Wczoraj pojechaliśmy na spacerek. Spacerek..! Ha-ha! Mój mąż to szczęściarz. Gdyby to on wybrał tę trasę to już by nie żył. Ale wybrałam ją ja, więc mogłam tylko sobie palnąć w łeb. Traska niedługa, 7,5km. Problem w tym, że ja przez zimę prawie nie chodziłam. Nigdzie. 20-30minut spacerek z Tośką po mieście. Trzy kroczki -stop-dwa kroczki- stop… A tu nagle 2 godziny wędrówki. W terenie. Ale było ciepło, słonecznie, z lekkim wiaterkiem. Latały żółte motyle. Dalbobergen stigen to trasa której połowa wiedzie przez las, po czym zakręca przy Campingu Ursand i biegnąc krawędzią klifu nad Wener prowadzi nas z powrotem na parking. Wczesna wiosna, jest idealną porą bo łyse drzewa nie zasłaniają widoku na jezioro i urokliwą panoramę miasteczka Vänersborg.
To zaczynamy. Chatki Związku Harcerstwa czyli ScoutinguTak, tu się przybija znaki gwoździami do drzew. Może to jakieś specjalne, co drzewom nie szkodzą?Tradycyjny układ w czasie wędrówki. eM przodem, Tośka za nim, ja z tyłu bo co rusz robię zdjęcia. Ogólnie bardzo sucho, ale miejscami teren robi się błotnisty. Tośka uwalona w samym środku błota. Chłodzi się… a jaka zadowolona paszcza! No dobra, połowa za nami… Las się zmienił, przerzedził, jest więcej światła, zza drzew prześwituje wodaNo chodźże wreszcie! wystraszył mnie …padalec jeden. Czas na popasHalleberg z drugiej stronyZając?!Tak bardzo byłam zmęczona, że nie poszłam obejrzeć z bliska budynku i widoków…Tam gdzieś, gdzie ten mostek i trzciny Göta zaczyna swój bieg ku morzuMeta blisko, a Tośka patrzyła na mnie z naganą, że chcę gdzieś skręcaćKoniec, który jest początkiemNa mecie czekały na mnie kwiatki.
A Tośka utknęła 5m przed samochodem z miną: „Ale jak to: do domu?!”
Ostatnie weekendy były w rozjazdach, przyszły też taki będzie więc w tym -zostajemy w domu. W domu to nie znaczy naprawdę „w domu”, bo przecież Tosia ma swoje prawa. To nawet nie znaczy, że zostajemy w mieście. Po prostu nie ruszamy się dalej niż 20km od domu. Wczoraj wymyśliłam spacer laskiem, który porasta brzeg jeziora, do platformy widokowej wznoszącej się miedzy trzcinami. Nie wiem…dwa kilometry? Może trzy… Las tam jest mieszany. Rośnie na wąskim pasie pomiędzy brzegiem jeziora a torami kolejowymi. Teren miejscami jest podmokły, lub wręcz bagnisty, ale ścieżka utwardzona, choć na szczęście nie asfaltowa. Latem komary zjadają żywcem. Ale teraz już jesień całą gębą. Zimne noce. Słonecznie dni. Jeszcze nie pożółkło, jeszcze nie liście się nie sypią. Ale jest wysyp grzybów – najczęściej niejadalnych. Ale ptaków już nie ma i w lesie jest cicho. Tylko przejeżdżający pociąg napełnił las hukiem na chwilę. Tosia zastrzygła uszami, znieruchomiała, zapatrzyła się w dal wyraźnie zaniepokojona tym, że nie widzi źródła hałasu. Fotografowałam kwiatki, gdy minęła mnie para ludzi znacznie starszych od nas. Oboje na sportowo, dziarskim krokiem… Powiedziałam zwyczajowe „hej” bo w Szwecji, gdy się w odludnym miejscu spotyka ludzi to się ich pozdrawia. Młodzi czasem nie odpowiadają. Może nie Szwedzi, a może zwyczaj zanika. Starsi odpowiadają prawie zawsze. Pan przystanął grzecznie, żeby mi nie wleźć w kadr. Akurat słońce jasną plamą spływało na różowy kwiatek, a dookoła głęboki cień… Uśmiechnęłam się, opuściłam aparat, bo już uwieczniłam to, co chciałam. – Tam, dalej, są śliczne grzyby – poinformował mnie. – O, popatrzymy, dziękuję – odpowiedziałam. Różowy kwiatek okazał się gatunkiem niecierpka. Bardzo inwazyjny gatunek pochodzący z zachodnich Himalajów. No, to ma tu dobrze.
A potem już tylko zbierałam grzyby…
Nad jeziorem tylko szum wody. Żadnych ptaków. Tylko trzciny… Gdy trzcina zaczyna płowieć, a żołądź większy w dąbrowie znak, że lata złote nogi już się szykują do drogi….
W drodze powrotnej Tosia zaczęła nam zostawać w tyle. Zwolniliśmy. Chyba się męczy jakoś szybciej. Choć może to perspektywa końca spaceru spowalnia jej kroki, by odwlec moment powrotu do domu. A na obiad była babka ziemniaczana.