80.

Dnia siódmego wyjechaliśmy.
We Frankfurcie ogłosili, że samolot ma 25 minut opóźnienia. Nie byłam pewna czy dobrze usłyszałam. Zapytałam siedzącej obok kobiety. Odpowiedziała mi półgębkiem, a potem odsunęła i odwróciła z lekka…Nic, tylko wychowana w Szwecji choć ciemnoskóra, ech.
Szwecja nam pokazała jak bardzo nas kocha i przywitała gęstym deszczem. Żebyśmy chyba złudzeń nie mieli.
Teraz liżemy rany.
Kurujemy obolałe stopy, moje dodatkowo wyposażone w gustowne bąble tu i tam.
Ja jeszcze dodatkowo walczę z trywialnymi problemami gastrycznymi spowodowanymi owymi pysznymi pizzo-bułami.
Pies oszalał ze szczęścia na nasz widok.
Drugi raz oszalał jak wywieźliśmy ją na plażę i odpięliśmy smycz. Przestrzeń! Woda! Kamienie! Piach!
Podłoga zasłana równiutkim dywanem z psa, Yanki jakoś nie wpadł na pomysł użycia odkurzacza. Popraliśmy wszystko, tym samym zmywając z ubrań antyczny pył Pompei i Herkulanum. Na obiad były schabowe z buraczkami.
I tak to.
Wczoraj wieczorem, gdy już zasypiałam zastanowiłam się: naprawdę tam byłam? Takie to się zrobiło nierealne pod niegościnnym szwedzkim niebem.

 

Dodaj komentarz