Iść na wojnę (?)

Warcholska krew …

Warcholska krew sarmackich przodków się we mnie burzy. Czy mam skłonności do pieniactwa czy mam rację ? 
Jak wiadomo całkiem niedawno remontowano mi mieszkanie. Mieszkanie jest komunalne, zatem remontu dokonywali ludzie zatrudnieni i opłacenie przez właściciela. Jednocześnie wraz z remontem mieszkania przebiegała renowacja fasady całego budynku z malowaniem zewnętrznych części okien.
Pierwsi w mieszkaniu byli spece od kładzenia paneli. Ci byli dość dobrzy. Co prawda przecięli kabel od internetu i zamarkowali to plastrem, ale prawda szybko wyszła na jaw – czyli w chwili gdy Janki wrócił ze szkoły i nie mógł się połączyć z internetem. Mąż mnie naciskał, więc napisałam stosowną karteczkę i nazajutrz, po powrocie do domu znaleźliśmy zwój kabla. Głupio mi było, no bo cóż to jest taki kabel…
Następny był malarz tapeciarz. Tapetowanie poszło mu sprawnie tylko, że małą łazienkę, wcześniej w jadowicie pomarańczowej tapecie pomalował na biało. Pomalował zwykłą tapetę! Która naturalnie spuchła i dostała bąbli. Malował trzy razy, w niektórych cztery, w końcu zniknął. Koszmarek został. Mąż zrzędził, mędził, że mam iść do administracji…Zżymałam się bo taka pierdoła, łazienka mała, pójdzie szafka nie będzie widać, zresztą i tak Kocio jej w zasadzie tylko używa.
Ale jednocześnie odbyło się cyklinowanie parkietu. Cykliniarz poszedł zostawiając po sobie pamiątkę w postaci pękniętej klepki przy samym progu. Pękniętej na tyle, że można sobie zdrowo stopę rozharatać.
Teraz już musiałam pójść do administracji. 
Malarz zjawił się następnego dnia, pomalował łazienkę raz jeszcze z tym samym efektem. Cykliniarz zjawił się później. Popatrzył. Powiedział, że przyjdzie z kolegą i poszedł. Następnego dnia przyszedł jeszcze jeden. Popatrzył- poszedł. Następnego dnia wrócił cykliniarz z innym facetem podebatowali nad podłogą, powiedzieli, że jutro wrócą i zrobią. To było ze dwa tygodnie temu. Jak dotąd nie wrócili.

Potem byli hydraulicy wymieniający perlatory, natryski i badający szczelność. Po ich wizycie kran w kuchni cieknie tylko od czasu do czasu ale za to w innym miejscu.
Tymczasem na zewnątrz remont fasady przeniósł się na inną stronę. Do mojego balkonu podjechało chwiejące się rusztowanie i ostrożny pan. I zaczęło się malowanie drzwi i okna balkonowego. Trwało dwa dni, bo pan malował też sufity balkonów, oraz okna i drzwi na pozostałych dwóch piętrach.
Zajęta już byłam Krakowiakami, więc się efektowi specjalnie nie przyglądałam. Aż do dzisiaj, kiedy postanowiłam wreszcie umyć okno.
Problem ze znalezieniem a następnie z odkręceniem śruby zmusił mnie do przyjrzenia się dziełu pana malarza. Farba położona grubą warstwą, znać każde pociągnięcie pędzla, zacieki i wiszące na krawędziach zaschłe krople farby. Tam, gdzie okno tyka się z framugą – ramka bo się pan malarz nie pofatygował o otwarcie okna. 
No i nie zdzierżyłam.
Zawołałam Anikę -Anioła. Pokazałam jej dzieło malarza. I moje dla kontrastu. zapytałam czy mam iść do administracji czy do miejscowej gazety od razu. Pokiwała głową. Poklepała mnie po ramieniu, zaleciła spokój i kontakt z administracją. 
Waham się i mam straszną chęć wsadzić kij w mrowisko. 
Ale może ja się czepiam ?

Prawdziwe litewskie cepeliny

jadłam wczoraj. Były …

jadłam wczoraj. Były szare, napełnione mięsnym farszem, polane tłuszczykiem z cebulką i skwareczkami a do tego była jeszcze kwaśna śmietana. PYSZ-NOŚ-CI! Nie żebym nie znała pyzów, bo znam i nawet czasem sama robię, ale te były robione jakoś inaczej, ciasto było delikatniejsze bo nie było w nim gotowanych kartofli.
Za oknem deszcz lał srebrzystą strugą, a my suchą nogą, w kapciach ale z kwiatkami i nieco odświętniej ubrani przeszliśmy przez piwnicę do drugiej klatki by zawrzeć bliższą znajomość z nowymi sąsiadami z Litwy. Ją spotkałam w szkole pewnego dnia (pisałam o tym?). Przesiadując na balkonie widywałam jej męża, który szybko zaczął mówić mi "cześć: Jak się wczoraj okazało, to jedno z niewielu słów jakie umie po polsku, choć rozumie prawie wszystko. No ale równie dobrze jak po litewsku umie po rosyjsku. Jakoś się dogadywaliśmy.
Szliśmy z nastawieniem "jak to dobrze, że mamy Zozola ze sobą, w razie czego powiemy, że musimy do domu szybko".
Ich kuchnia jest tak samo ustawiona jak moja. Drzwi na balkon były otwarte szeroko, deszcz "przyszywał niebo do ziemi", Zozol myszkował po zakamarkach mieszkania, psocił, śmiał, jadł, gadał, a czas sobie płynął i płynął.Jedliśmy i gadaliśmy, gadali i gadali.
To był taki…przytulny wieczór.
Muszę przygotować rewanż, ale czymże ja zaskoczę Litwinów? Pierogami ? Babką ziemniaczaną?  Ale może nie znają ryżu z pomarańczami ? Ale czego z polskiej kuchni mogą nie znać Litwini?  POMOCY!

Krakowiacy odjechali kilka dni temu zabierając ze sobą słońce. Od ich wyjazdu leje. Niebo szwedzkie, nie rycz, wrócą za rok, bo im się podobało. 
A my tymczasem wracamy do szarej i deszczowej rzeczywistości
I tylko dziwna rzecz mnie spotkała
Młoda Rosjanka, gdy opowiadałam pewnej Szwedce historię początków II wojny, mówiąc o 1 i 17 września, zatem ta Rosjanka stwierdziła bardziej niż zapytała
– Ale Polacy współpracowali z Hitlerem…
Wytrzeszcz.
Jakieś zmiany w historii i powinnam się douczyć?

Mijanie

Spojrzeliśmy uważniej …

Spojrzeliśmy uważniej -kto nam figle płata?-
I pojęli: Zamachem swych upiornych ramion
Czas kosi bez wyboru wszystkie rzeczy świata:
Zło z dobrem, szczęście z męką, wzlot z upadkiem zmiata
W nicość tę samą…
(Z płyty Ave-M. Czyżykiewicza)

Prawie rok temu odeszła jedna z moich blogowych koleżanek. Taaak…rzadko z nią rozmawiałam, Beata nie była gadułą. Miała w sobie zadumę, ciepło, mądrość. Dzieliła się nią oszczędnie, nie z chciwości, a z przekonania, że to co ma jest mało warte. 
Zajrzałam na jej bloga, bo nie wierzyłam w wiadomość. 

Czy ktoś umie mi powiedzieć, co stało się z Polarnym ? Odszedł z bloxa, ok. Ale aż tak, że nawet komentarzy na zdjęciowym nie sprawdza ? Na maile nie odpowiada ? Mam złe przeczucia.

Tak się to życie splata "zło z dobrem, szczęście z męką …w nicość tę samą"