43 czyli ciąg dalszy 42

Skończyłam szkołę, zdałam maturę, oblałam egzamin na studia i zaczęłam najpierw staż, a potem pracę w PGRze.
Przez moje życie przewalał się tabun ludzi. Nowe przyjaźnie, które miały być na zawsze, nieoczekiwane miłości, jeszcze bardziej nieoczekiwane zakończenia jednych i drugich.
Koza był młodszy, jeszcze chodził do szkoły.
Jakoś pod koniec roku szkolnego 87 albo 88 moja kuzynka Kaśka, młodsza ode mnie o 10lat, poprosiła bym pojechała z jej klasą na biwak jako dodatkowy opiekun. Zgodziłam się. W dniu wyjazdu okazało się, że innym opiekunem był Koza. Czyli Piotr.
Dwudniowy wyjazd przegadaliśmy na jakieś durnowate tematy. Koza nie odstępował mnie na krok. Pamiętam, że przełaziliśmy przez płot, żeby obejrzeć samotny komin w pobliskim lasku. W nocy obeszliśmy domki, żeby zobaczyć czy małolaty nie mają jakiejś kontrabandy. Potem usiłowaliśmy spać, ale było pioruńsko zimno. Do dziś pamiętam kulącą się pod dziecięcym kocykiem wychowawczynię…

Wracałam z pracy, musiał to być jakiś 88 rok, bo już pracowałam z powrotem w Miasteczku. Była jesień, może początek zimy.
Na rogu Zwycięstwa, koło kiosku Totolotka, spotkałam Piotra.
– Cześć! – zaczepił mnie. Przystanęłam. Patrzył gdzieś ponad mną, co nie było trudno, bo wyższy był ode mnie zdecydowanie. Jak zawsze ubrany nieadekwatnie do pogody. Jakaś dziwacznie wywinięta czapka, zbyt cienka kurtka o wojskowym kroju.
– Ja będę miał w tym roku studniówkę – zawiadomił mnie. Natychmiast zrozumiałam, że chodzi o rok szkolny.
– Jak chcesz to możesz ze mną pójść – dodał łaskawie.
Nie wiem co odpowiedziałam. Ale tak mnie to zaszkowało, że przy najbliższej okazji opowiedziałam Profesorkom, że Piotr łaskawie się zgodził bym mu towarzyszyła na studniówce. Oczywiście nie zamierzałam. Po pierwsze, nie będę z wariatem chadzała po imprezach, po drugie: za stara jestem.
Wtedy się właśnie dowiedziałam, że Koza by mnie jednej nie zastrzelił. I że co mi szkodzi… Zgodziłam się. Jakim cudem znalazłam sposób by mu to przekazać nie mam pojęcia.
Przyszedł wielki dzień. Nie pamiętam w co się ubrałam, Piotr oczywiście miał garnitur… Jakoś tak został Piotrem nie wiedzieć czemu. Przyszedł po mnie do domu. Poszliśmy do Agi. Aga miała opinię kawiarni „młodzieżowej”. Zwykle grała tam muzyka, nie podawano jedzenia jak w Jubileuszowej, a choć serwowano alkohol, nie była to mordownia jak Zacisze.
Leżała vis a vis szpitala, co niektórzy uważali za doskonałą lokalizację.
Pamiętam, że padał deszcz ze śniegiem, gdy szliśmy.
Znalazłam zdjęcie z tej imprezy. Jest datowane na styczeń 1989 roku. Czyli dosłownie za chwilę, wszystko miało się zmienić. I w Polsce i w moim życiu.
Tymczasem Piotr opiekował się mną troskliwie. Pomógł zdjąć płaszcz, odsunął ciężkie, drewniane, stylizowane na ludowe, krzesło. Z całej siły starał się prowadzić normalną konwersację. Kiedy, tradycyjnie, jego klasowi koledzy zaczęli pod stołem rozlewać alkohol, odmówił.
Wiedziałam, że Profesorki go „ustwiły”. Kazały się zachowywać i nie schlać od razu.
No, co? Takie były klimaty wśród młodzieży uczącej się w szkole zawodowej, w małym miasteczku na Warmii w latach osiemdziesiątych.
Widziałam jak bardzo jest zdenerwowany, jak drżą mu dłonie i zrobiło mi się go szkoda.
Nawet taka ślepota taka jak ja, wreszcie zauważyła, że mu się podobam. Nic dziwnego, bo przecież na mnie nigdy nie zwracał uwagi nikt „normalny”, fajny, do przyjęcia. Więc dlaczego nie miałabym mieć i takiego dziwnego adoratora … Szkoda mi go było. Po prostu.
Namówiłam go by wypił ten jeden kieliszek, co też uczynił. Mnie nikt nie powiedział, że pół kieliszka, sprawi, że sama też się rozluźnię, więc nie wypiłam. Chyba nie chciałam się rozluźnić. Siedziałam spięta, pilnując by, broń boże, w żaden sposób nie dać Piotrowi choćby ociupiny nadziei.
Wieczór się rozkręcił, pamiętam jak przez mgłę, że chyba nawet tańczyliśmy. To musiał być doprawdy kuriozalny widok.
Bo ani Piotr, ani ja do tańca drygu nie posiadaliśmy.
Wiem, że wymknęłam się z imprezy około północy. Piotr chciał mnie odprowadzić, ale mu wybiłam to z głowy. Powiedziałam, żeby leciał do kumpli i nareszcie bawił się jak chce.
Po tej imprezie Piotr odwiedzał mnie w domu. Moją matkę pozdrawiał machnięciem ręki, a koleżanki mojej matki z pralni szpitalnej, ze zgrozą odnotowały, że chłopak pod nosem nuci „Haili, hailo”. Matka się nie gorszyła, bo go znała, wiedziała, że Piotr choć inny, to jest nieszkodliwy.
A potem przyszedł rok 1990. I cały nasz świat się zmienił.
Zostałam matką po raz pierwszy i wszystko przy tym zblakło.
Piotr podobno poszedł na studia i chyba nawet je skończył. Jakąś historię czy politologię…
Spotkałam go kiedyś w Olsztynie, na przystanku. Jechałam do szkoły, bo robiłam studium rachunkowości. Piotr chyba miał zajęcia w szkole. Stałam z koleżanką, coś gadałyśmy, Piotr chwilę stał obok, potem wypalił coś o Żydach, nie z gruszki ni z pietruszki, jak to on. Albo ja… czasami.
Wiedziałam, że chciał zwrócić na siebie uwagę, że chciał się jakoś włączyć do rozmowy, i że w tamtej chwili uważał, że to co mówi świetnie współgra z tematem naszej, mojej i tej drugiej dziewczyny, rozmowy. Wiedziałam też, że w ciszy jaka na moment zapadła miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Pożegnał się i uciekł.
Kilka lat potem spotkałam go w autobusie. Pochwalił się, że się ożenił.
I że urodziło mu się dziecko, córeczka.
– Czy ją też byś zastrzelił? – zapytałam.
– W pierwszym rzędzie – zapewnił mnie z całą powagą. Byłam pewna, że dziecko dostało na imię Kasia.


42.

Nie wiem kiedy dokładnie to było, myślę, że było to tuż przed maturą gdy wybrałam się na targi filatelistyczne… choć targi to może za dużo. Jakaś wystawa to była, czy kiermasz… Impreza odbywała się w Miasteczku, więc nie mogła to być żadna duża sprawa.
Poszłam, bo wysłała mnie Szwester.
Szwester się na nią mówiło w miasteczku, bo była zakonnicą Zakonu Katarzynek. Z pochodzenia była Niemką, urodzoną w zamożnej rodzinie pochodzącej z miasteczka. Podobno sama z siebie, po wojnie oddała miastu budynek w którym mieścił się szpital, a w zamian za to dostała dwupokojowe mieszkanie w tzw. białych blokach tuż koło kościoła. Wraz z nią mieszkało jeszcze kilka innych sióstr, które zajmowały się kościołem.
Moja mama, która wciąż szukała okazji by dorobić parę groszy, pracowała dla Szwester jak człowiek do wszystkiego. Plan był taki, że w jedno popołudnie zajmie się sprawami Szwester, a ta ją za to wynagrodzi. Mać moja wiele zalet miała (wad pewnie jeszcze więcej) ale przedsiębiorcza to ona raczej nie była. Nie umiała upominać się o swoje, nigdy z góry nie umawiała się co do stawki, naiwnie wierząc w powszechne „dogadamy się”. No bo przecież taka święta osoba, to na pewno wdowy z dwiema dorastającymi córkami nie, nomen omen, oszwabi.
W efekcie matka spędzała u Szwester coraz więcej czasu, a zamian przynosząc jakieś marne ciuchy z darów, przeterminowane niemieckie puddingi czy słoiki z przetworami sprzed dekady.
Szwester miała zakusy by i mnie zaprząc do swoich rozmaitych spraw.
Przed pierwszą u niej wizyta matka mnie sztorcowała:
– Tylko się zachowaj! Żebyś znowu nie wystrzeliła z czymś, bo się ze wstydu spalę.
Poszłam, chyba niczym szczególnym nie błysnęłam, bo awantury nie pamiętam. Szwester obdarzyła mnie misją pójścia na ów filatelistyczny kiermasz.
O znaczkach wiedziałam tyle, że się je kupuje na poczcie lub w kiosku RUCHu jak się chce wysłać list. Oraz że są tacy ludzie, co znaczki zbierają, ale to bogacze są, bo zbiera się tylko stare znaczki, które kosztują majątek. To ostatnie wiedziałam z książek Joanny Chmielewskiej oraz filmu „Skradziona kolekcja”.
Szwester powiedziała co mam jej kupić, dała pieniądze. Zatem poszłam.
Nie oglądałam nic, po prostu stanęłam w kolejce do stoliczka, gdzie sprzedawali znaczki bo cała ta filatelistyka wydawała mi się nudna i bez sensu.
Nie miałam duszy zbieracza. Nawet „fotosów” nie zbierałam, choć chętnie oglądałam Baśki album ze zdjęciami aktorów wycinanymi z różnych gazet.
I wtedy poszedł do mnie Koza. Nie zapytał co tu robię, chyba z góry przyjął, że interesuje mnie przedmiot kiermaszu, a ja nie prostowałam jego przekonania, bo … wstydziłam się przyznać, że moja matka dorabia sobie jako służąca pomocnica Szwester.
Myślę, że to był ten moment gdy Koza mnie zauważył.
Znaliśmy się, bo oboje bywaliśmy u niejakich Profesorek czyli dwóch nauczycielek z Liceum Zawodowego w Miasteczku.
Koza zwany inaczej Faszystą miał na imię Piotrek, ale nikt imienia nie używał, tylko zawsze mówiło się „Koza, no wiesz: Faszysta”.
Koza fascynował się Hitlerem. Twierdził, że jest jego kolejnym wcieleniem, bo urodził w tym samym dniu co on. Podobno jak kogoś polubił to zapraszał do siebie na pijaństwo stawiając tylko warunek, że do spożywania trunku zarówno gość jak i gospodarz przywdzieją na głowy poniemieckie hełmy.
Ogólnie rzecz biorąc Koza robił wrażenie trochę upośledzonego, ale biada temu kto się na to wrażenie dawał nabrać i pozwolił wciągnąć się w dyskurs na tematy historyczno-polityczne. Koza miał w głowie encyklopedię (Wikipedii wtedy nie był, droga młodzieży) wiedzy o historii XX wieku.
Mógłby być nawet przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany, blondwłosy, niebieskooki… Ale zawsze jakoś dziwnie ubrany. Tu nie zapięty, tam krzywo zapięty, często tył-na przód, lub na lewą stronę. No i zawsze jakoś tak nieadekwatnie do warunków.
Dziwny był. Nie dało się z nim normalnie porozmawiać, wystarczyło jedno słowo, by rozpoczynał swój monolog, który zawsze prędzej czy później schodził na Hitlera i faszystów.
Chciało się mówić o nim „niedorozwinięty” ale to nie pasowało. Upośledzony…też nie. (Przypominam, że mówimy o latach osiemdziesiątych XX wieku, gdzie poprawność polityczna jeszcze nie istniała, dzięki czemu mógł sobie Machulski zrobić Seksmisję).
Wreszcie go sklasyfikowałam „geniusz czyli z jednej strony ma więcej, więc z drugiej mniej, dla równowagi”.
Koza mnie sobie z jakiegoś powodu upodobał. Kiedyś u Profesorek stwierdził, że wszystkie baby by zastrzelił.
Na co one:
– Nas też?!
– Jak wszystkie to i was też. Chociaż bym potem żałował.
– Oj naprawdę wszystkie?!
Tu Koza się zawahał i odparł lekko niechętnie:
– No… Kaśki to bym nie zastrzelił.
Zatem miałam u niego niezwykłe względy.
cdn…