97. Weekend w Fjällbacka

Weekend zaczął się od tego, że wczesnym rankiem poślizgnęłam się na mokrej kratce na schodku przed domem i, wywaliwszy się koncertowo, rozwaliłam sobie kolano. Nie tylko rozorałam skórę i tkankę miękką ale i zbiłam.
5 minut później miałam na kolanie guza wielkości pięści.
Ale pojechaliśmy, choć uprzedziłam, że połazić to ja raczej nie dam radę.
Okazało się, że koleżanka małżonka też ma jedną nóżkę bardziej, więc ustaliliśmy zajęcia w podgrupach.
Chłopcy poszli na przechadzkę, my, dwie kuśtyczki zostałyśmy w schronisku.
Fjälbacka jest zapewne dobrze znana miłośnikom kryminałów, bo podobno jest całkiem dobrze opisana w kryminałach Camilli Lackberg.
Mnie kryminały nudzą śmiertelnie, więc nie wiem czy obraz w powieściach jest wiernie oddany.
Fjälbacka leży nad morzem, ale od tysiąca nadmorskich miasteczek na zachodnim wybrzeżu odróżnia ją wielka skała, zwana Kungsklyftan, w samym centrum miasteczka. Kiedyś tam byliśmy, ale dawno, na krótko i w środku sezonu.
Teraz zatrzymaliśmy się w niemal pustym vandrarhem czyli w schronisku (hostelu?). Miejscówka ciepła czysta i przytulna.
Chłopcy udali się na wędrówkę po Kungsklyftan, a my gadałyśmy.
Potem zaczął padać deszcz. Potem wrócili nasi zmoknięci małżonkowie. Potem, jak na żony przystało, wysłałyśmy mężów na pizzę.
A gdy wrócili posileni rozsiedliśmy się w salonie z przegryzkami, likierami i nalewkami. I gadaliśmy.
Za oknami wiało i lało. Nam w okna zaglądał rozświetlony zegar z wieży kościelnej. Przygasiliśmy światła, skądś wzięły się świeczki i nareszcie był czas pogadać.
Największym cieniasem towarzystwa jak zawsze okazałam się ja i około północy ewakuowałam się do pokoju. Reszta gadała chyba do drugiej.
Na wszelki wypadek łyknęłam sobie ibuprofen, żeby głowa się nie rozszalała po tych dwóch naparstkach nalewki.
A gdy się rozjaśniło poprawiłam kolejnym bo jednak ćmiła.
Ale ibuprofen znieczulił mi przy okazji obitą nóżkę.
Tak więc, gdy reszta odsypiała nocne Polaków rozmowy, ja z aparatem poszłam na przechadzkę.

W tym miejscu doszedł do mnie SMS od kolegi „Idziesz na kawę?” . To poszłam.
Noga chodziła niemal bez problemów więc po śniadaniu pojechaliśmy na spacerek po Veddö naturreservat.
Miał być taki sobie spacerek, bo szlak tylko trzykilometrowy.
Na miejscu okazało się, trasa owszem krótka, ale jednak dość trudna, zwłaszcza dla osób kulawych. Ale daliśmy radę. Mimo kilku poślizgnięć na mokrych kamieniach lub wdepnięciu w krowie placki.
Rozpogodziło się z lekka, było nawet ciepło. No i widoki… Ale to jak zawsze. Nudaaaaa… nie?

Wróciliśmy, zrobili obiad wespół w zespół. I czas był wracać w stęsknione objęcia psa i kota.
A dziś mam, jak zawsze po takich spotkaniach, syndrom kolonisty.
Czyli lekka chandra, niedosyt i kłopot z zebraniem się do roboty.

75. Årnäs

Postarzałyśmy się z Tosią. Od spacerów wolimy wygodę własnego domu: miękkie łóżko (ona) wygodny fotel (ja), wiatrak, który w razie potrzeby można włączyć, a nawet mini klimatyzator gdzie rolę schładzacza pełni zwykła woda. Nabyty w celach eksperymentalnych za śmieszną sumę 200koron. Ona drzemie, czasem zachrapie głośniej. Ja się zajmuję nitkami i szmatkami…
Rankami chodzimy dłużej. Pół godziny czasem nawet czterdzieści minut. Popołudniami, gdy ciepło, Tola ciągnie tylko w cień, na trawę, tam gdzie wieje, tam się kładzie i skupia na obserwacji otoczenia. I nie siły która by ją zmusiła…to znaczy jest, ale boję się, że może to ponad jej możliwości, więc ulegam.
Nie próbowałam jej wsadzić do Wypierdka, bo raczej wiem jak się to skończy. Ale może powinnam? Może mnie zaskoczy? Gdyby zechciała wsadzić tyłek do mojego samochodu przesunęłabym godzinę spacerów na siedemnastą i woziła ją do lasu. Tam mogłaby mogłbyśmy chodzić bez smyczy. Ona potrzebuje ruchu, dzięki temu schudnie i może wróci jej kondycja.
Tak sobie myślałam wczoraj. Namówiłam eMa na spacer na Kinnekulle. Ale gdy już byliśmy prawie, prawie na miejscu, poczułam, że albo kogoś pogryzę, albo będę wyć jak jeszcze raz będę musiała przejść tę samą drogę tam i z powrotem. Drogę, na której NIC NIE MA.
I tak wylądowaliśmy w Årnäs, na które już od dawna się czaiłam.
Jeśli oglądaliście film ARN to właśnie tu mogła być siedziba jego rodu.
Wikipedia mówi tak:
„Starożytna warownia Aranæs ( 58°40′N 13°35′E ) znajdowała się w pobliżu Skary na brzegu jeziora Vänern , w Västergötland .

Na początku XIV wieku był własnością marszałka i szwedzkiego regenta Torkela Knutssona . W tym zamku król Birger Magnusson podpisał traktat pojednawczy ze swoimi braćmi, książętami Erykiem i Waldemarem Magnussonami . Po tym, jak dwaj książęta zatruli umysł króla przeciwko jego wiernemu marszałkowi, Torkel został schwytany i przewieziony do Sztokholmu , gdzie został ścięty. Wspaniała niegdyś warownia została zburzona, a ziemia została przekazana klasztorowi Gudhem , pod warunkiem, że zakonnice w ciągu roku przeniosą się do Aranæs. Wygląda na to, że ruch został opóźniony, a zamiast tego przenieśli się do Rackeby, w 1349, kiedy otrzymali majątek od króla Szwecji Magnusa II . Król odnowił nadanie zakonnicom Aranæs ojca, a dwa lata później założono tam klasztor. Zakonnice mieszkały w Aranæs przez dziesięć lat, aż majątek przeszedł w ręce króla.

Król Albert meklemburski w 1366 r. podarował majątek Gerhardowi Snakenborgowi w zamian za zamek Axevall . W 1371 r. został przekazany przez króla Magnusa biskupowi Nilsowi ze Skary . Do czasu reformacji był własnością diecezji Skara . W 1683 r. Årnäs przeszło od króla do prywatnych właścicieli. Zamek był obiektem kilku ostatnich wykopalisk archeologicznych, które wykazały, że zamek był znacznie większy niż wcześniej oczekiwano. Jego wielkość wciąż nie jest znana.”

A na miejscu było o tak:

Cisza, żywego ducha, wszędzie estetyczne płotki a na nich napis STOP! TEREN PRYWATNY!
Znów śpiewałam (w duchu) razem z Marianem Opanią o Burżujach…
Lato w pełni
Ruiny są dostępne, można dojść oddzielną ścieżką, ale …cóż…to by było na tyle…
Ten dąb może jednak pamiętać czasy tworzenia się historii szwedzkiej. Widać, że niejedno starcie z naturą wygrał.
Wieś też niemal wymarła, wszystko zamknięte, łącznie z muzeum. Co typowe w Szwecji. Po co otwierać muzea, informacje turystyczne w weekendy? W weekendy się odpoczywa. Jak ktoś chce, to niech przyjdzie w poniedziałek.
W bliskości ruin jest Wener, oraz jakaś fabryka szkutnicza no i marina. Oraz klepidko dla kamperów.
Następna dla mnie zagadka: jaką atrakcją jest zaparkować na klepisku, w pełnym słońcu, w miejscu gdzie nie ma dosłownie nic, bo nawet łagodnego zejścia do wody nie ma.

Po zimnej nocy (12stopni!) i chłodnym poranku naraz zrobiło się gorąco i bezwietrznie. Tosia dyszała i szukała cienia. Ale możliwe, że tylko nie chciała wracać do samochodu…
W każdym razie trzeba było wracać.
Jeszcze jakiś zagubione wśród pól schronisko czy inny hostel

Jeszcze złapana przez szybę kunsztowna weranda…

i Kinnekulle od drugiej strony

i wracamy do domu.

71. Nadal albo może ZNOWU upał

Nie narzekam na te upały jakoś specjalnie.
Lato jest, to ma być ciepło. Póki siedzę w domu, przy wiatraku, daję radę. Ale oczywiście dla mojego męża, który musi się ruszać, w dusznej hali, przy spawaniu to już nie jest taka mięta…

W nocy nie sypiam. Napięcie + upał.
Napięcie bo praca. A dodatkowo masa spraw.
No bo Ukraińcy się przeprowadzają. W związku z tym potrzeba by V. miał konto bankowe staje się paląca. A banki jak to banki… Mają czas, co ich obchodzi, że ktoś tam będzie miał problem z opłaceniem rachunków…
Dopiero teraz dociera do mnie, że elektroniczne wykluczenie jest faktem. I skurwysyństwem.
Niemal w każdej instytucji, do której dzwonię, na dzień dobry każą się zidentyfikować przy pomocy mobil-ID. A jak dzwonię w sprawie nie swojej, to po co mam się identyfikować jako ja? A jak się nie zidentyfikuję to system uparcie żąda identyfikacji albo rozłącza.
Nie mówiąc już o tym, że w ogóle porozmawiać z żywym człowiekiem to jakaś niemożliwość jest. Nic tylko automat i tematy z listy, które oczywiście w sytuacji gdy np. chcę kupić abonament na internet dla Ukraińców, są od czapy.
Prócz Ukraińców mam jeszcze na głowie wdowę po Tomku. Nie jest to może wiele, ale kolejny punkt na liście zadań. W ubiegłym tygodniu byłam z nią w Trollhattan po szwedzki dowód osobisty.

Dygresja
W Szwecji w zasadzie można podzielić ludzi na trzy kategorie:
1. Ludzie z obywatelstwem – ci paszport oraz ID czyli dowód osobisty załatwią w każdej placówce policji.
2. Ludzie bez obywatelstwa ale ze szwedzkim peselem czyli personnummerem – ci mogą dostać szwedzkie ID, ale muszą się udać do specjalnego oddziału Skatteverket i tam złożyć wniosek oraz odebrać dokument
2. Ludzie bez obywatelstwa oraz bez szwedzkiego peselu, z tzw samordningsnummer czyli numerem koordynacyjnym – to oni są właśnie tą grupą elektronicznie wykluczoną. Nie ma dla nich opcji podpisu elektronicznego, nie ma dla nich też możliwości posiadania jakiegokolwiek dokumentu tożsamości, praktycznie nie istnieją w systemie i nawet jeśli są zatrudnieni, a ich pracodawca płaci za nich dokładnie takie same podatki oraz opłaty socjalne jak za każdego innego pracownika- ci ludzie nie mają szans by z tych pieniędzy skorzystać. Tacy ludzie np. nie mogą nawet kupić w Szwecji samochodu, bo go na siebie nie zarejestrują.
Koniec dygresji

No więc Wdowa dostała ten personnummer w końcu. Więc można byłoby wreszcie dać jej dostęp do usług elektroniucznych, żeby wreszcie mogła sama sobie rachunki płacić.
No tak, nie napisałam: odkąd weszła aplikacja mobil ID banki przestały wydawać tokeny, a tym samym odcięły wielu ludziom dostęp do bankowości internetowej. Przy czym tokeny (po szwedzku DOSA) nadal są wydawane… ale tylko dla tych co mają personnummer.
Zatem jak się nie ma szwedzkiego peselu czyli personnummer to można mieć konto w banku, ale ono służy tylko temu, by pracodawca miał gdzie wpłacać wynagrodzenie, które potem delikwent wypłaci sobie z bankomatu w postaci gotówki.
Jak ma taki ktoś zrobić opłaty, skoro nikt już w takich instytucjach gotówki nie przyjmuje? Iść z gotówką z bankomatu do banku i tam w kasie wpłacić ją z powrotem – tylko na konto dostawcy prądu czy mieszkania. Lub poprosić kogoś z PN by został pełnomocnikiem i co chwila zawracać mu głowę: ty weź mi zapłać czynsz, ty weź mi zapłać prąd…
Tego naprawdę to by nawet Bareja nie wymyślił.
No więc Wdowa, mając ten personnummer (PN) mogłaby wreszcie zacząć sama te rachunki ogarniać.
Ale nie. Bank, żeby ją podłączyć do usług elektronicznych i dać jej mobil ID musi się upewnić, że ona, to ona. Czyli musi ją wylegitymować.
Ale nie… nie, nie przy pomocy np. paszportu z Polski. No i co z tego, że z UE, paszport nie jest ważny. Ma być zalaminowany kartonik ze szwedzkiego urzędu podatkowego. On jest ważniejszy niż te wasze, pożali się boże, paszporty, nawet te najbardziej wypasione.
No to pojechałam z nią żeby złożyła wniosek o to ichnie ID.
W poniedziałek ma odbiór. Potem jeszcze trzeba do banku by te elektroniczne ID uzyskać.
A nadmieniam, że mamy lipiec. A w lipcu to cała Szwecja ma urlopy i nikt nigdzie nie zajmuje się skomplikowanymi sprawami, bo wszędzie jest personel letni, czyli młodzież…
I tak każda sprawa, jaką chcę załatwić dla moich podopiecznych pochłania mi masę czasu i jeszcze więcej energii. Choć niby miało być tak prosto, bo w domku, przez telefon.
Dupa tam. Te wszystkie wielkie instytucje zaczynają być tworem samym dla siebie, zamkniętymi twierdzami, do których, jeśli jesteś jakoś tam atypowy, nie masz szans by się dobić.
Ja nie wiem jak ten świat jeszcze działa, ale to kiedyś pierdolnie, mówię wam. Ludzie się wkurzą, zrobią rewolucję i powywieszają te ichnie automaty na latarniach. Razem z tymi, co za tymi automatami się chowają.
Ten świat coraz bardziej robi się nie dla ludzi.

68. Misommar

Po Wigilii Bożego Narodzenia drugi najważniejszy dzień w Szwecji. (Moim zdaniem).
Tylko w Wigilię Bożego Narodzenia i w Wigilię Nocy Świętojańskiej jest tak totalnie wszystko pozamykane, więc coś musi w tym być.
Mnie zwyczajowo tego dnia po głowie krąży ta piosenka.
Oryginał wykonuje grupa Kent. Ale ten filmik tak dobrze oddaje klimat i Szwecji i tego Święta.

I mimo całkiem niezłej znajomości języka, mimo zrozumienia każdego słowa tekstu i mentalności Szwedów, nadal nie wiem czy to hymn pochwalny czy gorzka ironia… (Ostatnio coraz częściej myślę, że jedno i drugie. Tekst wytka wady i pokazuje zalety kraju, ale w muzyce czuć miłość).
A tekst idzie mniej więcej tak:
Szwecjo, Szwecjo
kochany przyjacielu,
tygrysie wstydliwy
Wiem jakie uczucie
gdy powaga zmieniła się w żart
a cisza przeraża
Czym jest to, co się stało?


Witamy, witamy cię
Kimkolwiek jesteś
Skądkolwiek jesteś

Przystrój swoją werandę na przyjęcie
dla gości z daleka
w kraju, gdzie „w sam raz” jest najlepsze
Pijemy za kolejną noc świętojańską
do młodych ziemniaków i śledzia
jakby się czas zatrzymał


Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś
skądkolwiek jesteś

Deszcz bije o szyby
lecz noc jest jasna w kraju ciszy
Szklaka cichutko lśni na naszym stole
tak samo pusta jak słowa
„oczywiście, że miłość jest wielka


Witamy, witamy cię
kimkolwiek jesteś
skądkolwiek jesteś

(NA YT jest wersja młodzieżowa, gdzie do każdej zwrotki dodany jest kolejny wers: o tym, że gwałt nie przeraża, a świat dookoła płonie, a Szwecja się stała krajem bez boga ).

Skål Moi Drodzy! Glad Midsommar.

63. Cud nocy letniej

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami mieszkała sobie, w zwyczajnym kraju, zwyczajna rodzina.
Mama i tata chodzili do pracy, dzieci do szkoły. Kot chodził dokąd chciał.
Ich życie biegło spokojnie, bez większych zmian. Tylko dzieci rosły i rosły. I to było jedyne co się zmieniało.
Mieszkali w niewielkim miasteczku pełnym ludzi podobnych do nich samych. Miasteczko było w kraju, które tyle zła zaznało przez wieki, że wszystkim się wydawało, że limit nieszczęść się już wyczerpał, i teraz może być już tylko lepiej.
I było. Do czasu.
Pewnego dnia Opętany Władzą uznał, że dosyć tego czekania aż się ludzie namyślą i przyjdą go prosić o opiekę. Postanowił sam ich wyzwolić, nie pytając o zdanie, bo uważał, że lepiej wie co dla nich dobre.
I z tej dobroci zaczął zrzucać bomby.
Zwyczajnej rodzinie udało się uciec przed bombami.
Uciekali długo przez lasy, przez góry, przez morze. I wylądowali w skalistym, zimnym kraju, gdzie ludzie mieli zimne oczy i zimne serca. Tak im się przynajmniej zdawało.

Gdybym umiała pisać bajki to bym tę opowieść tak zaczęła.
Ale nie umiem. A cud się dzieje na moich oczach i co chwila mam te oczy wilgotne, bo to co widzą, rozmiękcza duszę i przywraca wiarę z ludzkość.  
Pewnie, że teraz, to się wydaje takie normalne: oddać obcym, całkowicie nieznanym ludziom swój dom, dać im do dyspozycji wszystko co w tym domu jest, dać im swój stary, ale sprawny samochód…
To się wydaje takie normalne teraz.
I takie być powinno!
Ale przecież wiemy, że nie jest.
I jeszcze zorganizować zbiórkę. Zebrać wszystko co się da: ubrania, meble, mniejszy i większy sprzęt domowy, oraz gotówkę. Załadować do samochodu i przywieźć tej zwykłej rodzinie, bo za moment wprowadzają się do swojego własnego mieszkania, a tylko ojciec pracuje (na razie) więc wiadomo, że potrzebują wszystkiego.
To wszystko robi jedna osoba, Viola. No może do spółki z mężem Jonasem.
Ale nie, to nie wszystko.
Bo zanim, to najpierw jeszcze znalazł się dobry właściciel firmy (eM tam pracuje), który przyjął tego tatę, Vladka, do pracy. Myślicie, że jaka to zasługa? To powiem wam, że Szwedzi nie chcą kłopotów, chcą spokojnego życia, w człowiek nie znający języka, nie widniejący w szwedzkim systemie to same problemy.
No weź mu wytłumacz co ma robić.
A zapłać za niego te wszystkie opłaty do urzędu skarbowego.
A wypłać mu wynagrodzenia jak on nie ma konta w banku (w szwedzkim banku).
A weź na siebie odpowiedzialność za przeszkolenie BHP, jak on po szwedzku ani słowa…
Ale okazuje się, że jak człowiek chce to może.
No pewnie, powiecie, sam przecież tego nie robi, każe pracownikowi….
No to ten pracownik, a konkretnie pracownica, księgowa Kristina robi wszystko co trzeba, bo trzeba, nie?
Ale robi też to, czego nie musi.
Bo Vladek wciąż nie może otworzyć konta w banku. A to konto jest mu potrzebne między innymi po to, by firma wynajmująca mu mieszkanie miała skąd pobrać czynsz. A czynsz jak wiadomo płaci się z góry. No więc ta Kristina-księgowa wpadła na pomysł, że w takim razie ten czynsz będzie za Vladka przelewać ona, z konta firmowego. A Vladkowi potrąci to z wynagrodzenia. I zadzwoniła do swojego znajomego, który pracuje w tej firmie, od której Vladek wynajmuje mieszkanie. I poprosiła, żeby się na takie rozwiązanie zgodzili. I zgodzili się.
I jeszcze… nie wiem kto: Kristina czy jej i eMa szef, poprosili właścicieli pobliskiego second handu o pomoc… No i teraz Vladek i Ola mogą iść wziąć sobie za darmo WSZYSTKO co im potrzebne.
A teraz właśnie dostałam kolejny mail od Violi.
Że ona właśnie sobie przypomniała czego oni na pewno potrzebują. ZAPIĘĆ DO ROWERÓW.
Bo jak mieszkali na wsi to nie potrzebowali.
TAK! ROWERY TEŻ DOSTALI! Bo w mieście rowerem łatwiej się poruszać.
I rozumiecie: ta Viola teraz myśli o zapięciach. Zapięciach, które kosztują może 100koron!
No to ja nie wiem jak mam się nie wzruszać. To zapięcia mnie powaliły.
My z eMem siedzimy w środku tego bo pomagamy tłumaczyć, ogarniać urzędowe sprawy (samordningsnummer, konto w banku, szkołę językową).
I teraz jest tak, że Viola pisze do mnie i mi dziękuje! To ja jej piszę, żeby się nie wygłupiała, bo to ona zasługuje na podziękowania. I ta Kristina.
Bo co innego pomagać jak się wie jak trudno na początku w obcym kraju. A co innego jak się tego nie rozumie, a mimo to pomaga.
I tak sobie posyłamy maile pełne wdzięczności.
I wiecie co.
Jak to super, że zajmuję się tymi różnymi bankami, numerami, ubezpieczeniami na co dzień. Bo od czasu do czasu mogę zrobić coś takiego, małego, jak pójść  z kimś do banku czy do skatteverket i komuś jedną małą przeszkodę usunąć spod nóg. Taka mała rzecz. A cieszy.
Jutro w Szwecji jest Midsommar czyli Noc Świętojańska. A ja mam uczucie, że zobaczyłam cud na własne oczy.

54. Havstensklippan

albo Hafstensklippan, bo spotkałam się i z taką pisownią na szyldach.
U nas, czyli w powiecie Skaraborg, miało padać. Czyli nie pojedziemy zoabczyć Kinnekulle z innego miejsca, odpada wyjazd nad zachodni, czyli ten po „naszej” stronie, brzeg Vetter, na który się czaję już od jakiegoś czasu.
Trzeba znaleźć coś innego.
EM chciał nad morze, najchętniej do Lysekil.
O matkoooo… <<facepalm>> ZNOWUUUU?
Zostanę w domu, uszyję sobie spodnie z tej jodełki com ją kupiła dwa miesiące temu…
Książkę poczytam… A nie, skończyłam. Łukasz Orbitowski „Chodź ze mną”. Dobra rzecz, naprawdę dobra. Jak ktoś lubi pomieszanie gatunków. I język który nie jest tym, co zwykliśmy uznawać za język literacki. (Szanuję język literacki, ale sądzę, że język powinien odzwierciedlać to, jak mówimy na co dzień. Zwłaszcza w dialogach. Pan Narrator może mówić literacko. Pan Bohater powinien mieć własny język.
Do końca życia będę pamiętać ten zgrzyt gdy w Jeziorze Osobliwości, matka wołała córkę „Marto”. W filmie było to samo i było jeszcze gorsze).
No dobra, to nie poczytam. Ale dokończę magiczny film „Paryż Texas”.
Porysuję, ciasto z rabarbarem zrobię…
Ale znowu w domu? Na tyłku? Rusz ten tłusty zad, ty leniu!
Wcale nie mam tłustego zadka. Akurat zadek mam całkiem szczupły, i może nawet nieco spłaszczony…
I tak sobie marudząc grzebałam w necie w poszukiwaniu czegoś blisko, nad morzem i żeby był jakiś niezbyt wymagający cel.
Znalazłam to:

Opis mówił, że można wejść na punkt widokowy, 114m npm, skąd rozciąga się widok na fiordy: Havstensfjorden, Nordströmmarna oraz Gullmarsfjorden. Nasze, szwedzkie, fiordy to oczywiście nie to samo co te słynne norweskie, ale też są warte uwagi.
Pojechaliśmy.
Cały obszar jest zagospodarowany przez jakiś ośrodek wypoczynkowo-rozrywkowy, ale sądziłam, że wszystko będzie zamknięte na głucho bo jeszcze nie sezon.
Nie było.


Myliłam się bardzo, jak widać.
Na szczęście mapkę w recepcji dostałam bez problemu i nigdzie nie broniono nam wstępu, bo „tylko dla gości”.
Od wody zawiewało z dwóch różnych stron, w dodatku sypnęło gęstym deszczem, którego przecież nie mieliśmy w planach. Założyłam na siebie bluzę oraz kurtkę z softsellu, by po 10minutach rozebrać się z bluzy. A po kolejnych – z kurtki.
Mapka mówiła, że na ów punkt prowadzą dwa szlaki. Jeden średni, drugi trochę trudniejszy, bo częściowo trzeba się wspinać.
No to poszliśmy na ten średni. Szeroka droga szybko zamieniła się w ścieżkę, która zresztą też zaraz znikła. Ostro do góry, dyszałam jak miech, Tośka skakała po głazach i wyglądała na szczęśliwą. eM parł do przodu. A ja walczyłam z oddechem i narastającym lękiem przestrzeni, który mam zawsze w czasie takich wypraw.

Niebo było szare, zachmurzone, przestrzenie poszarzałe od deszczu. W oddali wisiały dwa mosty, a tego trzeciego, najważniejszego wciąż nie było widać.
Wreszcie dotarliśmy.
Nogi już miałam jak z waty.
Wyciągnęłam kanapkę, Tośka natychmiast zaczęła zaglądać mi w oczy, choć to mnie bateria migała na czerwona, a nie jej.
Niedaleko nas, pomiędzy skałami siedziała rodzinka z trojgiem maluchów. Zastanowiłam się jakim cudem ta matka na zawał nie padła? Toż to cztery osoby na raz do pilnowania, by żadne nigdzie nie zleciało.
Po drodze mijał nas dwa razy jeden biegający pan, teraz dogonił nas po raz trzeci! Pstryknął zdjęcie kopczyka kamieni, przyjął ode mnie gratulacje dla jego formy…i poleciał pobiegł w dół.

Wreszcie mój ulubiony most w Uddevalla.

Popaśliśmy chwilę, a potem zaczęliśmy wracać.
Ale zanim wrócimy, chcę wam coś pokazać.
Ostatnio rozmawiałam z inną bloggerką i lekko się spierałyśmy o edycję zdjęć. Ona twierdziła, że obróbka zdjęć to fałszowanie obrazu. Ja że wręcz przeciwnie: jest to poprawiania ułomności „maszynki” w porównaniu do doskonałości ludzkiego oka. A że jest to dyskusja, którą prowadziłam już wielokrotnie z różnymi osobami, to chciałabym wam pokazać na czym zwykle polega edycja zdjęcia w moim wykonaniu.
Od razu się przyznam: owszem sprzęt mam całkiem dobry, ale jestem gapa…i np. często zapominam o zmianie ustawiań co jest konieczne gdy się fotografuje w zmiennych warunkach pogodowych (czyt: w zmiennym świetle). Może też być i tak, że dupa ze mnie nie fotograf i zwyczajnie nie umiem dobrać odpowiednich ustawień.
Czasem też jest pośpiech, zmęczenie… różne inne rzeczy sprawiają, że to, co jest na fotografii, odbiega nieco od tego, co chcę pokazać. I wtedy posiłkuję się photoshopem.
Tak, jak tu.

To zdjęcie zostało wykonane w formacie RAW i jedyne co tu jest zmienione to zapisanie go w formacie jpg.

Co mi się nie podoba? Nie podoba mi się niebo, bo ma wygląd spranej ścierki oraz Tośka, która jest czarną plamą.
Moje oko natomiast zapamiętało taki mniej więcej obraz:

Co zmieniłam? Przyciemniłam takie coś, co po polsku się chyba nazywa „najwyższy punkty jasności” oraz rozjaśniłam cień, co spowodowało, że Tosi sierść nie jest jedną czarną plamą.

Tu znowu jest RAW zmieniony na jpg. Co mi się nie podoba? W dolnym prawym rogu widać kurtkę eMa. A Tosi sierść znowu jest dość matowa.
Tu zdjęcie jest lekko przycięte by usunąć tę kurtkę, oraz rozjaśniony jest cień, dzięki czemu widać wyraźnie załamania światła na futrze psa.

No dobrze.
Zatem wracamy z góry.
Plan był taki, że idziemy szlakiem jasnoniebieskim, a wracamy ciemno niebieskim. Zatem poszliśmy tym ciemnym…i od razu odkryliśmy, że Tosia nie pokona stromego zejścia po skale.
Wróciliśmy na jasny, z zamiarem, że na następnym punkcie stycznym, znowu sprawdzimy możliwość zmiany trasy. Owszem, na kolejnym podejściu Tosia dała sobie radę, wskoczyła po prostu na skałę. Ze mną było gorzej. Bo pochyło i gładko, bo dość wysoko by sobie tak po prostu postawić nogę. Chwilę się zastanawiałam, aż dogoniła nas ta rodzinka z dzieciakami. Panieneczka lat na oko 7, z lizaczkiem w buzi raźno przeszła tam, gdzie ja utknęłam jak ostatnia sierota.
Potem już był luzik: ścieżka pełna korzeni, dość ostro w dół, ale bez dodatkowych atrakcji.
Ale w którymś momencie zatrzymaliśmy się, by od dołu sprawdzić czy Tosia rzeczywiście nie dałaby rady na tych stromych kamieniach, gdzie trzeba się wspinać.
No i przy okazji pokażę różnicę w zdjęciu edytowanym i nie.

Raw zmieniony na JPG. Jak widać: ciemno i niewiele szczegółów widać. Oczywiście lepiej byłoby jak fotograf nie był gapa i zmienił ustawienia na odpowiedniejsze…
No rozjaśnijmy.

O, tak jak tu. Ale nadal ciemno, z Tośki został tylko czubek ogona, a niebo w tle wygląda jak biała dziura.
No to przyciemnimy nieco ten najwyższy punkt jasności i rozjaśnijmy cień.
Zdecydowanie to jest obraz bliższy temu co zapamiętało moje oko.

Już na dole, parkingu posililiśmy się pączkami z Lidla, napili wody i zebrali do powrotu. Jeszcze Tosia odstawiła swój zwykły cyrk pod tytułem „Do domu?! Jak to: do domu?! Ja nie jadę!”.
W domu byliśmy nieco po 18.
Pożarłam kawał ciasta z rabarbarem, które zdążyłam upiec przy wyjazdem, z poczuciem, że mi się należy jak Tosi kość.
O 21 spałam jak zabita.
O 12 obudziła mnie Tośka: „mamusia, Basil się rozwalił na moim miejscu i gdzie ja mam spać”. Podsunęłam się, dziecko piesek położył się obok mnie, z głową na poduszce. Nakryłam kocykiem, bo chłód ciągnął przez okno.
O 2 przyszedł Basil „ale ja też się chcę przytulić” i się uwalił na moich nogach.
O 4 stwierdziłam, że nie mam w ogóle miejsca na siebie i swoje nogi, Tośka z łbem na poduszce spała w poprzek, Basil na kołdrze między nami, też w poprzek. Przeniosłam się w nogi i tak dospałam do 6.
Jak wstałam Tośka tylko zachrapała, a Basil wystrzelił jak procy „Wstałaś? Pobawimy się?”.
Za oknem niebo jak z rysunku dziecka. Słaby północny wiatr. EM się wybiera na ryby. A ja …może ruszę tę jodełkę na spodnie…

50. Ålleberg wiosennie

Pogoda była niesamowita. Niebo bez jednej chmurki, lekki wiaterek, temperatura 15 stopni. Bosko!
Pojechaliśmy na Ålleberg (czyt: Olleberi). Tosia zaliczyła długi spacerek oraz leżenie w trawie. My napatrzyliśmy się na różne fruwaczki oraz cudne widoki.


Oraz TADAM! Odkryliśmy, że z Ålleberg widać Kinnekulle! Chociaż odległość w linii prostej wynosi lekko ponad 50km!
Nie jesteśmy do końca pewni, ale… wszystkie znaki na ziemi wskazują, że góra, której się przyglądaliśmy, to Kinnekulle.

O, to jest fruwaczek 😉
Jeszcze więcej fruwaczków

Ten dopiero ma zamiar…
…ci zaczęli…
…dołączył kolejny…
… a ten już skończył…

Nasze widoki też nie takie najgorsze, choć my twardo nogami na ziemi.

A potem pojechaliśmy do domu, ale w ostatniej chwili skręciliśmy do ruin klasztoru Gudhem. Właściwe tylko po to bym mogła „pomacać” czy warto. Warto, najlepiej wcześnie rano, żeby się załapać na złotą godzinę. Namówię kiedyś Misię…

Jak ta góra w tle to nie jest Kinnekulle, to ja naprawdę nie znam tej okolicy.

49. majowy świat

24 kwietnia wszystko w mojej najbliższej okolicy wyglądało tak, jak na zdjęciach ze Stenbrott.
Pojechaliśmy tam żeby pogrillować w towarzystwie Vlada – eMa ukraińskiego kolegi z pracy – i jego rodziny.

A wczoraj w ramach odchudzania grubasa Toli poszliśmy na spacer w lasku porastającego brzegi Wener. Lasek jest podmokły, w bardziej wilgotne i cieplejsze dni jest tam masa skrytożerców, ale wczoraj było pięknie. Choć wietrznie. Ale tu zawsze jest wietrznie…

44. Spacerek…

Wczoraj pojechaliśmy na spacerek.
Spacerek..! Ha-ha!
Mój mąż to szczęściarz. Gdyby to on wybrał tę trasę to już by nie żył. Ale wybrałam ją ja, więc mogłam tylko sobie palnąć w łeb.
Traska niedługa, 7,5km.
Problem w tym, że ja przez zimę prawie nie chodziłam. Nigdzie.
20-30minut spacerek z Tośką po mieście. Trzy kroczki -stop-dwa kroczki- stop…
A tu nagle 2 godziny wędrówki. W terenie.
Ale było ciepło, słonecznie, z lekkim wiaterkiem. Latały żółte motyle.
Dalbobergen stigen to trasa której połowa wiedzie przez las, po czym zakręca przy Campingu Ursand i biegnąc krawędzią klifu nad Wener prowadzi nas z powrotem na parking.
Wczesna wiosna, jest idealną porą bo łyse drzewa nie zasłaniają widoku na jezioro i urokliwą panoramę miasteczka Vänersborg.

To zaczynamy.
Chatki Związku Harcerstwa czyli Scoutingu
Tak, tu się przybija znaki gwoździami do drzew. Może to jakieś specjalne, co drzewom nie szkodzą?

Tradycyjny układ w czasie wędrówki. eM przodem, Tośka za nim, ja z tyłu bo co rusz robię zdjęcia.
Ogólnie bardzo sucho, ale miejscami teren robi się błotnisty.
Tośka uwalona w samym środku błota. Chłodzi się… a jaka zadowolona paszcza!

No dobra, połowa za nami…
Las się zmienił, przerzedził, jest więcej światła, zza drzew prześwituje woda
No chodźże wreszcie!
wystraszył mnie …padalec jeden.
Czas na popas
Halleberg z drugiej strony
Zając?!
Tak bardzo byłam zmęczona, że nie poszłam obejrzeć z bliska budynku i widoków…
Tam gdzieś, gdzie ten mostek i trzciny Göta zaczyna swój bieg ku morzu
Meta blisko, a Tośka patrzyła na mnie z naganą, że chcę gdzieś skręcać
Koniec, który jest początkiem
Na mecie czekały na mnie kwiatki.

A Tośka utknęła 5m przed samochodem z miną:
„Ale jak to: do domu?!”