Wróciłam w nocy z poniedziałku na wtorek. Tosia omal domu nie rozsadziła z radości. Popiskiwała cicho, zabrałam ją do swojego pokoju, wskoczyła na łóżko i nie dawała mi odejść ani na chwilę.
Myślałam, że wejdzie ze mną nawet pod prysznic.
Ale jeszcze zaliczyliśmy Berlin w pigułce. Szwed kupił nam takie bilety na autobus „hop in-hop out”- fajna sprawa jak ma się tylko kilka godzin. Wsiadasz na dowolnym przystanku, na dowolnym wysiadasz a jak się już naoglądasz wskakujesz do następnego autobusu.
W autobusie dostajesz darmowe słuchawki, podpinasz je do portu i wybierasz język – i masz wycieczkę z przewodnikiem po polsku. Ciekawe.
Moja przewodniczka mówiła „czydzieści czy”.
Patrzyłam na Berlin, myślałam „oto miasto, które przetrwało szaleńca”. Na zgliszczach powstały nowe budowle, ulice zapełniły się tłumami ludzi, w dodatku ludzi ewidentnie nie ras nordyckich. Tak Berlin zrobił gest Kozakiewicza w kierunku Hitlera i jego obłąkanych idei.
Nie jest ładny. Nie w sensie jaki zwykle mnie (nas?) zachwyca. Ale chyba mogłabym tam mieszkać. Pełno tam zieleni i łączenia starego z nowym.
Brama Brandenburska nie zrobiła wrażenia.
Kawałek muru nieopodal Charlie Point – ogromne.
Zjedliśmy jeszcze lunch koło Reichstagu. Szwed jakieś piwo i frytki, ja kartofel souppe. Była pyszna, wciągnęłam nawet pływającą w zupie smażoną kiełbaskę. Co zemściło się potworną zgagą.
Tak właśnie podejrzewam, że mięso może być jednym z czynników wywołującym zgagę. Dobrze, że na co dzień go nie jem.
A teraz się jakoś usiłuję ogarnąć.
Kręcę się jak bąk. Piorę, sprzątam. Myślę: jakim cudem w ciągu niespełna tygodnia dwóch facetów jest w stanie tak uświnić chałupę? Co by było jakbym wyjechała na dłużej?
Zozo była po południu we wtorek z mamą. Przykleiła się do mnie i tkwiła bez ruchu. A ja do niej. Przytulam ją i coś mi w środku mięknie i się otwiera. Kocham ją każdego dnia jeszcze bardziej.
Zobaczyła swoje ostatnie zdjęcie na tapecie komputera. Ucieszyła się. Wtedy jej pokazałam to, na telefonie.
– Wszędzie mnie masz! – ucieszyła się.
– No pewnie, bo to najpiękniejszy widok na świecie!
– Mówisz jak Mel.
Mel mówi jej, że jest najpiękniejsza na świecie! Czy to dobrze? Chyba…dobrze? Nareszcie ktoś, nie babcia i nie mama, mówi jej, że jest piękna. Mam nadzieję, że Mel jest mądry i wie, że nie tylko uroda i urok osobisty potrzebują doceniania. Mel JEST mądry.
Ale coś mnie niepokoi. I nie jest to jego choroba. Bardziej – to jego ogromne przywiązanie do Zozo. On mówi „trudno jej nie kochać”. A ja się boję czy ich związek nie jest zbyt intensywny, bo to nie jej tata, a co jeśli kiedyś zniknie, zrani ją…? Oooo…moja wyobraźnia nie zna ograniczeń, rysuje coraz to potworniejsze scenki jeśli jej tylko pozwolę. Nie pozwalam.
Czy dziś jest czwartek? Pogubiły mi się dni tygodnia…
Jeśli czwartek to zabieram Zozo na lekcję pianina. A wieczorem fotoklub. Idziemy do starej wieży ciśnień. Mogłaby pogoda być uprzejmą i dać trochę słońca… Od sierpnia jest prawie cały czas szaro i zimno. Temperatury poniżej 15 stopni! Wyciągnęłam puchową kurtkę, tę którą zwykle wyciągam około połowy piździelnika października.
W niedzielę jesteśmy umówieni z Adasiem, ale najchętniej nigdzie bym nie jeździła tylko posiedziała w chałupie, pogadała na spokojnie. Pobyła. Ta pogoda nie zachęca do wycieczek.
Muszę umówić się na wizytę u sjukgymnast w sprawie głowy.
Oraz dostałam zaproszenie na tomografię w połowie października.
…a głowa odpuściła…
Moja przewodniczka mówiła „czydzieści czy” – to pewnie była z Krakowa, nawet na pewno 😊
Wyobraźnię trzeba poskramiać – mam podobnie ‚bujna’, niekoniecznie tam, gdzie trzeba – ale czuwać koniecznie.
Trzymaj się ciepło; w Krakowie też przez chwile było tak zimno, ze chodziłam w ciepłej kurtce, a kolorów jeszcze nie ma 😟
PolubieniePolubienie
też zgadywałam, że przewodniczka jest Krakowianką 😀
Kolorów nie ma jeszcze i u mnie. Wszystko jest szare, ale właśnie wyjrzało słońce więc może się poprawi ta jesien?
PolubieniePolubienie
Oj, mam nadzieję, czekam na złotą jesień!
PolubieniePolubienie
i naraz wczoraj w drodze do i z Goteborga odkryłam, że już żółto a pola są puste
PolubieniePolubienie
Jesień dociera i do nas…nie ma na to rady……Hop on i Hop off wypróbowałam w Pradze i Wiedniu. Fajny pomysł zwiedzania w pigułce…..
PolubieniePolubienie
Tak fajny, zwłaszcza jak ma się mało czasu, jest się przejazdem w jakimś mieście i ma kilka godzin tylko
PolubieniePolubienie
A ja krakowianka co mówi trzydzieści trzy..:D Ciekawe spostrzeżenia co do Berlina. Nigdy w nim nie byłam. I jakoś mnie nie ciągnie. U mnie po kilku chłodnych dniach tak ze 21 stopni dziś 27 a w najchłodniejszym miejscu w Ascoli nad rzeka 24. Tak może być na dłużej. Serdeczności
PolubieniePolubienie
Ja też krakowianka, a mówię trzy 👍 ale musiałam wyjechać, żeby usłyszeć 😊
PolubieniePolubienie
Masz rację. Tak samo jak charakterystyczny krakowski akcent. 😄
PolubieniePolubienie
A wiesz, jak z koleżanką krakowianką się spotkałam po raz pierwszy na żywo to ja nagle wypaliłam „ale ty dziwnie mówisz!” na co ona „nie, ty mówisz dziwnie” a ja uważam, że ja mówię normalnie, jak telewizji 😀
PolubieniePolubienie
mam koleżankę krakowiankę i ona mówi trzydzieści trzy…ale mam znajomą ze Szczecina i ona mówi „czydzieści”
PolubieniePolubienie
I tak się zdarza. Nie tylk w Szczecinie. 😀
PolubieniePolubienie
W okolicach Rzeszowa tez jest czydziesci czy, ale co tam!
Odpoczywaj!
PolubieniePolubienie
odpoczywałam pilnie 😀
PolubieniePolubienie