35. Wcześnie rano

Jak zwykle: pobudka około czwartej rano, choć zasnęłam po 23.
Walałam się przez godzinę. Potem wstałam. Popracuję, skoro spać nie mogę…
Ale jak zobaczyłam maila od klienta, że on wydał średnio 600kr na każdy bilet i przejechał około 600km za każdym razem …to mi się odechciało pracować…
I tak za każdym razem jak wezmę jakąś deklarację roczną do zrobienia.
Dlatego w tym roku robię co mogę, żeby nie robić. Nie mam siły cierpliwości.
Wypiłam kawę.
I poszłam pojeździć.
Wcześnie rano, szósta, będzie pusto…
Wzięłam aparat.
Dzięki Astrze widzę w porannym słońcu to, co zwykle oglądam oświetlone zwykle z zachodu.

Kinnekulle
Zimno i zimno…a tu: o!

Wjechałam na punkt widokowy nad żwirownią.

Znowu Kinnekulle
Silosy w porcie i spalarnia śmieci
Zatoka, wieża ciśnień i wieża kościoła św. Mikołaja, a na pierwszym planie flagi żwirowni
A tu dowód na to, że Szwecja jest jak ogr: ma warstwy

A potem wróciłam do domu bo dochodziła ósma i trzeba było Tosię zabrać na spacer. Durny, uparty pies nie wie ile traci przez niechęć do Astry.

A teraz okazało się, że volvo zastrajkowało (pierwszy raz odkąd jest u nas czyli od pięciu lat) i eM musiał wziąć Astrę.
Ups…wietrzę problemy :/

34.

Przyszedł P. mój klient z dokumentami.
Tośka rzuciła się go całować bo jakoś się lubią wzajemnie. P, który zawsze jest porządnie ubrany gdy do mnie przychodzi, nawet nie protestuje, że mu Tośka obślinia ubrania. Kiedyś powiedział, że chciałby mieć takiego psa, ale żona się nie zgadza.
Teraz też się pomiziali chwilę z Tosią, ale ponieważ była zbyt namolna i przeszkadzała, wyrzuciłam ją za bramkę.
Zaczęła szczekać oburzona niesprawiedliwością, więc dodatkowo zamknęłam drzwi, odsyłając dziecko psa do pańcia.
Chwilę potem: miękkie drapanie w drzwi. Basil.
Wpuściłam, bo ten przynajmniej jest mniej absorbujący. Zazwyczaj.
Teraz obwąchał gościa, przespacerował mu pod nosem, podsunął ogon z przyległościami pod nos… A potem się zaczęło:
– Ty, obcy, a umiesz tak? – i hop z półki na szafę. Hop z szafy na półkę.
– Ty, obcy, a wiesz, że ja tu jestem najważniejszy? Zobacz jakie mam fajne miejsce – i hop na drukarkę.
– I w ogóle to ja mogą wszędzie leżeć, wiesz? – Uwalił się na zamkniętego laptopa.
– Ty, obcy, a patrz jak poluję, widziałeś? I umiem tak skakać…
I tak cały czas.
Kot, który normalnie, w ciągu dnia jest w zasadzie niewidoczny, nagle znajdował się w 10 miejscach na raz.
Skończyliśmy rozmawiać, otworzyłam drzwi, Tośka podleciała i dawaj pyskować, że ale jak to Basil może, a ona nie…
Otworzyłam bramkę, poleciała łasić się do P.
P. klepiąc futrzaka zmierzał w kierunku wyjścia, ale zatrzymał się na chwilę na pogawędkę z eM.
Basil przeleciał
– Ty, obcy patrz! – i hopsasa z kanapy na szafę. – Dobry jestem, nie? Ty tak nie umiesz, co?
P. tylko się pośmiał, bo eM się przyznał, że na szafie leży kocyk, bo kotek lubi tam sypiać.
– A u niej w pokoju to drabinkę dla niego zrobiłem…- przyznał się jeszcze eM.
P. popatrzył na mnie.
– Jakbym był psem albo kotem to bym chciał mieszkać u ciebie – powiedział. I poszedł.
Uznałam, że to komplement.


33. Vadlidenfallet/Edsvidsleden

Zimno. Wieje, ale słonecznie.
Wybraliśmy się wczoraj na oglądanie kolejnego wodospadu (taki mój nieoficjalny plan: odwiedzić wszystkie wodospady w Szwecji…a przynajmniej w Zachodniej Gotlandii).
Bardzo często, gdy szukam jakiegoś celu na wycieczkę zaglądam na tego bloga: https://ronnyvonfrankeinsteinsvandringstips.se/
Nie wiem nic o panu, który to pisze, ale jego wskazówki są bardzo pomocne w odszukaniu atrakcji, często bardziej niż lokalne mapki lub strony internetowe. Napisałam mu dziękczynną wiadomość, bo facet robi naprawdę dobrą robotę.
Strasznie nie chciało mi się nigdzie ruszać, ale trzeba psa przegonić, bo znowu jej tyłek urósł, a waga wskazała +2kg ostatnio. Czyli odzyskała te, które straciła jesienią.
Pojechaliśmy, przy okazji oglądając co jest po drugiej stronie Göty.
Naszym celem była taka wioska Hjärtum i leżący w okolicy Vadlidenfallet.
Wiedziałam, że nie jest specjalnie imponujący, ale uznałam, że warto zacząć sezon od czegoś niewymagającego. A trasa wyglądała na łatwą i niezbyt długą. I taka była.
No i było tak:


Kiepskie zdjęcie…bo zgłupiałam do reszty i wzięłam inny obiektyw. W dodatku tylko ten jeden, choć wszystko się we darło „weź jeszcze jeden!”.
No i okazało się, że na zbliżenia ten jest cudny, ale przy wodospadzie nie poszalałam, bo musiałabym się cofnąć, a nie było gdzie.
Inna rzecz, że miejsce nie jest jakoś spektakularnie piękne. Odnotowałam, odhaczyłam. Wystarczy.
W drodze powrotnej fotografowałam okolicę. Musi tam być pięknie gdy jest zielono lub jesienią…

Obszczekały nas dwa bassety. A Tosia, jak to ona, nie wydała z siebie ani jednego dźwięku.

Zaczęliśmy wracać, ale pora dość wczesna, a my wciąż żądni wrażeń. Po drodze widzieliśmy parking z charakterystycznymi tablicami. Zatrzymaliśmy się, żeby sprawdzić co i jak … i odkryliśmy szlak Edsvidsleden. Szlak jest długi, 14km, wiedzie brzegiem Göty potem zakręca w las…Co tam na nim jest jeszcze sprawdziliśmy, teraz tylko rzuciliśmy okiem na Götę.
A jest na co rzucać.

Najpierw z dołu…

A potem zaczęliśmy się wspinać wyżej i coraz wyżej…

Zeszliśmy z góry i grzecznie dojechaliśmy do domu.
Tosia padła.
Ja też.
W nocy był mróz, kałuże skute lodem.
Dziś już tylko w domu, w południe na chwilkę do Misi wpadniemy.
A na obiad będzie zupa kalafiorowa.

32.

No to święta…
Zapomnieliśmy o barwnikach do jajek. Jakoś nie rzuciły nam się w oczy …a jak zaczęliśmy szukać kilka dni temu to się okazało, że nie ma. Mnie tam nie robi różnicy, ale eM lubi wszystkie te świąteczne, tradycyjne rzeczy. No to kupiłam kurkumę, czerwoną kapustę oraz obłuszczyłam całą cebulę jaką miałam w domu i ugotowałam w tym jajka.
No i najładniejsze wyszły właśnie te z cebuli. Ale są kolorowe jajka.
Sernik znowu ma grubość 1centymetra. Możliwe, że blaszka za duża, ale jak piekłam w mniejszej to mi rósł i się wylewał a potem opadał :/.
Mistrzem sernika nie będę, trudno.
Dziś upiekę ciasto z orzechami włoskimi dla syna.
Nie pomyłam okien, więc jak święta będą do kitu to będzie to moja wina 😀
Wczoraj posprzątaliśmy w domu, ale na długo nie wystarczy, bo Tośka gubi sierść, Basil też…To znaczy gubią bardziej niż zwykle, więc 5 minut po sprzątaniu znów jest pełno kłaków.
Zrobiłam sałatkę. Ale chyba mam poczucie, że za mało się narobiłam bo mózg mi wczoraj podsuwał wizję pierogów z pieczarkami.
Rzeczywiście menu ubogie w tym roku jak nigdy. W sumie to sałatka i ciasta, oraz jakieś pieczone mięso robione przez eMa. On też się nareszcie nauczył, że to bez sensu zabijać się gotowaniem mnóstwa potraw, a potem na siłę to jeść bo się zmarnuje…Pewnie duży udział w zmianie toku myślenia miał fakt, że musiałby to sam sobie robić, bo ja się wreszcie przestałam poddawać tyranizacji i odmówiłam stania przy garach przez trzy dni.
I takie to są poboczne skutki niejedzenia mięsa.
…google play zrobiło mi brzydki kawał i przestało sprzedawać muzykę. A mnie brakuje jednej płyty Marka K. do kolekcji. I nie umiem znaleźć sklepu, w którym można kupić MP3. Nie mam klasycznego odtwarzacza płyt, muzyki słucham z komputera lub telefonu, a one nie mają czytnika płyt cd. Jedyne miejsce gdzie mogę odtwarzać płyty to Astra.
I zanim mi ktoś wyjedzie ze spotify: nie, nie, i jeszcze raz nie. Dlaczego mam płacić jakiś abonament, skoro mam własną kolekcję muzyki? Dodatkowo, aby słuchać spotify trzeba być podłączonym do internetu, co zjada te megabity. W domowej sieci nie ma znaczenia, w telefonie, gdy jestem na wyjeździe, ogromne! Nie chcę płacić większego abonamentu by mieć więcej internetu, bo to bez sensu.
…skończy się tym, że kupię płytę fizycznie i zgram na starym laptopie. Wcześniej rozważałam nawet nielegalne źródła, ale jakoś odwykłam, nie umiem tez szukać, nie wiem jak sprawdzić źródła by wraz z tym co chcę nie pobrać wirusa. Nie mówiąc już o tym, że wstyd okradać ukochanego artystę.

Nasz kolega, a zarazem mój klient odwiedził nas wczoraj.
Od jesieni walczy z rakiem jelita grubego.
Wygląda jakby miał 70lat.
Przyglądamy mu się z trwogą. Kazałam mu się pospieszyć z tym leczeniem, bo mam do niego sprawę zawodową. Przecież mu nie powiem, że tak naprawdę chodzi o to, że się martwię, i że gdyby coś … to świat co prawda będzie nadal trwał, ale będzie troszkę gorszy, bo zabraknie na nim jednego źródła wiecznej pogody i optymizmu.

Zawodowo to „pitolenie” w toku.
Chyba zaczynam się wypalać, bo jak nigdy irytują mnie pytania klientów „kiedy, kiedy” bo zobaczyli, że mają po kilkanaście tysięcy do zwrotu i jak co roku nie pamiętają, że system widzi ile wpłacili zaliczek na podatek dochodowy, ale nie wie, bo skąd, ile zarobili w swoich firmach. Ale ludzie jak widzą „ZWROT” to dostają amoku.
Druga rzecz to te indywidualne rozliczenia, dla ludzi prywatnych.
Jak jeszcze raz komuś będę musiała tłumaczyć dlaczego nie może sobie odliczyć wydatków na jedzenie mimo, że koledzy to robią, to chyba komuś przegryzę tętnicę.
Trzecia rzecz to dojazdy do pracy. I znowu to samo: inni sobie odliczają. I koronny argument: ale ja mam taki samochód co dużo pali i to mnie strasznie dużo kosztuje, żeby jeździć do pracy.
A na stronie urzędu skarbowego jest nawet specjalny kalkulator do obliczenia kosztów dojazdu, gdzie pierwszym pytaniem jest: czy masz możliwość dojeżdżania komunikacją publiczną? Jeśli tak, i jeśli na jeździe samochodem oszczędzasz mniej niż 2 godziny dziennie – to nie ma prawa do odliczeń. ych…patrzą na mnie jakbym była taka wredna, i z czystej zawiści odmawiała im odliczania.
Aż się ciśnie na usta chamskie: ale dlaczego JA mam płacić za to, że ty sobie chcesz wygodnie tyłek wozić autem wielkości małej ciężarówki? Kup mniejsze auto oraz przeprowadź się bliżej.
Odmówiłam jednemu gościowi. Wrócił do mnie po raz trzeci. Dwa lata temu musiałam mu kilka razy przypomnieć o zapłacie. W zeszłym roku też, zapłacił po kilku wezwaniach, ale urwał z zapłaty jakieś 20 czy 50koron. Niby mała rzecz, ale nie lubię takiego cwaniactwa. Mogłam gościowi to wytknąć, ale naprawdę mi się nie chciało. Po prostu odmówiłam.
Coraz częściej odmawiam. Szkoda i czasu i energii.

Pojechałabym gdzieś… Gdzieś gdzie jeszcze nie byłam.