Wczoraj był dzień raportowania i poniedziałek na dodatek.
Byłam do tyłu z robotą strasznie. Klienci mi się jakoś rozbisurmanili czy co… Jakby się uczyli jeden od drugiego.
Nigdy wcześniej nie miałam sytuacji, że ktoś nie dośle dokumentów na czas i trzeba będzie wysyłać fikcyjne, zerowe raporty. Dwa lata temu przyszła do mnie jedna firma. Mieli cały rok nie zrobiony, raporty kwartalne -zerowe. Mało tego – nawet mieli złożony wniosek o odroczenie rocznego sprawozdania.
Przyszli od tej kobiety, która potem zatrudniła mojego syna.
Kobieta wcześniej się rozchorowała, nie dawała rady, porezygnowała z niektórych klientów. Między innymi z nich. No i rzekomo z powodu tejże choroby cały rok nie był ruszony.
Oczywiście wiem, że z dużych klientów nie rezygnuje się bez przyczyny. A przyczyna zwykle jest zasadnicza: klient nie płaci. Inna to taka, że klient jest trudny we współpracy, ale trudny na maksa.
Wzięłam jednak, na zasadzie, że zobaczę jak będzie najwyżej po roku też wywalę.
W praniu okazało się, że brak należytego raportowania leży całkowicie po ich stronie. Bo wciąż nie mają kasy, wciąż są do tyłu z podatkami, a ich sytuacja ekonomiczna z roku na rok robi się coraz gorsza bo wpadli w pętlę zadłużenia. Bank już im nie pożycza, więc pożyczają od innych instytucji, topiąc w nich kasę, której nie mają. A skoro nie mają kasy to zwlekają z dostarczeniem dokumentów, bo księgowa to wydatek rzędu co najmniej 2tysięcy netto. Plus 25% VAT. Miesięcznie.
Rozmawiałam z nimi, tłumaczyłam, że mogą ograniczyć pewne wydatki. Np. gdyby gros pracy z dokumentami wykonywali sami. Np. sami wprowadzali zapłaty od klientów. Lub układali dokumenty chronologicznie wg operacji na wyciągu bankowym. Sugerowałam też zmiany w życiu… Mówią, że tak, tak, ale nadal nic się nie zmienia.
Zrobiłam im 1 kwartał 2021 roku… i chyba jednak się pożegnam, bo czekam na zapłatę już trzeci miesiąc. A leżą u mnie dokumenty za kolejne dwa kwartały.
Chwilę po tym jak zaczęłam z nimi współpracę inna moja klientka spóźniła się z dokumentami. Bywa: urlop, choroba, jakieś zdarzenia losowe… Wysłała dwa miesiące razem… Ale za chwilę znowu się spóźniła…Znowu dwa miesiące razem. Potem trzy razem. teraz czekam na kopertę z czterema miesiącami.
Dziwne to, bo klientka zawsze była uporządkowana. Ona nawet ten VAT sobie sama liczyła, i zawsze wszystko miała poukładane. A tu nagle takie hocki. Jakby się zaraziła od tamtych. Z tym, że tamtych nie zna, nie spotyka się z nimi… Rozmawiam z nią, lubię ją, nawet bardzo, próbowałam już chyba wszystkiego, łącznie z obietnicą rabatu za terminowe przysłanie dokumentów…
Zaraz potem mój ulubiony klient z sąsiedniego miasta zaczął się spóźniać z dokumentami. No po tym to się w ogóle nie spodziewałam! On był „wychowany” przez szwedzkie biuro rachunkowe. Płacił tam jak za zboże, za miesiąc niemal tyle, ile u mnie za pół roku. Dostawał dodatkowe opłaty za każdą oddzielnie dosłaną fakturę, za każdy telefon z najprostszym nawet pytaniem. W efekcie gdy przyszedł do mnie był naprawdę zdyscyplinowany. I był przez cztery lata. A teraz nagle O.
No i na koniec kolejny klient. Jest od dwóch lat, dotąd nie było problemów. A teraz coraz częściej dokumenty dochodzą po dniu raportowania.
I jeszcze jedna dziewczyna, co jest od kilku miesięcy. Coraz częściej dostarcza dokumenty w ostatniej chwili, a potem się okazuje, że z pięciu faktur dostałam jedną. A kolejne dosyła mi mailami… Co kilka dni.
I tak sobie myślę.
Chyba tych najgorszych, pierwszych z listy pożegnam, bo pieniędzy z tego nie będzie, a kłopotów coraz więcej. Ponad to mam wrażenie, że robią mi za zgniłe jabłko w koszyku.
Reszcie chyba napiszę, ostrzeżenie, że dosyłanie dokumentów po terminie lub w mniej niż 7 dni przed skutkuje doliczaniem 10% do faktury. A w dalszej perspektywie rozstaniem.
Ale zapytam jeszcze szwedzkich księgowych…
Taka była to praca w ostatnich dwóch tygodniach. Biorę A, zaczynam robić, okazuje się, że brakuje czegoś tam, piszę, czekam…
W międzyczasie biorę B, znowu to samo…
Biorę C… i znowu…
Wkurzające jest takie rozgrzebanie kilku spraw bo w końcu zaczynam się gubić i nie jestem pewna co gdzie i jak…
A że wczorajszy termin był terminem i dla tych co się rozliczają miesięcznie i dla tych co kwartalnie, to naraz miałam dwa razy więcej pracy, której nie dało się ułożyć.
W efekcie raportowanie skończyłam grubo po 18. Umęczona, obolała, bo diklofenac działa dziwnie: znieczuli na chwilę, potem puści, potem znowu znieczuli, choć pilnuję by tabletkę brać co 6 godzin.
Nawet nie miałam czasu ani siły by pomyśleć o fizjo…
Zamiast lunchu położyłam się na chwilę, żeby odpocząć od bólu.
Zuzu, która właśnie zaczęła ferie, szwędała się po mieście z przyjaciółką. Przyszły nagle zmoknięte, bo lało, i Zuzu położyła mi przed nosem bukiet tulipanów.
Najpiękniejszy bukiet świata! Bo kupiony z własnej inwencji.
A potem, późnym wieczorem jeszcze było trzeba odebrać Misię i Mela z dworca, bo wrócili z Malagi. A klucz od domu był u mnie.
Zuzu miała jechać wczoraj do taty, ale wyżebrałyśmy prolongatę do dzisiejszego wieczoru. Mama Zuzu była jednak troszkę zawiedziona, bo Zuzu na dworzec pojechała, owszem, uściskała oboje i bardzo się cieszyła, że już są, ale spać jednak chciała u babci. Bo u babci jest milusio…
Dziś mi ją już zabiorą.
Moja egoistyczna dusza się cieszy na odzyskany telefon/komputer/fotel/pokój/spokój.
Ale dusza babci się smuci, bo przez tę pracę i ból pleców nie porobiłyśmy nic razem. Albo prawie nic. A w domu znowu zrobi się cicho.