Weekend zaczął się od tego, że wczesnym rankiem poślizgnęłam się na mokrej kratce na schodku przed domem i, wywaliwszy się koncertowo, rozwaliłam sobie kolano. Nie tylko rozorałam skórę i tkankę miękką ale i zbiłam.
5 minut później miałam na kolanie guza wielkości pięści.
Ale pojechaliśmy, choć uprzedziłam, że połazić to ja raczej nie dam radę.
Okazało się, że koleżanka małżonka też ma jedną nóżkę bardziej, więc ustaliliśmy zajęcia w podgrupach.
Chłopcy poszli na przechadzkę, my, dwie kuśtyczki zostałyśmy w schronisku.
Fjälbacka jest zapewne dobrze znana miłośnikom kryminałów, bo podobno jest całkiem dobrze opisana w kryminałach Camilli Lackberg.
Mnie kryminały nudzą śmiertelnie, więc nie wiem czy obraz w powieściach jest wiernie oddany.
Fjälbacka leży nad morzem, ale od tysiąca nadmorskich miasteczek na zachodnim wybrzeżu odróżnia ją wielka skała, zwana Kungsklyftan, w samym centrum miasteczka. Kiedyś tam byliśmy, ale dawno, na krótko i w środku sezonu.
Teraz zatrzymaliśmy się w niemal pustym vandrarhem czyli w schronisku (hostelu?). Miejscówka ciepła czysta i przytulna.
Chłopcy udali się na wędrówkę po Kungsklyftan, a my gadałyśmy.
Potem zaczął padać deszcz. Potem wrócili nasi zmoknięci małżonkowie. Potem, jak na żony przystało, wysłałyśmy mężów na pizzę.
A gdy wrócili posileni rozsiedliśmy się w salonie z przegryzkami, likierami i nalewkami. I gadaliśmy.
Za oknami wiało i lało. Nam w okna zaglądał rozświetlony zegar z wieży kościelnej. Przygasiliśmy światła, skądś wzięły się świeczki i nareszcie był czas pogadać.
Największym cieniasem towarzystwa jak zawsze okazałam się ja i około północy ewakuowałam się do pokoju. Reszta gadała chyba do drugiej.
Na wszelki wypadek łyknęłam sobie ibuprofen, żeby głowa się nie rozszalała po tych dwóch naparstkach nalewki.
A gdy się rozjaśniło poprawiłam kolejnym bo jednak ćmiła.
Ale ibuprofen znieczulił mi przy okazji obitą nóżkę.
Tak więc, gdy reszta odsypiała nocne Polaków rozmowy, ja z aparatem poszłam na przechadzkę.
























W tym miejscu doszedł do mnie SMS od kolegi „Idziesz na kawę?” . To poszłam.
Noga chodziła niemal bez problemów więc po śniadaniu pojechaliśmy na spacerek po Veddö naturreservat.
Miał być taki sobie spacerek, bo szlak tylko trzykilometrowy.
Na miejscu okazało się, trasa owszem krótka, ale jednak dość trudna, zwłaszcza dla osób kulawych. Ale daliśmy radę. Mimo kilku poślizgnięć na mokrych kamieniach lub wdepnięciu w krowie placki.
Rozpogodziło się z lekka, było nawet ciepło. No i widoki… Ale to jak zawsze. Nudaaaaa… nie?









Wróciliśmy, zrobili obiad wespół w zespół. I czas był wracać w stęsknione objęcia psa i kota.
A dziś mam, jak zawsze po takich spotkaniach, syndrom kolonisty.
Czyli lekka chandra, niedosyt i kłopot z zebraniem się do roboty.





































