We czwartek, 13.
Pracowałam jak mrówka. Upał panował nieziemski, mimo zamkniętych żaluzji i wiatraka. W dodatku robiłam jednego klienta, który ma masę idiotycznych operacji na koncie bankowym. W jednym dniu po 15 operacji typ: wpłacił – wypłacił.
To nowy klient, słabo go znam, a bardzo mocno nasuwa się podejrzenie prania brudnych pieniędzy, więc nie wiem czy bym sama go nie zgłosiła do kontroli, gdyby nie fakt, że właśnie tym operacjom przygląda się bank.
Jako księgowa mam obowiązek zgłaszania, gdy zauważę coś podejrzanego – a takie operacje wymieniane są w jako podejrzane.
Już wiem czemu poprzednie biuro go puściło. Kobieta pod pretekstem choroby pozbyła się niewygodnego klienta.
Tak właśnie robią szwedzcy księgowi: po prostu wymawiają usługi klientom, którzy mogą przysporzyć kłopotów.
Zatem księgowałam ten wyciąg o długości papieru toaletowego, oczy wychodziły mi z orbit i narastała furia. Skończyłam, sprawdziłam…O! Saldo się zgodziło! Cud.
Jeszcze zadzwoniłam do drugiego klienta, żeby zadać mu jedno pytanie. Jedyne. Była godzina 19. Zadzwoniłam, a ten zażądał wytłumaczenia dlaczego to jest tak, a nie inaczej i czemu on musi taki duży podatek…
Powiedziałam krótko. Nie, bo on nie rozumie. A chce. Bo to chyba błąd jakiś…I wtedy mu przerwałam:
– Słuchaj. Ja cię bardzo przepraszam, ale jest godzina 19. Pracuję od jakichś 12 czy 13 godzin i wybacz, ale nie będę ci teraz tego tłumaczyła. Uwierz mi – jest prawidłowo.
– Ale ja nie rozumiem…
– Już ci powiedziałam: nie będę ci tego tłumaczyła. Jest tak jak ma być. Mogę ci to rozpisać cyferkami jak do mnie przyjdziesz w następnym tygodniu, ale dziś – nie, bo zwyczajnie nie mam siły.
– Ale ja chciałbym wiedzieć , bo może to jakiś błąd jest.
Tu nie wytrzymałam i wysyczałam:
– Spędziłam dziś 2 godziny szukając i sprawdzając jak się powinno to zrobić. Więc bardzo cię proszę: trochę zaufania do mnie.
Nadąsał się:
– Okej…
Rzuciłam słuchawką mamrocząc inwektywy….Księgowości będzie mnie uczył…
A chwilę potem mąż zajrzał do pokoju i zapytał bełkotliwie o co chodzi….
Poderwałam się jak chlaśnięta batem. Ubranie, buty, aparat, plecak i w pięć minut byłam na podwórku.
Nie mogłam, po prostu nie mogłam zostać w domu, bo chyba bym zrobiła krzywdę tym błyszczącym oczkom, tej mowie rozjechanej, tym włoskom na sztorc…A przynajmniej bym wykrzyczała całą złość… Co nie jest dobrym pomysłem jak on jest w stanie „tylko jedno piwko” (czyli co najmniej 2-3).
Wyszłam. Poniosło mnie nad wodę, czyli nad jezioro, bo w mieście od murów buchał taki skwar, że nie było czym oddychać. Utknęłam w Porcie Małych Łodzi.
Usiadłam na ławce. I poczułam, że oczy mi łzawią. Nie wiem ze złości czy z poczucia samotności. Wytarłam i zaczęłam patrzeć.
Było gorąco. Ludzie piknikowali na trawie albo na pomostach wokół portu. Młodzież grupkami. Starsi w parach najczęściej. Dwie panie w średnim wieku na pomoście popijały lekkie, schłodzone wino. Dalej, na wale oddzielającym port od zatoki dwóch ślicznych młodych mężczyzn jadło jakieś sałatki. Siedzieli obok siebie tak blisko, że od razu wiadomo było, że to nie koledzy. Uśmiechnęło mi się samo do nich, bo tacy ładni byli. Ścieżką przemaszerowała grupka młodych ludzi, roześmiani, rozgadani, z muzyką na full. Jedna dziewczynka, prześliczna zresztą, bardzo drobna ale wysoka, miała włosy pół-na pół blond i czarne. Trzymała za rękę jakiegoś chłopca.
Po zatoce sunął zielony żagiel. Pod Kinnekulle, z drugiej strony, kilka innych, białych. Z wody wystawały głowy kąpiących się.
Na tymczasowej kładce, jaką co roku stawiają przy wale, ruch panował jak na głównej ulicy. Chlapały się dzieciaki, ale było też kilkoro dorosłych.
Minęła dwudziesta. Niebo się było chmurne, coraz ciemniejsze. Słońce, sypało złotem, jego pojedyncze wiązki spadały to tu, to tam… Łodzie wracały do portu. Nadchodziła noc.
A ja czekałam kiedy opustoszeje kładka, ale nie wyglądało na to by miała opustoszeć przed mrokiem. Więc zebrałam się w sobie i zapytałam dwie stojące u jej szczytu mamy czy mogę zrobić kilka zdjęć. I że ich dzieci nie będą widoczne, bo słońce jest za nimi.
Pozwoliły entuzjastycznie, odsunęły się nawet. Pokazałam potem zdjęcie na dowód, że ich córeczki w strojach są tylko nierozpoznawalnymi kształtami. Zachwyciły się… Potem już mogłam fotografować spokojnie.
W głowie znowu mi grała Shangri La.
To zakończenie doskonałego dnia
dla surfujących chłopców i dziewcząt
Słońce spada na zatokę i na cały świat
Na niebie lśni diament
Nasza wieczorna gwiazda
w naszej Shangri La.
(…) To jest całe niebo jakie mamy.
Właśnie tu, gdzie jesteśmy
W naszej Shangri La.
Wróciłam do domu wreszcie. Nie oglądałam już zdjęć bo późno było.
W nocy śnił mi się Mark Knopfler, że z nim rozmawiałam.



Poczułam się, jakbym była tam razem z Tobą.
Swoją drogą też spędzałam wczoraj samotnie czas podczas zachodu słońca, tez robiłam zdjęcia i tez rozmawiałam w nocy z mężczyzną, ale wcześniej robiłam z nim ciasto drożdżowe 🙂
A ksiegowosc… Dzisiaj podczas pakowania – bo opuszczamy morze- mąż powiedział „znalazł się Twój laptop” Ja na to- „schowała go, bo tam strasznie dużo wiadomości od których chciałam na chwilę odpocząć”.
Niestety urlop się konczy…
PolubieniePolubienie
lato się kończy a ja go nawet nie poczułam przy tych papierach i tak mnie to strasznie rozżala…
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Tez sie rozzalam I nie zgadzam ma koniec lata!
PolubieniePolubienie
strasznie kurczą się letnie miesiące – im jestem starsza tym coraz szybciej mijają
PolubieniePolubienie
Lata temu byłam na koncercie Knopflera. Absolutnie niezapomniany wieczór. Z Dire Straits uwielbiam prowadzić samochód w długich samochodowych podróżach, które mi się nie często zdarzają. Zachody słońca uwielbiam. Kiedyś jak będę miała trochę czasu poskładam moje zachodowe zdjęcia.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Ja marzyłam o koncercie wiele lat, Wreszcie rok temu, chyba w ostatniej chwili, udało mi się to marzenie spełnić. Na zakończenie tej trasy Mark podobno powiedział, że to była ostatnia taka trasa.
Nie ma co się dziwić: ma ponad 70lat.
W Małym Księciu jest zdanie, że jak jest się smutnym to się kocha zachody słońca.
Coś w tym jest.
PolubieniePolubienie
Piękny zachód słońca, szkoda, że to efekt smutku i poczucia samotności.
PolubieniePolubienie
Może tak to już jest, że to co najpiękniejsze musi powstawać właśnie w takich chwilach?
PolubieniePolubienie