wysokość, wiedzą, że woda to hadwao, wiedzą kim był nie tylko Einstein ale i Kopernik oraz wiedzą, że czym była wielka inkwizycja.
I dlaczego ta Europa, ba! Dlaczego ten świat cały na kolana przed naszą wiedzą nie pada? Nie podziwia? Kłody pod nogi rzuca naszym światłym uczonym?
Pamiętam jak pracowałam w biurach rachunkowych w Polsce. I przychodziły do tychże biur, do pracy osoby z magistrami ekonomii, w trakcie doktoratów, a czasem nawet i po. Krótko mówiąc: naprawdę wysoko kształcone. Zresztą, co tam inni. Sama skończyłam ekonomik już w nowych czasach. A jak przyszłam do pracy to nie miałam zielonego pojęcia co to jest NIP i VAT. I mniej więcej tak samo było później z owymi wysoko kształconymi ludźmi.
I jak rozmawiałam z kimkolwiek to okazywało się, że tak jest w zasadzie wszędzie, że świeżo po szkole młody człowiek musi się najpierw nauczyć stosowania w praktyce całej tej teorii, którą mu latami do głowy wbijano. Problem w tym, że wbijano do głowy fakty nie ucząc ani jak je powiązać ani jakie wyciągnąć z nich wnioski.
I kiedy przeniosłam się do Szwecji ze zgrozą obserwowałam, że nauczyciel w szkole nie jest pewien pisowni jakiegoś słowa. Albo że Szwed nie zna geografii własnego kraju. I dziwiłam się widząc, że szwedzkie szkoły wcale nie ciągną się w rankingach w ogonie a przewyższają szkoły polskie.
Ale minęły lata i widzę różnice.
Szwed, który kończy szkołę przychodzi do pracy i…pracuje. On nie musi się uczyć zawodu od początku, on umie wykonać swoją pracę. Zgoda, pracę mniej skomplikowaną, ale potrafi.
Znowu odniosę się do własnego podwórka.
Absolwent kierunku księgowość jest w stanie poprowadzić księgowość firmy. Bo jak chodził do szkoły to mu nie kazali kuć na pamięć planu kont a uczyli go na realnych dokumentach realnie istniejącej firmy. Uczyli go wykonywania konkretnych czynności, dodatkowo ucząc go analizowania zdarzeń i wyciągania wniosków. Oraz: podążania za wytyczonymi regułami.
Oni może nam ustępują wiedzą ogólną, ale my jesteśmy jak gęsi bezmyślnie łykające wpychane do gardła, przeżute fakty. Oni swą wiedzę, która choć może i mniejsza umieją wykorzystać w praktyce.  My używamy jej tylko do wygrywania quizów.
Czy Państwo rozumią tę subtelną różnicę?
Obserwując zachowania rodaków mam wrażenie, że jesteśmy po prostu chuliganami Europy. Jesteśmy jak niewychowany bachor. Wpadamy bez kolejki, rozpychamy się łokciami,  wrzeszcząc żądamy miejsca, przekraczamy linie, kręcimy pokrętłami, pstrykamy pstryczkami, paluchami wytykamy, że ten to gruby a tamta to brzydka, domagamy się uwagi, tupiąc i kopiąc naokoło.  A potem się obrażamy, że ktoś na nas krzywo patrzy. I foch. Dąs. I łzy. I „oni się na mnie uwzięli”.
Ciekawe czy jak nam ktoś wreszcie w dupę strzeli klapsa to się ockniemy.

*PS. Kto zgadnie skąd to cytat?