Dziś dzień raportowania Vatu.
A ja w lesie…
Żeby było weselej to na koncie mam mniej więcej połowę tego, co powinnam dziś wpłacić. Wkurza mnie to strasznie, że zawsze tak muszę ścibolić: od 1 do 12 na vat i skatt, od 13 do 25 na opłaty, od 25 do pierwszego na wszystko inne.
Ostatnio pracuję uczciwie, dzień w dzień, po 8 godzin. I skrupulatnie liczę czas a cen nie mogę już podnosić, bo ludzie nie wyrobią, a są tacy co robią za mniej niż ja i to coraz ich więcej. A ciągle mam wrażenie, że te pieniądze to tylko tak się mielą…
Paradoksalnie: inflacja zmusza do obniżania cen zamiast do podnoszenia.
I ciekawą rzecz zauważyłąm księgując wczoraj jedną firmę.
Otóż bankowe kursy mówią, że 1PLN = 2,23SEK. Tak średnio. Czasem dochodzi do 2,25 czasem jest 2,22… Natomiast w sklepach w Polsce, w każdym, przeliczniki są takie, że można zemdleć.
Rekordzista miał kurs 1: 2,80!
Znowu będziemy jeździć z gotówką i wymieniać ją kantorach. Odwykłam, ale co robić…
Na biurku mam taki bałagan, że z trudem znajduję miejsce do pracy. Nie wiem jak to ogarnąć, co uporządkuję to papier, przybory same się rozłażą…
Wczoraj dostałam dokumenty od jednej klientki. Wczoraj. Po raz kolejny, jak co miesiąc dostaję papiery w ostatnim dniu. Nadmieniam, że w Szwecji na rozliczenie vatu ma się 42 dni. Czyli dziś raportuję maj.
A pani przez 42dni nie dała rady ogarnąć 10dokumentów.
Ostrzegałam wiele razy, że gdy dostaję dokumenty w dniu ostatnim mogę nie zdążyć ich zrobić… a wtedy nie złożę raportu, bo składanie zerowego gdy wiem, że w firmie coś się działo, to fałszerstwo i można dostać za to mandat. No i właśnie dziś postanowiłam, że nie będę się szarpać, żeby obliczyć. Nie złożę tego raportu, a pani dostanie karę 650kr. Choć po namyśle stwierdzam, że może jednak zrobię inaczej: doliczę 50% za ekspresową usługę. I wyszczególnię to na fakturze.
Oooo, to chyba nawet lepiej…
Poza tym …
e, już chyba nic takiego…
To wracam do roboty.
Tag: praca
31. Piątek znowu
Nawet nie wiem kiedy ten tydzień przeleciał.
Za oknem szaro, wilgotno i powiewa. Nad rzeką zielone wyłazi już wszędzie, a niektóre maleństwa mają już biało-niebieskie kwiatki.
Ostatnie dni były szare. I suche. Już zaczęto straszyć zagrożeniem pożarowym. Na szczęście dziś lekko popaduje albo mży.
Tylko, że powiewa przy tym, a Tosia nie lubi jak jest wilgotno i wieje. Znowu na spacerze odstawia cyrki. Stanie i stoi w jednym miejscu. Zagapia na panią z kijami. Albo czarnego pana, całego na czarno na czarnym rowerze.
Na szczęście znowu działa tekst „To ja idę, papa”. Dziś nawet nie musiałam kłaść smyczy na ziemi.
Nie no, nie zrobiłabym tego w środku miasta. Co innego na ogrodzonym boisku, albo przynajmniej w parku, gdzie do jezdni jest wystarczająco daleko. Na szczęście Tosia o tym nie wie…
Zmusiłam Yankiego wczoraj i pojechaliśmy umyć mój nasz samochód.
Zrzędził i jęczał. Bo zimno, bo pizga… Bo można było tydzień temu…
Bo myliśmy na myjce ręcznej. Czas był najwyższy bo zaczynałam się wstydzić nią jeździć.
Dziś jest czysta… albo była, bo Yankie w nocy pojechał nią do pracy, więc po kilku godzinach na podwórku już nie będzie taka lśniąca.
Wojna nadal się toczy, a ja się nadal odcinam. To znaczy: chętnie czytam o tym jak kto pomaga, jak komu można pomóc, ale nie chcę wiedzieć detalicznie co i gdzie znowu zbombardowano.
I tylko zadaję sobie pytanie: po co te pajace z rządu PL pojechali zawracać dupę Ukraińcom? Wybory idą? Pokazać się chcieli?
Czy może w swym zadufaniu uznali, że sama ich obecność obok Żelenskiego na zdjęciach przestraszy Putina? Oni są tak oderwani od rzeczywistości, że wcale się nie zdziwiłabym gdyby tak właśnie myśleli.
A poza tym doszłam do wniosku, po raz kolejny, że moje pokolenia ma przej… no, przechlapane mamy.
Na całej linii.
Urodziliśmy się pomiędzy rokiem 1960 a 1970.
W czasach gierkowskich chodziliśmy do szkoły i nie za bardzo mieliśmy okazję posmakować dobrobytu.
Jak zaczęliśmy dorastać to były smutne lata osiemdziesiąte. Puste półki i kompletne zamknięcie.
W latach dziewięćdziesiątych weszliśmy w dorosłość. I lipa. Bo kształcono nas do pracy w Polsce socjalistycznej, a pracować nam przyszło w Polsce raczkującego kapitalizmu. Znowu nie bardzo mogliśmy liczyć na jakiś dobrobyt, za to byliśmy chętnie przez starszych i bardziej wyćwiczonych w cwaniactwie w przedsiębiorczości, wykorzystywani do pracy niemal niewolniczej. Ręka w górę kto w latach dziewięćdziesiątych pracował tylko 40godzin w tygodniu i zarabiał tyle, że mu na czynsz oraz chlebek z masełkiem wystarczało?
No właśnie…
A teraz, gdy już jesteśmy mądrzejsi, mamy wiedzę, doświadczenie, moglibyśmy już te kokosy zbijać, nie?
No nie. Bo wciąż mamy w głowach „nie umiem, nie dam rady, nie moja dziedzina przecież”.
I okazuje się, że robotę biorą młodzi, młodsi często niż nasze dzieci. Oni się cenią, oni za psi grosz robić nie będą… a że się nie znają? No to znajdą takiego seniora, co się zna, zapłacą mu za to, że odwali za nich robotę. I nawet jak im samym zostanie z tego mniej niż połowa to i tak… Lepiej mieć 1/4 cukierka bez kiwania palcem niż się narobić za całego. Nie?
Myślałam, że takie sytuacje to rzadkość. Ale nie. Moje koleżanka mi opowiada.
Facet otworzył biuro rachunkowe. Wprawdzie studia w kierunku rachunkowości skończył, ale praktycznej wiedzy za grosz. Nabrał firm a potem zatrudnił moją koleżankę. Jeszcze bym zrozumiała, że okej, pracuje razem z nią, dzięki czemu się uczy. Ale nie. On nie ma i raczej nie chce mieć bladego pojęcia.
A kilka dni temu zgłosiła się do mnie taka jedna pani. Bardzo wykształcona.
Pani pracuje dla firmy polskiej wykonującej zlecenia na terenie Szwecji.
No i jest potrzeba, żeby zrobić raporty w szwedzkiego urzędu skarbowego. Ale pani nie wie jak.
Poprosiła mnie o pomoc.
Ja też nie wiedziałam jak, ale obiecałam że się dowiem.
Dowiedziałam się. Zrobiłam.
Na koniec trzeba było wypełnić jeszcze jeden blankiet zbiorczy, czyli zsumować sumę z innych i ją wpisać. Pani nie potrafiła nawet tego.
Opad rąk.
Zrobiłam. Wystawiłam fakturę.
Ale myślę sobie smętnie: gdybym stanęła w zawody z młodą to pewnie bym przegrała. Bo bym uczciwie powiedziała, że nie, nigdy tego nie robiłam, ale nauczę się…
Ale, znając mnie, nie stanęłabym przecież. Bo to nie moja działka, nie potrafię przecież.
Czarno widzę przyszłość.
16.
Wczoraj był dzień raportowania i poniedziałek na dodatek.
Byłam do tyłu z robotą strasznie. Klienci mi się jakoś rozbisurmanili czy co… Jakby się uczyli jeden od drugiego.
Nigdy wcześniej nie miałam sytuacji, że ktoś nie dośle dokumentów na czas i trzeba będzie wysyłać fikcyjne, zerowe raporty. Dwa lata temu przyszła do mnie jedna firma. Mieli cały rok nie zrobiony, raporty kwartalne -zerowe. Mało tego – nawet mieli złożony wniosek o odroczenie rocznego sprawozdania.
Przyszli od tej kobiety, która potem zatrudniła mojego syna.
Kobieta wcześniej się rozchorowała, nie dawała rady, porezygnowała z niektórych klientów. Między innymi z nich. No i rzekomo z powodu tejże choroby cały rok nie był ruszony.
Oczywiście wiem, że z dużych klientów nie rezygnuje się bez przyczyny. A przyczyna zwykle jest zasadnicza: klient nie płaci. Inna to taka, że klient jest trudny we współpracy, ale trudny na maksa.
Wzięłam jednak, na zasadzie, że zobaczę jak będzie najwyżej po roku też wywalę.
W praniu okazało się, że brak należytego raportowania leży całkowicie po ich stronie. Bo wciąż nie mają kasy, wciąż są do tyłu z podatkami, a ich sytuacja ekonomiczna z roku na rok robi się coraz gorsza bo wpadli w pętlę zadłużenia. Bank już im nie pożycza, więc pożyczają od innych instytucji, topiąc w nich kasę, której nie mają. A skoro nie mają kasy to zwlekają z dostarczeniem dokumentów, bo księgowa to wydatek rzędu co najmniej 2tysięcy netto. Plus 25% VAT. Miesięcznie.
Rozmawiałam z nimi, tłumaczyłam, że mogą ograniczyć pewne wydatki. Np. gdyby gros pracy z dokumentami wykonywali sami. Np. sami wprowadzali zapłaty od klientów. Lub układali dokumenty chronologicznie wg operacji na wyciągu bankowym. Sugerowałam też zmiany w życiu… Mówią, że tak, tak, ale nadal nic się nie zmienia.
Zrobiłam im 1 kwartał 2021 roku… i chyba jednak się pożegnam, bo czekam na zapłatę już trzeci miesiąc. A leżą u mnie dokumenty za kolejne dwa kwartały.
Chwilę po tym jak zaczęłam z nimi współpracę inna moja klientka spóźniła się z dokumentami. Bywa: urlop, choroba, jakieś zdarzenia losowe… Wysłała dwa miesiące razem… Ale za chwilę znowu się spóźniła…Znowu dwa miesiące razem. Potem trzy razem. teraz czekam na kopertę z czterema miesiącami.
Dziwne to, bo klientka zawsze była uporządkowana. Ona nawet ten VAT sobie sama liczyła, i zawsze wszystko miała poukładane. A tu nagle takie hocki. Jakby się zaraziła od tamtych. Z tym, że tamtych nie zna, nie spotyka się z nimi… Rozmawiam z nią, lubię ją, nawet bardzo, próbowałam już chyba wszystkiego, łącznie z obietnicą rabatu za terminowe przysłanie dokumentów…
Zaraz potem mój ulubiony klient z sąsiedniego miasta zaczął się spóźniać z dokumentami. No po tym to się w ogóle nie spodziewałam! On był „wychowany” przez szwedzkie biuro rachunkowe. Płacił tam jak za zboże, za miesiąc niemal tyle, ile u mnie za pół roku. Dostawał dodatkowe opłaty za każdą oddzielnie dosłaną fakturę, za każdy telefon z najprostszym nawet pytaniem. W efekcie gdy przyszedł do mnie był naprawdę zdyscyplinowany. I był przez cztery lata. A teraz nagle O.
No i na koniec kolejny klient. Jest od dwóch lat, dotąd nie było problemów. A teraz coraz częściej dokumenty dochodzą po dniu raportowania.
I jeszcze jedna dziewczyna, co jest od kilku miesięcy. Coraz częściej dostarcza dokumenty w ostatniej chwili, a potem się okazuje, że z pięciu faktur dostałam jedną. A kolejne dosyła mi mailami… Co kilka dni.
I tak sobie myślę.
Chyba tych najgorszych, pierwszych z listy pożegnam, bo pieniędzy z tego nie będzie, a kłopotów coraz więcej. Ponad to mam wrażenie, że robią mi za zgniłe jabłko w koszyku.
Reszcie chyba napiszę, ostrzeżenie, że dosyłanie dokumentów po terminie lub w mniej niż 7 dni przed skutkuje doliczaniem 10% do faktury. A w dalszej perspektywie rozstaniem.
Ale zapytam jeszcze szwedzkich księgowych…
Taka była to praca w ostatnich dwóch tygodniach. Biorę A, zaczynam robić, okazuje się, że brakuje czegoś tam, piszę, czekam…
W międzyczasie biorę B, znowu to samo…
Biorę C… i znowu…
Wkurzające jest takie rozgrzebanie kilku spraw bo w końcu zaczynam się gubić i nie jestem pewna co gdzie i jak…
A że wczorajszy termin był terminem i dla tych co się rozliczają miesięcznie i dla tych co kwartalnie, to naraz miałam dwa razy więcej pracy, której nie dało się ułożyć.
W efekcie raportowanie skończyłam grubo po 18. Umęczona, obolała, bo diklofenac działa dziwnie: znieczuli na chwilę, potem puści, potem znowu znieczuli, choć pilnuję by tabletkę brać co 6 godzin.
Nawet nie miałam czasu ani siły by pomyśleć o fizjo…
Zamiast lunchu położyłam się na chwilę, żeby odpocząć od bólu.
Zuzu, która właśnie zaczęła ferie, szwędała się po mieście z przyjaciółką. Przyszły nagle zmoknięte, bo lało, i Zuzu położyła mi przed nosem bukiet tulipanów.
Najpiękniejszy bukiet świata! Bo kupiony z własnej inwencji.
A potem, późnym wieczorem jeszcze było trzeba odebrać Misię i Mela z dworca, bo wrócili z Malagi. A klucz od domu był u mnie.
Zuzu miała jechać wczoraj do taty, ale wyżebrałyśmy prolongatę do dzisiejszego wieczoru. Mama Zuzu była jednak troszkę zawiedziona, bo Zuzu na dworzec pojechała, owszem, uściskała oboje i bardzo się cieszyła, że już są, ale spać jednak chciała u babci. Bo u babci jest milusio…
Dziś mi ją już zabiorą.
Moja egoistyczna dusza się cieszy na odzyskany telefon/komputer/fotel/pokój/spokój.
Ale dusza babci się smuci, bo przez tę pracę i ból pleców nie porobiłyśmy nic razem. Albo prawie nic. A w domu znowu zrobi się cicho.