No to zaczęłam swoje „fikołki”.
Wczoraj pierwszy raz samodzielny trening.
Najfajniejsze jest to, że na sali mogę być całkiem sama. Mam własny klucz z hasłem i mogę wchodzić od 3 do 23 czy jakoś tak.
Salka mała, urządzeń sporo, ja używam trzech. Z założenia – bo jednego nie dałam rady ruszyć. Miałam pójść pieszo, żeby wydreptać swoje 10 000 kroków, ale padało. No i miałam jeszcze chwilę czasu, to uruchomiłam sobie bieżnię na 10minut. Odkryłam, że moje ulubione tempo to 4km/h.
Przy czym, głupia sprawa… Czułam się na tej bieżni jakbym robiła coś nielegalnego. Wciąż łapałam się nad tym, że nasłuchuję nerwowo, czy nikt mnie nie przyłapie.
Chore. Bo przecież instruktor mi nie zabronił korzystać z czego innego. Tak jak nie zabronił przychodzić częściej niż 3 razy w tygodniu. On zalecił. A ja w swym rozsądku nie będę używać urządzeń nieznanych. Ale bieżnią to sobie krzywdy nie zrobię. Resztą maszyn – możliwe. Więc jestem ostrożna. Bo mam też świadomość, że to, że instruktor mi raz pokazał – to dla mnie za mało. Ja i tak za chwilę się pokrzywię, zmienię układ ramion itd… Byłoby lepiej raz w tygodniu pójść w środku dnia i poprosić, żeby ktoś mi się przyjrzał i ewentualnie skorygował.
Wyszłam po 40 minutach.
Na haju. Naćpana endorfinami.
Chyba pierwszy raz w życiu miałam takie uczucie, że moje ciało aż krzyczy z radości. Te nędzne resztki mięśni reagowały na wysiłek …poczuciem ulgi! Tak jakby pozostając w spoczynku się męczyły i cierpiały.
Powiedziałam do Waldka: ćwicz rano, będziesz szczęśliwy, bo będziesz mieć pewność, że już nic gorszego cię dzisiaj nie spotka.
No ale jak to mawiała Babcia Józia „Wczoraj było dydy-dydy a dzisiaj kawał bidy”.
Czyli zakwasy. Było zacząć od bieżni!
A po wszystkim radosne rozkojarzenie do południa. Żarcie kompulsywne. A wieczorem panika: nie zdążę do 17!. I niespanie do północy.