Zaczyna być jak w tej opowiastce o facecie co sobie kupił chatkę w górach.
Niebezpiecznie zbliżam się do końcówki. Na pługi i odśnieżarki patrzę z nienawiścią. Chodnik, po zgarnięciu niemal całego śniegu, zamienia się w lodowisko. A sypanie żwirkiem w tym roku jest jakoś skąpe.
A Tośka znowu ma swój lepszy czas co oznacza, że na spacerze dostaje amoku i koniecznie chce biegać.
Ale za to ból w plecach już prawie minął. Wczoraj pierwszy od dawna dzień bez tabletki. Za to pod wieczór uświadomiłam sobie, że boli mnie staw… łokciowy. Oraz kciukowy. Oraz uszkodzona przed prawie ośmiu laty stopa.
… No nic. Trzeba to przeżyć. Jakby nie było to luty się kończy, nadchodzi marzec, a to znaczy, że można już oczekiwać zakończenia epoki lodowej.
W marcu, gdy zielone zaczyna wyłazić z ziemi, gdy widzę krokusy lub błękitną cebulicę nad rzeką, nabieram oddechu i nie mogę odgonić myśli „Przetrwałam”.
Okazuje się, że nie tylko ja. Okazuje się, że zimowe zamieranie, przybieranie formy przetrwalnikowej ma nawet swoją nazwę.
Zobaczcie tu: https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177344,28110369,co-roku-w-marcu-mam-te-mysl-udalo-mi-sie-przetrwac-kolejna.html
Nie twierdzę, że mam TO. Twierdzę, że zima, jakakolwiek by nie była, jest dla mnie czasem gdy zamieram. Nie mam ochoty na nic, nie fotografuję, nie piszę, nie spotykam ludzi, aktywność ograniczam do minimum, wyjścia z domu też. Gdy jesienią opadają ostatnie liście, mam nieodparte wrażenie, że nadciąga co najmniej epoka lodowcowa.
I nie pomaga racjonalizowanie, że to tylko trzy-cztery miesiące. Dla mnie listopad to zatrzaskujące się drzwi celi.
Fakt, że odkąd ta małpa menopauza sobie poszła, jest jakby trochę lepiej, ale nadal – zima to czas zamierania.
Tymczasem Tośce coś się pozajączkowało i dyszy mi za plecami, że idziemy na spacer. DRUGI dzisiejszego poranka, a mamy dopiero godzinę 6:52.